Czerwona
Toyota zatrzymała się w cieniu, niedaleko wejścia do Domu Słonecznej Starości.
Po chwili wysiadł z niej młody mężczyzna. Z bagażnika wyjął bukiet kwiatów i
zniknął z nim w wejściu do domu.
Na
pobliskiej ławeczce dwoje starszych ludzi w milczeniu obserwowało scenkę. Znowu
zaległa cisza. Kurz ze żwiru podjazdu powoli opadał. Blacha rozgrzanego jazdą
samochodu, a może silnika, stygnąc, wydawały dziwne dźwięki. Letnia cisza bywa
czasem tak dogłębna, że lecąca ważka wydaje się być helikopterem a trzmiel jest
nadciągającą burzą.
- Widziałeś Adamie jakie
kwiatki ktoś dostanie dzisiaj? – powiedziała staruszka zwracając się do równie
starego mężczyzny w białym lnianym garniturze, który siedział oparłszy ręce na
lasce.
- A cóż w tym dziwnego,
Kseniu kochana, to tylko dobrze świadczy o kimś być może z rodziny.
- Miło tak dostać kwiaty… -
powiedziała wpatrując się w swoje dłonie.
- Przecież ja codziennie ci
je daję, kwiaty z wyobraźni, z całego serca. Codziennie inne w kolorze.
- Tak ale te są świeże,
prawdziwe.
- No i co? Twoje nigdy nie
przekwitną i nie zgniją…
- Jak zawsze masz rację,
kochany. Jak dobrze być tu razem z tobą. Jak dobrze, że się spotkaliśmy. Może
lepiej byłoby, gdybyśmy byli młodzi i los pokierował nami tak jak tutaj.
- Kochanie takie odnalezienie
się jak to teraz też ma swoje zalety. Nie pracujemy, mamy całe dnie dla siebie.
Nie rozmieniamy się na drobne konflikty, nieporozumienia rodzinne, obowiązki i
zmęczenie. Popatrz na to z innej strony. Mamy siebie tylko dla siebie. To cud.
- Tak, ale ile jeszcze
naszego szczęścia? Pomyślałeś o tym?
- Każda minuta z tobą warta
jest lat.- odparł
- Ja tylko tak sobie myślę…
jak zrobić coś takiego, abyśmy mogli się spotkać w następnym życiu wcześniej.
Tak abyśmy byli ze sobą dłużej.
Adam oparł głowę na rękach
obejmujących główkę laski. Ksenia nadal wpatrywała się w swoje dłonie, brzydkie
z plamami i wystającymi niebieskimi żyłami.
- Dlaczego spotkaliśmy się
dopiero tutaj, tak późno… - ciągnęła dalej.
Oboje zamilkli, Adam oparty
na lasce, a ona patrząca swoimi bladymi i załzawionymi oczami w nieruchomy,
letni obraz parku.
Ten sam młody człowiek ukazał
się w drzwiach. Zbiegł lekko ze schodów i wsiadł z powrotem do czerwonej Hondy.
Znów ten sam dźwięk silnika i chrzęst żwiru, trochę kurzu i cisza, która
zapadała wolno ale nieubłaganie.
Słońce podświetliło srebrne
włosy Kseni jak aureola. Ona sama była jak duszek z bajki, malutka, dobra
wróżka, z czarodziejską pałeczką w dłoni.
Adam patrzył na nią tak, jak
ogląda się piękną, w pełni rozkwitłą różę, albo blaski i cienie liści na
trawie. Cieszył się tym widokiem.
Jako dwoje pensjonariuszy
domu dla starych ludzi, poznali się właśnie
tutaj. To było zimą tego roku. Starzy niechętnie wychodzą w śnieżną pogodę.
Boją się zaziębić albo co gorsze przewrócić. Wtedy dom starców kojarzy się z
poczekalnią na wiosnę. Czasem ktoś jej nie doczeka…
Właśnie takiego śnieżnego
dnia oboje niezależnie od siebie wybrali się na spacer po parku. Odśnieżone
ścieżynki z trudem mieściły jednego człowieka, a oni zbliżali się do siebie z
przeciwnych kierunków. Kiedy doszli do siebie, roześmiali się oboje, a Adam po
prostu chwycił Ksenię w pasie i przestawił na drugą stronę tej samej ścieżki.
Ze śmiechem odwrócili się do siebie plecami i odeszli kawałek, aby znów dla
zabawy powtórzyć ten sam numer. Jak dzieci.
Ta zabawa zbliżyła ich do siebie tak bardzo, że wiosną zdali sobie sprawę z ich spóźnionej, ale tak samo silnej miłości. Uciekali więc od innych, aby w spokoju cieszyć się sobą.
Ta zabawa zbliżyła ich do siebie tak bardzo, że wiosną zdali sobie sprawę z ich spóźnionej, ale tak samo silnej miłości. Uciekali więc od innych, aby w spokoju cieszyć się sobą.
- Chyba znalazłem sposób,
abyśmy się znów spotkali. Problem tkwi w tym, że możemy nie wiedzieć, że to my.
Nie zachowujemy przecież pamięci poprzedniego życia. Przenosimy tylko naszą
świadomość, pewne skłonności, a może i cechy genetyczne. Czytałaś pewnie o
poszukiwaniach kolejnych wcieleń Buddy. Zawsze jest to chłopiec, który pamięta
na przykład której miseczki wtedy używał. No więc… wiesz, że mam dwoje oczu w
innych kolorach. Jedno orzechowe a drugie niebieskie. Istnieje szansa, że mnie
rozpoznasz. Liczę na to. Będę o tym myślał intensywnie, kiedy już będę prawie
po drugiej stronie. Ty też wtedy myśl o tym. To musi się sprawdzić.
- To dla nas jedyna szansa,
kochany. – cicho wyszeptała Ksenia.
Adam pogłaskał ją po
ramieniu. Wyglądali jak stare małżeństwo, którego wspólnocie nic już z
wyjątkiem śmierci nie może zagrozić.
Drzwi znów się uchyliły i
wystająca z nich głowa kobiety zawołała:
- No, zakochani, na kolacje
proszę!
Oboje trzymając się za ręce,
podreptali ku wejściu.
***
- Co za pogoda! – powiedziała
dziewczyna, składając i strzepując
z wody parasol.
z wody parasol.
- Dobrze, że tylko pada, a
nie wieje!- przytaknął siedzący na schodach pod dachem jakiś pewnie bezdomny
człowiek.
Janet popatrzyła mu w oczy.
Dotarła wreszcie do domu. Oparła parasol o ścianę. Trzymając w drugiej ręce
papierowa torbę z zakupami, mocowała się z zamkiem u drzwi. Wreszcie. Postawiła
torbę na kuchennym blacie, zrzucając z nóg mokre sandały.
Lało od wczoraj. Dlatego
dzisiaj już miała ze sobą parasol. Zawsze o nim zapominała, bo nie miał jej kto
o nim przypomnieć. Kiedyś robiła to mama z zaskakującą częstotliwością.
Statystycznie rzecz biorąc częściej się z nim szamotała niż korzystała. Dzisiaj
był dzień korzyści.
Chwilami łapała się na tym,
że nie wie po jaką cholerę uciekła z domu na przedmieściu Denver i wpakowała
się w ten straszny miejski chaos. W końcu tam też była biblioteka, i z
pewnością miałaby taką samą pracę, tylko… te wspomnienia, ich namacalny dotyk,
chyba nie pozwoliłby jej normalnie funkcjonować. Każde otwierane drzwi domu
prowokowałyby obraz męża i syna, kanapa, stół i krzesła nadal zawierałyby ich
obraz. Podobno czas zaciera takie obrazy, ale ona nie chciała czekać. Tu
musiała poświęcić bite dwie godziny na dojazd do pracy, godzinę na zakupy,
godzinę na oglądanie ludzi i wystaw, to już cztery. Godzinę na posiłek i
kąpiel, to pięć, godzinę na oglądanie telewizji i… trzeba było spać. Wprawdzie
po proszku, ale zawsze co noc nie śniła, nie zrywała się z niezrozumieniem
sytuacji.
Dzisiaj, po pracy spotkała
się w kafejce z koleżanką biblioteczną, która chyba zauważyła jej smutek. Dobra
dusza z tej Harriet. Opowiedziała jej w skrócie o swojej tragedii, tak aby jej
nie wystraszyć swoim cierpieniem, nie zepsuć tego, co się rysowało całkiem
wyraźnie – przyjaźni i być może końca samotności.
Harriet była młodsza od niej
o jakieś pięć lat. Wyglądała śmiesznie
w swoich nastroszonych pomarańczowych włosach, śniadej cerze
i kolorowych ubraniach. Chyba nie miała nic czarnego w swoich strojach. Może dlatego, jak kolorowy ptaszek, zwróciła uwagę Janet, pogrążonej w szarościach.
w swoich nastroszonych pomarańczowych włosach, śniadej cerze
i kolorowych ubraniach. Chyba nie miała nic czarnego w swoich strojach. Może dlatego, jak kolorowy ptaszek, zwróciła uwagę Janet, pogrążonej w szarościach.
To ona wymyśliła, że Janet
powinna mieć psa.
- Wiem, że to nieszczególnie
brzmi Janet, wybacz, po tym co mi opowiedziałaś, przepraszam, ale szczerze ci
radzę. Weź ze schroniska jakiegoś kolorowego psa. Wesołego, głupiego, a
najlepiej suczkę, one są weselsze.
Janet patrzyła na Harriet jak
na wariatkę.
- I ona ma mi zastąpić
rodzinę?!
- Nie zastąpić. Uzupełnić.
Albo nie, wyleczyć twoją duszę. Zwierzę jest jak balsam. Łatwiej ci będzie
zapomnieć.
- Ale ja nie chcę zapomnieć!
- Chcesz. Każdy chce.
Zmieniłaś swoje dotychczasowe życie. Zmień je jeszcze trochę.
Od tej rozmowy upłynął chyba
tydzień. Codziennie Janet myślała o psie. Zaczęła go sobie nawet wyobrażać.
Jeśli go weźmie, to przecież zrobi to dla Willi’ego. Tak bardzo chciał psa.
Minęły jeszcze dwa dni i
Janet poszła do sklepu zoologicznego, aby się odpowiednio przygotować na
przyjęcie psa.
- Poproszę wszystko, co jest
potrzebne psu. Nigdy go nie miałam, może Pan mi wybierze, oczywiście w
umiarkowanej cenie.
Pan wybrał poduszkę do
spania, dwie miski: na wodę i jedzenie, smycz i witaminy.
- Tylko tyle? – zdziwiła się
Janet.
- Tylko. Wiem to mało, ale za
to Pani dostanie dużo więcej – powiedział z uśmiechem sprzedawca.
Schronisko mieściło się w
parterowym rozbudowanym wszerz i wzdłuż, budynku między wielkim węzłem
kolejowym a ocalałym kawałkiem lasu. Chodziło o to, aby nie przeszkadzało
mieszkańcom.
W recepcji starsza
ciemnoskóra kobieta dyrygowała personelem przez dobre pięć minut, które dawały
Janet jeszcze chwilę zastanowienia. I taką chwilę miała, ale przeważyła chęć
posiadania niczym nie ograniczonej psiej miłości.
Kobieta w końcu zwróciła
na nią uwagę.
Klatki stały szeregiem. Jedna
przy drugiej. Oddzielone były ściankami, tak, że psy nie widziały się
wzajemnie, ale czuły zapachy i słyszały skomlenie, poszczekiwanie, czuły
strach, ból i tęsknotę.
- Mam tu dla pani taką
powsinogę. W kilku miastach próbowano go złapać, nam się udało. Biedny pies,
był wychudzony, poobijany, ale za nic nie chciał dać się zamknąć. Tutaj
zachowuje się jakby na kogoś czekał. Dopiero nam…
Janet spojrzała na psa.
Złota, krótka sierść, podpalany brązem pysk. Pies zaskomlał cicho jakby prosił.
Oczy…. jedno orzechowe a drugie niebieskie.
- Ja go wezmę, odpowiedziała
kobiecie, która właśnie przerwała potok słów o zaletach psa.