poniedziałek, 7 stycznia 2013

SZKOLNE GROSZKI




Wciśnięta miedzy inne, dziecięce ubranka wisi sukienka
dla dziewczynki, granatowa w białe groszki. Okrągły kołnierzyk jest obszyty białą koronką. Wygląda nieśmiało, zwłaszcza, że przed nią
i za nią wiszą dwie kurteczki w intensywnych barwach.
Jedna czerwona, z jakimś napisem, a druga żółta, z kapturem obszytym różowym futerkiem.
Chyba ktoś niedbale odwiesił sukienkę w niewłaściwe miejsce.
Mimo wszystkich trudności w wyeksponowaniu się, została zauważona przez skromnie ubraną młodą kobietę. Sukienka
już wyciągnięta na zewnątrz leży na innych wieszakach,
a kobieta w szarym płaszczu, uważnie się jej przygląda.
***










Był początek października. Kanada jest piękna o tej porze roku. Świt rozświetlił szczyty gór w jednej czwartej ich wysokości, reszta pozostawała w szafirowej czerni. Wilk przeciągnął się prostując łapy
i wypinając zad jak zwykły pies domowy. Był samotnym, młodym samcem.
Przed nim rozpościerał się jeden z najpiękniejszych widoków świata. Kolorowe szaleństwo jesieni przeglądało się w spokojnym lustrze jeziora. Daleko nad brzegiem stało kilka domów. Tam mieszkali ludzie. Bał się człowieka stamtąd. Często czuł jego zapach, słyszał trzask łamanych gałęzi, kiedy przedzierał się przez las. Potem ciszę rozdzierał okropny dźwięk i łomot upadającego drzewa. Wilk wtedy uciekał dalej i wyżej, gdzie odzyskiwał ciszę.
Zimą, zachęcony długim okresem spokoju, podchodził bliżej. Kiedyś udało mu się porwać kota, który nieostrożnie podszedł za blisko.
W oknach wieczorami paliło się pomarańczowe światło. Tańczyły jakieś cienie. Pies szczekał na wszelki wypadek. Widział krzątającą się kobietę i biegające dzieci. Tego ranka słońce wstawało dłużej, leniwie rozpoczęło swoją wędrówkę cieni. Robiło się coraz cieplej
i jaśniej.
*

W domu, pierwsza wstała kobieta. Narzuciwszy na siebie szlafrok, zeszła po schodach na dół do kuchni. Podpaliła gaz w kuchence i postawiła na niej czajnik z wodą. Potem ze szmatki wyjęła chleb. Kroiła kromki układając je z boku. Dużo kromek. Smarowała je masłem i do każdej wkładała kawałek sera. Zlepiała je i owijała w papier śniadaniowy. Pięć kanapek plus jabłko pakowała specjalnie dla męża. Czasem w zimne dni dokładała termos z gorącą herbatą. Zagwizdał czajnik.
To był sygnał dla niego. Po chwili pojawił się w kuchni ziewając
i czochrając włosy na głowie.
- Dzisiaj wrócę wcześniej. Mam ze dwa dni wolne. Będę już o piątej. Nadrobiliśmy trochę z wyrębem.
- To dobrze. Potem pojedziemy do miasta kupić jakieś ubrania dla dzieci. Dianah ma szóste urodziny za tydzień, chłopcy wyrośli z kurtek… ty też masz już wszystkie koszule podarte.
Pojechali starym jeepem do Chicoutimi. Oprócz koszul i jedzenia, kupili dla Dianah sukienkę. Wisiała, jako jedyna w sklepie, granatowa w białe groszki. Ozdobiona kołnierzykiem z białą koronką, wyglądała bardzo strojnie i dostojnie. Zapakowano ją w jedyny posiadany arkusz kolorowanego papieru.
 Miasteczko było niewielkie, przecinała je jedna czteropasmowa ulica. Dookoła była plątanina uliczek z małymi domkami. Sklepy nie były zbyt okazałe. Można było kupić w nich to, co niezbędne do przeżycia dla rodzin farmerów, drwali
i traperów. Nieopodal znajdował się sklep dla wędkarzy, zaopatrzony całkiem dostatnio, i drugi z butami, koszulami w czerwoną kratę, podstawowymi artykułami gospodarczymi, kosmetykami
i niewieloma artykułami zbytku.
Widocznie komuś sukienka dla dziewczynki przestała się podobać
i najzwyczajniej wstawił ją w komis. Cena nie była wygórowana, a biedni nie kupują ubrań, których się szybko wyrasta. W tym jednak przypadku, oni chcieli dla swojej jedynej córeczki kupić coś specjalnego. To ich najmłodsze i pewnie już ostatnie dziecko.
Dianah przyszła na świat, kiedy Emma miała już trzydzieści dziewięć lat. Chłopcy są już duzi mają po dziesięć i trzynaście lat. Do domu przyjeżdżają jedynie w wakacje. Uczą się w szkole z internatem
w Jonquiere, bo w pobliżu ich domu nie ma ani szkoły, ani kościoła, ani banku. Jest tylko las, góry na horyzoncie i jezioro Kenogami.
Był już wieczór, kiedy wracali jak zawsze tą samą drogą 175, potem już wąską drożyną przez las. O tej porze ruch w tę stronę był niewielki. Stary silnik terkotał, ale kręcił się jeszcze jak dziarski staruszek.
- Co nic nie mówisz? – Spytał  Jeremy.
- A tak sobie myślę, że ta nasza mała taka grzeczna. Pewnie teraz siedzi i rysuje foki. Ona się boi, wiesz? Ale wtedy rysuje zwierzęta
i mówiła mi, że one ją obronią, gdyby jakiś wilk przyszedł. Popatrz siedzi dziecko samiutkie w domu już cztery godziny! Zawsze się boję! Wiesz?
- Czego? Wilk jej nie zje. Nie bój się. Zapałki pochowałem, noże też.
*

Zapadał zmierzch. To ta pora dnia, kiedy niebo szafirowieje a drzewa wyglądają jakby je wycięto z czarnego papieru.
Wilk podszedł aż pod samo ogrodzenie, zainteresowany światłem, jakie padało
z jedynego oświetlonego okna. W nim czarno rysowała się sylwetka dziewczynki. Ona też patrzyła na niego. Mimo zmierzchu widziała go dokładnie. Miał wilczą szaro-czarną sierść, wielki łeb i mądre oczy.
W pewnej chwili obrócił głowę w stronę drogi i błyskawicznie zniknął wśród drzew. Po chwili słychać było terkot jeepowego silnika.
Mama z tatą wypakowywali zakupy, kiedy Dianah wybiegła krzycząc:
- Mamo tu był ten czarny wilk, patrzył na mnie, ale nie chciał mnie zjeść! On jest przyjacielem, tak mi powiedział!
- Dianah, co ty opowiadasz! Mówiłam ci, żebyś się nie zbliżała do okna ani drzwi, a ty mnie nie słuchasz.
- Oj tam! Nie bój się córeczko, jak chcesz to go zastrzelę!
- O, co to, to nie! Nie zgadzam się! To dobry wilk! On przynosi szczęście! Nie pozwalam!
- No dobrze, nie zastrzelę, ale na pewno pogonię! – Powiedział Jeremy podnosząc skrzynkę pełną paczuszek z ziemi. – Niedługo Twoje urodziny, będziesz miała w domu tort i prezent, więc bądź grzeczna, bo wszystko odwołam!
To był niepodważalny argument i Dianah cichutko na paluszkach wróciła do domu.
Emma zajęła się rozpakowywaniem zakupów i chowaniem ich do domowej spiżarni, Jeremy usiadł przy stole ze szklanką Gingera
a Dianah zaczęła zbierać ze stołu swoje rysunki.
- Bardzo dużo dzisiaj narysowałam. A potwory wcale nie chciały przegonić tego wilka!
Z kuchni było słychać stukanie garnkami. Emma przygotowywała szybką kolację.
Cisza, jaka zapada nocą w ich domu jest tak głęboka, że niemal słychać szum przepływającej krwi. W dzień jeszcze jezioro wydaje odgłosy falowania wody, ptaki nie tak jak wiosną, jeszcze czasem śpiewają, ale nocą wszystko otula bezdźwięczna wata.
Kiedy nie można zasnąć, bo myśli rozbijają zwyczajny rytm, jedynie rozmowa lub miłość mogą tę ciszę ożywić. W przypadku Jerem’ego
i Emmy miłość stała się wyjątkiem, codzienność i praca tak wyczerpywały ich oboje, że zasypiali, gdy tylko otulili ramię kocem. Dzisiaj było inaczej. Emma miała przed oczami miasteczko, domy, cienką, śpiczastą iglicę kościoła i maleńki domek na skałce. Sklepy pokazywały, co się nosi w „eleganckim” świecie, poza dresem
i rozpiętą koszulą.
- Widziałeś ten pomarańczowy sweterek na wystawie? – spytała Emma.
- Tak. – odpowiedział, nie mając najmniejszego pojęcia, jaki sweterek i na jakiej wystawie.
- Nie był drogi. Był z wyprzedaży. Cały czas o nim myślę. Byłoby dobrze go mieć na urodziny Dianah. Wiesz, będzie Henson i Polasky. One się wystroją a ja?
- To czemu nie powiedziałaś mi tego jak byliśmy w Chicoutimi? Teraz to mówisz?
- Bo… nie wiedziałam, czy chcę. Albo nie! Myślałam, że za dużo wydamy, ale nie wydaliśmy za dużo, prawda?
- Cała baba! Dobrze, pojedziemy tam jutro. Przypomniałem sobie,
że nie kupiłem losu na loterię. Ale weźmiemy Dianah. Nie chcę, żeby znów siedziała sama. Dziecko głupieje.
Emma westchnęła zadowolona i natychmiast prawie usnęła. We śnie była znów małą dziewczynką w żółtym sweterku z zielonym karczkiem, który podarowała jej babcia. – Jajecznica ze szczypiorkiem – tak go nazwała.
*

Poranek zobaczył rodzinę Fishmanów jak wstają, ubierają się, mała Dianah szczebiocze, nie mogąc uwierzyć, że jedzie do miasteczka. Zjadła całą miseczkę płatków i czekała na progu domu. Ojciec wziął ją na ręce i posadził z tyłu samochodu przypinając pasami. Ruszyli.
Dianah patrzyła przez okno. Wydawało jej się, że obok coś przemyka lasem w tym samym, co oni kierunku, ale to działo się tak szybko, że obraz zamazywał się i nie można było dojrzeć żadnego szczegółu.
Miasteczko dla Dianah było wielkomiejskim zaczarowanym miejscem. Nie wiedziała, w którą szybę samochodu patrzeć, by niczego nie pominąć. Kolorowe napisy, samochody, szeroka główna ulica, szybkość, z jaką jechali, wszystko było jak film w telewizorze.
- No i jak Dianah, wszystko w porządku? Nie masz mdłości? – Spytała mama.
- Nie… ale jedźmy wolniej – poprosiła mając nadzieję, że więcej wtedy zobaczy.
Długo jechali bulwarem Talbot, aby w końcu skręcić w mała uliczkę w prawo. Ojciec wysiadł z samochodu i otworzył tylne drzwi.
- No jak mała? Chcesz wysiąść?
- Pewnie!
Buty dziwnie się czuły na twardej powierzchni z kostki brukowej. Zazwyczaj biegały w lesie po trawie i szyszkach cicho, prawie bezszelestnie.
Tutaj wydawały stukające dźwięki, skrzypiały piaskiem i kamyczkami. Trawa też nie rosła sobie swobodnie. Przycinali jej włosy, aby była gęściejsza.
- Ciekawe, dlaczego moje nie robą się tak gęste od przycinania – pomyślała Dianah.
Oszklone drzwi sklepu otworzyły się przed nimi i na zewnątrz wydobyła się jakaś melodia. Mama skierowała się do działu, gdzie wisiały damskie ubrania. Po chwili trzymała w ręku wieszak z pomarańczowym sweterkiem.
- Jeremy, chodź popatrz. Warto?
- Mnie się nie podoba kolor. Ale jak chcesz! Nie ma nic mniej kolorowego?
- A dlaczego mam być ciągle szara i bura? Niech mnie zobaczą w kolorowym ubraniu, one pewnie przyjdą na buro! No.. może masz trochę racji, to przesada z tym kolorem. – Proszę pani, czy macie ten sam, ale w trochę innym kolorze?
Wychodzili ze sklepu, drzwi zamknęły się same a muzyka schowała się do środka. Mama niosła papierową, kolorowa torbę a w niej taki sam sweterek, ale w delikatnie różowym kolorze. Była szczęśliwa.
- Jeremy, nawet nie wiesz jak się cieszę! Kobieta od czasu do czasu musi sobie coś kupić, bo inaczej zwariuje! -  powiedziała śmiejąc się.
Dianah rzadko widziała ją z takim uśmiechem. Jej też udzielił się radosny nastrój, bo zaczęła, idąc podskakiwać, a buty już przyzwyczaiły się do twardego podłoża.
Teraz Jeremy zaprowadził je obie do innego sklepiku, w którym były gazety i książki.
- Tato kup mi książeczkę do kolorowania i kredki – poprosiła.
Na ladzie stała dziwna maszyna, na której wymalowano czerwony liść i napis.
- Co tu jest napisane?
- Lotto 6/49 – odpowiedziała mama. – Tata chce wygrać wielkie pieniądze i kupić dom na południu Francji w Europie. To jego marzenie.
- I za taką karteczkę dostanie te pieniądze?
- Tak, jak trafi numerki.
- A skąd tata wie, jakie numerki są dobre?
- Właśnie tata nie wie, przypuszcza, że te, co podał, jak zgadnie
to wygra!
To był piękny dzień. Emma miała sweterek, Dianah książeczkę
i kredki, Jeremy szansę na miliony. Nawet pogoda była świeża
i słoneczna. Kanadyjska jesień była w pełnej krasie.
- Zwolniłam ze szkoły na trzy dni Lucasa i Gabriela. Na urodziny Dianah. Przyjadą, będziemy wszyscy. Cieszycie się?
Dianah zaczęła klaskać i piszczeć z radości. Nie widziała swoich braci
już od jakiegoś czasu. Z nimi czuła się tak bezpiecznie. Zabierali ją na wyprawy jeziorowe na wędkowanie, albo traperskie na pobliskie skałki. Czasem dopuszczali do gry w piłkę.
Wszyscy troje byli do siebie podobni. Wszyscy brązowowłosi, długonodzy i zielonoocy. Dianah miała trochę jaśniejsze włosy, ale z wiekiem, jak i braciom, ściemnieją. Od razu można było mieć pewność, że to rodzeństwo. Geny chyba po ojcu okazały się silniejsze niż te po matce, a Jeremy był pięknym drwalem.
Teraz, kiedy pokój braci był pusty, Dianah lubiła tam przebywać. Wszystko pachniało chłopakami, gumą kół roweru, który musiał koniecznie stać w ich sypialni, jakieś skarby w pudełkach, jak zardzewiałe części od nie-wiadomo-czego, proce i kamyki, strzały z patyków i kamiennych grotów, kilka książek o Afryce i samochodach.
Czasem kładła się na ich łóżkach i wyobrażała sobie, że jest właśnie tym bratem, na którego łóżku leży. Widziała na suficie plamki od rzucanej gumy do żucia a może jeszcze-czegoś-innego.
Za parę dni ma urodziny. Przyjdą goście, będą obaj bracia. Będzie tort, który upiecze mama, muzyka, rodzice będą weseli i gadatliwi, będzie fajnie! – Pomyślała. Sukienka w białe groszki wisiała w jej pokoju oczekując na występ.
Następnego dnia rankiem pogoda była mglista, a to oznaczało, że koło południa zaświeci słońce. Ojciec poszedł do lasu. Patrzyła jak oddala się w swojej wiecznej koszuli w czerwoną kratę, trzymając
w jednej ręce żółty kask a w drugiej potężną siekierę. Szedł ścieżką pod górę w stronę leśnej drogi skąd reszta drwali w jeepie zabierała go na miejsce wyrębu. Tam czekały na nich ogromne maszyny do cięcia drzew i inne jak trzy-pazury-smoka łapiące i podnoszące ścięte kłody pod piły tnące je na mniejsze kawałki.
Tylko raz mała była tam z matką, kiedy ojciec zapomniał śniadania. Nigdy więcej nie chciała tam iść. Potem płakała w nocy, bo przecież drzewa to boli. One maja duszę, sama ją słyszała, gdy przyłożyła ucho do pnia.
Na ich podwórzu rosły trzy świerki i jedna brzoza. Z brzozy można było odedrzeć białą skórkę, ale to nie było dla brzozy przykre. Drzewo dzieliło się z Dianah, aby ta mogła napisać na niej liścik do aniołka. 
- Mamo, czy mogę sobie rysować na dworze?
- Dobrze, załóż kurteczkę i nie siedź długo, bo jest trochę chłodno.
Dianah siadła na ławeczce, którą ojciec wyciosał sam z pnia drzewa i wielkiego, okrągłego, drewnianego plastra po bardzo grubym drzewie, który był blatem stołu. Przez otwarte okno kuchni Emma mogła widzieć córeczkę i jednocześnie zmywać po śniadaniu.
Wilk czuł wyraźny zapach dziewczynki. Dla upewnienia się otworzył lekko pysk. Czarna, wilgotna skóra na nosie marszczyła się, nozdrza rozdymały się lekko, wilk już wiedział, że ona tu gdzieś jest. Jak mgła całkiem opadnie na pewno ją zobaczy.

Słońce zaczęło przedzierać się przez coraz rzadsze kłębki oparu. Włosy dziewczynki świeciły złoto, siedziała kiwając jedna nogą i coś rysując na kartce. Zobaczył ją pierwszy. Zamarł w bezruchu, bo był tuż tuż za prymitywnym ogrodzeniem.
Nie była dla niego zdobyczą. Była czymś dziwnym, ciekawym. Miał wrażenie, że ma coś wspólnego z jego byłą watahą, ale nie wiedział, co. Wygląd, nie. Zapach, nie. Coś ich łączyło. Znał ją.
Teraz ona zatrzymała na nim wzrok. Patrzyła okrągłymi oczami zdziwiona jego obecnością, ale bez strachu.
- Jesteś wilku! Nie ruszaj się, to cię narysuję!
Jej głos brzmiał jak jakieś śpiewanie ptaków, które wiosną szalały w lesie. Nie miał w sobie groźby i strachu. Wilk siedział nieruchomo.
-  Dianah, wracaj do domu, na pewno już ci zimno!
- Tak mamo, ale teraz rysuję wilka! On tu jest zobacz!
W ciągu ułamka sekundy wilk zniknął.
- Co ja mam z tobą! Gdzie ten wilk? Nie ma nigdzie! Wracaj do domu natychmiast!
Dianah wbiegła do kuchni trzymając rysunek.
- Zobacz, tu go narysowałam, a on siedział i nic nie mówił! To mój kolega!
Rzeczywiście na kartce było coś podobnego do wilka. Miało stojące uszy i ogon, który leżał na kilkoma kreskami zaznaczonej trawie.
- Jak wilk może być kolegą człowieka? Przecież zaraz by go pożarł!
Co za głupstwa opowiadasz moje dziecko!
- Ja naprawdę widziałam go, on jest dobry wilk i nie je ludzi.
- Tylko jajecznicę ze szczypiorkiem! – roześmiała się mama. – Chodź przymierzymy sukienkę, czy oby w sam raz.
Sukienka była trochę za duża, ale mama dopasowała do niej błękitna szarfę, przepasała Dianah w pasie i zawiązała z tyłu śliczną kokardę.
- Będzie dobrze, troszkę za długa, ale zaraz do niej dorośniesz.
Tego wieczoru, Dianah odpięła z pokoju braci jedna pinezkę
i przypięła swój rysunek wilka nad łóżkiem. Teraz mogła na niego patrzeć do woli a on usypiał ją machnięciami ogona.
*

W przeddzień urodzin, wieczorem przyjechali bracia. Lucas starszy brat miał pod nosem ciemny meszek, którego zazdrościł mu młodszy Gabriel.
Obaj wydawali się więksi i powolniejsi niż te dwa chłopaki ganiające po lesie, wrzeszczący i tłukący się nawzajem. Siedzieli grzecznie przy kolacji, na którą mama specjalnie dla nich upiekła rybę ze słodką papryką, sosem z oliwy i mąki, z dodatkiem zielonego groszku.
Po kolacji ojciec pijąc whisky pytał ich o warunki w szkole, o stopnie z różnych przedmiotów, a oni grzecznie odpowiadali jakby nadal tu panował internatowy reżim. Byli zadowoleni, mimo oderwania od rodzinnego domu. Podobało im się życie w miasteczku. Obaj chcieli pracować już w mieście. Gabriel chciał być mechanikiem samochodowym a Lucas wolał pracę urzędnika w eleganckim garniturze.
Na chwilę przed zaśnięciem, Dianah jeszcze słyszała braci w pokoju obok, a potem zapadła w niebyt.
*

Znowu obudziła się o świcie. Znowu ranek był mglisty jakby jeszcze ucinał sobie króciutką drzemkę. Ogrodzenie podwórka wyglądało jak ciemniejsze kreski na szarym tle mgły.
– Ciekawe, czy wilk tam jest – pomyślała. Założyła ciepłe kapcie, niebieską kurtkę i różowy szalik. Drzwi wejściowe lekko skrzypnęły, Dianah stała przez chwilę nasłuchując, czy ktoś się nie obudził. Zamknęła dokładnie drzwi za sobą.
Kiedy zbliżała się do furtki ogrodzenie nabierało kontrastu, można było nawet dojrzeć ścieżkę do ich domu. Na ścieżce siedział wilk. Na jej widok wstał wyciągając szyję i lekko przekrzywiając głowę. Dianach zrobiła to samo. Wyciągnęła do wilka rękę. Ten przysiadł i podniósł jedną łapę. To było śmieszne!
Po chwili wilk wstał i zaczął iść w stronę lasu. Przystanął i spojrzał do tyłu na Dianah, jakby chciał powiedzieć:
- Chodź za mną, pokażę ci najpiękniejsze miejsce na ziemi! – powiedział to bez słów, liter. Mówił do wewnątrz, ale Dianah go rozumiała.
- Jakie to miejsce? – spytała głosem, bo inaczej nie potrafiła.
- Na samym szczycie wielkiej góry jest ciepło, rosną damasceńskie róże, a z tarasu widać cały świat. Nawet dom słońca i księżyca. Jest tam już kilka dziewczynek, będziesz miała koleżanki. Nic nie trzeba robić. Masz to, o czym pomyślisz….
Dianah nawet nie musiała wyrazić zgody, ona już szła za wilkiem słuchając jego opowieści o najcudowniejszym miejscu na ziemi. Po chwili oboje zniknęli we mgle.
Jeszcze widać było zarys domu, ale Dianah pomyślała, że przecież zanim wszyscy wstaną ona zdąży wrócić i opowiedzieć im, co widziała, podczas urodzinowego przyjęcia. Skręcili z głównej ścieżki w ledwo widoczną, prowadzącą pod górę. Mech cicho kładł się pod nogi dziewczynki, wilk stąpał chyba w powietrzu. Jego piękny czarny ogon kiwał się w rytm kroków, tuż przed idącą za nim Dianah. Ścieżka stała się bardziej stroma i kamienista.
- Chwyć się za mój ogon, będzie ci łatwiej iść – powiedział bez słów.
Rzeczywiście, chwyciwszy się poczuła, że jest lżejsza i wystarczy tylko przebierać nogami, aby przesuwać się do przodu.
- Daleko jeszcze?
- Niestety tak. Mamy jeszcze dzień drogi.
Dianah zrobiło się smutno, bo jej plany legły w gruzach. Przez chwilę zawahała się, ale chęć zobaczenia tego cudownego miejsca zwyciężyła. W ciszy lasu rozlegał się jedynie śpiew jakiegoś ptaszka, który leciał przed nimi, jakby ich prowadził. Mijali lesiste pagórki, doliny z rzeczkami, kamienne gołoborza i hale porośnięte trawą. Czas stanął w miejscu.
*

Pierwsza wstała jak zwykle Emma. Poszła najpierw do kuchni, aby nastawić czajnik z wodą. Potem wróciła na górę, aby obudzić Jeremy’ego. Synom pozwoliła jeszcze dłużej pospać. Zajrzała do ich pokoju i z zadowoleniem patrzyła jak obaj jeszcze śpią a wstające słońce przechodzi przez firankę głaszcząc twarz Gabriela. Do pokoju Dianah nie zajrzała, pomyślała, że zawoła ją na uroczyste śniadanie i wszyscy razem zaśpiewają jej urodzinową piosenkę. Najpierw nakryje do śniadania.
Kiedy już wszyscy siedzieli w kuchni przy trochę odświętniej nakrytym stole, Emma stanęła w miejscu i podnosząc oba palce wskazujące do góry powiedziała:
- Stop! Zaczekajcie, przyniosę trochę kwiatków z ogródka!
Po chwili weszła bez kwiatów, ze zdziwieniem w oczach.
- Kto sprawdzał furtkę wczoraj? Jest otwarta! To niebezpieczne! – pobiegła na górę, jakby przeczuła coś strasznego. Po chwili usłyszeli krzyk:
- Dianah! Gdzie jesteś? Dianah! Boże nie ma jej! Dianah!
Tupot kilku nóg na schodach pomieszał się ze szlochem Emmy. Wszyscy stali przed otwartymi drzwiami do pokoju dziewczynki wpatrując się w puste łóżeczko, jakby nie mogli uwierzyć temu, co widzą. Nagle jak jeden organizm wszyscy mężczyźni zbiegli na dół
i wybiegli na podwórze. Emma stała nieruchomo w drzwiach domu.
- Nie może być daleko! – powiedział Jeremy. – Musiała pójść tą ścieżką! Musimy biec!
Najpierw wszyscy biegli w jednym kierunku. Kiedy ścieżka rozwidliła się na dwie, rozdzielili się i przedzierając się przez coraz bardziej gęstniejący las. Co chwila nawoływali się, aby zlokalizować się wzajemnie. Ten, który coś znajdzie ma zagwizdać.
Słońce przeszło już na druga stronę jeziora, kiedy rozległ się gwizd. To Lucas znalazł różowy szalik. Wszyscy skoncentrowali się na jednym kierunku poszukiwań, ale gdy słońce już zaszło i zaczął zapadać zmierzch, doszli do urwiska. Postanowili jutro od świtu zebrać resztę drwali mieszkających niedaleko i dalej kontynuować poszukiwania.
Do poszukiwań dołączyła policja z Chicoutimi z psami a nawet helikopterem. Poszukiwania trwały dwa tygodnie. Poza różowym szalikiem nie znaleziono Dianah ani też nic, co do niej należało. Szukające psy były bardzo zdenerwowane. Czasem biegały w kółko warcząc do niewidzialnego wroga. Potem podejmowały jakiś trop, ale zachowywały się dziwnie. Czasem skakały w górę jakby chciały schwytać ptaka.
*

Dom Fishmanów zamarł. Chłopcy wrócili do internatu, Jeremy znikał na całe dnie w lesie, a Emma chodziła z zapuchniętymi oczami, potarganymi włosami, płacząc co chwila, kiedy patrzyła na otwartą już na zawsze furtkę.
- Kiedy Dianah wróci, musi mieć przecież otwartą!
Było coraz zimniej. Nocą na trawie pojawiał się szron, który roztapiało ledwo ciepłe słońce. Emma siadywała na ogródkowej ławeczce, na której zapamiętała siedzącą Dianah, rysującą wilka.
- No właśnie… wilka. Co ona miała z tym wilkiem? Ciągle o nim mówiła.
- Hej, dzień dobry Emma – rozmyślania przerwała jej  Noemie Polasky, stojąca w furtce.
- Witaj Noemie, tak sobie siedzę i myślę i myślę i myślę…
- Właśnie po to do ciebie przyszłam. Prosić abyś tyle nie myślała.
My też myślimy. Przecież Dianah była… jest bardzo ostrożną dziewczynką. Musiało się zdarzyć coś nieprawdopodobnego. Coś nie z tego świata.
- I o tym w tym momencie myślałam – odpowiedziała Emma. Ona ciągle rysowała wilka, mówiła, że to jej przyjaciel, ja nie zwracałam na to większej uwagi. Dzieci mają taką fantazję! Nawet miała jego rysunek nad łóżkiem! Poczekaj zaraz go przyniosę.
- Wiesz… myślę, że ktoś mógłby nam coś o tym powiedzieć.
- Kto?
- Szaman. Znasz Samuela Drapera? Ten, co mieszka w najdalszej chatce? Wiesz,
że on się dawniej nazywał Anguta i jest synem Savaho. To byli Inuici. Chyba Savaho jeszcze żyje, a jeśli nie to Anguta czyli Samuel też dużo wie. Chodź pójdziemy do niego. Weź ten rysunek i coś, co nosiła Dianah. Pójdziemy tam obie jutro wieczorem jak wróci z wyrębu. Przyjdę po ciebie.
Samuel był wielkoludem. Wszyscy drwale to nie chucherka, ale ten przewyższał każdego. Jego chata była mniejsza od pozostałych
w osadzie, ale też jego potrzeby były mniejsze. Nie miał żony, a po pracy chyba wolał siedzieć w towarzystwie butelczyny whisky niż gderającej kobiety. Nosił długie włosy, podobnie do innych związane w kucyk z tyłu głowy. Siedział przy prawie nieobrobionym stole
i trzymał w ręku rysunek Dianah. W kącie spał kot, który nawet nie zauważył, że ma gości. Było tak cicho, że słychać było szelest kartki w szorstkich rękach Sama.
- Myślę, że jej już nie zobaczycie.
Emma podniosła ręce do ust, a oczach pojawił się wałeczek łez, jakby ten wyrok był jedynym i ostatecznym.
- Zabrał ją Nuliajuk Duch Morza. Nuliajuk był kiedyś dziewczyną, miała poślubić psa, ale wybrała wilka. Jej Ojciec sprowadził wielka burzę, aby utopić ich oboje. Chciał wywrócić kajak, którym płynęli. Wilk utonął. Ona chwyciła się burty i utrzymywała się na powierzchni, więc ojciec odrąbał jej palce, z nich powstały foki
i morsy. Dziewczyna, czyli Nuliejuk przeżyła a Ojciec przemienił ją
w mężczyznę, aby już nigdy nie była dziewczyną. Teraz odtwarza swoją wielką historię miłości do wilka. Wilk zabiera śliczną dziewczynkę i poślubia ją. Żyją pod okiem Ducha Morza… Mój ojciec kiedyś mi to opowiadał i mówił, że kiedyś to się stanie. 
Zamilkł i odłożył rysunek na stół. Wizyta była zakończona.
Emma i Noemie wracały już prawie nocą. Na drodze nagle pojawił się siedzący wilk. Patrzył na nie nieruchomo. One też znieruchomiały. W jednej sekundzie wilk zniknął. Nie odbiegł albo odskoczył, ale zniknął jak bańka mydlana. Kobiety przyśpieszyły jeszcze bardziej. Do domu było już niedaleko.
*
- Emma, gdzieś ty była, zaczynałem znowu mieć to uczucie,
co wtedy!
- Przepraszam, nie mówiłam ci, bo bałam się, że mnie wyśmiejesz. Byłam u szamana.
- Jakiego szamana?! Teraz w dwudziestym pierwszym wieku?! Szaman? Co ci przyszło do głowy!
- Nie, daj spokój, człowiek się czepia różnych pomysłów, aby zrozumieć to, co się stało. Noemie mi poradziła. Byłyśmy tam razem. I muszę Ci powiedzieć, że
to, co usłyszałam wydaje mi się najbardziej prawdopodobne, mimo, że brzmi jak jakaś bajka. To przecież nieprawdopodobne żeby tak sobie poszła po prostu!
Opowiedziała mu historię Samuela, dodając, że czuje się teraz spokojniejsza. Bo lepiej wierzyć w taką niesamowitą historię, lub wyobrażać sobie, że jej Dianah leży gdzieś w szczelinie skalnej, połamana, martwa z pragnienia i głodu.
- Jeśli to daje ci spokój, to dobrze.
Resztę wieczoru spędzili oglądając telewizję. Nic nie mówili. Siedzieli obok siebie a w telewizorze wdzięczyła się jakaś dziennikarka.
Nie było istotne, co mówi. Obrazek ruszał się, był kolorowy i przyciągał uwagę a o to im obojgu chodziło najbardziej.
Oboje od tamtego dnia mieli kłopoty z zaśnięciem, a jeśli już to się udało, budzili się o całkiem nieprawdopodobnych godzinach. Próbowali kłaść się spać wcześniej, albo później, ale i tak czarowna czwarta nad ranem, wtykała im do umysłów kłębiące się myśli, przeganiając sen.
Tej nocy Emma zasnęła nawet szybko, ale sen, który miała, zapamiętała na zawsze.
Szła kamienistą ścieżką jak Czerwony Kapturek, niosąc w koszyczku granatową sukienkę w białe groszki dla Dianah. Była zaproszona do ich pałacu, i pomyślała, że zanim stanie się żoną wilka musi ładnie wyglądać. Bardzo uważała, aby w drodze jej nie zgubić, ale gdy doszła do celu, którego nie pamięta, z przerażeniem odkryła,
że sukienka gdzieś musiała jej wypaść z koszyka.
Była tak zrozpaczona, że chyba musiała krzyczeć, bo obudziła się spocona z suchością w ustach.
Przez chwilę leżała, próbując zobaczyć coś w ciemnościach, ale była to noc bezksiężycowa.   Kiedy zrozumiała, że to był tylko sen, pomyślała, że Dianah pewnie nie potrzebuje tej sukienki, i tym snem dala jej to do zrozumienia.
- Chyba już wariuję – powiedziała do siebie. Poczuła pragnienie
i postanowiła zejść na dół, zrobić sobie herbatę i posiedzieć do brzasku.
Przy stole w kuchni siedział Jeremy. Na stole paliła się mała lampka. Przed nim leżała karteczka.
- Chcesz herbaty albo mleka? – spytała.
Nic nie odpowiedział. Siedział nieruchomo, patrząc przed siebie. Emma zajęła się herbatą. Pozbierała umyte naczynia z suszarki. Odsłoniła firaneczkę w kuchennym oknie wypatrując wschodu słońca. Niestety jeszcze spało. Czajnik zagwizdał nieznośnym dźwiękiem w ciszy domu. Szybko zgasiła płomień gazu a dźwięk wyhamował do zera. Herbata parowała. Emma odwróciła się, aby popatrzeć, co robi Jeremy i zastała go w tej samej pozycji.
- Stało się coś?
- Tak. – odpowiedział. Stało się.
- Co mogło się stać od wczorajszego wieczoru? Boli cię coś? Chory jesteś? Jeremy! Nie siedź tak! Powiedz coś!
- Nie wiem jak ci to powiedzieć. Muszę coś jeszcze sprawdzić. O szóstej otwierają sklep w mieście. Pojedziemy tam teraz, na szósta zdążymy. Zabrał karteczkę ze stołu.
- Co to? Jeremy!
- Ubieraj się, jedziemy!
Droga minęła im w milczeniu. Byli piętnaście minut przed szóstą. Siedzieli w samochodzie, patrząc jak miasteczko budzi się do życia. Latarnie jeszcze świeciły żółtym światłem. Niektóre neony włączały się same fotokomórką. Nieliczne furgonetki i ciężarówki pewnie dostarczały towar do sklepów.
- Jeremy, proszę, powiedz, co się dzieje?
- Nie teraz. Siedź i patrz! – odpowiedział nieco opryskliwie.
Emma postanowiła nie pytać. Zawsze to lepsze niż stanie w oknie i czekanie na świt.
O szóstej pięć żaluzja w drzwiach sklepu zaczęła się powoli podnosić. Jeremy wysiadł i podszedł do jeszcze niezupełnie otwartych drzwi. Czekał. Człowiek, który pojawił się w drzwiach aż się przestraszył:
- Ale mnie pan wystraszył! Nie spodziewałem się kogoś za drzwiami! Ale pan niecierpliwy! – mówił uśmiechając się coraz szerzej.
- Ma pan dzisiejszą gazetę?
- Jeszcze nie, za jakieś dziesięć minut przywiozą prasę. Poczeka pan?
- No a co mogę zrobić?
- Proszę, niech pan wejdzie, zrobiłem sobie kawę, napije się Pan?
- Chętnie, poproszę.
- Czy to nie Pan stracił córeczkę… przepraszam, że o tym mówię, ale widziałem Pana w gazetach…
- Nie szkodzi, choć to trudno się z tym pogodzić.
Kawa smakowała nawet dobrze. Obaj czekali na furgonetkę z gazetami już nic nie mówiąc. Kiedy przyjechała, Jeremy zapłacił za Toronto Sun i wsiadł do jeepa.
- Po co ci gazeta? Powiedz Jeremy, nie można mnie tak zostawiać
w nieświadomości, co się stało!
- Nie teraz. W domu!
W domu Jeremy rozłożył na stole gazetę. Uważnie szukał czegoś
na poszczególnych stronach aż zatrzymał się, wyjął karteczkę ze spodni i położył obok. Chwilę studiował, potem podniósł wzrok i powiedział do Emmy:
- Wygraliśmy główna nagrodę w loterii. Jakieś 25 milionów.
Nie było okrzyków radości, skakania ani żadnych takich znaków nieopanowanej radości. Raczej zdziwiona cisza.
- I co my teraz z tym zrobimy? – spytała Emma, która znieruchomiała z kubkiem zimnej herbaty w ręku.
- Nie wiem. Jeszcze nie wiem. Z pewnością muszę znowu jutro pojechać do Chicoutimi i zgłosić wygraną. Potem pomyślimy, co z tym zrobić.
Emma wyszła przed dom z tym samym kubkiem herbaty i usiadła na ławeczce Dianah, tak ja teraz nazwała. W tym momencie nie mogła zrozumieć jak to możliwe, że życie szykuje tak skrajne niespodzianki. Ta huśtawka emocji nie powinna być przeznaczona dla tych samych dwojga. Jest tyle ludzi nieszczęśliwych na świecie, którym nawet część tej wygranej zorganizowałaby życie lepiej, ale oni? Przed chwilą w skrajnej rozpaczy najchętniej zniknęłaby
z tego świata, jedynie myśl o synach wiązała ją z rzeczywistością. Teraz czuła się jak na karuzeli, która nie wiadomo czy się kiedykolwiek zatrzyma.
Poczuła mdłości, jakby naprawdę na niej była. Postanowiła, że weźmie dwa proszki na sen, bo inaczej, jeśli jeszcze ta noc będzie nieprzespana, chyba zwariuje naprawdę.
Jeremy natomiast nalał sobie piwa i rozważał swoją dalszą pracę na wyrębie. Najpierw odbierze nagrodę. Potem podziękuje za pracę a potem wszyscy przeniosą się do Europy na południe Francji, gdzie jest zawsze pachnąco i pięknie.
Popijał piwo patrząc w ogień na kominku. Zrzucił buty i wyciągnął się wygodnie na kanapie. W telewizorze, właśnie mówili o wielkiej wygranej, podając numery z jego kuponu. W końcu zasnął w ubraniu przed włączonym telewizorem.
Od dawna nie spal tak mocno. Obudził się czując ból w karku od niewygodnej pozycji. Czuł się nieświeżo. Wziął prysznic i znów usiadł przy kuchennym stole z kawą, czekając aż Emma wstanie.
Przy śniadaniu Emma z wielką powagą oznajmiła:
- Teraz już wszystko rozumiem, Jeremy. Ta wygrana to prezent od Dianah. Przeciez ona wiedziała, słyszała jak opowiadałeś, że marzysz o Europie. Pamiętasz? Rysowałeś jej kształt. Opowiadałeś, że tam nie ma prawie zim. Dianah jest teraz bogata, dla niej taka wygrana, to drobiazg…
- Emma, widzę, że musimy wyjechać i to szybko, bo jeszcze trochę
a Ty tu dostaniesz obłędu! Myśl sobie, co chcesz, dla Twojego dobra musimy zmienić nasze życie. Weź jeszcze proszek i idź spać. Albo nie! Jedź ze mną do Chicoutimi. Nawet jakbyś miała siedzieć i czekać na mnie w samochodzie.
*

Kiedy postanowili sprzedać dom, najpierw ogłosili to w osadzie. Chętni znaleźli się prawie natychmiast. To Polascy, którzy wynajmowali swój dom, a przez te parę lat ciężkiej pracy Rob uzbierał wystarczającą kwotę, zwłaszcza, że Jeremy nie ustalił wysokiej ceny. Sprzedał dom poniżej jego wartości, tylko po to, aby się go pozbyć.
Emma wiedziała, że nie musi zabierać ze sobą niczego, co jest związane gospodarstwem. Wszystko kupią nowe.
Dom w pobliżu Sisteron, stał na lekkim wzniesieniu, na horyzoncie były również góry. Nie brakowało nawet jeziora, które zastępowała szeroko rozlana rzeka Durance. Najwyższym punktem była wielka skała z prawie pionowo ustawionych warstw.
To wszystko opowiedział jej Jeremy, gdy wrócił z Francji, zadowolony, ze znalazł inne równie piękne miejsce na ziemi. Oglądała widokówki, które jej przywiózł i z tej wyprawy. Z całą ufnością przylgnęła do tego miejsca. Rozumiała, że pobyt tutaj będzie jak drapiący cierń w jej duszy.
Chodziła po starym domu i pakowała do kartonów jakieś obrazki ze ściany, fotografie, zabawki dzieci i przede wszystkim rysunki Dianah. Wilka umieściła na samym spodzie pudła, aby nic go nie zniszczyło.
Ostatniego wieczoru przed wyjazdem, kiedy już mieli nadany bagaż i bilety do Paryża, usiedli z butelką wina i patrząc sobie w oczy powoli wypili ją całą. Potem otworzyli drugą.
- Wiem, co sobie tam myślisz Emma. Ja też sobie myślę to i owo, ale ja muszę się Wami zaopiekować. No koniec tego picia. Za pomyślność tego domu! Żeby nic tak strasznego już nigdy się w nie zdarzyło. Wypili toast i poszli spać.
 Rano powiesili klucz na haczyku przy drzwiach dla Polaskich.
Noemie otworzyła dom i zawołała:
- Rob chodź tutaj zobacz Fishmanowie zostawili dla nas pół butelki wina i karteczkę z życzeniami! To miłe z ich strony!
Znała ten dom. Bywała tu przecież u Emmy. Widziała od początku dorastanie  Dianah. W kuchni na stole stały ich talerze na podkładkach w słoneczniki.
Na kuchni ich garnki, nawet w lodówce i zamrażarce ich jedzenie. Właściwie wprowadzili się do cudzego domu, ale za zgodą ich właścicieli. Łóżka posłane świeżą pościelą, zapraszały do spania. Niczego nie muszą kupować do nowego domu. To  było dla nich bardzo korzystne. W szafach został ich zapach, ich ubrania, których nie zabrali. Ubrania chłopców przydadzą się dla ich synka Liama, natomiast dziewczynki… chyba nie.
Jutro wsiądą do jeepa Jeremy’ego a teraz Roba i wywiozą te sukienki i ubranka do miejsca, gdzie można oddawać używaną odzież.
***

Kobieta uważnie przypatrywała się granatowej sukience w białe groszki. Obejrzała metkę, dół spódniczki i kołnierzyk. Wyglądała na nową, albo prawie nową. Marysia właśnie szła do pierwszej klasy. Dziewczynki są ubrane różnie. Przeważnie w białe bluzki i granatowe spódniczki. Ta sukienka, chociaż inna nadawała się nie tylko na ten dzień, ale nawet i później mogłaby w niej chodzić. Jej budżet domowy był tak niewielki, że dodatkowe kupno czegokolwiek poza książkami do pierwszej klasy było prawie niemożliwe.
- Ciekawe ile ona może ważyć – pomyślała. Zdjęła wieszak i uniosła sukienkę w dłoni – No może pół kilo, a może mniej. Jest lekka.
Z pewnym wahaniem włożyła ją do koszyka. Najwyżej poprosi ekspedientkę, aby najpierw ją zważyła. Dzisiaj wszystko jest po 21 złotych za kilogram. Powoli podeszła do sprzedającej.
- Czterdzieści dwa deko – 8,80 – powiedziała.
- A nie macie jakiś rabatów?
- Dobrze, umówmy się, że dzisiaj wyprzedaż. 3,50 – będzie dobrze?
- Tak! dziękuję Pani bardzo, i miłego dnia!
Pierwszego września mała Marysia, w sukience w groszki, ściskając w jednej ręce zeszyt w kratkę i ołówek, a drugą trzymając się mamy, szła do swojej pierwszej szkoły. Cieniutkie warkoczyki podskakiwały, kiedy od czasu do czasu podbiegła szybciej, aby dorównać mamie.

SKROMNE PRAGNIENIE





W niebieskim plastikowym koszu, splątane paskami, leżą torebki. Jedna z nich wygląda zastanawiająco dobrze. To zawsze widać
po sposobie szycia, jakości skóry,
którą prawdopodobnie wzięto za sztuczną.
Napis Hermes chyba nic nie mówił komuś, kto te torebki segregował.
Jest już południe. Kobietom nie chce się schylać do niebieskiego kosza. Wyjątkiem jest jedna dziewczyna, która podnosi torebkę, przyciska
ją do piersi i szybko idzie do kasy.
***








Szła w deszczu, chroniąc się pod parasolem. Granatowy welon jej stroju szarytki był mokry i ciężki. Wracała od chorej. Dwa razy dziennie, każdego dnia, Siostra Amele Girard przemierzała tę samą trasę od Place de la Madeleine, przez Rue Royal, Rue du Faubourg, aż do Rue d’Anjou gdzie mieszkała jej podopieczna.
Pod numerem dziewiątym, przekraczała małe podwórze, potem wchodziła przez duże drewniane drzwi. Budynek, jak prawie wszystkie w Paryżu, miał wysokie okna, z kutymi grzebieniami balustrad i okiennicami z poziomych listew. Madamme Etienne Vallier prawie nie wstawała z łóżka. Miała 87 lat i ciężką chorobę kręgosłupa. Jeszcze tylko wstawała do toalety wspierając się na kulach, ale była już zupełnie niesamodzielna. Jej dawna gosposia gotowała trzy razy w tygodniu i robiła zakupy. Siostra Amele, dawała leki, myła ją, karmiła, poprawiała pościel, wietrzyła pokoje. Była jej opiekunką.
- A, to ty,  Amele! – Tak dawno Cie nie było! Wieki całe! – skarżyła się Madamme Etienne. W jej wieku czasem czas rozciągał się jak guma. Pamiętała doskonale swoją młodość a czasem gubiła się
w tym, co było wczoraj. Leżała w staromodnej pościeli z wysoko postawionym zagłówkiem, z pilotem do telewizora w ręku.
- Ależ Madamme Etienne! Byłam u pani wczoraj wieczorem! Jestem u pani dwa razy dziennie, niech pani sobie przypomni, proszę.
- No może masz i rację, ale ten czas tak leci, na nic człowiek nie ma czasu!
Amele uśmiechnęła się, wyobraziwszy sobie jak Madamme Etienne zabiegana dysząc, biega po salonie. Kiedyś musiała być piękną kobietą. Duże szare oczy trochę zapadły się, ale nie straciły blasku. Przymrużywszy powieki nie było widać jej zmarszczek, a twarz stawała się młodsza.
- Chce pani usiąść na fotelu? Popatrzy pani trochę na ulicę a ja prześcielę łóżko, dobrze?
- A zrobisz mi filiżankę kawy? Będę sobie siedzieć przy oknie,
z kawą… - rozmarzyła się.
- Nie może pani pić kawy, bo nie uśnie pani do północy, zrobię pani herbatkę miętową.
- Dobrze, kochana, bo już ledwo leżę!
Przechodząc do kuchni, w przedpokoju Amele natknęła się na lustro. Przystanęła patrząc na swoje odbicie. Była blada, duże czarne oczy
i małe usta nadawały jej wygląd dziecinnej buzi. Mokry welon zaczynał przeszkadzać. Zdjęła go i powiesiła go na wieszaku, aby wysechł.
- Tak sobie myślę, Amele, taka piękna dziewczyna, dlaczego jesteś siostrą zakonną? –Chyba po raz dwudziesty zadała to pytanie.
- Bóg mnie powołał, po to, abym mogła służyć ludzkiej niedoli – chyba po raz dwudziesty odpowiedziała Amele. Ale ilekroć powtarzała tę wyuczoną formułę tylekroć zadawała sobie pytanie, czy aby to robić, trzeba koniecznie należeć do zakonu. Była młoda, zawsze idąc ulicą oglądała wystawy, patrzyła na piękne stroje, marzyła o buteleczce perfum, ale największym jej marzeniem była torebka od Hermesa.

Na wystawie były dwie takie same. Jedna czarna, która przez swój kolor nie miała u niej szans i… różowa, zachwycająca, z szerokim paskiem na ramię i wytłoczonym dziurkami znakiem firmowym: literką H w owalu.
Dwa razy dziennie Amele przystawała przed jedną z wystaw Hermesa. Sklep znajdował się na rogu Royal i Faubourg. Łukowane okna zaopatrzone były w markizy, wiec nawet w deszcz można było postać dłużej. Na chwilę zapominała o swoim nieforemnym granatowym stroju, o zakonie, wyobrażając sobie,
że idzie po moście des Artes, jej obcasy stukają o drewnianą podłogę, a torebka lekko kołysze się na ramieniu. To było całe marzenie. Jakby nie widziała ciągu dalszego, ani też miejsca,
z którego weszła na most. Nie było ważne, czy idzie sama czy nie. Najważniejsza była kołysząca się torebka w rytm jej kroków.
Madamme Etienne piła herbatę, z trudem utrzymując w sękatych dłoniach delikatną filiżankę. Muzealny wystrój mieszkania zatrzymał w czasie wspomnienia rodzinne. Mąż Madamme Etienne, Pierre był oficerem, chyba generałem w Division Cuirasse albo gdzieś indziej, bo na pamięć Madamme w tym względzie nie można było liczyć. Na komodzie stało jego zdjęcie. Wyprostowany jak świeca w generalskim mundurze wyglądał jak postać z filmu o miłości w trudnych czasach wojny .
- Ile ty masz lat dziecko? – Spytała.
- 25, Madamme.
- I nigdy nie czułaś, że lepiej mieć dom i dzieci? – drążyła.
- Nie. Jestem córką miłosierdzia, mój Pan Jezus Chrystus jest dla mnie źródłem wszelkiej miłości, Madamme. – odpowiedziała trzepiąc poduszki i prostując prześcieradło.
- A jak myślisz, czy ja pójdę do nieba?
- Z pewnością, Madamme.
- A czy tam mają czerwone wino?
- W niebie jest wszystko, Madamme.
- I będę mogła znów tańczyć?
- Nie wiem, nigdy tam nie byłam, ale jeśli to będzie wielkie pragnienie, to myślę, że Bóg pozwoli. Bóg szanuje pragnienia ludzi, jeśli tym nie czynią nikomu krzywdy. Tak myślę.
Przez sekundę zobaczyła w swojej wyobraźni różową torebkę. Strząsnęła z siebie ten obraz i podeszła do Madamme.  Odebrała jej pustą filiżankę.
- No już. Postaramy się powolutku dojść do łóżka?
Staruszka leżała już wygodnie, szukając swojego pilota – jedynego towarzysza jej samotnych godzin.
- Teraz podgrzeję obiad Madamme. Potem poczytam prasę i pójdę do siebie.
*


Deszcz na szczęście przestał padać. Na dworze już kwitną krokusy
i prymule. Jest ślicznie, jak to zawsze na wiosnę.
Kiedy wyszła przed bramę, oświetliło ją piękne wiosenne, paryskie słońce. W pobliskiej restauracji kelnerzy rozstawiali plecione krzesełka. Uwijali się jak roboty. Każdy wiedział, co do niego należy. Na koniec strzepywali pyłki z serwet ściereczkami, które potem wtykali za pasek spodni. Wszystko wracało do stanu poprzedniego, jakby deszcz był tylko chwilową przeszkodą.
Ciepło słonecznego światła dotknęło policzków Amele. Spłynęło do jej duszy, ostatnio niepokojąco skołatanej targającymi ją pragnieniami. Wyszła od Madamme pół godziny wcześniej niż przypuszczała. Te stoliczki tak kusiły. Nie wypadało usiąść z kieliszkiem wina, ale w końcu strudzona szarytka ma chyba prawo do szklaneczki soku pomarańczowego!

Bar Le Fabourg zapełniał się powoli. Nie czuła się tak bardzo samotna i wystawiona na spojrzenia przechodniów. Dwa stoliki dalej usiadła młoda dziewczyna, śmiesznie ostrzyżona: jej rude włosy
z jednego boku były króciutkie z wygolonymi symetrycznie pręgami,
a drugi bok miał średniej długości włosy lekko zaczesane na twarz. Wyglądało jakby wiatr zawiał jej fryzurę na jedną stronę. Mocno podkreślone, czerwone usta i zielone oczy były wyzywające.

Dziewczyna zamówiła lampkę wina i zerknęła na zegarek. Po kilku minutach zjawił się mężczyzna, który bez zbędnych ceregieli usiadł koło niej
i spytał dość głośno:
- Ty jesteś Mathilde? No…może być. Jestem Alain. To gdzie pójdziemy? Do hotelu?
- Może być – odpowiedziała Mathilde i zaczęła szukać czegoś
w torebce.
- Daj spokój, ja zapłacę! Garcon!
Kiedy odchodzili, Amele zwróciła uwagę na zgrabną sylwetkę dziewczyny. W dżinsach i w białej koszulce wyglądała jak zagubiona nastolatka.
- Co się ze mną dzieje?- pomyślała. Dlaczego zwracam uwagę na takie drobiazgi zamiast skupić się na swoim posłannictwie i modlitwie!
Zapłaciła i szybkim krokiem poszła w kierunku placu de la Concorde. Po drodze znów mijała sklep Hermesa. Odwróciła głowę. Szła oglądając czubki swoich bezkształtnych butów. Pomyślała o swoich towarzyszkach, które tak jak ona pracowały gdzieś w szpitalach, domach opieki, a nawet w więzieniach. Nie miały czasu zawracać sobie głowy torebkami albo ciuchami. Musiał im wystarczyć strój zakonny do końca ich pożytecznego życia.
*

- Amele, zaraz po obiedzie spotykamy się w kaplicy Św. Wincentego! Musimy omówić parę spraw na następny tydzień. – powiedziała siostra przełożona Marthe Moreau. Jej głowa opięta welonem wydawała się mała, w porównaniu z resztą dużego ciała.
- Tak Siostro, rozumiem.
Pokoik, który dzieliła z siostrą Simonne, był pozbawiony
jakichkolwiek kobiecych ozdób. Na ścianie wisiał krzyż
z ukrzyżowanym Chrystusem, dwa łóżka, stolik, dwa krzesełka, mała szafa, za parawanem lusterko z półeczką i dwie małe szafki na osobiste drobiazgi.
Na szerokim parapecie stała doniczka z kwiatkiem, a obok leżały dwa modlitewniki. Simonne siedziała na krzesełku z różańcem w dłoni i patrzyła jak na drzewie za oknem harcują dwa ptaki. Światło wydobyło z jej twarzy ślady po trądziku młodzieńczym, piękne były tylko oczy: duże, bladoniebieskie tak jasne, jakby wyblakły od patrzenia w niebo.
- o Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy…
To wezwanie nosiły wszystkie siostry, wyryte na Cudownych Medalikach, a zostało podyktowane przez samą Matkę Najświętszą nowicjuszce św. Katarzynie Laboure.
Amele dołączyła do Simonne z różańcem w ręku i podjęła rytuał codziennego godzinnego rozmyślania. Nie mogła się skupić całkowicie. Ciągle na sekundę pojawiała się dziewczyna, którą dzisiaj spotkała, jakby były związane ze sobą czymś nieodwołalnym.
*

Mathilde przecisnęła się przez obrotowe drzwi hotelu. Przystanęła na chwilę koło dużej donicy z zielonym krzewem i poprawiła spadające ramiączko biustonosza. Potem wolno, chwiejąc biodrami szła oglądając znowu wystawy. W tej dzielnicy było ich co niemiara
i to najznamienitszych marek: od Cartier’a, Chanel po Yves Saint-Laurent’a. Czasem przystawała dłużej a nawet wchodziła do niektórych choćby tylko sobie pooglądać.
Tym razem zatrzymała się przed witryną, na której umieszczono torebki. Hermes wystawił swoje dwie nowości. Jedną czarną, drugą różową.
- A tu jesteś! Masz dla mnie coś? – zapytał Arnie Dumont, wyciągając rękę, ale nie na powitanie.
- Tak, ale to niewiele, miałam tylko jednego…
- To co robisz? Oglądasz wystawy i spacerujesz? Dawno nie rozmawialiśmy na osobności, prawda?
- Nie złość się Arny, proszę, źle się czuję… od jutra będę się starać, tylko się nie złość…
- Uważaj! Jutro tutaj o szóstej! Gówno mnie obchodzi jak się czujesz, masz zarabiać, bo cię zczyszczę!
Odwrócił się strzelając palcami, aby zrozumiała, o czym mówi.
Mathilde poczuła, jakby jakaś gorąca kula szła z jej brzucha do piersi i za chwilę eksploduje. Trzepnie tego fiuta w mordę, aż mu łeb odleci! Pedał jeden! Niech sam daje dupy za pieniądze! W końcu wie jak to się robi, od dziecka! Szlag by to trafił!
*

Kiedy przyjechała do Paryża miała 16 lat i była dziewicą. Spotkała go na Gare du Nord, kiedy stała przed tablica informacyjną, patrzyła na nią jakby chciała znaleźć wskazówkę, co zrobić ze sobą. - Szukasz czegoś? – zapytał Arny.
Wyglądał jak gwiazdor, brunet, w białej marynarce i szarych spodniach, z szalem bordo niedbale zapętanym wokół szyi. Nie wiedziała, że to był strój roboczy. Miał robić wrażenie na takich jak ona, przyzwyczajona do widoku niedomytych chłopaków ze wsi.
- Znam tani hotel, chcesz?
W „hotelu”, który był mieszkaniem kumpla, pokazał jej łazienkę
i zostawił samą. Kumpel przyszedł po pół godzinie z kolegą. Od tej chwili zaczął się jej dramat.
Zgwałcili ją. Trzymali pod zamknięciem trzy dni, robiąc z nią to,
na co mieli ochotę. Potem powiedzieli, że musi pracować dla nich,
bo wiedzą skąd przyjechała i mogą z jej rodziną zrobić, co im się podoba.
Dali jej telefon komórkowy, ubrali inaczej i wygonili na ulicę. Za pieniądze, które zarobi, może wynająć sobie pokój, który jej wskażą. Musi się codziennie kontaktować z Arny’m i przekazywać mu pieniądze. Jeśli ucieknie, zatłuką jej matkę.
Nie chciało jej się wierzyć, że zechce im się jechać do jednego
z najbiedniejszych regionów Francji i uganiać się za jej rodziną, ale kto ich tam wie?
Była ładna, młoda, klienci dostawali jej telefon od Arny’ego, który tym samym kontrolował ich ilość, ale i tak niektórzy płacili więcej, czasem sami polecali ją komuś, tak, że nauczona oszczędności uzbierała niewielką kwotę.
Zaczynała mieć dość zajęcia, którego nienawidziła. Ci obleśni faceci, traktujący ją jak przedmiot, albo gumową lalkę, która ożywała sprawiali, że miała wstręt do siebie, do nich, do całego świata. Była niepotrzebna, niekochana, bezwartościowa.
Rodzicom powiedziała, że znalazła ogłoszenie o pracy w bistro z pokojem do zamieszkania. Nie oponowali. Mieli ją z głowy. Nawet nie prosili o telefon jak się urządzi.
Nie chciała wiele, ale to, co ją spotkało, przerosło jej wyobraźnię. Widziała na bulwarach objęte, przytulone pary, w kawiarniach szczebiotali do siebie trzymając się za ręce. Widziała staruszków podtrzymujących się wzajemnie idących alejkami ogrodu. Jej towarzyszem był telefon komórkowy.
Stała przed wystawą sklepu Hermes’a, patrząc na różową torebkę, która nagle stała się dla niej uosobieniem szczęścia, wiary w lepsze jutro. Łzy same płynęły dwiema ścieżkami, łącząc się pod brodą spływały, wsiąkając w t-shirt. Ocknęła się słysząc cichy kobiecy głos tuż obok niej.
- Dlaczego pani płacze? Nie trzeba. Mogłabym jakoś pomóc?
Zobaczyła ją najpierw w odbiciu szyby. Siostra zakonna? Co ona
tu robi przed Hermesem?
- Niech pani nie płacze. – Niemal prosiła, składając ręce jak do modlitwy. – Może coś poradzimy. Podoba się pani ta torebka? Mnie też…- zaśmiała się cichutko.- Chodźmy na ławeczkę, porozmawiamy…
- Dobrze, tylko wejdę i kupię sobie tę torebkę, może to będzie początek czegoś nowego, a potem porozmawiamy, dobrze?
Siedziały obie blisko siebie. Na kolanach Mathilde stała firmowa torba Hermes’a, w rękach Amele skromny mały plecak. Pierwsza kolorowa jak egzotyczny ptak, druga szara, drobna, jak te gołębie, które dreptały koło nich czekając na okruchy.
Jeszcze nikomu Mathilde nie opowiadała historii swego życia, a tym bardziej komuś, kto nosił medalik z Przenajświętszą. Nie trwało to długo. Mathilde postanowiła właśnie teraz skończyć z prostytucją, wyjechać i zacząć wszystko od nowa. Łzy rozmazały jej makijaż. Zadzwonił jej telefon. Nie odebrała rozmowy i wyrzuciła do kosza na śmieci.
- Chodź ze mną – poprosiła Amele, myślę, że siostra przełożona, zezwoli ci być u nas kilka dni, a potem coś postanowimy.
Poszły razem ulicą Royal w kierunku Madeleine. Dla kogoś z boku musiały wyglądać interesująco, choć Paryżanie byli przyzwyczajeni do rozmaitych widoków. Drepcząca, skulona, granatowa postać Szarytki z plecakiem w ręce i wyższa od niej ruda szczupła dziewczyna w szpilkach, z torbą Hermesa.
Szły szybko, aby jak najprędzej opuścić to miejsce, w którym
w każdej chwili mógł się pojawić Arny, zwłaszcza, że Mathilde nie odebrała telefonu z nowym zleceniem.
*

Amele zastukała w duże drewniane drzwi ich małego klasztoru.
- Siostro przyprowadziłam Mathilde, ona potrzebuje pomocy, proszę o zgodę, aby mieszkała u nas najwyżej tydzień. – prosiła Amele.
Zapadła cisza. Siostra Marthe, splotła ręce na brzuchu i z uwagą wpatrywała sięw to rude, rozmazane, jeszcze płaczące dziewczę, które nie musiało się nawet przedstawiać. Wszystko było wiadome. Mathilde rozpłakała się na dobre.
- Chcesz tu zostać? – spytała przełożona. – Wiesz, z czym się to wiąże?
Nie usłyszawszy odpowiedzi, kontynuowała:
- Musisz uszanować naszą liturgię godzin, nie przeszkadzać, codziennie o piętnastej odmawiamy akt adoracji. W tym czasie możesz pomagać w kuchni.
Zmienisz strój, uczesanie i przez tydzień staniesz się kimś innym. Potem zobaczymy, co da się dla Ciebie zrobić. Masz tu worek na swoje osobiste drobiazgi. Będziesz spać w pokoju Amele.
Zobaczyła zdziwione spojrzenie Amele, więc dodała:
-Tak, będziecie razem, Simonne na tydzień przeniesie się do mnie, jakoś się musimy pomieścić.
Tego wieczoru, kiedy już miała czas dla siebie, towarzyszyła Amele ostrzyżona krótko, bez makijażu w szarej sukience nowicjuszki niczym nie przypominała tamtej rudej kobiety publicznej. Mathilde patrzyła w okno i chwilami znowu płakała, chciała wypłakać z siebie całe zło i gorycz. Wyglądała niewinnie, tylko jej paznokcie pomalowane czerwonym lakierem, jeszcze tkwiły w tamtym życiu.
- Musze jej kupić jutro zmywacz- pomyślała Amele. – No jak? Przestaniesz już płakać? Musisz zająć się sobą. Jesteś właścicielką swojego życia. Od ciebie zależy jak je przeżyjesz.
- Już mi lepiej. Bałam się, kiedy uciekałyśmy stamtąd. Oni są do wszystkiego zdolni.
- Do domu nie możesz wrócić?
- Mogę, ale nie chcę. Wydadzą mnie za jakiegoś osiłka i będę klepać taką samą biedę jak oni. Ja już tego nie chcę. Czuję się dobrze
w mieście. – powiedziała, chowając otrzymany worek pod łóżko.
Dziękuję ci Amele. Chciałabym mieć tutaj jakieś zajęcie. Potrafię gotować, sprzątać, sama opiekowałam się braćmi. Na wsi rodzice pracują, najstarsze dziecko opiekuje się młodszymi.
Amele przyszedł do głowy pewien pomysł.
- Muszę go przedtem omówić z siostrą Marthe – pomyślała.
*

Następnego dnia, z wielką radością szła do swojej podopiecznej. Miała poczucie spełnienia czegoś ważnego i pięknego. Platany
ze swoją „cementową” korą budziły się z zimowej nagości. Między wiszącymi kulkami zeszłorocznych nasion pojawiły się młode liście. Wszystko było dzisiaj piękne i jasne.
Kiedy mijała ławkę, na której wczoraj siedziały z Mathilde, zobaczyła Arny’ego, który z telefonem przy uchu zbliżał się do kosza,
z wyrzuconym telefonem. Sięgnął i wyciągnął dzwoniącą komórkę.
- Putain! warknął. - Putain! Putain! - Znajdę cię! Już nie żyjesz!
Wyłączył oba telefony, schował do kieszeni i szybko odszedł w stronę metra. Teraz już nie było odwrotu.
Pani Etienne jak zwykle powitała ją słowami, że tak dawno jej nie było i pewnie już o niej Amele zapomniała, i teraz przyjdzie jej umierać w samotności.
- Madamme, Pani nie wie, co to jest samotność. Ma Pani sporo przyjaciół. Nawet ja i gosposia jesteśmy pani przyjaciółkami.
- Jakie tam z was przyjaciółki! Jedna wpada na pięć minut coś tam pomiesza w garnku i ucieka, a druga przychodzi, kiedy zechce.
- Jest pani niesprawiedliwa. Ja jestem tu dwa razy dziennie. Proszę
o tym pamiętać, Madamme.
Usadowiła gderającą staruszkę w fotelu z filiżanką herbaty, a sama zajęła się tym, co zawsze.
- Dzisiaj mamy kąpiel, Madame! Pójdę zakręcić wodę w wannie
i zaraz wrócę.
Kąpiel, to był najgorszy z obowiązków Amele. Pani Etienne głośno jęczała przy każdym ruchu, przeklinała starość i niedołężność, ale kiedy już znalazła się w ciepłej wodzie, milkła i wydawała się zadowolona. Proces wydobywania jej z wody był jeszcze gorszy. Madamme bała się poślizgnąć, trzęsła się z zimna, mimo, że natychmiast była otulana w miękki ręcznik. Amele otuliła jej nogi
i zawiozła powrotem do łóżka.
- Co ja bym bez ciebie zrobiła! – Tym razem zdobyła się na wdzięczność.
 – Po kąpieli tak mi lekko, jakbym kilo brudu zmyła – uśmiechnęła się Madamme. – Żeby jeszcze ta samotność…
- Może będę miała ciekawą propozycję dla pani. – zaczęła Amele, stawiając na stoliczku ciepłą zupę.
– Mamy u siebie młodą dziewczynę, która nie ma gdzie mieszkać i która doskonale zajmie się panią przez cały dzień. Musiałaby tylko mieć u pani swój pokoik, wyżywienie i jakąś cotygodniową wypłatę.
Ale to jeszcze nic pewnego, jeszcze z nią nie rozmawiałam, ale myślę, że byłaby chętna. To dziewczyna ze wsi. Chce wyjść z trudnej sytuacji życiowej, a nikt tak jak pani, Madamme, nie potrafiłby jej pomóc. Miałaby pani szansę nauczyć ją jak być inną dziewczyną. Czy pani jest zainteresowana?
- Jeśli ma takie referencje to tak. Porozmawiaj z nią. Dam jej dwa tysiące euro, i wolne, kiedy tylko będzie chciała, pod warunkiem, ze zajmie się mną należycie.
Amele czuła się trochę nie w porządku, bo nie powiedziała, czym zajmowała się Mathilde, ale również nie skłamała. Uwierzyła tej dziewczynie i nie wyobrażała sobie, że mogłaby ponieść porażkę.
*

Siostra przełożona również pochwaliła ten pomysł, ale dodała,
że Amele nadal, przynajmniej raz dziennie musi odwiedzać Madamme.
- Musisz sprawdzać jak sobie radzi, to trochę ryzykowne, zdajesz sobie z tego sprawę?
Zastała Mathilde w kuchni, nakrywającą do stołu do obiadu.
- Jak minął ci dzień? – spytała dziewczynę.
- Tutaj tak spokojnie. Wyszłam na korytarz, patrzyłam na ulicę
i pomyślałam sobie, że już nie chciałabym tam się znaleźć. Tu jest tak spokojnie… spałam dzisiaj dość długo. Nikt mnie nie budził, a jak wstałam, to Siostra Simonne zaprowadziła mnie do kuchni. Pomagałam obierać fasolkę na obiad. Nigdzie tak dobrze się nie czułam. Dobrze jest… mam ochotę śpiewać – dodała pokazując w uśmiechu piękne równe zęby.
- Cieszę się. Mam dla ciebie pracę. Bardzo sympatyczna staruszka, mieszka zupełnie sama i jest chora. Da ci pokój, pieniądze
i wyżywienie za opiekę. Czy chciałabyś u niej pracować? Ja tam chodzę dwa razy dziennie, ale mogłabym do was przychodzić raz dziennie. Nie stracimy ze sobą kontaktu. No i jak?
- Naprawdę? Jaki dobry duch z ciebie Amele! Pewnie, że tak!
O czymś takim myślałam, kiedy tu przyjechałam! – powiedziała, obejmując ją serdecznie.
- Tylko jest jeden problem, z którego zdałam sobie sprawę teraz idąc tutaj. To niedaleko miejsca, w którym się spotkałyśmy. Widziałam Arny’ego jak znalazł twój telefon w koszu. Był wściekły. Musiałabyś chodzić inną trasą, może ulicą Surene, bo Madamme mieszka na d’Anjou. To niestety ten obszar, ale coś poradzimy.
Kilka dni później, razem szły wąskimi uliczkami z kościoła Madeleine do domu Madamme. Trasa wydawała się bezpieczniejsza, nie było hoteli i barów, a poza tym, chyba Arny nie uwierzyłby, że tak niedaleko mu uciekła!
Na króciutko obcięte włosy, Mathilde założyła biały płócienny sportowy kapelusik. W ciemnych okularach, dżinsach i białej koszuli, wyglądała zupełnie inaczej. Obok niej w swoim granatowym stroju szła Amele. Mathilde starała się naśladować jej sposób chodzenia. Stawiała drobne, pewne kroczki bez śladu kołysania biodrami, jak uczył ją Arny.
*

Madamme Etiene założyła okulary, aby lepiej przyjrzeć się dziewczynie.
- To jest Mathilde, Madamme. Mieszkała u nas w Zgromadzeniu, ale jej jest pisany kontakt ze światem i ludźmi. Myślę, że będzie dobrą towarzyszką.
- Zobaczymy! – uśmiechnęła się do dziewczyny, która chyba nie zauważyła prezentacji i oszołomiona, oglądała wnętrze pokoju, obrazy i lustra, meble, wystrój, którego nigdy nie widziała. Czuła się jak w pałacu.
-Mathilde! Puk puk! Obudź się! Popatrz chociaż na swoją Panią!
- Bardzo panią przepraszam M…Madamme! Takie cuda! jak
w Wersalu, chyba!
- Skąd jesteś?
- Mieszkałam niedaleko Bolbec w Górnej Normandii, u rodziców.
-  Nie chcesz tam wrócić?
- Nie chciałabym, nie było mi tam dobrze.
- A tu lepiej?
- Też nienajlepiej… jakoś mi się nie układało. – Odpowiadała skubiąc rękaw koszuli.
- Ładna dziewczyna z ciebie, tak samo jak Amele, też jest ładna, szkoda, że Szarytka. Nie mam o czym z nią pogadać! Może nam lepiej pójdzie!
- Mathilde, ucz się jak należy się opiekować Madamme. Dziś będziemy razem.
Przedpołudnie minęło szybko. Madamme usnęła jak zwykle przed południem. Amele wróciła do swoich obowiązków, więc Mathilde poszła do swojego pokoju. Okna wychodziły na ulicę. Pod jednym
z nich stało wygodne łóżko, przykryte kwiecistą kapą. Kremowe meble też miały podobny wzór kwiatowy. W rogu pokoju stała komódka a na niej figurka Matki Boskiej. Jej oczy wpatrzone były w Mathilde.
- Patrzy wprost na mnie… a jeśli przejdę trochę w bok? – figurka zdawała się wodzić za nią oczami.
- To pewnie złudzenie - pomyślała. – To tak jak z tymi reklamowymi postaciami z tektury, w sklepach. Jak nie staniesz to masz wrażenie, że na ciebie patrzą.
Podeszła do niej bliżej i wtedy wydało się jej, że szata Madonny lekko się poruszyła, tak jak firanka w oknie.
- To niemożliwe. A jednak? Może Madonna będzie mieć mnie
w swojej opiece i tak daje mi znak? – Pogłaskała postument figurki palcem, bo nie wiedziała jak wyrazić swoją czułość dla niej. Uśmiechnęła się nawet. Potem zaczęła wkładać do szafy swój skromny majątek z worka. Torebka Hermesa już nie budziła takiej radości z faktu jej posiadania, ale położyła ją na osobnej półce, aby nie stykała się z pospolitymi przedmiotami.
W kuchni, zaczęła przygotowywać posiłek dla siebie i dla Madamme. Czuła ciepło tego domu, które tu zasnęło na jakiś czas. Teraz ma szansę mieszkać i żyć tak jak zawsze pragnęła. Panią Etienne będzie traktować jak babcię, której nigdy nie znała.
Staruszka była drobna i lekka. Mathilde nie miała kłopotu
z sadowieniem jej w fotelu, co zapobiegało odleżynom, a przy tym Madamme mogła patrzeć przez balkon na skwer ze starymi drzewami.
- Cieszę się, że jesteś Mathilde! To miłe jak się budzę i patrzę, że nie jestem tu sama.
- I ja się cieszę, Madamme.
Obejrzały kolejny odcinek serialu, Pani Etienne zjadła kolację
i pożegnała się z Mathilde.
- Idź już do siebie dziecko, ja jeszcze pooglądam i pewnie usnę, ale telewizor sam się wyłączy. Śpij dobrze, jutro wstaję o ósmej. Dobrej nocy!
Po kąpieli w ogromnej łazience, postanowiła iść spać. Była zmęczona. Przez chwilę patrzyła na figurkę Madonny, stała w cieniu
i wydawała się być tylko gipsową postacią. To była pierwsza, spokojna, ciepła noc Mathilde od czasu, kiedy wysiadła z pociągu na Gare du Nord.
We śnie okazało się, że może latać. To było takie proste! Wystarczy odbić się lekko i rozpostarłszy ręce, zwinnie wyfrunąć przez okno,
a potem latać nad Paryżem jak mewa, prawie nie poruszając rękami. Zmiany kierunku sterować jedynie myślą. Latać jak anioł, ptak, balonik, w kryształowym powietrzu, bez zmęczenia i strachu.
O ósmej zadzwonił budzik. Mathilde czuła się wyspana i szczęśliwa. Pobiegła do Madamme prosto z łóżka. Staruszka nie spała. Patrzyła na nią ciepło mówiąc:
- No, nie aż tak punktualnie, Mathilde! Ubierz się w to, co tam masz i zrób nam śniadanie. Musisz dzisiaj wyjść z Amele i kupić sobie jakieś ubrania, bo moje nadają się chyba do teatru, jako rekwizyty.
O dziesiątej Przyszła Amele. Madamme zaróżowiona, umyta
i nakarmiona siedziała w ulubionym fotelu, obok którego Mathilde postawiła mały stoliczek na filiżankę i kilka kruchych ciasteczek.
- Co ja widzę! – zawołała Amele. – Proszę! Mathilde lepiej daje sobie radę niż ja! Wiedziałam, kogo pani polecić, Madamme. Spędziły godzinkę na pogaduszkach. Czegoś takiego salon pani Etienne nie widział od kilku lat. Przyjaciółki przestały odwiedzać chorą, która nie grała w brydża, nie przygotowywała kanapeczek i na dodatek poprosiłaby o coś, co trzeba by było dla niej zrobić.
- Amele, jak będziesz wychodzić, zabierz ze sobą Mathilde. Ona nie ma się w co ubrać. Proszę podaj mi ten kuferek! Tu masz pieniądze, pomóż jej kupić parę rzeczy, dobrze?
- Ale Madamme ja mam trochę pieniędzy, mogę sobie sama kupić – próbowała powiedzieć Mathilde.
- O nie, dziecko, zachowaj sobie na gorsze czasy. Każdy człowiek musi mieć jakąś rezerwę. Ja muszę cię wyposażyć, w końcu pracujesz u mnie!
Kiedy wyszła z Amele przed bramę, przez chwilę poczuła się niepewnie. Szybko założyła okulary i kapelusik, aby zasłonić nieszczęsny, wycięty na głowie wzór. Wsiadły w metro przy Madeleine i pojechały na Montmartre. Tam są tanie sklepy z tanią odzieżą.
Kupiły perukę z jasnymi włosami, aby Mathilde nosiła ją na ulicy, dopóki nie odrosną jej włosy, kilka koszulek, bieliznę, czarne spodnie, sandały i bluzę sportową z kapturem. Tylko jedna sukienka wykraczała poza margines rzeczy potrzebnych, to Amele nie mogła oderwać od niej oczu. Klasyczna, prosta sukienka z paskiem w talii, ale z pięknym wzorem różowych peonii na szaro seledynowym tle liści.
- Musisz mieć coś ekstra, wprawdzie nie pójdziesz z Madamme
do opery, ale powinnaś mieć coś na specjalne okazje!
Obładowana torbami Mathilde sama wróciła do domu.
- No pokaż co kupiłyście! Och jak dawno nie widziałam tyle toreb
i tyle rzeczy! Jaka piękna sukienka! Przymierz.
Mathilde czuła się jak dziewczynka, której kupiono nowe buciki
i trzeba je oglądać na nogach ze wszystkich stron wyginając się
w nieprawdopodobny sposób.
Sukienka lekko rozkloszowana dołem, ładnie się układała, kiedy Mathilde poruszała biodrami. Peonie fruwały obok niej, słońce wpadało przez okno, podświetlając tkaninę.
Madamme przypomniała sobie, że miała podobną, kiedy razem z jej mężem po roku małżeństwa pojechali do Saint-Tropez na długie wakacje. Tego lata starali się o dziecko. Nie udało się. Potem już tylko liczyli na cud. Też się nie zdarzył. Dni upływały im jednakowo bezbarwnie, jeśli do atrakcji można zaliczyć tzw. „bywanie”. Potem umarł Pierre. Przez chwilę wszyscy z litości próbowali ubarwić jej samotność, ale wkrótce te akty współczucia zanikły. Potem umierali znajomi, koleżanki i dalecy kuzyni, którzy nigdy nie zadali sobie trudu, aby ją poznać. Była sama.
Spojrzała w stronę Mathilde, która oglądała grzbiety książek z dużej biblioteki. Wyciągała je ze zwartych szeregów i odkładała na stolik albo chowała z powrotem. Kilka z nich odłożyła na stolik.
- Madamme, czy mogę zabrać do swojego pokoju te książki? Chciałam je przejrzeć.
- Naturalnie dziecko, weź i zajmij się obiadem, jestem głodna jak wilk!
Po obiedzie, Mathilde siedziała w fotelu obok Madamme i czytała
jej poranną gazetę. Po chwili zauważyła, że Pani Etienne śpi. Zachodzące słońce wpadało szczeliną wprost na łóżko, oświetlając złotem jej twarz. Jej skóra zdawała odbijać to złoto, tworząc aureolę z rozpylonych złotych cząstek.
- Kiedyś musiała być piękna, teraz też jest piękna, tylko inaczej – pomyślała Mathilde.
Staruszka wsparta wysoko na poduszkach, najedzona, wymasowana i umyta, spała tak mocno, że Mathilde postanowiła obejrzeć swój ulubiony program w telewizji. Miała odczucie jakby od zawsze mieszkała w tym pięknym, bogatym mieszkaniu, tylko na chwile dzieciństwa los rzucił ją do biednego domu normandzkich rybaków. Portrety ze ścian patrzyły na nią życzliwie.
Minęły dwa tygodnie. Gosposia robiła jedynie zakupy. Gotowanie
i sprzątanie przejęła Mathilde. Sprawiało jej to radość. Madamme uwielbiała ryby, a w przyrządzaniu tych potraw była mistrzynią. Również przyjemne były okrzyki zachwytu, jakie towarzyszyły jedzeniu jej dań.
- Mathilde, rozpieszczasz mnie! Ten łosoś jest pyszny! Jak Ty to robisz? Dusisz go z jarzynami?
- Tak Madamme, wtedy jest mniej tłusty, dla pani odpowiedni, starałam się! – szczerze powiedziała Mathilde.
- Tak mi z tobą dobrze, aż chce mi się żyć! Tak bym chciała jeszcze raz pobyć w Sannois, tam mamy, mieliśmy letni dom. W sierpniu uciekaliśmy z mężem z Paryża i mieszkaliśmy tam aż do listopada. Wiesz.. nadal mam ten dom. Chyba zestarzał się jak ja.
- Domy są trwałe! Trwalsze niż my, Madamme.
- No ty jeszcze masz duuużo czasu! Wiesz, jesteś dla mnie bardzo dobra, dobrze, że jesteś. Jesteś jak córka, której nie mialam.
Na chwile Madamme zamknęła oczy. Widać było, ze o czymś myśli, Mathilde nie chciała jej przeszkadzać, więc cicho zebrała talerz na tacę.
- Wiesz, chętnie dam ci ten dom. Niech nie umiera razem ze mną. Może go ożywisz, zamieszkasz tam i założysz rodzinę, jak mnie już nie będzie – rozmarzyła się.
Mathilde znieruchomiała z tacą w rękach. Nie wiedziała co odpowiedzieć. Powiedziała wiec, chyba trochę nie do rzeczy:
- Madamme, pani mnie oswoiła jak Mały Książę lisa. Dotąd nie miałam przyjaciela.
- Czytałaś „Małego księcia”? Kiedy?
- Tutaj, był w bibliotece. „Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”, przeczytałam i od wczoraj o tym myślę. Szkoda.
- Co szkoda? To chodzi o to, że czasem nie musisz widzieć, czujesz sercem. Ja tak zawsze to rozumiałam.
*

Pewnego dnia, jak zwykle przyszła Amele z wiadomością, że jest już pełna wiosna, Paryż mieni się kolorami kwiatów.
- Mathilde, czy ty byłaś na ulicy, widziałaś?
- Jakoś nie mam ochoty, wyglądam przez okno i widzę to samo,
co ty, a w ogóle to jest mi tutaj tak dobrze, że boję się wyjść. A jak zabłądzę i nigdy już nie odnajdę Madamme Etienne? Czytam zaległości, gazety, wszystko wiem, co się dzieje.
Amele widziała już inną Mathilde. Włosy jej odrosły, tylko na koniuszkach były jeszcze rude. Bez makijażu twarz wyglądała może nie nadzwyczajnie, ale naturalnie. Była ładną, zwykłą dziewczyną, na której nie pozostał żaden ślad przeszłości.
Nie przypuszczała, że spotkana przypadkiem prostytutka okaże się tak wspaniałym tworzywem, z którego dzięki Madamme udało się ulepić z powrotem normalną dziewczynę. Szczęśliwą dziewczynę, spokojną, być może trochę zdziwioną nowym życiem, ale akceptującą to, co jej narzuciła. Tkwił w niej jednak strach przed wyjściem z domu i spotkaniem Arny’ego. To było oczywiste.
Madamme Etienne też prawdopodobnie wiedziała, kim była jej opiekunka. Zachowała się jednak jak prawdziwa dama. Przyjęła ją pod swój dach, bez jednego pytania, z pełnym zaufaniem. Tak to bywa, że niektórym przydarzają się same przykre doświadczenia,
a  Madamme trafiła na wspaniałą dziewczynę.
- Amele, chyba jesteś aniołem… albo będziesz!
- Dlaczego, Madamme?
- Jak wyczułaś, że Mathilde jest dla mnie? Że to idealna dziewczyna?
- Nie wyczułam, wiedziałam.
Właśnie wtedy Mathilde weszła z tacą, na której były filiżanki
z herbatą i ciasteczkami.
- Co to za plotki poza mną? Ja też chcę posłuchać!
- O sobie chcesz posłuchać – spytała Amele
- No, o sobie przede wszystkim!
- To się spóźniłaś! Już o Tobie nie rozmawiałyśmy! – zakończyła Amele. - Teraz chodź tu do nas, podaj nam herbatę.
- Mam coś dla Ciebie Amele, pokażę ci później, dobrze?
- Co może mieć dla mnie Mathilde? Zobaczymy!
Południe minęło na pogaduszkach. Przed wyjściem Mathilde zaprowadziła Amele do swojego pokoiku.
- To jest torebka Hermesa. Ta, która ci się podobała. Ja jej już nie potrzebuję. Jest dla ciebie.
- A co ja z nią zrobię?
- Nic. Miej ją po prostu. To prezent ode mnie.
- Nie wolno nam mieć takich przedmiotów.
- Widziałam, jak na nią patrzyłaś. Schowaj ją albo daj komuś. Coś wymyślisz, ale chociaż przez chwilę będzie twoja!
Amele trzymając torebkę czuła jej ciężar, gładkość i elastyczność skóry, kolor, jaki mają cukierki dla dziewczynek i otworki w kształcie znaku firmowego. Przewiesiła ją przez ramię. Miała ochotę przełożyć do niej wszystko, co miała w plecaku i nieść ją dumnie ulicą, nie szłaby jak zwykle pochylona, ale unoszona przez torebkę płynęła ponad trotuarem, a wszyscy przechodnie stali z otwartymi ze zdziwienia ustami…
Gdzieś z głębi usłyszała nasilający się śmiech. To Mathilde śmiała się do niej:
- Amele! Zejdź z chmur! Ale odjechałaś! Cieszę się, że poczułaś, jakie szczęście potrafi dać posiadanie czegoś, czego się bardzo pragnie! Chodź przejdziemy się chwilkę po ulicy. Będę szła po stronie torebki, którą założysz. Nikt nie zobaczy.
- Zaraz wracamy Madamme!
Tak jak to wymyśliła, towarzyszyła Amele, która z dziecinną radością w oczach, z torebką na ramieniu rzeczywiście prawie nie szła
a frunęła nad ulicą. Rozbawione, postanowiły dojść tylko do ulicy Faubourg Saint-Honore i wrócą powrotem do domu. Ulica była prawie pusta. Kilka osób szło raczej drugą stroną zacienioną markizami. One szły po słonecznej stronie jakby chciały wyeksponować swoją odwagę.
- Ja to naprawdę robię? – spytała Amele.- Tak i jak ci ładnie z tą torebką, pasuje do granatowej sukni – śmiała się Mathilde.- Nie żartuj sobie ze mnie, całe szczęście, że zaraz wracamy! Nagle Mathilde przystanęła, chwyciła ramię Amele.
- Stop! Idź normalnie jakby nigdy nic! Arny tam jest! Stańmy przy
tej wystawie!
Na rogu ulicy stał mężczyzna w białej marynarce, z rękami
w kieszeniach. Patrzył w ich kierunku jakby na nie czekał. Po chwili przekroczył skrzyżowanie, rozejrzał się i poszedł dalej nie oglądając się. Nie poznał Mathilde, ale dziewczyna straciła całą radość ze spaceru.
- Widzisz? Nie mogę wychodzić tu na ulicę. On zawsze tam łazi!
- To nie chodź w tym kierunku. Zawsze możesz wsiąść w metro
na Madeleine i spacerować gdzie indziej. A poza tym wcale cię nie poznał. Możesz czuć się bezpiecznie, tak myślę. Musisz przecież wychodzić z domu!
Kiedy wchodziły w podwórko pod numerem dziewiątym, Amele zapakowała torebkę do plecaka i pożegnała się z Mathilde przed drzwiami Madamme.
Idąc ulicą Faubourg wypatrywała Arny’ego. Siedział z jakąś dziewczyną na zewnątrz Baru i mówił do niej tak samo jak do Mathilde.
- Ma już następna ofiarę – pomyślała.
*

W jej pokoiku siostra Simonne jak zwykle patrzyła przez okno, siedząc na jednym z dwóch krzeseł. W ręku trzymała różaniec. Zupełnie tak samo każdego dnia. Posłuszna Simonne nie odczuwała braku wrażeń, nie sprawiała wrażenia osoby dociekającej, pytającej, posiadającej jakieś życie wewnętrzne, oprócz modlitw i codziennego różańca. Te jej godzinne, codzienne rozmyślania nigdy nie przyniosły odpowiedzi na zadane sobie pytanie. Może nie zadawała sobie pytań, a jej wpatrywanie się w okno było formą medytacji w ciszy i w pustce?

Amele wyjęła zimowe buty z pudełka w swojej części szafy
i schowała do niego torebkę. Na wieczku postawiła buty i plecak. Cicho usiadła na drugim krześle i tak samo jak Simonne trzymając różaniec wpatrywała się w okno.Na drzewie siedział kos. Miał piękną czarną sylwetkę i pomarańczowy dziób. Zaczynał gwizdem a potem wyśpiewywał króciutkie frazy pieśni. Amele nie mogła się skoncentrować na modlitwie. Gdzieś niedaleko z głuchym dudnieniem przejechał motocykl. Życie, które toczyło się za jej oknem było kuszące, ciekawe i takie kolorowe!
- To chyba grzech, że postawiłam na tej samej szali miłość do Pana Boga i pragnienie posiadania przedmiotu. Ale też Bóg szanuje pragnienia ludzi, jeśli tym nie czynią nikomu krzywdy – już to mówiła do Madamme i nie przypuszczała, że również jej te słowa będą dotyczyć. Tego dnia w modlitwie na Anioł Pański, modliła się żarliwie i szczerze. Patrzyła w twarz Przenajświętszej prosząc o jej wstawiennictwo u Pana i rozgrzeszenie. 
Twarz Madonny jaśniała dobrocią, jakby mówiła:
- Masz to załatwione! Twój grzech jest maleńki w porównaniu
z innymi grzesznikami. Nie trwaj w nim tylko zbyt długo!
- Dziękuję Ci Maryjo, jutro postanowię, co zrobić, aby Cię zadowolić.
Następnego dnia postanowiła pożegnać Madamme Etienne
i Mathilde.
Jeśli ma dokonać zmiany w swoim życiu, musi dokonać zmian w ich życiu. Pomogła im obu najlepiej jak umiała. Obie są szczęśliwe. Obie są na swoim miejscu, opiekują się sobą wzajemnie. To był dobry uczynek. To uczucie wypełniało całą Amele. Tego ranka szła pewna siebie z podniesioną głową, z wiarą, że wkracza na inną może lepszą drogę.
Sklepikarze rozwijali markizy i ustawiali kwiaty przed sklepami, kelnerzy ściereczkami strzepywali kurz ze stolików i poprawiali krzesła, życie Paryża w tej małej uliczce zaczynało swój mały zwyczajny żywot. Słońce próbowało przedrzeć się przez dachy domów, w oknach czasem pojawiali się ludzie, mały chłopiec biegł z bagietką i zniknął w domu pod dziesiątką.
Mathilde otworzyła drzwi. Była jeszcze w koszulce do spania, a z kuchni dolatywał zapach kawy.
- Przyniosłam wam bagietkę i masło! - powiedziała Amele. Zrobimy sobie ucztę pożegnalną!
- Co? Jaką pożegnalną? – spytała Madamme.
- Tak, niestety czas na mnie. Madamme ma cudowną opiekunkę, Mathilde ma wspaniałą przyjaciółkę a ja? Cóż tu po mnie! Czekają mnie inne zadania. Siostra Przełożona na pewno ma dla mnie jakieś zajęcie. To nowe zadanie dla mnie!
Po raz ostatni rozmawiały siedząc w „nogach” łóżka Madamme, aby być z nią bliżej korzystały z jej stoliczka do śniadania, na którym stał talerz ze świeżymi kawałkami bagietki posmarowanej masłem, popijając kawę z mlekiem. To było najsmaczniejsze przedpołudnie.
*

- Dawno chciałam cię zapytać siostro Amele, jak dałaś sobie radę z tą dziewczyną?
- Wszystko dobrze się ułożyło. Właśnie chciałam prosić siostrę o wyznaczenie nowego zadania. Tym razem chciałabym pracować w szpitalu.
- Dobrze. Mam dla ciebie miejsce. Jeśli oczywiście czujesz w sobie siłę. To nie to samo co opieka nad Madamme Etienne. Zastanów się jeszcze chwilę.
Amele ciągle stała w miejscu, wpatrzona w siostrę Marthe.
- Coś jeszcze Amele?
- Tak. Siostro, proszę poczekać chwilkę, zaraz coś przyniosę!
Po chwili stała przed siostrą przełożoną z różową torebką od Hermesa w rękach.
- To mój grzech. Tak bardzo pragnęłam tego przedmiotu, że na chwilę zapomniałam o celu mojego życia. Proszę siostro, pomóż mi się go pozbyć. Może znajdzie kogoś, kto ją pokocha tak jak ja.
Po modlitwie, zapakowały torebkę w szczelną torbę reklamową i wrzuciły ją do kosza na używane przedmioty.
***
Dziewczyna, która znalazła ją w pojemniku z torebkami szybko podeszła do kasy. Położyła ją na wadze.
- 31,30 – Powiedziała sprzedawczyni.
- O nie mam tylko trzydzieści złotych, ale proszę poczekać sekundę, zaraz przyniosę.
Na zewnątrz sklepu, stał znudzony chłopak.
- No, myślałem, że tam umarłaś – Powiedział.
- Wojtek, błagam pożycz mi dwa złote i zaraz wracam.
Po chwili wyszła z torebką.
- Popatrz oryginalny Hermes za trzydzieści złotych! Rozumiesz? Za trzydzieści złotych!- Powiedziała i pociągnęła go za rękaw w stronę wejścia do metra.