To moja okładka do opowiadania, które powstało w kilka godzin.W tym krótkim opowiadaniu są cztery śmierci: Ta realna - indyk, ta bolesna - matka, "na niby" - dziewczyna w cyrku i ta ostatnia - nierealna, a może cudowna?
Niby nic...a może jednak coś w tym jest? Nawet jeśli jest to odrobina, to już dobrze, bo to znaczy, że warto było.
poniedziałek, 17 grudnia 2012
sobota, 17 listopada 2012
BAJKI ZE ŚNIEGU - Papierowe serce
Przygoda druga
papierowe serce
Minęło sporo czasu od ostatniej
wyprawy Laponka. Jakoś nie czuł potrzeby
wystawiania nosa poza swoją karteczkę, a poza tym Jarmo położył na niej inne
kartki z innymi rysunkami.
Świat zewnętrzny stał się zbyt
ciężki, otulił maleńki światek krasnoludka nie dopuszczając doń i światła i
dźwięku. Nie rozpoznawał dnia i nocy, nie słyszał głosu Jarmo, gdy ten
przekomarzał się z jakąś dziewczyną, często słuchali muzyki a potem robiło się
dziwnie cicho.
Laponek skupił się całkowicie na
swoim stanie posiadania. Jako rysunkowy człowieczek nic nie musiał robić.
Wystarczy, że był. On, jego koty i myszy.
Te ostatnie ciągle miały za złe
kotom, że ich sen jest zbyt czujny a ich pazurki zbyt głośno drapią podłogę,
kiedy przebiegają obok nich.
Na szczęście oba koty są tak leniwe
i tak bardzo przywiązane do swojej poduszki, że bojąc się utraty miejsca na
niej wolały udawać, że nic nie słyszą.
Dni mijały. Noc polarna ustąpiła
niechętnie miejsca dniowi, potem dzień zdawał się być zbyt zmęczony ciągłym
wstawaniem i zmierzchaniem.
A po równonocy lub równodniu, noc
polarna zaczęła odzyskiwać utracone pozycje.
Znów
zawołała do siebie asystentkę Szarość, która jak zwykle z wielka ochotą zaczęła
wszystko pokrywać bezbarwnością. Ale do czasu, Szarość zmęczona samotnością
postanowiła przyoblec białą ślubną suknię, marząc o tym, że kiedyś Mróz
wreszcie zauważy jej starania, spojrzy na nią łaskawie i
usztywni fałdy jej śnieżnej kreacji.
Tego wieczora śnieg zaczął padać
delikatnie, jakby chciał stworzyć delikatny szkielet pod jej krynolinę.
Niestety ziemia była jeszcze zbyt ciepła i płatki natychmiast zamieniały się w
wodę, dodając urody Szarości.
Raptem w cichutki świat Laponka
wtargnął dźwięk podobny do przesuwania kamieni po piasku.
Nagle światło, inne niż to z
kominka, rozjaśniło pokoik w chatce, słychać było głos Jarmo:
- Ach nic się nie stało Marleen,
zaraz pozbieram te kartki, a Ty połóż torebkę na fotelu przy oknie.
I tak
dzięki Marleen, która trochę niedbale rzuciła swoją torebkę na plik kartek.
Laponek mógł znów zerknąć na świat w trzech a nawet
czterech wymiarach, usłyszeć inne głosy niż mruczenie kotów, trzask polan w
kominku i popiskiwanie myszy.
Nadstawił ucha….
- Nawet ich nie dotknę – powiedziała Marleen –
pomieszałabym ci całą akcję i pewnie wyszłoby ci takie dzieło jak ten
dzisiejszy film! A co to? – spytała – Jaki piękny rysuneczek chatki… kiedy to zrobiłeś?
Nigdy go nie widziałam. Jaki śmieszny i śliczny krasnoludek! Przecież to nie do
tego komiksu, który rysujesz!
- Nie – odpowiedział Jarmo – to jakaś siła wyższa kazała mi
to narysować… i wiesz, miałem kiedyś wrażenie, że ten Krasnoludek mówi! Słowo!
- Jarmo… chyba żartujesz jak zwykle! Wypiłeś przed chwila
kieliszek czerwonego wina i widzisz, co alkohol robi z człowiekiem? Ja wiem, że
Krasnoludki są na świecie, ale żeby akurat Tobie się objawił, to chyba wielka
nieostrożność z jego strony! Popatrz lepiej na mnie, ja też mówię a nie jestem
krasnoludkiem…. Zaręczam, że nie, i zaraz się o tym przekonasz! – Dodała z
lekkim uśmiechem.
istnienia zlała się ze smakiem
zachwytu Jarmo nad delikatnym pięknem ich uczuć. Szyby w oknach jego pracowni
zaparowały łzami wzruszenia, Szarość nie mogła dojrzeć niczego, poza czerwonym
drżącym blikiem wina w kieliszku.
Laponek siedział zauroczony. Do tej
pory sądził, że Jarmo, jak zwykle sam, spędza wszystkie dni podobnie. Nie
przypuszczał, że wraz z pojawieniem się Marleen, do smutnej pracowni, wpadnie
kolor i światło. Jego rysunki nabiorą ekspresji i głębi. Dzięki niej Laponek
znów będzie mógł wyjść na drugą stronę kartki, na której go narysowano.
Gdzie czekają nowe, być może
wspanialsze przygody i zadania do wykonania. Podekscytowany, pogłaskał koty,
dołożył do kominka i stojąc obok niego, czekał na ciszę, która powie mu, że
droga wolna…
Tym razem znalazł się na blacie
stołu, na którym „leżał” Jego domek. Kartek nie pozbierano. Piórka z
zaschniętym tuszem sprawiały wrażenie niedomytych. Ołówki i gumki cichutko
szemrały jak zwykle o wyższości korekty nad rysunkiem bez korekt. Jałowość
takich dysput spowodowała, że Laponek pobiegł na brzeg stołu, ku oknu, aby
zobaczyć ile zostało z dawnego widoku, co się zmieniło na dobre a co na złe.
Usiadł na brzeżku, spuścił maleńkie
nóżki, trzymając się mocno, aby nie spaść z tej ogromnej dla niego wysokości.
Z zaciekawieniem oglądał świat, który za sprawą makulatury, na jakiś czas zniknął z jego pola widzenia.
Z zaciekawieniem oglądał świat, który za sprawą makulatury, na jakiś czas zniknął z jego pola widzenia.
Znów trafił na tę samą porę roku.
Panosząca się wszędzie Szarość walczyła zacięcie ze światłami neonów, chlapa ze
świeżo roztopionego śniegu usiłowała zamazać czerwień samochodowych świateł
stop i czerwono żółto zielonych świateł na skrzyżowaniu ulic.
Niebo usiłowało przybrać barwę
kamienic, aby nie można było stwierdzić gdzie kończy się miasto, a zaczynają
się chmury i czy te otwory okien są w chmurach, czy w domach.
Pokój Jarmo znajdował się na
ostatnim piętrze narożnej kamienicy, wyznaczającej jedną z czterech,
zamykających skrzyżowanie ulic.
W dole Laponek zobaczył oświetlone
okna wystawowe sklepów. Po lewej stronie duże, oświetlone okno, ujawniło zarys
kobiecej sylwetki.
Wytężył wzrok i zobaczył manekina
kobiety w czarnej przybranej pajetami sukni, stojącej w pozie dystyngowanej
piękności. Nad sklepem był napis „Madamme”. Na wprost na wystawie pod napisem
„Kwiaciarnia” piętrzyły się wazony pełne ciętych kwiatów i kwiatów doniczkowych
stanowiących tło dla wazonów.
Po prawej stronie, w podobnym oknie
jak w „Madamme” stał manekin męski. W smokingu z białymi rękawiczkami w
sztucznie ustawionej dłoni. Nad nim napis „Monsieur”.
Na pobliskim zegarze wskazówki
ułożyły się w jedną pionowa kreskę, dotykającą godziny 12. Rovaniemi było pod
panowaniem nocy. Laponek chłonął każdą chwilę, każdy spóźniony samochód,
spieszący do swojego garażu, każdego kierowcę w samochodzie spieszącego do
swojego domu, widział parę gawronów zagubionych w zaułkach, szukających
schronienia na tę noc.
Wreszcie wszystko znalazło swoje
miejsce. Przestrzeń zamarła w oczekiwaniu na inny spektakl.
Powoli, dawkując przyjemność
oglądania, Zima zaczęła ubierać się w jedyny znany jej styl: iskrzącą biel.
Białopuchą miękkość, doskonałą białość, czystą lekkość i skrzącą się ciszę.
Zaczął padać, doskonały w kształcie płatków, śnieg.
Światło bijące od wystaw zdawało się
drgać, mienić się, świecić nie tak, jak je nauczono. Chwilami mrugało zalotnie
jakby uwolnione od obowiązków.
Szyby dzielące oba manekiny wydawały
się być drżącym ciałem, żywym organizmem, przekomarzającym się z obiema
postaciami w nienaturalnych pozach.
Nagle jednym ruchem zgranego duetu
baletowego, obie szyby odsunęły się z okien i tańcząc podeszły do okna z
kwiatami. Lekki wiatr i kilka płatków śniegu poruszyły jej suknią z pajetami i
jego białą rękawiczką… Obie postacie lekko, zsunęły się z wystaw i stanęły
naprzeciwko siebie. Ona w sukni z pajetami, on w smokingu, z białymi
rękawiczkami w dłoni.
- Z papier mache masz tors zrobiony.
Lecz serce w Twojej piersi bije.
Oczy masz szklane, wzrok zdumiony.
Czy zatem ciało Twe ożyje?
– cichutko zaśpiewał krasnoludek patrząc na postać w
smokingu.
Zdziwienie Jego tym stało się
większe, gdy to samo dostrzegł w twarzy kobiety. Usta jej zadrżały, a w oczach
pojawił się, bezmierny obraz zachwytu chwilą, miękkość spojrzenia, jakie mają
zakochane kobiety.
- Co się dzieje na tym świecie! – pomyślał Laponek.
Wszędzie rozpanoszyła się miłość. Rozumiem Jarmo i Marleen, ale tu? Przecież to
nie są żywi ludzie… no tak, ja też nie jestem człowiekiem i …też mam serce..
Ale przynajmniej ja nie robię z niego użytku.
To znaczy jeszcze nie zrobiłem….
Całkiem pomieszało się w biednej
główce krasnoludka. Wysnuł jakaś tezę i próbując ją udowodnić sam sobie
zaprzeczył. Już nie był niczego pewien. Gerda kochała nieszczęśliwie i nie
wiadomo czy kiedykolwiek pokocha,
a teraz Ci… Przerażająca perspektywa – pomyślał.
a teraz Ci… Przerażająca perspektywa – pomyślał.
Tymczasem śnieżyca rozpętała się na
dobre. Miasto zaległo ciszą. Żaden samochód nie zechciał wystawić reflektora.
Para manekinów stała niewzruszona, mimo,
że ich stopy zagłębiły się w bieli po kostki.
że ich stopy zagłębiły się w bieli po kostki.
Oświetleni latarniami rzucali kilka
cieni na białym puchu, co dawało wrażenie, że stoją w gwieździe z cienia i
skrzącej się bieli. Wydawało się, że ich usta poruszają się tak, jakby szeptali
do siebie. Nawet leciutkie obłoczki pary wydostawały się na zewnątrz. Wydawało
się, że to żywi ludzie, dopóki wzrok nie padł na jego wykrzywioną w bezruchu
rękę z rękawiczkami, albo jej odgięte palce w geście prezentacji osoby i
stroju.
Zaintrygowany zaobserwowaną sceną Laponek
nie usłyszał pierwszego tej nocy dźwięku, pochodzącego z zewnątrz. To warkot
silnika dużego samochodu.
- To muszą być pługi śnieżne- pomyślał.
I wtedy stała się rzecz odwrotna.
Obie postaci zaczęły odsuwać się od siebie, kreśląc w śniegu butami linie do
swoich wystaw. Nieubłaganie, z powrotem stanęli na swoich postumentach. Szyby
pożegnały okno kwiaciarni i zamknęły ich w klatkach ze szkła, draperii i
zapachu kurzu, jaki czasem panuje w starych wystawach sklepowych.
Świat za oknem przybrał maskę codzienności.
Pługi przejeżdżając, zniszczyły
jedyny ślad na śniegu, który mógł być dowodem, że niemożliwe istnieje. Laponek
wstał z krawędzi stołu i poczłapał dziwnie smutny do swojej karteczki z
domkiem. Usiadł na fotelu, kot widząc jego smutek usiadł mu na kolanach i
zaczął mruczeć.
- Pewnie właściciele sklepów będą się rano zastanawiać,
skąd tyle wody na wystawie! – powiedział do kota.
Kot podniósł jedynie łebek i lekko nim potrząsnął na znak,
że Laponek znowu plecie bzdury.
Dzień minął szybko. Tak się dzieje w
momentach, kiedy jednakowe godziny zlewają się w jedną jednakową całość,
nierozróżnialną dla oczu i uszu. Taki dzień przypomina rozciąganie gumy do żucia,
kiedy pasmo staje się coraz cieńsze i cieńsze aż pęka nieciekawie.
Kiedy zapada zmrok ludzie wracają do
swoich domów, coś gotują, rozmawiają i żyją, aż z kolei oni też zapadają w
rozciągliwy sen, snują swe marzenia nawijając je na szpulkę nocy.
Kiedy znów zapadła cisza a Jarmo i
Marleen leżeli cichutko posapując we śnie, Laponek postanowił sprawdzić, czy
to, co zobaczył, znowu się powtórzy.
Tym razem śnieg już nie padał. Lekki
Mróz chyba wysłuchał błagań Szarości i w podzięce za jej konsekwentne prośby
usztywnił białą powłokę sukni.
Nielicznym przechodniom podobało się
to trzask zmrożonego śniegu pod stopami. Dźwięk przypominał chrupanie
ciasteczek, przez co stawał się przyjemny.
Dzięki temu, że Szarość była zajęta kompletowaniem białej kreacji, u ludzi
pojawiły się zaróżowione nosy i ciepłe kolorowe czapki na głowach.
Znów jak poprzedniego wieczora, ruch
zamierał. Termometr za oknem dumnie wypinał pierś ze słupkiem – 20 stopni.
Ostatnie samochody gasiły swoje silniki i światła. Noc brała w posiadanie
Rovaniemi jak zwykle cicho, ale zdecydowanie.
Laponek, co chwilkę zerkał na okna
wystawowe. I znów, tak jak poprzedniej nocy, tuż po północy, szyby odsunęły się
z okien i popłynęły do samotnego okna kwiaciarni. Po chwili znowu cichym
brzękiem szkła zaczęły swoją rozmowę.
Z otwartych okien spłynęły dwie
postacie i stanąwszy naprzeciw siebie, podjęły jakąś przerwaną rozmowę. Tym
razem, krasnoludek postanowił posłuchać, o czym mówią. Nie kierował się zwykłą
dla innych ciekawością, wiedział, że tu dzieje się coś tragicznego, coś, co najprawdopodobniej
będzie wymagać jego pomocy, a do tej był bardzo chętny.
Postanowił rozpędzić się przez całą
szerokość stołu i zanurkować w szybę oddzielającą go od tego, co na zewnątrz. O mało co nie potknął się o leżący ołówek, ale
udało się! Szyba zachowała się godnie, przepuszczając ciało krasnoludka na
zewnątrz. Teraz tylko trzeba cichutko spłynąć na dół i schować się w załomku
muru.
Obie postacie stały dość blisko
siebie. Wiatr, który zawsze nocą hasa sobie po ulicach, rozwiewał jej
delikatne, brązowe włosy, a suknia mieniła się jak rozgwieżdżone niebo nad
Saharą. Jej twarz straciła w tym momencie niedokończone rysy, jakie maja
manekiny.
Usta były pełne i czerwone… no i te
oczy tak czyste jak oczy dziecka, ufne i szczęśliwe radością, jaką mają małe
dziewczynki otrzymawszy to, o czym marzyły.
On, w smokingu, wysoki brunet, o
zielonych oczach, miał w nich wyraz bezgranicznego oddania. Jednocześnie Jego
twarz była napięta, jakby chciał rzucić te przeklęte rękawiczki na śnieg i
objąć Ją mocno. Wiedział, że to niemożliwe, więc starał się jedynie przybliżyć
swoją twarz do Jej twarzy, na tyle, ile pozwalała szyja z papier macheÜ.
Nie przeszkadzał im mróz i wiatr.
Nie obawiali się, że ktoś mógłby ich zobaczyć wyjrzawszy przez okno.
- Być może, tylko ja mogę ich widzieć. Tylko mnie takie
cuda mogą się przydarzyć – pomyślał Laponek.
Jej usta drgnęły i krasnal usłyszał jej słowa:
- Witaj Ben…
To chyba słońce swoim promieniem
W szybę stuknęło tego poranka.
Jesteś ułudą, czy mym marzeniem?
Nieznanym ciałem mego kochanka?
- Ben – pomyślał Laponek – to chyba od Benedykt? Skąd takie
imię? Niezwykłe.
- Witaj Amy…. – powiedział Ben.
W bladej poświacie zimowej nocy
Sen swój o Tobie srebrzyście snuję
Głaszczę twarz Twoją, zaglądam w oczy,
Lecz w dłoniach jedynie pustkę czuję!
Jego głos, wyrażał więcej rozpaczy niż głos Amy. Ona mówiła
spokojniej, jakby już dawno pogodzona z sytuacją, wiedziała, że nie ma sensu
rozpaczać. Trzeba się cieszyć chwilą, nawet, jeśli ta jest tak krótka. Amy
wiedziała, że są jedynie chwile załamania, ale wystarczy popatrzeć na coś
pięknego i złe mija, przynajmniej na jakiś czas.
Na skrzyżowaniu, pojawiła się
dorożka! Przerażony Laponek chciał coś zrobić, zatrzymać ją, krzyknąć… ale nie
zdążył.
Dorożka nie miała woźnicy ani
pasażera. Przemknęła przez obie postaci nie czyniąc im krzywdy. Po prostu
przeniknęli przez siebie. Nawet koń się nie spłoszył.
- To musi być jakiś rekwizyt z innej bajki – pomyślał. W
takie noce bajki uwalniają czasem swoją zawartość.
Tak się dzieje po to, aby nie
skostniały w swojej formie. Dzięki tak prostemu zabiegowi, nawet te najstarsze
postaci poznają przyszłość, zaprzyjaźniają się z najnowszymi bohaterami.
Pinokio nie musi kłamać, jak mu kazano. Wilk zjadać Babcię, a Calineczka
poślubić kreta.
Wszyscy robią, co im się podoba.
Jedyny warunek to ich powrót wraz ze świtem do właściwych książek. Inaczej
bibliotekarze poumieraliby na zawał serca.
Wyobraźmy sobie to straszne
zamieszanie, gdyby wilk kłamał a Calineczka wydostała się z lampy Alladyna i
wyszła za mąż za Kopciuszka!
No tak, Laponek popłynął w boczną
odnogę swoich myśli nie zauważając, że Ben i Amy nadal stoją niewzruszeni,
mówiąc do siebie najpiękniejsze słowa, jakie wymyślili ludzie, aby wyrazić to
szczególne uczucie właściwe tylko im …najprawdopodobniej.
Nic nie wskazywało na to, że choć o
centymetr przysunęli się do siebie. Bezlitosny czar uwięził ich w
nienaturalnych pozach, niemożliwych do przełamania.
Jeszcze raz odezwał się Ben:
I znowu nocka - pocieszycielka
Wyrwie mnie z klatki, serce ośmieli,
Lecz rzuci w odmęt, gdzie rozpacz wielka,
Bo cały kosmos przecież nas dzieli.
Łzy popłynęły po policzkach Amy.
Zamarzając tworzyły sznur pereł. Z dachu spadł sopel lodu. To znak, że na
dzisiaj koniec widzenia.
Znów postaci cofnęły się do swoich
okien, szyby zamknęły jedyną dla nich drogę. Świt wstawał jak zwykle zaspany i
niechętny ludziom. Ludzie też nie byli chętni świtowi i tak odwieczna
niesympatia trwała niczym niezagrożona.
Laponek wspiął się po chropowatości
muru aż do okna pracowni. Postanowił ogrzać się jeszcze przy kominku
a potem z kotem na kolanach przemyśleć to, co widział.
a potem z kotem na kolanach przemyśleć to, co widział.
Podejrzewał, że oboje zaklęci w swej niemocy, powtarzają ten
spektakl w nieskończoność.
Całe dnie patrzą na siebie oczami producenta figur
wystawowych, z nienaturalnym pustym uśmiechem na tekturowej twarzy.
Lecz pewnie w środku każdej z figur bije ogromne serce,
które ktoś tam umieścił, nie wiadomo, z jakiej przyczyny
i co chciał przez to uzyskać.
Może wiedźma, czarownica lub szamanka, zazdrosna o ich
piękno, sprawiła im taki koszmar? Rozpacz do końca świata i ani minutki krócej?
Laponek poczuł, że ma misję do spełnienia. Nie wiedział
tylko jak się do tego zabrać.
Postanowił jutro usłyszeć więcej, może to da mu jakąś
wskazówkę?
Następnej nocy, znów ukryty za rynną, czekał już na nich,
żeby nie uronić ani słówka.
- Och, kochana Amy…
Świat bywa dla mnie niezbyt łaskawy
Ze snu wyrwawszy serce uśpione.
Wciąga całego w te ludzkie sprawy,
Karząc za czyny niepopełnione.
-Kochany Ben, nie bądź tak smutny…- powiedziała Amy
Przez chwilę, miało się wrażenie
jakby Jej ręka chciała dotknąć Jego policzka a głowa oprzeć na Jego piersi..ale
to było złudzenie wywołane silniejszym podmuchem wiatru.
Śpiewny głos Amy zanucił drugą tego
wieczoru zwrotkę:
Lecz kiedy świat się już uspokoi
Spraw i przedmiotów przepłynie rzeka
Tylko myśl o tym, że sen ukoi
To, czego me ciało nie doczeka.
- Amy, powiem Ci coś jeszcze dzisiaj…
Czekam w noc mroźną, wietrzną i ciemną
Tam, gdzie upiory w kątach się kryją.
Liczę, że przyjdziesz i będziesz ze mną
A nasze ciała wreszcie ożyją.
- Może kiedyś… Ben, może kiedyś.. – ze smutkiem
odpowiedziała Amy.
- Nie chcę abyś była taka smutna, Amy. Mam dla Ciebie kilka
cieplejszych słów:
Sierp księżycowy jest już na niebie,
Zdaje się chylić głowę ukłonem.
Ty jesteś przy mnie, i mam tu Ciebie
W noce zimowe… moje szalone.
- Jesteś kochany Ben, a ja mam tu tylko Ciebie i też kilka
miłych słów:
Twój pocałunek jak róży płatek
Otarł me usta miodu spragnione.
Kiedyś wsiądziemy na wspólny statek,
By ruszyć w podróż przez nieznajome.
I znów jak poprzedniej nocy sopel
dał znać, że to koniec spotkania. Wszystko wróciło na miejsce. Laponek też.
Nie dowiedział się więcej niż
przypuszczał. Tajemniczość zdarzenia sprawiła, że zadumanie Krasnoludka
przybrało niebezpieczny dla niego obrót
Siedział skulony w fotelu, koty
podchodziły do jego nóg ocierając się pieszczotliwie.
Nawet ogień w kominku trzeszczał niemiłosiernie, dając
znaki płomieniami.
Nic nie mogło oderwać Laponka od
kombinacji faktów i przypuszczeń. Nie słyszał budzika i powrotów do domu Jarmo
z Marleen. Zatracił zdolność odróżniania nocy od dnia.
Aż pewnego dnia, na szczęście w
pracowni nie było nikogo, ocknął się z zamyślenia. Chyba poczuł, że coś
niedobrego dzieje się na dole, przeczucie złego postawiło go na obie nogi.
Podbiegł do okna i z przerażeniem zobaczył, że nie ma już napisu „Monsieur”.
Po sklepie krzątają się ludzie
ubrani w kombinezony robocze, a jeden z nich wynosi ze sklepu Bena, trzymając
go w pasie.
Ben odarty ze smokinga, bez
rękawiczek w dłoni wędruje, niesiony przez osiłka, w pozycji poziomej,
śmiesznej i upokarzającej zarazem.
Amy z przylepionym uśmiechem na
ustach patrzy jak nieodwołalnie traci sens swojego istnienia. Ben przesuwa się
przed jej oknem. Widzi Jego nagie tekturowe ciało, śmieszny gest ręki,
zwróconej w stronę nieba.
Laponek dosłownie wypadł z okna, nie bacząc na to,
że nagle znajdzie się między żywymi, pobiegł za osiłkiem niosącym Bena.
że nagle znajdzie się między żywymi, pobiegł za osiłkiem niosącym Bena.
Wskoczył do furgonetki, do której go
załadowano
i ukrył się za jedną z paczek z resztą towaru ze sklepu.
i ukrył się za jedną z paczek z resztą towaru ze sklepu.
Jeszcze zdążył usłyszeć jedną zwrotkę pieśni Amy:
Wiem już na pewno, że to, co zrobię
Staje się celem mojego życia.
Marzeniem moim jest być przy Tobie
Więc znajdę miejsce Twego ukrycia!
Samochód ruszył. W ciemności Laponek
widział twarz Bena, widział łzy płynące po Jego martwym policzku.
- Uspokój się, Ben – powiedział – zrobię wszystko, żeby wam
pomóc. W waszej miłości jest nadzieja, że nie wszystko stracone. Dla was i dla
innych. Że nawet niemożliwa miłość może, choć nie musi, połączyć kochające się
istoty. Wierzę, że wam się uda. Jeszcze kiedyś będziecie wspominać tę przygodę,
jako dobry początek czegoś jeszcze lepszego.
Samochód jechał równo i cicho po
ubitym śniegu.
W odruchu współczucia, Laponek wyciągnął z jednej
z paczek jakieś ubranie i podłożył je pod sterczącą w powietrzu głowę Bena.
W odruchu współczucia, Laponek wyciągnął z jednej
z paczek jakieś ubranie i podłożył je pod sterczącą w powietrzu głowę Bena.
Wydawało mu się, że rozpacz, choć
się nie zmieni
to może będzie wygodniejsza i zmaleje. I rzeczywiście
po chwili łzy przestały płynąć a w oczach Bena pojawił się maleńki ognik chęci walki o swoją przyszłość.
to może będzie wygodniejsza i zmaleje. I rzeczywiście
po chwili łzy przestały płynąć a w oczach Bena pojawił się maleńki ognik chęci walki o swoją przyszłość.
Nagle samochód stanął. Nie ujechali zbyt daleko.
- Zostawię go tu na noc – powiedział jakiś męski głos –
Jutro odstawimy manekina do jakiegoś lamusa, bo nie wiem, co z nim zrobić…. A
może go ktoś ukradnie? – zaśmiał się na koniec.
- Cała nadzieja, że zniknie tej nocy – powiedział drugi
głos.
- Czasem życzenia się spełniają – pomyślał Laponek. I wtedy
właśnie przyszedł mu do głowy pewien pomysł….
Kiedy na zewnątrz ucichło,
przeniknął przez blachę furgonetki, wzbił się wysoko jak ptak i stojąc na
pewnej wysokości, rozejrzał się dookoła. Szukał znajomego skrzyżowania ulic.
Krążył jeszcze chwilę nad miastem,
aż zobaczył to właśnie miejsce. Poznał je po oknie pracowni Jarmo, które jako
bodaj największe w mieście miało łukowato wykończoną górę kamiennej framugi.
Ponieważ jak to na Północy zmierzch
szybko łączy się z nocą, nie tracił czasu na podziwianie widoku. Szybko
podleciał do okna wystawowego Amy i najsilniej jak mógł zastukał w szkło.
- Szybo, wiem, co robisz nocą. Proszę zrób to samo, uwolnij
Amy z jej więzienia, bo jak widzisz, wasz spektakl się skończył. Bena nie ma.
Proszę cię bardzo zniknij albo zrób coś, co ją uwolni… Błagam!
W tej chwili szyba rozprysła się na
milion kawałeczków, które pochwyciwszy tęczę, każde z osobna po jej kawałeczku,
wolno opadały na ziemię. W połączeniu ze skrzącym się śniegiem, wyglądały jak
diamenty zatopione w atłasie, zagubione łzy bogini Eos Różanopalcej albo
skrzące się zachwyty zakochanych.
Laponek chwycił dłoń Amy i z całej
swojej krasnoludkowej siły szarpnął ją z cokołu. Poddała się nadspodziewanie
lekko. Nie puszczając jej ręki, poszybował z piękną Amy, w swojej czarnej sukni
przybranej pajetami, wysoko ku niebu.
Szarość, dokonawszy wreszcie swojej
toalety, zauważyła kątem oka jakiś ruch. Coś, co się tu nie zdarza..No chyba,
że to ptaki, wielkie i czarne.
Do nich już zdążyła przyzwyczaić
wszystkich tak, że nie zauważali ich obecności. Tu nagle mignęło coś
czerwonego, maleńkiego jak jabłuszko! Może jej się to tylko wydawało?
Laponek zdążył już wylądować obok
samochodu. Wciągnął za sobą Amy, układając ją w objęciach Bena.
Czar prysnął. Nie ważne, kto go
rzucił, ważne jest to, że malutki krasnoludek odkrył tajemnicę tego czaru.
Po prostu spowodował, że oba
manekiny zetknęły się ze sobą dłońmi. Najpierw dłonie odzyskały giętkość i
ciepło. Potem twarze, głowy, tors i nogi. Oboje zaczęli się śmiać, patrząc
sobie jak dawniej w oczy.
Ben schylił się po leżące pod jego
głową ubranie, włożył je na siebie i oboje trzymając się za ręce wyszli z
furgonetki.
Ciągle trzymając swe dłonie, poszli
przed siebie nie widząc niczego obok. Amy szczebiotała, Ben umierał z zachwytu
nad jej szczebiotem:
- Chodź, polecimy do ciepłych krajów
Gdzie kolorowe ptaki śpiewają.
Gdzie się zapachy oliwnych gajów
Z lawendowymi razem mieszają.
-Tak miła moja, przez całe wieki
Marzyłem w sercu o takiej chwili,
Abyśmy weszli do jednej rzeki
I jednym tchnieniem życie
dzielili
Zegar obok wybił północ. Potem drugi
zegar też starał się bić głośniej, wszystkie zegary w Rovaniemi zagrały dzwonem
radości. Ludzie wychylali się z okien, nie rozumiejąc, skąd taki koncert.
- Zegary ożyły!- Wołali nie rozumiejąc zjawiska.
Jeszcze kwadrans dzwonienie zegarów
wprawiało w osłupienie mieszkańców, a potem dzwony kolejno cichły.
Jak w orkiestrze, kiedy kolejni
muzycy odkładają instrumenty, aż pozostaje ten ostatni… tu cichy dzwonek
malutkiego zegara, którego dźwięk Laponek rozpoznał, właśnie ten dźwięk
towarzyszył mu w samotne dni w pracowni.
- Pewnie Jarmo i Marleen też się obudzili! – pomyślał.
Oczywiście, oboje stali w oknie i
obejmując się za ramiona, patrzyli w noc. Po chwili powoli odwrócili się i
razem poszli do sypialni zamykając drzwi.
Laponek szybciutko wślizgnął się do
swojego domku, usiadł w fotelu i zacierając ręce z radości powiedział do kota:
- Ty tutaj śpisz sobie w najlepsze,
a ja ciągle muszę ratować to, co dla ludzi najważniejsze, a co tak łatwo
zgubić, gdy przez moment zbytnio skupimy się na sobie. Czasem odnalezienie
zguby staje się niemożliwe… no, chyba, że ja tam się znajdę, w odpowiedniej
chwili w odpowiednim czasie!
Po czym ziewnął słodko i zasnął momentalnie, aż czerwona
czapeczka zsunęła mu się na nos.
Koniec
BAJKI ZE ŚNIEGU - Serce krasnala
MARTA HANNA PRECHT
BAJKI ZE ŚNIEGU
czyli przygody krasnala laponka
dla dzieci i tych, którzy dziećmi być nie przestali
PRZYGODA PIERWSZA
serce krasnala
Noce w Laponii są
smutne i szare, zwłaszcza, gdy wpadamy do Rovaniemi podczas nocy polarnej.
Jedyną kolorową ozdobą są zorze, ale są bardzo rzadkie i niechętne ludziom,
którzy z zadartymi głowami starają się zapamiętać ich piękno.
Dziś, dzień i noc
zlały się w jedną drużynę atakującą wszystko, co bardziej kolorowe i ożywione.
Ulice zbiegające się w szarych punktach, starały się ukryć ruch aut i barwę
reklam, zmniejszając wszystko tym bardziej im bliżej było do horyzontu.
Nawet cisza była tu
szara, wydawało się, że ludzie mówią szeptem, muzyka brzmi poważniej, a
kontrast światła i cienia zawarły małżeństwo doskonałe.
Jarmo siedział za
dużym, przeszklonym oknem, jakie mają pracownie grafików i popijając wino
niechętnie zabierał się do pracy.
Na stole leżał papier, piórka, tusz,
pędzelki – wszystko, co niezbędne, aby stworzyć obrazek komiksu. Tchnąć weń
akcję i dźwięk. Stworzyć postaci, stroje i dać obrazkom powtarzalność osób,
formę i ogólny kształt opowiadań spod piórka.
Było mu trochę zimno,
a nie chciało mu się sięgnąć po sweter, musiałby wstać. Patrzył, więc przez
okno na niebo jak szary koc rozciągnięty po horyzont i migocące światełka
okien, które nieco ożywiały tę szarość.
Wydawnictwo,
które zamówiło u niego tę pracę, było jednym z najbardziej znanych w Finlandii.
Niestety scenariusz, który napisał jego przyjaciel był dość nudny i bez polotu.
Zmagał się, więc z problemem: chcieć
i móc. Pijąc już drugi kieliszek, dochodził do wniosku, że tak to jest - jak
tworzywo nie to, to i produkt wymyka się i zaczyna żyć swoim kalekim życiem.
Pomyślał o domu
dziadków i poczuł rozleniwiające ciepło pod powiekami.
Najpierw
ołówkiem, potem piórkiem narysował wnętrze domku, dodał kominek, ogień, położył
poduszkę obok kominka, postawił fotel, stół i krzesła. Zadowolony, dorysował
dwa koty na poduszce, dwie myszki wyglądające zza kominka i właściciela –
malutkiego człowieczka,
w czerwonym kubraczku, który siedział jak król na malutkim fotelu w malutkim
domku.
W kieliszku został mu jeszcze łyk
wina, przechylił go pijąc i wtedy właśnie po raz pierwszy, poprzez szkło, miał
wrażenie, że ogień na kominku w domku lekko drgnął. Odstawił niedopite wino i
spojrzał jeszcze raz... Tak! Ogień mrugał radośnie, istotka zeskoczyła z fotela,
koty obudziły się, a myszy umknęły do dziurki.
- Kim jestem?- spytała
istotka.
- Hmm... Jesteś
krasnoludkiem... Tak będzie najlepiej, bo ludzie będę cię wtedy znać. Masz na
imię Laponek jak bohater mojego komiksu.
- Po co jestem? - spytała
znowu.
-... Po to, abym
wreszcie mógł pójść spać i przestać odpowiadać na dziwne pytania! – powiedział
trochę przerażony Jarmo sądząc, że to efekt wina i braku snu.
- Żegnam Cię do rana,
siedź tu cichutko – dodał.
Krasnoludek posmutniał, pierwsze jego chwile w życiu,
zabrał mu sen stwórcy. Pierwsze pytania pozostaną bez odpowiedzi aż do rana.
Spojrzał na koty, które już uspokojone, wtuliły mordki we własne futerka i
zaczęły dalej śnić o motylach.
Laponek postał wiec chwilę grzejąc
się przy kominku i pomyślał, że nie będzie marnować czasu stojąc na straży
śpiących kotów.
Spojrzał w stronę swoich maleńkich drzwi i coś kazało mu sprawdzić, co
jest po drugiej stronie kartki - czy naprawdę jest białą, czystą płaszczyzną?
Za oknem świeciło
słońce, mimo to, dzień był wyjątkowo zimny i nieprzyjazny. Krasnoludek wyszedł
przed swój domek, w którym wesoło mrugał ogień w kominku, a dwa czarne koty
wylegiwały się w jego chybotliwym blasku.
Powinien chyba wrócić i założyć kubraczek, ale drzwi zdecydowanie zamknęły
się z trzaskiem nieznoszącym sprzeciwu.
Pomyślał, że tak chyba ma zostać, skoro sprzęty zaczynają rządzić naszym
życiem.
Przez chwilę stał
zadumany, maleńkie serduszko pod cienką koszulką biło cichutko i rytmicznie. Suche
liście zawołały wiatr do gonitwy. Laponek patrzył jak wywijają esy-floresy
wdzięcznie krygując się przed widzem.
Nagle na jego czerwony
nos spadł pierwszy w tym roku płatek śniegu. Roztopił się pod wpływem ciepła w
kropelkę, która potoczyła się po policzku, jak łza. Wiatr, dotąd delikatny,
stał się lodowatym potworem, kłującym wszystko i wszystkich lodowymi igłami.
Błyskawicznie zamroził kropelkę, która z brzękiem odbiła się od jego ust i
wpadła prosto do serca.
Laponek stał przed swoim ciepłym
domkiem z dwoma kotami i patrzył jak zamarza jego serce, wolno i metodycznie,
starannie, nieodwołalnie. Zanik serca, uczuć, pragnień.
Odtąd będzie wszystko widzieć jak
cyfrowy aparat fotograficzny i czuć jak detektor ruchu w systemie alarmowym i
to wszystko. Czekać na swojego Andersena, który wymyśli Gerdę, a ta, w odruchu
współczucia, wyjmie mu z serca zamrożoną łzę.
Trwał tak jeszcze trzy lub cztery
westchnienia zegara, potem popatrzył trochę odważniej przed siebie.
Niebieskie dotąd oczy stały się może
bardziej stalowo-szare i znikł z nich blask zatrzymanego ognia w kominku, ale
patrzyły przytomnie i stanowczo.
Pewnie podjął decyzję, co dalej
stanie się z jego maleńkim życiem. Chyba zrozumiał, że świat zewnętrzny nie
kocha słabych, wrażliwych krasnoludków, a tym bardziej takich, którzy czegoś od
niego oczekują.
Spojrzał na swoje maleńkie nóżki i rozkazał
im iść. Delikatnie zapukał do własnych drzwi, które już w lepszym humorze,
otworzyły się na oścież. W domku jakby nigdy nic wszystko było wesołe.
Krzesła poszturchiwały się radośnie
czekając na swojego Pana, stół strzepnął z siebie okruchy chleba a koty
podniosły łebki, postawiły uszy i okrągłymi oczami wpatrywały się w
krasnoludka, który starannie zaczął pakować plecak.
Jeden z kotów, zaniepokojony,
zeskoczył z fotela i jak to koty, wolniutko, trochę niepewnie, podszedł do
swojego Pana. Ponieważ wzrostem dorównywał krasnoludkowi, mógł spojrzeć mu w
oczy.
I wtedy zrozumiał, że to będzie
koniec beztroskiego życia. Szykuje się coś nowego i to z pewnością innego niż
dotychczasowe wylegiwanie się w fotelu i wsłuchiwanie się w sopranowe arie, w
wykonaniu myszy, dobiegające z mysiej dziurki.
- Tout est fini - powiedział Laponek zapomniawszy, że kot
nie zna języka francuskiego. Powtórzył więc po polsku:
- Wszystko się skończyło - wyruszam w drogę!
Kot udał, że nic nie rozumie i zaczął ocierać się jak
zwykle.
- Ne me quitte pas! - Powiedział kot, który świetnie mówił
w kilku językach, a jedynie jak wszystkie koty, nie przyznawał się do tego z
obawy, że ludzie spostrzegłszy, jak wielkim potencjałem czasu dysponują,
zleciliby im jakąś pracę.
- Nigdy bym cię nie zostawił, przecież wiesz, że jesteś
częścią mojego życia. Twój przyjaciel drugi kot zostanie tu, aby dokładać do
kominka i zabawiać myszy, no i przede wszystkim pilnować domku. Ty i ja
wyruszamy w drogę. Nie będę czekać na Gerdę! Sam ją znajdę, a wtedy ona wyjmie
mi ten lodowy kolec, który uśpił moje serce.
Otworzył posłuszne tym razem drzwi,
które cichutko skrzypnęły na pożegnanie, i wraz z kotem wyszedł przed domek.
Przed domkiem stały już czerwone saneczki z uprzężą. Kot ociągając się zajął
miejsce w uprzęży a Laponek usiadł na swoim miejscu.
Wiatr zatrzymał się w pół kroku. Gęsto
padający śnieg również zamarł, tworząc skrzącą się kotarę, zasłonił las i
drogę.
Myszy wyskoczyły spod progu machając
łapkami, żegnały Atrama i jego kota, a mając świadomość przyszłych zdarzeń,
otarły łzy ze swoich mysich oczu.
Laponek szturchnął nieistniejącymi ostrogami boki saneczek,
a te zrozumiawszy rozkaz, wolno ruszyły z miejsca.
Kotara utkana z gwiazdek śniegu rozchyliła się otwierając
srebrny tunel, w który wkroczył najpierw kot, potem jego ogon, potem linki
trzymające saneczki i na końcu Laponek ze swoim plecakiem, który zakończył
korowód.
Po chwili
gwiazdki za nimi zaczęły zamykać, przed chwilą utworzony tunel. Odwrotu nie
było. Stało się jasne, że domek, kot i myszy pozostaną jedynie wspomnieniem,
jak fotografia w rodzinnym albumie.
Teraz ważne staje się to, co przed nimi, czyli pagórek
chrupiący od mrozu, dotknięty rudą mgiełką traw
i przestrzeń przed nimi, która wydawała się gęstnieć w
swoim wymiarze czasu, aby umożliwić im szybszą podróż.
Skierowali się na północ, wychodząc
z założenia, że lepiej zacząć w zimnie i ciemnościach a skończyć w jakimś
ciepłym, słonecznym kraju.
Płozy sanek tworzyły za nimi ślad, który jak rysunek z pary
wodnej na błękicie nieba za samolotem, powoli zanikał.
Czas stał się elastyczny. W
zależności od potrzeby, potrafił płynąć szybciej lub wolniej. Gdy przejeżdżali
koło pięknie zarysowanego drzewa na tle śniegu, czas zatrzymywał się
chwileczkę, aby Laponek i jego kot mogli popatrzeć spokojnie. Nie komentowali
oglądanych obrazów. Każde zachwycanie się byłoby zbędną stratą czasu i energii.
Nie musieli również znajdować potwierdzenia swoich przeżyć u innych, bo tych po
prostu nie było.
Samotność nie była im ciężarem, ale
darem swobodnego odczuwania i dysponowania swoimi odczuciami.
Sama podróż była podobna do
ślizgania się po lodzie. Bezszelestna, bezdźwięczna i zminimalizowana do dwóch
kolorów: bieli i czerni.
Nawet czerwony kubraczek Laponka
zbladł i zszarzał. Jedynie kot czarny z natury znakomicie dopasował się do
otaczającej go rzeczywistości.
Na horyzoncie pojawił się najpierw
szary pasek, który w miarę zbliżania, rósł w szerszy szary pasek, potem jeszcze
szerszy i bardziej szary, aż w końcu przybrał szatę szarej plaży, z białymi
plackami śniegu dla ozdoby.
Powoli z szarej mgły, wyszła lekko
kulejąc postać dziewczyny w długiej, może nawet zbyt długiej spódnicy.
Wiatr bawił się jej jasnymi włosami,
podczas gdy ona szeptała coś w dziwnym, gardłowym i ciężkim języku, zupełnie
niepodobnym do tego, w którym od początku świata mówił Laponek.
Za nią przyleciały mewy, jak zwykle
głodne i niezadowolone.
- Skąd jesteście? - Zapytał kot.
- Mieszkamy w Aarchus, przyleciałyśmy tu za nią, bo ona nas
potrzebuje, ale nigdy nie zauważa naszego poświęcenia.
Rzeczywiście, dziewczyna stała nadal
nad brzegiem i mówiła coś, co natychmiast zmieniało się w wiersze, te spadały
na piasek plaży i wężowym ruchem owijały się wokół jej nóg. Ona zbierała je w
bukiety słów i chowała do kieszeni, na później.
Cichy dotąd Laponek, zapytał:
- Pewnie jesteś Ewa, wszystkie kobiety takie jak ty powinny
mieć takie imię. Ciągle czegoś szukasz, jakbyś nie wiedziała, że nosisz to ze
sobą. Masz to cały czas ze sobą i nie musisz niczego szukać.
Połóż jedynie ręce na wysokości serca. Poczujesz ciepło,
potem leciutkie drgnięcie i to będzie znak, że jeszcze je masz. Jest gorące,
czerwone i żywe, twoje serce.
- Jakże ja ci zazdroszczę - powiedział Laponek.
Na chwilę wiersze zatrzymały swój bieg. Wiatr przestał bawić
się włosami dziewczyny a ona uśmiechnęła się do mew.
Saneczki ruszyły. Kot parsknął niby
koń i wykorzystując pianę fali, lekko i płynnie, razem ze swoim Panem,
popłynęli w dalszą część swojej podróży.
Mewy, zachwycone uśmiechem, jakim
obdarzyła je Ewa, poczuły się uwolnione od obowiązku dalszego poświęcania się
jej kaprysom. Potupały radośnie łapkami, oczyściły dzioby o własne pióra,
pomrugały swoimi pomarańczowymi oczkami i rozwinąwszy skrzydła płynnie
wystartowały z plaży w poszukiwaniu nowej Ewy albo Marysi.
Kilka piór, które wypadły im ze
skrzydeł, nie spadły na ziemię albo w morze, ale poderwane pędem, jaki
wytworzyły saneczki, postanowiły dogonić krasnoludka. W jego towarzystwie życie
wydało się im ciekawsze.
- Muszę odpocząć - powiedział kot i ostrożnie, jak to w
jego naturze, wylądował na ziemi.
Piórka spadły na plecak krasnoludka.
Nawet nie zauważyli, kiedy podczas lotu skręcili lekko na południe, bo klimat
stał się łagodniejszy. Domy zbudowane były z kamienia. Na łagodnych zboczach
winnic krzątali się uśmiechnięci ludzie.
- Myślę, - powiedział Laponek - że dobrze trafiliśmy. Tylko
tu, po uratowaniu Kaja Gerda mogła zamieszkać.
Zszedł z saneczek, zostawiając na nich swój plecak, odpiął
kota z uprzęży i postanowił dalszą podróż odbyć pieszo.
- Nie zostawiaj nas! - zawołały piórka. Będziemy ci towarzyszyć, jak
będzie zimno ogrzejemy trochę twoje zmarznięte serce, albo połaskoczemy twoją
próżność, jeśli będzie taka potrzeba. Będziemy twoją poduszeczką w nocy i wachlarzem
w dzień, jesteśmy gotowe...
- Dobrze, dobrze - powiedział Atram - przestańcie tylko
mówić. Wezmę was za pazuchę mojego kubraczka pod jednym warunkiem: Będziecie
cicho!
- Ooo bbb iii eee ccc uuu jjj eee mmm yyy!!! - powiedziały chórem piórka i wskoczyły pod
kubraczek Krasnoludka.
- Wariatki - powiedział kot - za nic w świecie nie
obiecałbym czegoś takiego. Siadł, wyprostował tylna łapę i powoli, metodycznie,
zaczął ją myć.
Laponek stał przez chwilę w miejscu,
tak jakby nie mógł zdecydować, w którą iść stronę, a może pragnął podroczyć sie
z przeznaczeniem albo poczuć wiatr telepatii?
Wiedział, był pewien, że Gerda musi
tu gdzieś być. Kiedy o niej myślał cierń lodowy w jego sercu starał się ukryć w
zakamarkach. Miał nadzieję, że nigdy i nikt nie zdoła go stamtąd wyciągnąć.
Pozostanie tam na zawsze, bo w końcu
na świecie musi być, choć jedna osoba, w której ciele mógłby mieszkać i która
robi wszystko, aby się go pozbyć. Inaczej wszystkie bajki przestałyby mieć
sens. Nikt nie wiedziałby, co to jest ten lodowy cierń w sercu.
Słońce powlekło swoją twarz
czerwienią, dając wszystkim znak, że już bolą go oczy i pora szykować się do
snu.
Droga rozgrzana jego ciepłem,
pachniała ziemią i trawą a wysokie topole próbowały podać sobie gałęzie na
horyzoncie.
- Nigdy to Wam się nie uda - powiedział Laponek do topoli,
a one oburzone zaczęły szumieć głośniej, tak jak to przed wieczorem miały w
zwyczaju.
Prowansja, do której trafił Laponek, powitała ich zapachem
pól lawendowych, które z pewnej wysokości muszą wyglądać jak niebieskość
zaczesana grzebieniem.
Zapach lawendy zdominował zapach
drogi i jej pyłu, a małe miasteczka ukryte wśród dolin wyglądały jak uśpione klejnoty
w jedwabnej zieleni gór.
- Dobrze jest widzieć to, co widzę -
powiedział do kota.Kot nie podjął tematu. Dumnie
krocząc, martwił się właśnie, że znowu będzie musiał umyć pokryte pyłem drogi
łapki.
Mijane kolejno topole pochylały się
nad idącymi, usiłując im przekazać część swojej wiedzy o życiu.
- L'avenir est ce qu'il y a de pire dans le present -
szumiały swoimi blaszanymi liśćmi.
- Co one mówią? - Laponek
spytał kota.
- Coś o przyszłości... że w teraźniejszości najgorszą
rzeczą jest przyszłość. Rozumiesz, po co to mówią?
- Rozumiem - odpowiedział Laponek - ale one myślą, że
wiedzą więcej niż ja. Ja wiem jak wygląda scenariusz mojego życia, ale zrobię
wszystko, co umiem, aby to zmienić i ty mi w tym pomożesz. Proszę cię tylko
abyś nie myślał. Bądź moimi oczami i uszami. Prowadź nas. Twój koci instynkt
pozwoli nam dotrzeć do Gerdy. Ufam ci.
Góry i doliny przesuwały się pod nimi, ludzie przechodząc
obok, przyglądali się im uważnie, ale z niedowierzaniem.
Pewnie myśleli, że to przecież niemożliwe, by widzieć
krasnoludka, którego prowadzi kot.
Widocznie zjedli
coś, co im zaszkodziło, a to, co widzą,
to objaw niestrawności. Nikt nie krzyknął:
- Popatrzcie, krasnoludek z kotem!
Nikt nie wierzył własnym oczom, ale
wszyscy zapamiętali, malutką postać i ogromnego dla niej kota, idących przed
siebie.
Kot przejęty rolą przewodnika, poczuł
się wreszcie odpowiedzialny za dalszy etap ich życia. Przestał myśleć
o zakurzonych łapkach, o połysku swojej sierści i pełnym żołądku. Skierował się do Arles, tam w wąskich uliczkach, pachnących ziołami i winem, zdecydował pójść na północ w kierunku Avignon.
o zakurzonych łapkach, o połysku swojej sierści i pełnym żołądku. Skierował się do Arles, tam w wąskich uliczkach, pachnących ziołami i winem, zdecydował pójść na północ w kierunku Avignon.
Tak to bywa, że nie wiemy, dlaczego,
ale wiemy, że to dobry kierunek.
Może to drgnięcie ziemi na rozstaju,
albo leciutki prąd, który podniósł kocie futerko, sprawiły, że podjął decyzję.
Małe kamyki przydrożne podskoczyły z radości, jak zwykle wygrywając z tymi
dużymi, którym tusza uniemożliwiała taki podskok.
- Wsiadaj na mnie - powiedział do krasnoludka - tak
będziemy tam prędzej. Bo Gerda czeka!
Słysząc to, Laponek wskoczył na
grzbiet kota, ścisnął go mocno malutkimi nóżkami i cichym kocim galopem,
pognali przed siebie, ale już w wiadomym kierunku.
Pod nimi rozwinęła się wstążka drogi. Jej asfalt miał
również niebieskawy odcień lawendy. Po niej, jak nierówno ponawlekane koraliki,
jechały malutkie kolorowe samochody. Ponieważ jechały dwoma pasami, w
przeciwnym sobie kierunku, rzeczywiście przypominały rozciągnięty naszyjnik, a
ponieważ horyzont krył oba zakręty, można było pomyśleć, że jeżdżą w kółko.
- To droga nr.113 do Avignon - powiedział kot z miną, jaką
mają Wielcy Nawigatorzy.
- No tak! Ludzie numerują drogi, bo zgubili wiarę w
intuicję. Nawet sobie nadają numery, każdy numer ma swój podnumer, pin i nip. A
w momencie, kiedy przenoszą się do innego wymiaru, nagle wszystkie te numery
tracą sens. Wpadają do wielkiej niszczarki numerów a tam poszatkowane stanowią
tworzywo dla nowych numerów, dla nowych ludzi.
- Chyba zabrnąłeś za daleko, nie sposób Cię zrozumieć
czasami – parsknął z dezaprobatą kot.
Ale Laponek już nie słyszał tego komentarza.
Zapadł się w swoje wnętrze, usiłując wykrzesać pod
powiekami obraz swojego wesołego domku, z kominkiem, myszami i wspomnieniem
jakiejś bardzo ulotnej chwili, która dotąd grzała jego serce.
Wiedział, że jeśli go nie ożywi,
nigdy nie zobaczy nawet wspomnienia tej chwili. A jeśli nie zobaczy, to już nie
będzie powodu, dla którego miałby jeszcze kiedykolwiek mówić, spać, patrzeć,
czuć cokolwiek.
Pod nimi, w dolinie, ukazało się
miasto. Przez środek Avignon przepływała rzeka, z podłużną wyspą, dzielącą
miasto na dwie części. Ta prawa była chyba starą jego częścią, bowiem jak
orzech, została otoczona koliście zarysowanymi uliczkami.
Całe miasto otoczone było murami obronnymi.
- Jesteśmy na miejscu - orzekł kot i
wylądował na dachu jednego z domów.
Laponek strzepnął z kubraczka nieistniejące pyłki podróżne
i niepewnie postawił nóżkę na chybotliwej czerwonej dachówce. Nie drgnęła nawet
pod ciężarem jego małego ciała. Kot, jak to kot wiedział, że ląduje się na
kalenicy dachu, bo to najbezpieczniejsze miejsce.
Świat zaczął układać się do snu.
Wiatr ucichł zmęczony. Zmęczeni, ale uśmiechnięci ludzie, szykowali kolacje,
niektórzy siedzieli zamyśleni na krzesełkach przed domem, popijając wino.
Jakaś kobieta śpiewała cicho bardzo
smutną piosenkę jak kołysankę, ale była sama, więc chyba śpiewała ją dla
siebie.
Laponek objął kota i przytuleni do siebie i do komina,
postanowili przyjrzeć się nocy.
Spokojnie, w rytmie zmierzchu, kontury najpierw zatraciły
ostrość, ale potem ją odzyskały, ale już wtedy stawały się czarną wycinanką na
tle szafirowej głębi nieba.
Najpiękniej demonstrują to drzewa.
Stają się koronkowymi klejnotami nocy, zaklęte w nieruchomości, tuląc do siebie
ptaki.
A ptaki, jak to ptaki, nieświadome tego, że uczestniczą w spektaklu
nocy, od czasu do czasu popiskiwały przez sen
i przestępując z łapki na łapkę, pozwalały swoim piórom
zabłysnąć zimną poświatą księżyca.
W oknach zasłoniętych ażurowymi okiennicami, raz po raz
gasły światła. Ktoś coś mówił, ktoś kochał szepcząc, ktoś cichutko płakał bez
słów i tylko łzy szeleszcząc uciekały mu z oczu.
Laponek wpatrzony w miejsce gdzie wzejdzie obudzone słońce,
głaskał kota po łebku, a ten mruczał sonatę w tonacji f-moll, w tempie lento,
własnej, kociej kompozycji.
Nagle na styku ziemi i nieba pokazała się kreska
pomarańczowo szarej barwy.
Zaraz potem czerń nieba zgubiła
swoja gwiaździstą mroczność, ubrawszy łunę czerwieni.
Dalej już tylko łuna poszerzała się, przydając niebu
zielonkawego błękitu. Potem był już tylko błękit i zawieszona pomarańczowa
kula.
Przed chwilą wzeszłe słońce, przypomina nieśmiałego
chłopca, który właśnie zastanawia się co nabroić. Trwa to chwilkę, ale zaraz nabiera pewności i
już dostojnie zaczyna kreślić swój szlak.
Dzień stał się faktem. Okiennice po
kolei otwierały się a zaspani ludzie przeciągali się w blasku słońca.
Poprawiła pnące róże rosnące w
donicach, a te różanym odruchem strzepnęły rosę z liści. Oparta na
balustradzie, tak mocno docisnęła do niej palce, aż leciutko zbielały na
końcach, jakby chciały stopić się ze strukturą kamienia. Stała tak przez
chwilę. Wschodzące słońce swoim promieniem usiłowało zakręcić jej loki.
Pochyliła lekko głowę poddając się jego pieszczocie i wtedy Laponek zobaczył
jej twarz...To była ona – Gerda.
Teraz już, jako kobieta, a nie mała
dziewczynka, która ze łzami w oczach szukała swojego Kaia.
To była dojrzała, piękna dziewczyna o oczach jasnych jak
kawałki góry lodowej w jej wnętrzu i brązowych, lekko wijących się włosach.
Kiedy tak stała ze skrzyżowanymi rękami przypominała
zagubioną dziewczynkę, która stoi tu tylko dla tego, że odgradza ją balustrada.
Gdyby nie ona pofrunęłaby wprost między ostre cyprysy. I wtedy zaśpiewała
równie cichutko jak wieczorem:
- „Róża przekwitła i minie....”
… lecz inna pokłoni się dziewczynie...... – zaśpiewał
cichutko.
Jej plecy lekko drgnęły, ramiona uniosły się do góry. Usłyszeli
szloch tak przejmujący, że nikt, ptaki, motyle i kwiaty, szczyty pobladłych gór
i falujące morze nie śmiali go przerwać ani czymkolwiek zakłócić.
Laponek i kot wiedzieli, że jeśli rozpacz jest zbyt wielka,
to musi odlecieć przez oczy, bo oczy są wyrazem duszy i tylko tam są wrota
żalu.
Słońce na chwilę zatrzymało swój krok, ptaki zamarły w
locie a owady jak zwykle hałaśliwe i skrzypiące stanęły w miejscu jak rozsypane
koraliki.
Cała Prowansja na moment pogrążyła się w chmurze smutku,
łzy dziewczyny padały na balustradę, kamienną podłogę i szparami płynęły ku
ziemi. Trwali tak, zaklęci w kamień współczucia, aż szloch stał się cichszy i
trochę słabszy.
Wtedy zsunęli się po dachu niemal wprost pod nogi
dziewczyny. Jej twarz rozkwitła uśmiechem.
- Ach to Ty krasnoludku, znam cię z innej bajki, co robisz
w mojej?
w mojej?
- Szukam cię, od dawna, jesteś dla mnie wybawieniem –
powiedział.
- A Ty dla mnie, czekałam na ciebie tak długo.......
- Co się stało! Gdzie jest Kai? Dlaczego płaczesz?
- Posłuchaj ... Pamiętasz wrony? To one powiedziały między
wierszami, że owszem, mogę znaleźć Kaia, ale muszę się liczyć z tym, że po tak
długiej mojej nieobecności, zauważy inną, może wyłowi ją z kosza dziewcząt, a
ona nie da mu spokoju i będzie o niej myślał nawet, gdy będzie z tobą.....
- Głupie wrony – powiedział
- Nie, nie głupie – one wiedziały, one miały tę świadomość
przyszłości, o której zapominają wszyscy zakochani.
Róże pokiwały główkami.
– Tak się stało – powiedziały.
- Kai odwrócił się ode mnie. Zapomniał o naszych rozmowach
w zapachu róż i konarze drzewa, na którym siadywaliśmy patrząc sobie w oczy,
stracił nasz błękit w oczach i zaklęty przez inna Królową Śniegu odleciał. Jest
gdzieś za Alpami.... w Toskanii.
Wiem to, bo mewy mi doniosły. I wiem
również,
że myśli o mnie codziennie rano. Codziennie rano wychodzi na swój balkon, podczas gdy Jego nowa Królowa jeszcze śpi i śpiewa mi tę samą piosenkę. Śpiewamy ją oboje – ja na wschód, on na zachód a piosenki ponad Alpami łączą się w jedną jak dawniej.....
że myśli o mnie codziennie rano. Codziennie rano wychodzi na swój balkon, podczas gdy Jego nowa Królowa jeszcze śpi i śpiewa mi tę samą piosenkę. Śpiewamy ją oboje – ja na wschód, on na zachód a piosenki ponad Alpami łączą się w jedną jak dawniej.....
- Smutna historia....... Ale poczekaj... mam pomysł. Ty
cierpisz, bo masz serce, a ja, bo go nie mam. Znam, przyczynę mojego stanu. To
lodowy kolec, który zamroził moje serce. To może to straszne, co ci
zaproponuję, ale wydaje mi się, że to jedyne wyjście z tej sytuacji. Wyjmij
kolec z mojego serca i weź go sobie. Tym sposobem ja odzyskam możliwość
kochania a ty ją stracisz. Już nie będziesz wychodzić codziennie na balkon, nie
będziesz mieć nadziei na spotkanie Kaia, bo wiesz, że to już niemożliwe.
Zejdziesz na dół, do ludzi i tam spotkasz idącego z koszem winogron wspaniałego
mężczyznę. Może w końcu kolec sam stopnieje. Może uda się Wam stworzyć znów
piękną miłość?
Zapadła cisza. Gerda przestała oddychać, aby nie zakłócać
własnych myśli.
A róże zaśpiewały cichutko swoimi różowo pachnącymi
płatkami:
- „ Jakiś umiar być powinien...jakaś granica smutku,
przerwa na oddech głęboki,
Jakieś ugłaskanie serca, granica żalu,
za którą to, co rozpaczliwe już nie istnieje
Jakaś bariera i jakieś drzwi
przez które można wyjść…
Gerda uklękła, pochyliła głowę nisko, aż do piersi Atrama.
Dotknęła czołem jego serduszka. Jej brązowe włosy otoczyły maleńką postać jak
peleryną. Roztoczyły zapach szałwii i nocnych snów.
Laponek stał na kamiennej posadzce jak słupek
soli. Ręce opuścił wzdłuż ciała i lekko pochylił głowę.
Był jak kwitnący kwiat, ze
zwieszonym kwiatostanem, obciążonym kroplami porannego deszczu. To były łzy ich
obojga, które mieszając się, tworzyły srebrną kałużę na kamiennej podłodze.
Cisza eksplodowała tysiącem barw.
Okolica zawirowała, dźwiękami, promieniami słońca, szczebiotem ptaków. Obojętne
dotąd chmury zaczęły łączyć się w figury okręgów, kwadratów i innych
niemożliwych dla nich form.
W kurnikach szare dotąd nioski pyszniły się pawimi piórami,
a psy tuliły do siebie koty. Świat oszalał przez moment, bo w tej chwili
niemożliwe stało się możliwe.
Odtąd nikt nie może twierdzić, że los jest nam przypisany
do samej śmierci. Sami jesteśmy odpowiedzialni za drogę, którą wybraliśmy,
każdy ma te swoje piętnaście minut na to, aby taką decyzje podjąć.
Róże pierwsze zauważyły zmianę w
wyglądzie Krasnoludka. Oczy stały się na powrót błękitne a pod cienka koszulką
wyraźnie biło maleńkie serduszko. Kot jak to kot powiedział tylko jedno:
- Voila!
Tout est fini ! Le coeur est a sa place!*
Jedynie Gerda pozostała klęcząc. Jej dłonie leżały otwarte
na posadzce. Podniosła głowę i uśmiechnęła się do Laponka.
- Dziekuję ci krasnoludku. Miałeś rację, tak lżej żyć. I
wierzę, że jeszcze spotkam innego Kaya, który zaofiaruje mi swoją miłość i
będzie ona tak gorąca, że ogrzeje nas oboje. Miałeś rację krasnoludku... –
powiedziała.
- „Wszystko minie.....” – zaczęły śpiewać róże. Każda
chciała, aby jej głos zdominował inne. Stworzył niezły chórek różanych
głosów....... i nagle w ich brzmieniu, Atram usłyszał coś, co przypominało
terkot budzika.
- Ot, to już koniec! Wszystko jest na swoim miejscu!
Zrozumiał.
- Kocie, szybko dawaj swój grzbiet! w minutę musimy znaleźć
się z powrotem na kartce Jarmo! Rozumiesz, on się budzi, musimy być tam na
miejscu!
Kot wyprężył się jak ogier, a Laponek lekko jak dżokej,
wskoczył na kota i pomknęli przed siebie.
Słońce nieśmiało chciało przedrzeć
się przez horyzont. Szara szmata dokładnie otuliła jedyną dla niego drogę.
Oświetliło lekką łuną niebo, aby ludzie, choć trochę poczuli jego obecność.
Jeszcze chwilkę podarował czas Laponkowi.
Jeszcze ogień na kominku nie zamarł, jeszcze kot ułożył się wygodnie obok
drugiego rozleniwionego kota.
Jeszcze nie przebrzmiał trzask
palącego się drewna
w kominku, gdy Krasnal poczuwszy jak raźno bije jego odzyskane serce, powiedział sam do siebie:
w kominku, gdy Krasnal poczuwszy jak raźno bije jego odzyskane serce, powiedział sam do siebie:
-Dobrze jest mieć serce, ale czy koniecznie trzeba kochać?
Same z tego kłopoty!
W pracowni szare światło wydobyło
śpiącego mężczyznę, stół, na nim kartkę papieru z narysowanym domkiem. Maleńkie
drzwi otworzyły się i na kartce pojawił się Laponek i kot. Zajęli swoje miejsca. Budzik zadzwonił drugi raz.
Jarmo poruszył się przez sen.
Koniec
Subskrybuj:
Posty (Atom)












