sobota, 17 listopada 2012

BAJKI ZE ŚNIEGU - Serce krasnala


MARTA HANNA PRECHT


BAJKI ZE ŚNIEGU

czyli przygody krasnala laponka

dla dzieci i tych, którzy dziećmi być nie przestali



PRZYGODA PIERWSZA


serce krasnala



Noce w Laponii są smutne i szare, zwłaszcza, gdy wpadamy do Rovaniemi podczas nocy polarnej. Jedyną kolorową ozdobą są zorze, ale są bardzo rzadkie i niechętne ludziom, którzy z zadartymi głowami starają się zapamiętać ich piękno.
Dziś, dzień i noc zlały się w jedną drużynę atakującą wszystko, co bardziej kolorowe i ożywione. Ulice zbiegające się w szarych punktach, starały się ukryć ruch aut i barwę reklam, zmniejszając wszystko tym bardziej im bliżej było do horyzontu.
Nawet cisza była tu szara, wydawało się, że ludzie mówią szeptem, muzyka brzmi poważniej, a kontrast światła i cienia zawarły małżeństwo doskonałe.
Jarmo siedział za dużym, przeszklonym oknem, jakie mają pracownie grafików i popijając wino niechętnie zabierał się do pracy.
Na stole leżał papier, piórka, tusz, pędzelki – wszystko, co niezbędne, aby stworzyć obrazek komiksu. Tchnąć weń akcję i dźwięk. Stworzyć postaci, stroje i dać obrazkom powtarzalność osób, formę i ogólny kształt opowiadań spod piórka.
Było mu trochę zimno, a nie chciało mu się sięgnąć po sweter, musiałby wstać. Patrzył, więc przez okno na niebo jak szary koc rozciągnięty po horyzont i migocące światełka okien, które nieco ożywiały tę szarość.
      Wydawnictwo, które zamówiło u niego tę pracę, było jednym z najbardziej znanych w Finlandii. Niestety scenariusz, który napisał jego przyjaciel był dość nudny i bez polotu.
Zmagał się, więc z problemem: chcieć i móc. Pijąc już drugi kieliszek, dochodził do wniosku, że tak to jest - jak tworzywo nie to, to i produkt wymyka się i zaczyna żyć swoim kalekim życiem.
Pomyślał o domu dziadków i poczuł rozleniwiające ciepło pod powiekami.
      Najpierw ołówkiem, potem piórkiem narysował wnętrze domku, dodał kominek, ogień, położył poduszkę obok kominka, postawił fotel, stół i krzesła. Zadowolony, dorysował dwa koty na poduszce, dwie myszki wyglądające zza kominka i właściciela – malutkiego człowieczka, 
w czerwonym kubraczku, który siedział jak król na malutkim fotelu w malutkim domku.
W kieliszku został mu jeszcze łyk wina, przechylił go pijąc i wtedy właśnie po raz pierwszy, poprzez szkło, miał wrażenie, że ogień na kominku w domku lekko drgnął. Odstawił niedopite wino i spojrzał jeszcze raz... Tak! Ogień mrugał radośnie, istotka zeskoczyła z fotela, koty obudziły się, a myszy umknęły do dziurki.




- Kim jestem?- spytała istotka.

- Hmm... Jesteś krasnoludkiem... Tak będzie najlepiej, bo ludzie będę cię wtedy znać. Masz na imię Laponek jak bohater mojego komiksu.

- Po co jestem? - spytała znowu.
-... Po to, abym wreszcie mógł pójść spać i przestać odpowiadać na dziwne pytania! – powiedział trochę przerażony Jarmo sądząc, że to efekt wina i braku snu.
- Żegnam Cię do rana, siedź tu cichutko – dodał.
     
Krasnoludek posmutniał, pierwsze jego chwile w życiu, zabrał mu sen stwórcy. Pierwsze pytania pozostaną bez odpowiedzi aż do rana. Spojrzał na koty, które już uspokojone, wtuliły mordki we własne futerka i zaczęły dalej śnić o motylach.

Laponek postał wiec chwilę grzejąc się przy kominku i pomyślał, że nie będzie marnować czasu stojąc na straży śpiących kotów. 
Spojrzał w stronę swoich maleńkich drzwi i coś kazało mu sprawdzić, co jest po drugiej stronie kartki - czy naprawdę jest białą, czystą płaszczyzną?

Za oknem świeciło słońce, mimo to, dzień był wyjątkowo zimny i nieprzyjazny. Krasnoludek wyszedł przed swój domek, w którym wesoło mrugał ogień w kominku, a dwa czarne koty wylegiwały się w jego chybotliwym blasku.

Powinien chyba wrócić i założyć kubraczek, ale drzwi zdecydowanie zamknęły się z trzaskiem nieznoszącym sprzeciwu.

Pomyślał, że tak chyba ma zostać, skoro sprzęty zaczynają rządzić naszym życiem.

Przez chwilę stał zadumany, maleńkie serduszko pod cienką koszulką biło cichutko i rytmicznie. Suche liście zawołały wiatr do gonitwy. Laponek patrzył jak wywijają esy-floresy wdzięcznie krygując się przed widzem.

Nagle na jego czerwony nos spadł pierwszy w tym roku płatek śniegu. Roztopił się pod wpływem ciepła w kropelkę, która potoczyła się po policzku, jak łza. Wiatr, dotąd delikatny, stał się lodowatym potworem, kłującym wszystko i wszystkich lodowymi igłami.
Błyskawicznie zamroził kropelkę, która z brzękiem odbiła się od jego ust i wpadła prosto do serca.

Laponek stał przed swoim ciepłym domkiem z dwoma kotami i patrzył jak zamarza jego serce, wolno i metodycznie, starannie, nieodwołalnie. Zanik serca, uczuć, pragnień.
Odtąd będzie wszystko widzieć jak cyfrowy aparat fotograficzny i czuć jak detektor ruchu w systemie alarmowym i to wszystko. Czekać na swojego Andersena, który wymyśli Gerdę, a ta, w odruchu współczucia, wyjmie mu z serca zamrożoną łzę.
Trwał tak jeszcze trzy lub cztery westchnienia zegara, potem popatrzył trochę odważniej przed siebie.
Niebieskie dotąd oczy stały się może bardziej stalowo-szare i znikł z nich blask zatrzymanego ognia w kominku, ale patrzyły przytomnie i stanowczo.

Pewnie podjął decyzję, co dalej stanie się z jego maleńkim życiem. Chyba zrozumiał, że świat zewnętrzny nie kocha słabych, wrażliwych krasnoludków, a tym bardziej takich, którzy czegoś od niego oczekują.

Spojrzał na swoje maleńkie nóżki i rozkazał im iść. Delikatnie zapukał do własnych drzwi, które już w lepszym humorze, otworzyły się na oścież. W domku jakby nigdy nic wszystko było wesołe.
Krzesła poszturchiwały się radośnie czekając na swojego Pana, stół strzepnął z siebie okruchy chleba a koty podniosły łebki, postawiły uszy i okrągłymi oczami wpatrywały się w krasnoludka, który starannie zaczął pakować plecak.
Jeden z kotów, zaniepokojony, zeskoczył z fotela i jak to koty, wolniutko, trochę niepewnie, podszedł do swojego Pana. Ponieważ wzrostem dorównywał krasnoludkowi, mógł spojrzeć mu w oczy.



I wtedy zrozumiał, że to będzie koniec beztroskiego życia. Szykuje się coś nowego i to z pewnością innego niż dotychczasowe wylegiwanie się w fotelu i wsłuchiwanie się w sopranowe arie, w wykonaniu myszy, dobiegające z mysiej dziurki.

- Tout est fini - powiedział Laponek zapomniawszy, że kot nie zna języka francuskiego. Powtórzył więc po polsku:

- Wszystko się skończyło - wyruszam w drogę!
Kot udał, że nic nie rozumie i zaczął ocierać się jak zwykle.

- Ne me quitte pas! - Powiedział kot, który świetnie mówił w kilku językach, a jedynie jak wszystkie koty, nie przyznawał się do tego z obawy, że ludzie spostrzegłszy, jak wielkim potencjałem czasu dysponują, zleciliby im jakąś pracę.

- Nigdy bym cię nie zostawił, przecież wiesz, że jesteś częścią mojego życia. Twój przyjaciel drugi kot zostanie tu, aby dokładać do kominka i zabawiać myszy, no i przede wszystkim pilnować domku. Ty i ja wyruszamy w drogę. Nie będę czekać na Gerdę! Sam ją znajdę, a wtedy ona wyjmie mi ten lodowy kolec, który uśpił moje serce.
Otworzył posłuszne tym razem drzwi, które cichutko skrzypnęły na pożegnanie, i wraz z kotem wyszedł przed domek. Przed domkiem stały już czerwone saneczki z uprzężą. Kot ociągając się zajął miejsce w uprzęży a Laponek usiadł na swoim miejscu.
Wiatr zatrzymał się w pół kroku. Gęsto padający śnieg również zamarł, tworząc skrzącą się kotarę, zasłonił las i drogę.
Myszy wyskoczyły spod progu machając łapkami, żegnały Atrama i jego kota, a mając świadomość przyszłych zdarzeń, otarły łzy ze swoich mysich oczu.
Laponek szturchnął nieistniejącymi ostrogami boki saneczek, a te zrozumiawszy rozkaz, wolno ruszyły z miejsca.
Kotara utkana z gwiazdek śniegu rozchyliła się otwierając srebrny tunel, w który wkroczył najpierw kot, potem jego ogon, potem linki trzymające saneczki i na końcu Laponek ze swoim plecakiem, który zakończył korowód.
      Po chwili gwiazdki za nimi zaczęły zamykać, przed chwilą utworzony tunel. Odwrotu nie było. Stało się jasne, że domek, kot i myszy pozostaną jedynie wspomnieniem, jak fotografia w rodzinnym albumie.
Teraz ważne staje się to, co przed nimi, czyli pagórek chrupiący od mrozu, dotknięty rudą mgiełką traw
i przestrzeń przed nimi, która wydawała się gęstnieć w swoim wymiarze czasu, aby umożliwić im szybszą podróż.
Skierowali się na północ, wychodząc z założenia, że lepiej zacząć w zimnie i ciemnościach a skończyć w jakimś ciepłym, słonecznym kraju.
Płozy sanek tworzyły za nimi ślad, który jak rysunek z pary wodnej na błękicie nieba za samolotem, powoli zanikał.
Czas stał się elastyczny. W zależności od potrzeby, potrafił płynąć szybciej lub wolniej. Gdy przejeżdżali koło pięknie zarysowanego drzewa na tle śniegu, czas zatrzymywał się chwileczkę, aby Laponek i jego kot mogli popatrzeć spokojnie. Nie komentowali oglądanych obrazów. Każde zachwycanie się byłoby zbędną stratą czasu i energii. Nie musieli również znajdować potwierdzenia swoich przeżyć u innych, bo tych po prostu nie było.
Samotność nie była im ciężarem, ale darem swobodnego odczuwania i dysponowania swoimi odczuciami.
Sama podróż była podobna do ślizgania się po lodzie. Bezszelestna, bezdźwięczna i zminimalizowana do dwóch kolorów: bieli i czerni.
Nawet czerwony kubraczek Laponka zbladł i zszarzał. Jedynie kot czarny z natury znakomicie dopasował się do otaczającej go rzeczywistości.

Na horyzoncie pojawił się najpierw szary pasek, który w miarę zbliżania, rósł w szerszy szary pasek, potem jeszcze szerszy i bardziej szary, aż w końcu przybrał szatę szarej plaży, z białymi plackami śniegu dla ozdoby.

Powoli z szarej mgły, wyszła lekko kulejąc postać dziewczyny w długiej, może nawet zbyt długiej spódnicy.
Wiatr bawił się jej jasnymi włosami, podczas gdy ona szeptała coś w dziwnym, gardłowym i ciężkim języku, zupełnie niepodobnym do tego, w którym od początku świata mówił Laponek.
Za nią przyleciały mewy, jak zwykle głodne i niezadowolone.
- Skąd jesteście? - Zapytał kot.
- Mieszkamy w Aarchus, przyleciałyśmy tu za nią, bo ona nas potrzebuje, ale nigdy nie zauważa naszego poświęcenia.

Rzeczywiście, dziewczyna stała nadal nad brzegiem i mówiła coś, co natychmiast zmieniało się w wiersze, te spadały na piasek plaży i wężowym ruchem owijały się wokół jej nóg. Ona zbierała je w bukiety słów i chowała do kieszeni, na później.

Cichy dotąd Laponek, zapytał:

- Pewnie jesteś Ewa, wszystkie kobiety takie jak ty powinny mieć takie imię. Ciągle czegoś szukasz, jakbyś nie wiedziała, że nosisz to ze sobą. Masz to cały czas ze sobą i nie musisz niczego szukać.
Połóż jedynie ręce na wysokości serca. Poczujesz ciepło, potem leciutkie drgnięcie i to będzie znak, że jeszcze je masz. Jest gorące, czerwone i żywe, twoje serce.
- Jakże ja ci zazdroszczę - powiedział Laponek.

Na chwilę wiersze zatrzymały swój bieg. Wiatr przestał bawić się włosami dziewczyny a ona uśmiechnęła się do mew.

Saneczki ruszyły. Kot parsknął niby koń i wykorzystując pianę fali, lekko i płynnie, razem ze swoim Panem, popłynęli w dalszą część swojej podróży.
Mewy, zachwycone uśmiechem, jakim obdarzyła je Ewa, poczuły się uwolnione od obowiązku dalszego poświęcania się jej kaprysom. Potupały radośnie łapkami, oczyściły dzioby o własne pióra, pomrugały swoimi pomarańczowymi oczkami i rozwinąwszy skrzydła płynnie wystartowały z plaży w poszukiwaniu nowej Ewy albo Marysi.
Kilka piór, które wypadły im ze skrzydeł, nie spadły na ziemię albo w morze, ale poderwane pędem, jaki wytworzyły saneczki, postanowiły dogonić krasnoludka. W jego towarzystwie życie wydało się im ciekawsze.

- Muszę odpocząć - powiedział kot i ostrożnie, jak to w jego naturze, wylądował na ziemi.
Piórka spadły na plecak krasnoludka. Nawet nie zauważyli, kiedy podczas lotu skręcili lekko na południe, bo klimat stał się łagodniejszy. Domy zbudowane były z kamienia. Na łagodnych zboczach winnic krzątali się uśmiechnięci ludzie.







- Myślę, - powiedział Laponek - że dobrze trafiliśmy. Tylko tu, po uratowaniu Kaja Gerda mogła zamieszkać.

Zszedł z saneczek, zostawiając na nich swój plecak, odpiął kota z uprzęży i postanowił dalszą podróż odbyć pieszo.

- Nie zostawiaj nas! -  zawołały piórka. Będziemy ci towarzyszyć, jak będzie zimno ogrzejemy trochę twoje zmarznięte serce, albo połaskoczemy twoją próżność, jeśli będzie taka potrzeba. Będziemy twoją poduszeczką w nocy i wachlarzem w dzień, jesteśmy gotowe...

- Dobrze, dobrze - powiedział Atram - przestańcie tylko mówić. Wezmę was za pazuchę mojego kubraczka pod jednym warunkiem: Będziecie cicho!
- Ooo bbb iii eee ccc uuu jjj eee mmm yyy!!! -  powiedziały chórem piórka i wskoczyły pod kubraczek Krasnoludka.
- Wariatki - powiedział kot - za nic w świecie nie obiecałbym czegoś takiego. Siadł, wyprostował tylna łapę i powoli, metodycznie, zaczął ją myć.

Laponek stał przez chwilę w miejscu, tak jakby nie mógł zdecydować, w którą iść stronę, a może pragnął podroczyć sie z przeznaczeniem albo poczuć wiatr telepatii?
Wiedział, był pewien, że Gerda musi tu gdzieś być. Kiedy o niej myślał cierń lodowy w jego sercu starał się ukryć w zakamarkach. Miał nadzieję, że nigdy i nikt nie zdoła go stamtąd wyciągnąć.
Pozostanie tam na zawsze, bo w końcu na świecie musi być, choć jedna osoba, w której ciele mógłby mieszkać i która robi wszystko, aby się go pozbyć. Inaczej wszystkie bajki przestałyby mieć sens. Nikt nie wiedziałby, co to jest ten lodowy cierń w sercu.
Słońce powlekło swoją twarz czerwienią, dając wszystkim znak, że już bolą go oczy i pora szykować się do snu.
Droga rozgrzana jego ciepłem, pachniała ziemią i trawą a wysokie topole próbowały podać sobie gałęzie na horyzoncie.
- Nigdy to Wam się nie uda - powiedział Laponek do topoli, a one oburzone zaczęły szumieć głośniej, tak jak to przed wieczorem miały w zwyczaju.

Prowansja, do której trafił Laponek, powitała ich zapachem pól lawendowych, które z pewnej wysokości muszą wyglądać jak niebieskość zaczesana grzebieniem.
Zapach lawendy zdominował zapach drogi i jej pyłu, a małe miasteczka ukryte wśród dolin wyglądały jak uśpione klejnoty w jedwabnej zieleni gór.
 - Dobrze jest widzieć to, co widzę - powiedział do kota.Kot nie podjął tematu. Dumnie krocząc, martwił się właśnie, że znowu będzie musiał umyć pokryte pyłem drogi łapki.
Mijane kolejno topole pochylały się nad idącymi, usiłując im przekazać część swojej wiedzy o życiu.

- L'avenir est ce qu'il y a de pire dans le present - szumiały swoimi blaszanymi liśćmi.
- Co one mówią? -  Laponek spytał kota.

- Coś o przyszłości... że w teraźniejszości najgorszą rzeczą jest przyszłość. Rozumiesz, po co to mówią?
- Rozumiem - odpowiedział Laponek - ale one myślą, że wiedzą więcej niż ja. Ja wiem jak wygląda scenariusz mojego życia, ale zrobię wszystko, co umiem, aby to zmienić i ty mi w tym pomożesz. Proszę cię tylko abyś nie myślał. Bądź moimi oczami i uszami. Prowadź nas. Twój koci instynkt pozwoli nam dotrzeć do Gerdy. Ufam ci. 
Góry i doliny przesuwały się pod nimi, ludzie przechodząc obok, przyglądali się im uważnie, ale z niedowierzaniem.
Pewnie myśleli, że to przecież niemożliwe, by widzieć krasnoludka, którego prowadzi kot.

 Widocznie zjedli coś, co im zaszkodziło, a to, co widzą,
to objaw niestrawności. Nikt nie krzyknął:

- Popatrzcie, krasnoludek z kotem!

Nikt nie wierzył własnym oczom, ale wszyscy zapamiętali, malutką postać i ogromnego dla niej kota, idących przed siebie.
Kot przejęty rolą przewodnika, poczuł się wreszcie odpowiedzialny za dalszy etap ich życia. Przestał myśleć
o zakurzonych łapkach, o połysku swojej sierści i pełnym żołądku. Skierował się do Arles, tam w wąskich uliczkach, pachnących ziołami i winem, zdecydował pójść na północ w kierunku Avignon.
Tak to bywa, że nie wiemy, dlaczego, ale wiemy, że to dobry kierunek.
Może to drgnięcie ziemi na rozstaju, albo leciutki prąd, który podniósł kocie futerko, sprawiły, że podjął decyzję. Małe kamyki przydrożne podskoczyły z radości, jak zwykle wygrywając z tymi dużymi, którym tusza uniemożliwiała taki podskok.



- Wsiadaj na mnie - powiedział do krasnoludka - tak będziemy tam prędzej. Bo Gerda czeka!

Słysząc to, Laponek wskoczył na grzbiet kota, ścisnął go mocno malutkimi nóżkami i cichym kocim galopem, pognali przed siebie, ale już w wiadomym kierunku.

Pod nimi rozwinęła się wstążka drogi. Jej asfalt miał również niebieskawy odcień lawendy. Po niej, jak nierówno ponawlekane koraliki, jechały malutkie kolorowe samochody. Ponieważ jechały dwoma pasami, w przeciwnym sobie kierunku, rzeczywiście przypominały rozciągnięty naszyjnik, a ponieważ horyzont krył oba zakręty, można było pomyśleć, że jeżdżą w kółko.

- To droga nr.113 do Avignon - powiedział kot z miną, jaką mają Wielcy Nawigatorzy.

- No tak! Ludzie numerują drogi, bo zgubili wiarę w intuicję. Nawet sobie nadają numery, każdy numer ma swój podnumer, pin i nip. A w momencie, kiedy przenoszą się do innego wymiaru, nagle wszystkie te numery tracą sens. Wpadają do wielkiej niszczarki numerów a tam poszatkowane stanowią tworzywo dla nowych numerów, dla nowych ludzi.
- Chyba zabrnąłeś za daleko, nie sposób Cię zrozumieć
czasami – parsknął z dezaprobatą kot.

Ale Laponek już nie słyszał tego komentarza.
Zapadł się w swoje wnętrze, usiłując wykrzesać pod powiekami obraz swojego wesołego domku, z kominkiem, myszami i wspomnieniem jakiejś bardzo ulotnej chwili, która dotąd grzała jego serce.
Wiedział, że jeśli go nie ożywi, nigdy nie zobaczy nawet wspomnienia tej chwili. A jeśli nie zobaczy, to już nie będzie powodu, dla którego miałby jeszcze kiedykolwiek mówić, spać, patrzeć, czuć cokolwiek.
Pod nimi, w dolinie, ukazało się miasto. Przez środek Avignon przepływała rzeka, z podłużną wyspą, dzielącą miasto na dwie części. Ta prawa była chyba starą jego częścią, bowiem jak orzech, została otoczona koliście zarysowanymi uliczkami.



Całe miasto otoczone było murami obronnymi.




- Jesteśmy na miejscu - orzekł kot i wylądował na dachu jednego z domów.

Laponek strzepnął z kubraczka nieistniejące pyłki podróżne
i niepewnie postawił nóżkę na chybotliwej czerwonej dachówce. Nie drgnęła nawet pod ciężarem jego małego ciała. Kot, jak to kot wiedział, że ląduje się na kalenicy dachu, bo to najbezpieczniejsze miejsce.
 Świat zaczął układać się do snu. Wiatr ucichł zmęczony. Zmęczeni, ale uśmiechnięci ludzie, szykowali kolacje, niektórzy siedzieli zamyśleni na krzesełkach przed domem, popijając wino.
Jakaś kobieta śpiewała cicho bardzo smutną piosenkę jak kołysankę, ale była sama, więc chyba śpiewała ją dla siebie.
Laponek objął kota i przytuleni do siebie i do komina, postanowili przyjrzeć się nocy.

Spokojnie, w rytmie zmierzchu, kontury najpierw zatraciły ostrość, ale potem ją odzyskały, ale już wtedy stawały się czarną wycinanką na tle szafirowej głębi nieba.
Najpiękniej demonstrują to drzewa. Stają się koronkowymi klejnotami nocy, zaklęte w nieruchomości, tuląc do siebie ptaki.

A ptaki, jak to ptaki, nieświadome tego, że uczestniczą w spektaklu nocy, od czasu do czasu popiskiwały przez sen
i przestępując z łapki na łapkę, pozwalały swoim piórom zabłysnąć zimną poświatą księżyca.
W oknach zasłoniętych ażurowymi okiennicami, raz po raz gasły światła. Ktoś coś mówił, ktoś kochał szepcząc, ktoś cichutko płakał bez słów i tylko łzy szeleszcząc uciekały mu z oczu.
Laponek wpatrzony w miejsce gdzie wzejdzie obudzone słońce, głaskał kota po łebku, a ten mruczał sonatę w tonacji f-moll, w tempie lento, własnej, kociej kompozycji.
Nagle na styku ziemi i nieba pokazała się kreska pomarańczowo szarej barwy.
Zaraz potem czerń nieba zgubiła swoja gwiaździstą mroczność, ubrawszy łunę czerwieni.
Dalej już tylko łuna poszerzała się, przydając niebu zielonkawego błękitu. Potem był już tylko błękit i zawieszona pomarańczowa kula.



Przed chwilą wzeszłe słońce, przypomina nieśmiałego chłopca, który właśnie zastanawia się co nabroić.  Trwa to chwilkę, ale zaraz nabiera pewności i już dostojnie zaczyna kreślić swój szlak.

Dzień stał się faktem. Okiennice po kolei otwierały się a zaspani ludzie przeciągali się w blasku słońca.

Samotna kobieta, która wczoraj wieczorem śpiewała kołysankę dla samej siebie, też wyszła na kamienny balkon.


Poprawiła pnące róże rosnące w donicach, a te różanym odruchem strzepnęły rosę z liści. Oparta na balustradzie, tak mocno docisnęła do niej palce, aż leciutko zbielały na końcach, jakby chciały stopić się ze strukturą kamienia. Stała tak przez chwilę. Wschodzące słońce swoim promieniem usiłowało zakręcić jej loki. Pochyliła lekko głowę poddając się jego pieszczocie i wtedy Laponek zobaczył jej twarz...To była ona – Gerda.
Teraz już, jako kobieta, a nie mała dziewczynka, która ze łzami w oczach szukała swojego Kaia.

To była dojrzała, piękna dziewczyna o oczach jasnych jak kawałki góry lodowej w jej wnętrzu i brązowych, lekko wijących się włosach.
Kiedy tak stała ze skrzyżowanymi rękami przypominała zagubioną dziewczynkę, która stoi tu tylko dla tego, że odgradza ją balustrada. Gdyby nie ona pofrunęłaby wprost między ostre cyprysy. I wtedy zaśpiewała równie cichutko jak wieczorem:

- „Róża przekwitła i minie....”
… lecz inna pokłoni się dziewczynie...... – zaśpiewał cichutko.

Jej plecy lekko drgnęły, ramiona uniosły się do góry. Usłyszeli szloch tak przejmujący, że nikt, ptaki, motyle i kwiaty, szczyty pobladłych gór i falujące morze nie śmiali go przerwać ani czymkolwiek zakłócić.

Laponek i kot wiedzieli, że jeśli rozpacz jest zbyt wielka, to musi odlecieć przez oczy, bo oczy są wyrazem duszy i tylko tam są wrota żalu.
Słońce na chwilę zatrzymało swój krok, ptaki zamarły w locie a owady jak zwykle hałaśliwe i skrzypiące stanęły w miejscu jak rozsypane koraliki.

Cała Prowansja na moment pogrążyła się w chmurze smutku, łzy dziewczyny padały na balustradę, kamienną podłogę i szparami płynęły ku ziemi. Trwali tak, zaklęci w kamień współczucia, aż szloch stał się cichszy i trochę słabszy.

Wtedy zsunęli się po dachu niemal wprost pod nogi dziewczyny. Jej twarz rozkwitła uśmiechem.

- Ach to Ty krasnoludku, znam cię z innej bajki, co robisz
w mojej?
 - Szukam cię, od dawna, jesteś dla mnie wybawieniem – powiedział.

- A Ty dla mnie, czekałam na ciebie tak długo.......

- Co się stało! Gdzie jest Kai? Dlaczego płaczesz?

- Posłuchaj ... Pamiętasz wrony? To one powiedziały między wierszami, że owszem, mogę znaleźć Kaia, ale muszę się liczyć z tym, że po tak długiej mojej nieobecności, zauważy inną, może wyłowi ją z kosza dziewcząt, a ona nie da mu spokoju i będzie o niej myślał nawet, gdy będzie z tobą.....
- Głupie wrony – powiedział

- Nie, nie głupie – one wiedziały, one miały tę świadomość przyszłości, o której zapominają wszyscy zakochani.
Róże pokiwały główkami.

– Tak się stało – powiedziały.

- Kai odwrócił się ode mnie. Zapomniał o naszych rozmowach w zapachu róż i konarze drzewa, na którym siadywaliśmy patrząc sobie w oczy, stracił nasz błękit w oczach i zaklęty przez inna Królową Śniegu odleciał. Jest gdzieś za Alpami.... w Toskanii.

Wiem to, bo mewy mi doniosły. I wiem również,
że myśli o mnie codziennie rano. Codziennie rano wychodzi na swój balkon, podczas gdy Jego nowa Królowa jeszcze śpi i śpiewa mi tę samą piosenkę. Śpiewamy ją oboje – ja na wschód, on na zachód a piosenki ponad Alpami łączą się w jedną jak dawniej.....

- Smutna historia....... Ale poczekaj... mam pomysł. Ty cierpisz, bo masz serce, a ja, bo go nie mam. Znam, przyczynę mojego stanu. To lodowy kolec, który zamroził moje serce. To może to straszne, co ci zaproponuję, ale wydaje mi się, że to jedyne wyjście z tej sytuacji. Wyjmij kolec z mojego serca i weź go sobie. Tym sposobem ja odzyskam możliwość kochania a ty ją stracisz. Już nie będziesz wychodzić codziennie na balkon, nie będziesz mieć nadziei na spotkanie Kaia, bo wiesz, że to już niemożliwe. Zejdziesz na dół, do ludzi i tam spotkasz idącego z koszem winogron wspaniałego mężczyznę. Może w końcu kolec sam stopnieje. Może uda się Wam stworzyć znów piękną miłość?
Zapadła cisza. Gerda przestała oddychać, aby nie zakłócać własnych myśli.
A róże zaśpiewały cichutko swoimi różowo pachnącymi płatkami:
- „ Jakiś umiar być powinien...jakaś granica smutku,
przerwa na oddech głęboki,
Jakieś ugłaskanie serca, granica żalu,
za którą to, co rozpaczliwe już nie istnieje
Jakaś bariera i jakieś drzwi
przez które można wyjść…

Gerda uklękła, pochyliła głowę nisko, aż do piersi Atrama. Dotknęła czołem jego serduszka. Jej brązowe włosy otoczyły maleńką postać jak peleryną. Roztoczyły zapach szałwii i nocnych snów.
 Laponek stał na kamiennej posadzce jak słupek soli. Ręce opuścił wzdłuż ciała i lekko pochylił głowę.

Był jak kwitnący kwiat, ze zwieszonym kwiatostanem, obciążonym kroplami porannego deszczu. To były łzy ich obojga, które mieszając się, tworzyły srebrną kałużę na kamiennej podłodze.
Cisza eksplodowała tysiącem barw. Okolica zawirowała, dźwiękami, promieniami słońca, szczebiotem ptaków. Obojętne dotąd chmury zaczęły łączyć się w figury okręgów, kwadratów i innych niemożliwych dla nich form.
W kurnikach szare dotąd nioski pyszniły się pawimi piórami, a psy tuliły do siebie koty. Świat oszalał przez moment, bo w tej chwili niemożliwe stało się możliwe.

Odtąd nikt nie może twierdzić, że los jest nam przypisany do samej śmierci. Sami jesteśmy odpowiedzialni za drogę, którą wybraliśmy, każdy ma te swoje piętnaście minut na to, aby taką decyzje podjąć.
Róże pierwsze zauważyły zmianę w wyglądzie Krasnoludka. Oczy stały się na powrót błękitne a pod cienka koszulką wyraźnie biło maleńkie serduszko. Kot jak to kot powiedział tylko jedno:

- Voila! Tout est fini ! Le coeur est a sa place!*
Jedynie Gerda pozostała klęcząc. Jej dłonie leżały otwarte na posadzce. Podniosła głowę i uśmiechnęła się do Laponka.

- Dziekuję ci krasnoludku. Miałeś rację, tak lżej żyć. I wierzę, że jeszcze spotkam innego Kaya, który zaofiaruje mi swoją miłość i będzie ona tak gorąca, że ogrzeje nas oboje. Miałeś rację krasnoludku... – powiedziała.

- „Wszystko minie.....” – zaczęły śpiewać róże. Każda chciała, aby jej głos zdominował inne. Stworzył niezły chórek różanych głosów....... i nagle w ich brzmieniu, Atram usłyszał coś, co przypominało terkot budzika.

- Ot, to już koniec! Wszystko jest na swoim miejscu!
Zrozumiał.

- Kocie, szybko dawaj swój grzbiet! w minutę musimy znaleźć się z powrotem na kartce Jarmo! Rozumiesz, on się budzi, musimy być tam na miejscu!

Kot wyprężył się jak ogier, a Laponek lekko jak dżokej, wskoczył na kota i pomknęli przed siebie.

Słońce nieśmiało chciało przedrzeć się przez horyzont. Szara szmata dokładnie otuliła jedyną dla niego drogę. Oświetliło lekką łuną niebo, aby ludzie, choć trochę poczuli jego obecność.

Jeszcze chwilkę podarował czas Laponkowi. Jeszcze ogień na kominku nie zamarł, jeszcze kot ułożył się wygodnie obok drugiego rozleniwionego kota.

Jeszcze nie przebrzmiał trzask palącego się drewna
w kominku, gdy Krasnal poczuwszy jak raźno bije jego odzyskane serce, powiedział sam do siebie:

-Dobrze jest mieć serce, ale czy koniecznie trzeba kochać? Same z tego kłopoty!

W pracowni szare światło wydobyło śpiącego mężczyznę, stół, na nim kartkę papieru z narysowanym domkiem. Maleńkie drzwi otworzyły się i na kartce pojawił się Laponek i kot. Zajęli swoje miejsca.  Budzik zadzwonił drugi raz.
Jarmo poruszył się przez sen.

Koniec 




















Bajki ze śniegu

Kiedyś spotkałam krasnala nie z tego świata. Szepnął mi do ucha:
- Napisz o mnie!
Napisałam. Powstały "Bajki ze śniegu". Tylko dwie, bo krasnal znikł jakby się na coś obraził. Jak wróci dopiszę dalszy ciąg.

Bajki nigdzie się nie ukazały.


Dziewczyna w ciemno-zielonych szpilkach


Dziewczynka miała cienkie warkoczyki i smutne szare oczy. Spod krótkiego płaszczyka wystawały nóżki w prążkowanych beżowych pończoszkach i przydeptanych, kiedyś białych, bucikach. Młoda kobieta prowadziła ją za rączkę.
Z dworca kolejowego na Rynek było dobre dwa kilometry pod górę. W drugiej ręce niosła walizkę z tektury udającej skórę z naklejonymi, wielkimi narożnikami, wykończonymi ćwiekami. Całość wyglądała potężnie, ale wystarczyło wskoczyć na pustą walizkę, aby pękając odsłoniła papier w kratkę udający jedwabną wyściółkę.
 Była zmęczona, jej Mama też. Pokonały bardzo długą drogę smolistym pociągiem, z dwiema przesiadkami z „raju” dla osiedleńców w jednym w wielkich miast odzyskanych. Ich mężczyzna już tam pozostał. Nie potrafił odnaleźć się w nagłym przypływie luksusu dóbr pozostawionych przez innych ludzi, w ich domu z ogrodem pełnym kwitnących irysów, dużą białą kuchnią z wielkimi oknami, białym fortepianem i mnóstwem książek w pięknych oprawach z obrazkami i drukiem ostrym, ozdobnym, niepodobnym.
W mieście, z którego wyruszyły, dziewczynka zapamiętała fotografa, który robił zdjęcia dzieciom sadzając je na kucyka. W walizce pomiędzy dokumentami leżało takie zdjęcie. W tle były ruiny. Czasem wiatr przynosił z nich odór rozkładu.
W nowym miasteczku, droga pięła się najpierw lekko ku górze, omijając szerokim łukiem wzgórze, na którym stał kościół, aby gwałtownie wspiąć się w górę po szerokich schodach, aż do wąskiej uliczki ze sklepikami po obu jej stronach, która jak wąskie gardło wyrzucała przechodniów na kwadratowy plac, jakim był Rynek.
Jeszcze kilkaset metrów przez plac, na którym stały drewniane stoiska kramów. Pod bucikami dziewczynki kurz mieszał się z sieczką z końskich worków. Zapach końskiego nawozu tworzył mieszankę z zapachem kiszonych ogórków i kapusty w beczkach, a tuż obok pachniało masło, mleko w konwiach i śmietana, skrzętnie przykrywana gazą przed muchami.
Jeszcze cztery wydeptane w kamieniu stopnie i ciemna brama pochłonęła obie sylwetki. Po drugiej stronie bramy, wąskie przelotowe podwórko ograniczyło przestrzeń dziewczynki na długie lata.
W drzwiach stała starsza kobieta. Niedużego wzrostu, korpulentna, ale w ten apetyczny sposób. Za nią dość wysoki mężczyzna z pięknym kształtem łysej głowy i ciepłymi rysami twarzy.
- Teraz tu będziemy mieszkać – powiedziała kobieta do dziewczynki.
Zostały przyjęte pod dach rodziców kobiety. Tam, w samotności uczuć, młoda matka usiłowała ciężko chorym sercem dać małej poczucie istnienia dobra. Czasem tylko ciężko było jej mówić. Jej delikatne ręce leżały na pościeli a paznokcie miały lekko niebieski odcień.
Pewnego wieczoru, starsza pani głośno płakała. Sąsiadki przyszły, aby ją wspomóc w bolesnym żalu utraty córki. Dziewczynka była oszołomiona. Czuła, że już nigdy nie zazna dotyku Mamy. Kobiety poszły do pobliskiego szpitala, aby ubrać Mamę. Trochę było w tym niedowierzania, albo prośby, by ta zabawa dobrze się skończyła. Babcia zawsze przywiązywała wielką uwagę do stroju. A więc Mała była pewna, że ubiorą ją pięknie i będzie dobrze.
Została sama w domu. Wyciągnęła swój dziecięcy skarb: tekturowe pudełko po butach, który był domem lalki. Lalka była samodzielnie zrobiona. Było to łatwe. Najpierw trzeba utoczyć kulkę z waty, owinąć ją białym płótnem, „na szyi” zapętlić nitkę, aby utworzyć główkę. Potem już drobiazg: z reszty płótna poniżej główki utworzyć brzuszek, rączki i dwie nóżki i za pomocą nici i igły przyszyć trochę włóczki, jako włosy. Kopiowym ołówkiem namalować czerwoną buzię i niebieskie oczka i lalka ożywała. Wystarczy ją ubrać i wtedy ożyje, ożyje na pewno.
- Kto tam? - zapytała dziewczynka, słysząc delikatne pukanie do drzwi.
- Czy jest tatuś? – usłyszała.
- Zaraz, przecież tu nie mam Taty. Tu może być tylko Dziadek - pomyślała dziewczynka.
Chwilkę stała zdziwiona swoim odkryciem i nielogicznością zdarzenia, a potem zebrawszy się w sobie otworzyła drzwi do mieszkania. Te, do których pukano. Nie było nikogo. Otworzyła zatem drugie drzwi, wejściowe, zamknięte na wielki żelazny hak… za nimi też nie było nikogo. Resztę samotności przesiedziała w kąciku, czekając na żywych.
Wrócili. Stali się jej światem. Babcia i Dziadek znowu mieli małą dziewczynkę jak córkę, którą utracili. Stali się jej Matką, Ojcem, Bratem, którego nigdy nie miała. Przygarnęli ją z całą dobrocią Ich serca i nigdy nie dali odczuć, że nie są jej rodzicami. Nawet więcej, zasypiała w objęciach kołysanek Babci. Były one długie, melodyjne, różne i zawsze z jakimś morałem.
Babcia opowiadała jej różne historie. Jej opowiadania były pełne wyrazistych obrazów i zawierały historię, o którą się otarła.
Jako mała dziewczynka z Rodzicami uciekali z bolszewickiej Rosji do Polski, mając jedynie worek suchych skórek z chleba, zbieranych przez jej matkę. Widziała jak rozstrzeliwano ludzi z większym brzuchem lub białymi rękami, jako wrogów rewolucji. Jekatierinosław.
Tę nazwę dziewczynka zapamiętała przez lata. I jeszcze inną opowieść, bardziej dramatyczną i tragiczną, bo ze śmiercią w tle. Znów wojna. W miasteczku, w którym połowa to byli Żydzi, Niemcy zorganizowali ich wywózkę do obozów.
Szli potulnie z walizkami, węzełkami dobytku wierząc, że to tylko zła odmiana ich bytu. Pochód otwierał lekarz Abramowicz z żoną, piękną blondynką w ostatnim miesiącu ciąży. On niósł dużą skórzaną lekarską torbę, wierząc, że z pewnością się przyda. Ona elegancka, dumna, uśmiechała się ufnie do niego.
Kiedy dziewczynka wychodziła przez ciemną bramę na Rynek, wydawało się,  że słyszy szuranie butów po kocich łbach.
Jedynie kromka chleba, najpierw zmoczona wodą i posypana cukrem potrafiła odsunąć przykre odczucie jakiejś niesprawiedliwości, ledwo uświadamianej sobie tragedii, która tędy przeszła.
Podwórko było wąskie. Z jednej strony znajdowała się już opisana brama jak tunel. Pomalowana na jasny pomarańczowy kolor nawet w pochmurny dzień odbijała wesołe światło Rynku. Podwórko wyłożone kocimi łbami byłoby w stosunku do niej kamienną ponurością gdyby nie „ogródek” przed domem Babci. Ogródek zajmował jedną trzecią długości podwórka.
Ogrodzony płotem udawał coś, czym nie był. Na 7 metrów szerokości przypadało jakieś 25 metrów długości  z dwoma okazałymi drzewami orzechowymi, które stanowiły jego główną ozdobę. Tylko paprocie mogły im towarzyszyć. Nic więcej nie urosło.
Druga strona podwórka to wąskie przejście do ulicy. Okna kamienicy po lewej stronie przejścia były na wysokości głowy dziewczynki, nie mogła więc się oprzeć by nie zajrzeć do środka ilekroć tamtędy przechodziła.
Z niewielu atrakcji podwórka trzeba opisać komórki na węgiel i niepotrzebne nikomu graty oraz piękne kwadratowe odkryte szambo, w którym zachodziły reakcje chemiczne, obierki zmieniały kolor, pękały bąble, unosił się jakiś konglomerat woni i aromatów, a wszystko okraszone brzęczeniem pięknych dojrzałych much z zielono połyskującymi brzuszkami.
Mała chłonęła wszystko całym ciałem. Czasem wypuszczała się na dalsze wędrówki do dawnej dzielnicy żydowskiej, oglądając jej niskie parterowe domy, z których Niemcy wygonili ich mieszkańców. Teraz zaniedbane, rozpadające się, z jakimś dziwnym zapachem opuszczenia. Po drugiej stronie ulicy na wzgórzu był kirkut. Tam można było bawić się w chowanego między mastabami. Siedząc cichutko Mała przypatrywała się dziwnym płaskorzeźbom, dziwnym literom, nie zdając sobie do końca sprawy z przeznaczenia tego miejsca. To było wspaniałe miejsce do zabawy. Jedyne po podwórku miejsce dziecięcych rozrywek. Historia umierała łagodną śmiercią.
Do szkoły poszła sama. Pierwszego dnia. W granatowej sukience w białe groszki, ściskając w ręce zeszyt i ołówek. Nikt nie odprowadzał wtedy dzieci do szkoły. Była blisko, a dzieci czuły się bezpiecznie.
Po drodze można było zerwać kilka słodkich owoców z czyjegoś drzewa morwowego. Dziwne w smaku, trochę jak biała malina, ale o wiele słodsze i bardziej mdłe.
W klasie stały ławki, w których siedzenia były zespolone z pochyłym blatem. Po dwoje w każdej ławce. W środku każdego blatu był otwór na szklany pojemniczek z atramentem i dwa wyżłobione rowki na obsadkę ze stalówką. Epoka długopisów jeszcze nie nadeszła. Stalówki miały kształt serca a ich czubek niczym gęsie pióro rozcięty był aż do otworka, w którym zatrzymywała się kropla atramentu. Mała „stawiała” pierwsze literki – koślawki i nigdy nie uwierzyłaby, że jako dorosła kobieta będzie „żyć” z pisania literek właśnie.
Polska Ludowa opiekowała się Nią dając możliwe minimum.  Była jej za to wdzięczna. Napisała nawet wypracowanie na temat:  „Co nam daje Polska Ludowa?” Wymieniła wszystko, na czym spoczął jej wzrok: pończoszki, buciki, lalka, stoliczek, firanka, kwiatek, talerzyk i wstążki… na dwie strony w zeszycie. Była szczęśliwa. Miała dom, babcię i dziadka, który czasem znikał w piwnicy, aby napalić w piecu i wracał stamtąd troszkę podchmielony. Pewnie miał tam swój świat, bez babci. Mała też miała swój świat, swoją lalkę, kluseczki z serem, które robiła babcia, piękną haftowaną sukienkę do pierwszej komunii i przyjęcie z tej okazji, na którym gośćmi byli jej ksiądz i jej nauczycielka. Tego popołudnia była damą. Jakiś czas potem ten przystojny mężczyzna, jakim był ksiądz porzucił sutannę i założył rodzinę. Podobno zakochał się w parafiance. Musiała być równie piękna jak on.
Był maj. Wyprawy krajoznawcze zataczały coraz szersze kręgi. Dziewczynka zbiegała z piaskowej skarpy, na której była połowa miasteczka.
W dole była huta z paskudnymi kominami, które bezlitośnie drapały niebo. Ale przedtem można było poszaleć na łąkach, umoczyć nogi w stawie.  W płytkiej, czystej wodzie można było podpatrywać żaby kijanki i małe, prawie przeźroczyste rybki, wszystkiego powąchać i dotknąć. Wyrobić sobie własne zdanie i osąd.
Ta uważność dziecka, jaką była obdarzona, zostawiła w szufladach pamięci drobiazgi, szczegóły, zapachy, słowa, obrazy, które po latach nic nie straciły ze swej świeżości.
Rynek, dookolne sklepiki, wszyscy znajomi ludzie tworzyli klimat jednej wielkiej rodziny. Zimy były zimami a lato latem. Mieszały się słowa, zapachy, wszyscy albo dorastali albo starzeli się niezauważalnie. Przyjaźnie tylko wzmagały się w swojej doskonałości, wrogów nie było.
Brakowało jej mamy. Zazdrościła koleżankom, które już od progu wołały je, aby dostać coś do jedzenia albo powiedzieć, że idą na podwórko.
Kiedyś od jednej z mam dostała pudełeczko metalowe, z obrazkiem na wieczku, bo jest sierotą, tak powiedziała.
Miasto malało w miarę, gdy Ona rosła. Ulice się skracały a domy były coraz niższe. Na rynku postawiono pomnik wyzwolicielom. Wielką potężną babę trzymającą albo opierającą się o obwisły sztandar. Była podobna posturą do jednej kramarki i otrzymała jej imię. Po jakimś czasie nikt już nie kojarzył jej z wyzwolicielami.
Dziewczynka weszła w fazę uduchowienia. Nocą, gdy wszyscy myśleli, że śpi, pisała pamiętnik. Wdychając zapach czerwonych róż w wazonie, skrapiając kartki własnymi łzami, chciała wyrazić swoją tęsknotę za czymś nieosiągalnym. Użalając się nad sobą, snuła refleksje o marności bytu. Tworzyła swoją filozofię, jedyną w swoim rodzaju, bezbłędnie dziecinną.
Kończyła liceum. Chyba nie zdawała sobie sprawy, że pewnego dnia przemierzy to miasto w odwrotnym kierunku i to będzie spacer bez powrotu.
Tego dnia dziewczyna, w swoich pierwszych ciemno-zielonych lakierowanych szpilkach i beżowo-różowym kostiumiku, ze skórzaną torbą przewieszoną przez ramię, szła przez Rynek, na którym nie było już kramów i koni. Weszła w ciemny chłód Wąskiej Uliczki, zeszła po szerokich schodach obok kościoła, aleją w stronę dworca, z biletem PKS w kieszeni i nadzieją na zdany egzamin wstępny.
PKS typu „San” zostawił za sobą miasteczko i drogą E-7 skierował się do Warszawy.
Ilustracja: Halina Kuźnicka

To moje pierwsze opowiadanie jakie napisałam. Wysłałam je, ot tak sobie, do miesięcznika "Bluszcz". Wydrukowali w marcowym numerze 2009 roku. To była ogromna niespodzianka. W niewielkiej recenzji napisano:
W tym miesiącu zwróciło naszą uwagę opowiadanie pani Marty Hanny Precht. Zgrzebny, powojenny małomiasteczkowy świat widziany oczami wrażliwego dziecka. Przesączona magicznym klimatem, dojrzała proza. Gratulujemy autorce i dziękujemy za wszystkie nadesłane teksty.
Nie muszę chyba mówić co wtedy czułam.
Kiedyś sama sobie zrobiłam okładkę:
Tamta z "Bluszczu" o wiele lepsza!

środa, 11 lipca 2012

A teraz chwila ciszy...poczekam.

Przy Tobie niemożliwe staje się możliwym. (tako rzecze Zaratustra)


Mam taki tytuł..."Długie pukanie do drzwi"... hmmm

sobota, 23 czerwca 2012

komentarz...







Może kiedyś doczekam się komentarza od Kogoś, na którym mi bardzo zależy, Którego zdanie jest dla mnie bardzo ważne, Kogoś kto mnie odblokował, dzięki Komu istnieję.Kogo witam i żegnam każdego dnia, każdego dnia... Czekam tak długo...

sobota, 15 stycznia 2011

wiersze

Opublikowałam prawie wszystkie moje wiersze. Te lepsze i gorsze, pierwsze i ostatnie, tak jak powstawały. Nie ma tego wiele. Inni piszą o wiele więcej. Czasem nie piszę przez rok...teraz zajmuje się prozą. Ośmieliło mnie wydrukowanie opowiadania "Dziewczyna w ciemno-zielonych szpilkach" w miesięczniku literackim. Do tych wierszy postaram się narysować ilustracje, ale zrobię to latem...jakoś w ogrodzie lepiej rysować. Jeśli przeczytasz wiersze, proszę chociaż o mały komentarz....dziękuję

piątek, 30 października 2009

Miejsca magiczne


Podobno na świecie istnieją miejsca magiczne. Tym szczęśliwcom, którym uda się nań trafić, przydarzają sie piękne chwile. I nawet jeśli dookoła mgła, znajdują ścieżkę, która prowadzi do pięknych ogrodów wyobraźni. Smutne jest tylko to, że idą nią sami, bo Wielki Figlarz nie przewidział spacerów we dwoje. Pozostaje wirtualny obraz, któremu musimy ulec, poddać się całkowicie.