sobota, 30 kwietnia 2016

ZBĘDNA RZECZ - nowe opowiadanko

MARTA HANNA PRECHT
Słowo: piekło

ZBĘDNA RZECZ

Leżę na betonowym schodku, jednym z kilku prowadzących do drzwi domu. Czuję burczenie w brzuchu, ale to chyba był już wieczór i zbliżała się pora mojego karmienia. 

Kiedyś dostawałem raz dziennie jedną miskę, za to pełną jedzenia. Pewnie, że wolałbym dostawać takie dwie, na przykład jedną dodatkową rano, ale wtedy panował straszny rozgardiasz. Wszyscy pędzili gdzieś poza dom. Nikt nawet na mnie nie spojrzał mimo, że machałem zawzięcie ogonem i patrzyłem przymilnie temu kto akurat pojawił się w drzwiach domu.
Czasem wpuszczano mnie do środka. Oprócz wieczornej miski dostawałem resztki z talerzy. To było święto!
Mała Betty ukradkiem dawała mi suche ciasteczko, które pięknie chrupało w zębach. Wprawdzie nie czułem jego smaku ale przypominało chrupanie kości, co było dla mnie jako dla psa wspaniałym dźwiękiem.
 Mała Betty była zbyt mała, aby być moją przyjaciółką. Jej zabawy trochę mnie męczyły, zwłaszcza kiedy wtykała mi palce w uszy, albo próbowała na mnie jeździć jak na kucyku.
Prawdziwym przyjacielem był jej jedenastoletni brat Frank, który czasami zabierał mnie na spacery. Jestem dużym psem. Mówiono o mnie, że jestem psem wielorasowym i na dobrą sprawę nie wiedziałem, co o tym myśleć. Czy to znaczy tyle, że bardziej cenny? W końcu uwierzyłem, że chyba tak jest i wyżej i dumniej  nosiłem ogon, powiewając piękną rudą kitą.
Pan domu traktował mnie oschle. Zawsze maszerował wyprostowany wychodząc z domu, a w furtce odwracał się i krzyczał do mnie:
- Barry, pilnuj domu!
Tak. Pilnowałem jak umiałem najlepiej. Gdy ktoś się zbliżał do furtki, ujadałem jak najęty, szczerząc zęby jeżąc sierść na grzbiecie. Wcale nie byłem zły na innych. Po prostu spełniałem swój obowiązek. Nie miałem ochoty aby ktoś się pętał po moim terenie.
Od pewnego czasu, coraz częściej zostawałem w domu sam, na dwa dni. Nawet wieczorem nie dostawałem swojej miski, brakowało mi czasem wody, a dom był pusty. Ale potem wszystko wróciło do normy. Znowu jak dawniej Pani odwoziła dzieci do jakiś innych miejsc, Pan krzyczał - Pilnuj domu! Wieczorem oboje siadali na małym ganku pijąc jakiś napój. Leżałem obok nich i wpatrywałem się w ich twarze.
- Popatrz Ben jak on na ciebie patrzy! Jakbyś był jego bogiem!
- Boga nie ma. Mogę być jedynie jego panem i on to wie!
- I co z nim zrobimy? Zabierzemy go ze sobą do Maine?
- To kawał drogi! – odpowiedział. Coś wymyślimy.
- Ale dzieci go lubią…
- Trudno, muszą się przyzwyczajać do trudów życia! Kupimy im szczeniaka na miejscu.
- No ale co z nim zrobimy? – dopytywała.
- Poproszę tę psiarę, która mieszka za rogiem. Niech go sobie zabierze.
- No chyba że tak… odpowiedziała z ociąganiem.
Nie wiedziałem o czym mówią, ale wyczułem coś niepokojącego, złego, coś, co dotyczyło mnie, ale w tym niekorzystnym dla mnie układzie.
- Jakie on ma piękne orzechowe oczy! – westchnęła.
O! Właśnie tego chciałem słuchać. Tego miękkiego, ciepłego brzmienia głosu. To przypomniało mi, kiedy byłem mały. Wszyscy tak do mnie mówili. Tak cieniutko, przymilnie i słodko. Spałem nawet na kocyku na ich kanapie. Kiedy dorosłem, już rzadko słyszałem takie miękkie słowa, a potem już mieszkałem na podwórku, przed domem.
Mieszkałem w budzie, skleconej byle jak, bo to miało być schronienie tymczasowe. Pan powiedział, że zrobi mi prawdziwą, ciepłą budę dla psa. Czasem coś majsterkował w otwartym garażu, ale to chyba nie była buda.
Kiedy pojawiła się Mała Betty, Pan był prawie nieobecny. Już nigdy nie pracował w garażu, a tak lubiłem leżeć na jego chłodnym betonie i patrzeć co robi.
Czasem stróżowałem przy Małej, leżąc obok jej wózka, kiedy Pani wystawiała ją do ogródka. Ogródek to za dużo powiedziane. Trochę zeschłej trawy na środku, a ta zieleńsza rosła przy płocie od jego południowej strony dając  trochę ochłody w upalne dni.
Któregoś dnia… to było chyba niedawno, wszyscy zaczęli wynosić z domu jakieś pudła i ładować je do pick-up’a. Biegałem dookoła radośnie, bo podobał mi się ten ruch na podwórku. Machałem ogonem, przysiadałem na przednich łapach, zapraszając ich do zabawy. Byli bardzo zajęci. Nikt nie skorzystał z mojego zaproszenia. Pani nalała mi do dużej miski wody, a do drugiej dużej wsypała suchą karmę i postawiła obie pod dachem  ganku. Nawet dodała jakiś stary koc pod drzwiami.
Potem zamknęła drzwi i zawołała;
- No to już wszystko!
- A Barry?! -  krzyknęła Mała Betty.
- Barry zostanie tutaj kochanie. Nie może z nami jechać. To jest za daleko! Córeńko, nie wychodź z samochodu!
Mała Betty jednak nie posłuchała. Wybiegła, pędząc w moim kierunku, krzyczała:
- O nie!! Nie pozwolę go zostawić! Mamo ja chcę być z nim.
- Kupimy ci nowego ślicznego pieska na miejscu. Obiecuję!
Mała tuliła się do mnie szlochając. Jej łzy moczyły mi pysk, a ja czułem się jakoś dziwnie. Nigdy nie przeżywałem takiej emocji w tej rodzinie. Nie wiedząc
co robić siedziałem sztywno, jakbym połknął za dużą kość.
Betty płakała, pani delikatnie szarpała jej rękę, ciągnąc w stronę samochodu.
- Zobaczysz, ktoś się nim zajmie. Będzie miał nowy dom. Tak jak my. Pewnie będzie zadowolony. No, chodź już, Tata czeka!
Dziewczynka z rozmazaną buzią dała się w końcu przekonać i podreptała w stronę samochodu. Odjechali.
Zapadła cisza. Byłem zmęczony i zdezorientowany, więc położyłem się na chłodnej trawie pod płotem i zasnąłem.
Obudziłem się w nocy. Dom był ciemny, nie świeciło się ani jedno okno. Ale przecież tak bywało, kiedy wszyscy spali. To normalne. Zjadłem trochę chrupek i postanowiłem pospać jeszcze chwilkę, ale już w tej mojej nieszczęsnej budzie.
Obudził mnie jakiś szmer przy furtce. Oczywiście wypadłem szczekając ostro i przepłoszyłem dwóch dziwnych ludzi, którzy chyba chcieli wejść na posesję.
Poszedłem na ganek, aby się czegoś napić. Przy okazji znów pochrupałem karmy dla psów i stwierdziłem, że to nawet miłe, mieć taki święty spokój z pełnym brzuchem.
To była pełnia lata. Było gorąco. Piłem dopóki była woda w misce. Potem już nie było nic, czym mógłbym ugasić pragnienie. Nawet nie miałem apetytu na karmę. Chciałem tylko pić, pić… za wszelką cenę. Piekło. Czułem jak wysycha mi nos i język. Chwilami albo spałem, albo traciłem świadomość Dziś jest pochmurno i nawet spadło trochę deszczu. Poczułem się trochę lepiej.

Leżę tak i leżę. Nie mam siły wstać. Nie wiem co robić. Nic nie rozumiem.

sobota, 9 kwietnia 2016

dusza komputera

Wybaczcie te nieoczekiwane akapity, które tworzy mój komputer. Widocznie też chce coś od siebie wnieść! 

BEZ BILETU

Popełniłam szesnaste opowiadanko maluśkie:


MARTA HANNA PRECHT

Słowo: niebo
BEZ BILETU


Autobus nie nadjeżdżał. Minął kwadrans, potem drugi,
a Robert cierpliwie czekał i czekał. Właściwie nie czekał. Nawet gdyby w końcu przyjechał, być może wcale do niego by nie wsiadł. Przed nim rozpościerała się porośnięta dziko łąka. Słońce właśnie zbliżało się do horyzontu powoli
i nieubłaganie.
Niebo nabierało złotego odcienia, a im bardziej na wschód stawało się szafirowe. Pomarańczowe, ciepłe światło przesączało się przez lekką wieczorną mgiełkę podświetlając źdźbła traw. Twarzom ludzi nadawało złotego odcień skóry
i eteryczne piękno.
Takie chwile wcale nie są rzadkim zjawiskiem.
Rzadko natomiast zdarza się aby stojący, czekający ludzie
na przystanku zwracali na nie uwagę.
Ruda dziewczyna wpatrzona w ekranik smartfona widziała coś urzekającego w telefonie. Kobieta w średnim wieku ciągle zerkała na czubki swoich butów. Były chyba nowe
i wymarzone, bo ciągle oglądała je z czułością w oczach.
Facet o wyglądzie mechanika samochodowego dłubał
w swoich brudnych paznokciach usiłując czasami wygryźć jakąś zadrę. Kilka osób stało cierpliwie, patrząc pod nogi. Mając tyle wolnego czasu, za sprawą autobusu, nie potrafili oderwać się od siebie samych i przedmiotów ze sobą związanych.
Nagle jakieś ożywienie poruszyło stojących ludzi.
Każdy zerkał w lewo, aby na własne oczy zobaczyć kształt nadjeżdżającego autobusu. Po chwili pisk hamulców oznajmił jego istnienie. Wszyscy oprócz Roberta posłusznie wsiedli do środka.
Robert nadal siedział na ławce patrząc jak powoli słońce tonie w horyzoncie. Miał wrażenie, że jeśli przerwie tę obserwację, coś straci. Coś ważnego dla niego, ale jednocześnie niematerialnego, kruchego i niezwykłego.
Autobus z ludźmi z przystanku zniknął za zakrętem.
Robert wrócił do obserwacji słońca. Kiedy już tylko sam czubek jeszcze był widoczny, zobaczył tak zwany zielony błysk, niezwykle rzadkie zjawisko towarzyszące zachodom
ale także wschodom słońca.
Zielony pas światła zapalił miejsce po słońcu. Rozzielenił niebo, choć trwał ledwie kilka sekund.
W tej samej chwili nadjechał autobus. Był zielony, nowy z błyszczącymi elementami z niklu. Kiedy drzwi z sykiem otworzyły się, Robert zauważył brak kierowcy, jednak
nie był tym zdziwiony. Razem z zielonym błyskiem jego umysł przyjmował wszystko bez zastanowienia.
Otwarte drzwi zapraszały do środka, a więc Robert poddał się i bez zastanowienia wsiadł i usiadł na pierwszym z brzegu siedzeniu. Miał wrażenie, że autobus sunie w powietrzu. Jazda była cicha i gładka.
Nagle na szybie obok niego rozbiła się czerwona kropla
i spłynęła w bok, pchana pędem powietrza.
- Jak krew. – pomyślał.
Mgła stawała się coraz gęstsza. I nagle, jak to bywa podczas lotu samolotem, wynurzyli się z mgły w oślepiające światło. Autobus przyhamował, stanął i otworzył drzwi.
Robert znalazł się w krainie ze snów. Tych dobrych, kolorowych, które ubarwiają potem cały dzień radością.
Pierwszą osobą, którą zauważył, była jego matka.
Była zbyt młoda. Zachowywała się jakoś dziwnie, nie tak jaką ją pamiętał. Podbiegła do niego lekko i powiedziała:
- Oj, jak dobrze cię zobaczyć syneczku. Postarzałeś się troszkę, a może zgubiłeś gdzieś to dziecko w sobie, które pamiętam. Jeśli tu zostaniesz, pomożemy ci się odnaleźć. Jeśli nie to trudno jesteś panem swojego ciała. I tak kiedyś trafisz znowu pod moją opiekę.  Popatrz ilu tu szczęśliwych ludzi!
Robert przytulił się do matki jakby był na powrót dzieckiem. Nie pachniała tak jak dawniej, ale ładniej z jakąś świeżością kwiatów po deszczu. Oczy też miała bardziej błękitne.
- No tak. Przecież oczy koloru nieba zarezerwowane są dla kobiet. Mężczyźni powinni mieć oczy  koloru morza, a to po to, aby na horyzoncie, kiedy niebo styka się z morzem, w tym miejscu łączy się smutek z tęsknotą, a razem mogą tworzyć miłość…  – pomyślał.
- Pięknie pomyślane, synku – szepnęła matka.
Prowadziła go za rękę, jak małego chłopca.
- A wiesz kochanie, zaraz powinien pojawić się tata. Poszedł gdzieś z przyjaciółmi, i chyba jeszcze nie poczuł twojej obecności. On się czasem zatraca… jak dawniej. Zaraz, dlaczego powiedziałam „dawniej”? Co to znaczy?
- Mamo, trudno mi to tutaj wytłumaczyć. Bo chyba sam nie wiem co znaczy „dawniej”. To chyba dotyczy czasu… jego upływu, ale nie zastanawiajmy się! Jesteśmy tu, teraz
i to chyba jest najpiękniejsze.
Przez mostek nad strumykiem przechodziła grupka ludzi. Trzymali się razem i ze zdziwieniem obserwowali otoczenie. Robert widział ich od tyłu, ale miał wrażenie,  że jest w nich coś znajomego.
- Autobus! Tak! To ta ruda z przystanku i ten monter
i kobieta w butach… Skąd ja ich znam?
- Mamo, poczekaj, nie odchodź.
Podbiegł do nich zostawiając na chwilę matkę.
Pierwsza zobaczyła go ruda dziewczyna.
- Widziałam cię, chyba na przystanku. Przecież nie wsiadłeś
z nami. Gapiłeś się w słońce, zgadza się?
- Taaak. – powiedział z ociąganiem Robert, bo właśnie
w tej chwili jakby na chwilę wróciła mu pamięć. – To było dawniej… hmmm… dawniej. To znaczy dawniej?
- No chyba tak, ale niczego nie jestem pewna.
- Gdzie masz telefon?
- Jaki telefon, co to telefon? Jakaś rzecz? Niepotrzebna rzecz?
- Nie wiem. Ja też już nic nie wiem. A dlaczego tamta pani jest bez butów?
- Nie mam zielonego pojęcia, ale coś mi mówi,
że za bardzo była do nich przywiązana, a teraz już jej
nie odciągają od rzeczywistości, tak myślę.
- Co myślisz? – spytał mechanik. – Bo ja nic nie rozumiem
i nie myślę, … chyba. – Może ty rozumiesz,
co się stało? – spytał zwracając się do Roberta.
- Ja też niewiele rozumiem. Widzicie tę kobietę, która patrzy na mnie z miłością w oczach? To moja matka, która zmarła dziesięć lat temu…
- To znaczy, że jesteśmy w niebie! – krzyknęła Ruda.
- Niebo, to jest niebo? – spytał sam siebie Robert.
Rzeczywiście, niby wszystko było podobne, ale jednak inne. Wszystko było świeże. Ani jednego uschniętego listka, przydeptanej trawy, starych zniedołężniałych postaci…
bo chyba nie ludzi.
Tak jak na Ziemi świeciło coś, co chyba grało rolę słońca.
Jego blask był miękki, złoty, wydobywał się z punktu
a nie z kuli. Chmur nie było. Właściwie tylko to różniło niebo od Ziemi.
- Mamo, czy ja też nie żyję? Przecież nie wsiadłem do tego autobusu!
- Niestety żyjesz. Tak. Niestety, bo wtedy miałabym cię znów obok. Nie rozumiem dlaczego dostąpiłeś tej łaskawości zobaczenia nieba. Zeszczuplałeś. Czy spotkało cię coś tak bardzo smutnego, że dostałeś to w nagrodę?
- Chyba tak, mamo. Byłem bardzo samotny, rozpaczliwie samotny. Nie miałem chęci do oglądania czegokolwiek.
Byłem zawieszony. Tak się czułem do chwili, kiedy zobaczyłem ten pomarańczowy blask.
- Już tak nie będzie. Trudno, wracaj. Chyba jeszcze musisz coś przeżyć, aby dopełnić swój czas. Będę czekać, będę czekać… - mówiła, krzyżując ręce na piersiach.

Jej głos cichł, ona i otoczenie coraz bardziej traciło ostrość, cichł śpiew ptaków i szmer strumyka. Światło traciło swoją intensywność.

Zapanowała chwilowa cisza, po której Robert usłyszał syk otwieranych drzwi. Wiedział, że to ten sam zielony autobus.
Ocknął się na tej samej ławce, na przystanku autobusowym. Było szaro. Ale to nie była noc, raczej początek świtu, kiedy słońce jeszcze wędruje, zbliżając się, poza horyzontem.
Robert zaczynał przypominać sobie zdarzenia, które były chyba snem, pięknym snem. Po chwili poczuł ciepło
na plecach, niebo zmieniło kolor na seledynowy,
i zażółciło dachy domów. 
Odezwały się pierwsze ptaki.
- Spałem? Co to było? – pytał siebie w myślach.
Ciszę przerwała syrena. Ptaki zamilkły. Przez drogę przemknęła karetka pogotowia, a za nią wóz policyjny. Zniknęli za zakrętem. Tym samym, za którym wczoraj zniknął zwyczajny autobus.

Robert wstał z ławki i ruszył w drogę. Nie tam, skąd przyjechał autobus, ani tam, gdzie zniknął, ale prosto przed siebie, czując pod stopami kępki traw i suchych liści. Nad głową przeleciał  mu trzmiel. Leciał bucząc wbrew wszelkim prawom aerodynamiki i był zadowolony z zagadki jaką robił fizykom. Robert też był zadowolony. Dlaczego? Nie wiedział.

niedziela, 6 marca 2016

MAŁA CZARODZIEJKA

MARTA HANNA PRECHT

Słowo: przepis

MAŁA CZARODZIEJKA

Martynka była spokojną dziewczynką. Nie łobuzowała, nie piszczała jak jej rówieśniczki tak, że niemal pękały bębenki w uszach. Mówiła cicho, więc rzadko udawało się jej przebić z jakąś propozycją zabawy podwórkowej. Zawsze coś oglądała. A to: jak chodzi mrówka i ile ma łapek, albo czy słońce może wypalić dziurkę w papierze, gdy położy się na nim denko ze stłuczonej butelki albo czy da się podejść jaszczurkę tak, aby tego nie zauważyła.
Te i inne, podobne zabawy, bardziej ją interesowały
niż  popularne, znane innym dziewczynkom. Właśnie szykowały się do gry w „Państwa”.
- Gapo, grasz z nami?- zwróciła się zachęcająco Bożenka.
- Dobrze, chociaż pewnie mama zaraz wróci i musimy wieszać bieliznę…
- Ciągle coś musisz!
Gra polegała na tym, że trzeba było wyrównać piasek
na podwórku i stojąc w środku patykiem zakreślić jak największe koło. Potem kolejno rzucało się małym nożykiem tak, aby zgodnie z jego osią „odkroić” sobie kawałek terytorium. Jeśli nożyk nie wbił się w piach, traciło się ruch. Z każdym kolejnym ruchem dodawało się sobie dodatkowe terytorium, zamazując kawałek poprzedniej granicy. Wygrywał ten, kto zajął cały okrąg.
Bożenka oszukiwała. Niby niechcący, rysowała swoją granicę dalej niż powinna a Martynka najpierw protestowała nieśmiało, ale potem dała za wygraną,
bo chciała skończyć tę głupią zabawę.
Właśnie wróciła jej mama.
- No to wygrałaś! A ja lecę wieszać pranie!
Z tyłu domu znajdowało się coś na kształt ogródka. Zaśmiecone gruzem, niepotrzebnymi przedmiotami
z plackami wypalonej trawy, służyło latem jako suszarnia.
Nikt nie pomyślał nawet aby zasadzić jakieś drzewko albo posiać kwiatki. Jedynie tuż przy pompie „abisynce” trawa była zieleńsza, bo z miski ustawionej pod odpływem czasem wylało się trochę wody.
Często w latach pięćdziesiątych domy nie miały kanalizacji. „Te sprawy” wylewało się bezpośrednio
do wielkiego betonowego szamba, które niczym dzieło malarza żyło bąblami i błyszczało barwami zielonych much. Matki przestrzegały dzieci, aby się do niego nie zbliżały, było dość głębokie. Nie trzeba było przestrzegać, śmierdziało tak niemiłosiernie,  że chyba jakieś dziecko bez nosa zechciałoby się tam bawić.
Dzieci w okolicy było niewiele: trzy dziewczynki w tym już poznana Bożenka, Ania i Marysia ale to jeszcze maluch i jeden chłopiec Bartek. Bartek był kiedyś chory
i nosił na lewej nodze szynę, która wydawała metaliczne dźwięki kiedy stawiał krok. Ciągle wydawał się przestraszony. Dzieci na podwórku wołały za nim „Kulawek”. Mimo to garnął się do nich, udając że to taka jego ksywa, więc nie ma się o co obrażać.
Czasem chyba obrywał od rodziców, bo na nogach
i rękach pojawiały się pręgi.
Martynka próbowała domyśleć się, za co spotykała go taka kara, bo był niezwykle cichym i spokojnym dzieckiem. Chyba bywał czasem głodny. Dostawał więc od Martynki połowę kromki chleba polanego wodą
i posypanego cukrem. On nie jadł tylko połykał. Dziewczynka coraz częściej dzieliła się z nim kanapkami.
Chyba od tego karmienia zaczęła się ich nieśmiała przyjaźń. Martynka miała wreszcie pokrewną duszę.  Razem chodzili nad pobliskie stawy.
Wiosną w rozlewiskach pojawiały się kijanki, pływały przeźroczyste rybki. Maleńki ocean falował wodną roślinnością, co przy przejrzystej wodzie było nieosiągalnym w tamtych czasach filmem przyrodniczym. Dzieci znajdowały zabawę w obserwacji, tworzeniu czegoś z niczego i z własnej wyobraźni.
- Wiesz Bartek, chciałabym być taka malutka jak ta rybka i pływać sobie z nimi w tej wodzie.
- No coś ty! A jak by cię zjadła żaba? Albo jakiś szczupak?
- Ubrałabym się na zielono i by mnie nie widziała!
- A jak potem byś urosła? – spytał ciągle szukając przeszkód.
- Nie wiem. Ale coś bym wymyśliła… Śniło mi się,
że jestem czarodziejką. Zamiast palców miałam takie pałeczki i którą wystawiłam do przodu, to jakiś czar się robił.
- Jaki czar?
- No różne… na przykład z ziemi jak z fontanny wychodziła woda, albo Bożenka miała trzy nogi… no wiesz, różne. Aż dziesięć! A jak zgięłam pałeczkę
to wszystko się odwracało.
- Chciałabyś być czarodziejką?
- Pewnie, a ty nie? Każdy by chciał. Wyczarowałabym naszego tatę, i on by wrócił. A ty nie masz czegoś do wyczarowania?
- Mam – odpowiedział po chwili. Chciałbym być niewidzialny.
- Tylko tyle?
- Tylko.
Martynka zamilkła. Wpatrywała się w wodę, jakby ta miała jej dać taki czar. Czytała dużo książek dla dzieci. Wszystkie bardzo silnie odbijały się w jej psychice. Niektóre, jak „Sierotka Marysia” wywoływała strugi łez. Już nie wierzyła w czary, krasnoludki i świętego Mikołaja. Nawet było jej trochę żal, że ich nie ma.
Świat jakby się skurczył, spowszedniał i zszarzał.
Spojrzała na smutną buzię Bartka z rozmazanym brudem na policzku.
- Pamiętasz, była taka czapka niewidka.- powiedziała.
- Tak ale to przecież bajka. Takiej czapki nie znajdziesz.
- No czapki nie… ale musi być jakiś inny sposób. Przecież są duchy i my ich czasem nie widzimy, a są? Prawda?
Tej nocy trudno było jej zasnąć. Patrzyła na poruszaną wiatrem firankę, która wyglądała jak duch. W końcu zasnęła a sen, który ją nawiedził, nieprawdopodobnie pasował do rozmowy nad stawem.
Śniło się jej, że właśnie w tym stawie kryje się tajemna formuła na czarodziejski eliksir, który po jego przyrządzeniu, nabiera właściwości dopiero wtedy,
gdy głośno wypowie się życzenie.
Następnego dnia rano pobiegła pod dom Bartka i głośno go zawołała. Długo nie wychodził. Wreszcie pojawił się rozczochrany i zaspany. Schodził do niej po betonowych obrypanych schodach postukując szyną.
- Co się tak grzebałeś!
- A bo nie spałem pół nocy. Musiałem mamie zmieniać opatrunki.
- A co się jej stało?
Pytanie zawisło w pustce. Bartek nie odpowiedział, a ona poczuła, że to nie temat.
- Chodź nad staw! Tam jest tajemnica!
Martynka zdjęła buty i uniosła spódniczkę, bo woda sięgała jej prawie do kolan. Wodne rośliny oplatały jej łydki, jakby były żywe. Poczuła pod stopą coś twardego. Sięgnęła i wyciągnęła małą buteleczkę zatkaną korkiem.
- Widzisz?! Popatrz! Jest!
Aż drżały im ręce, kiedy ją oglądali. Otworzyli korek. W środku była kartka złożona na pół.
Po otworzeniu ukazał się tytuł: Eliksir tajemny.
Przepis na miksturę:
- 3 rozgniecione stokrotki
- 1 zgnieciony kwiatek kaczeńca
- 3 krople ludzkiej krwi
- troszkę żółtego piasku
Wymieszać i wypić wypowiadając życzenie
- No i co powiesz? Nie wierzysz? Wszystko mi się wyśniło. Zrobimy go w tej buteleczce.
Składniki nie były niedostępne, no może z wyjątkiem kropel krwi, ale Bartek był tak zdeterminowany,
że zamknął oczy i dziobnął się igłą w palec. Wypił łyk mikstury i wypowiedział życzenie:
- Chcę być niewidzialny!

Po południu, do domu Bartka wszedł mężczyzna.
- Już, już zaraz podam obiad – powiedziała do niego kobieta w chustce na głowie. W kuchni unosił się zapach smażonego oleju. Na stole stały trzy kubki zsiadłego mleka, trzy poobijane talerze i sól w solniczce.
- Bartek pewnie zaraz będzie, od rana go nie ma w domu. Znowu gdzieś lata. – nieśmiało odezwała się kobieta.
- Znowu to ja mu przyleję jak wróci – odparł.
Na stole pojawiła się piramida placków ziemniaczanych.
Pierwszy sięgnął mężczyzna. Jedli w milczeniu.
- Co to?! – wrzasnął mężczyzna. -Gdzie się podziały
te placki?! Na talerzu zostały tylko dwa, a było ich
co najmniej dziesięć!
Kobieta patrzyła na talerz w kompletnym osłupieniu.
Ale to nie koniec! Kubek ze zsiadłym mlekiem nagle podniósł się i wyszedł z kuchni prosto na podwórko.

Pies przy budzie zjeżył sierść i przypadł do ziemi.  

sobota, 30 stycznia 2016

Wizyta


MARTA HANNA PRECHT
Słowo: czas

WIECZNIE MŁODA



Kompleks trzech budynków połączonych szklanymi łącznikami stał na dość dużej działce ze starannie wytyczonymi ścieżkami i parkingiem wysypanym żwirem. Pięknie prezentował się na tle lasu.
Wszystko było nowe. Duży baner informował o zabiegach rehabilitacyjnych i wielu specjalności lekarzach dodając do nazwy przedrostek znanej z luksusu miejscowości niedaleko Warszawy.
Dotarło do niej, że to miejsce znajduje się niedaleko
jej domu, jakieś pół godziny polnymi dróżkami spacerkiem wzdłuż torów kolejowych a potem polaną porośniętą krzewami i nawłocią.
To taksówkarz kręcił się w kółko po okolicznych drogach. Recepcja była nowiusieńka, pachniała nowością.
W rogu tuż przy drzwiach stał szkielet ludzki, zupełnie jakby witał przychodzących.
- To trochę makabryczne – pomyślała.
 Panienka za kontuarem przyjęła ją miło. Po załatwieniu formalności, zapukała do drzwi gabinetu.
-  Przepraszam Panie doktorze za spóźnienie,
ale taksówkarz nie mógł znaleźć tego miejsca.
Nawet GPS tego adresu nie ma. – powiedziała otwierając je na całą szerokość.
- Proszę. Wiem jesteśmy tu od niedawna i dopiero się urządzamy. O czym możemy porozmawiać? – spytał jakby chciał uniknąć sakramentalnego pytania „Co pani dolega?”- Chyba wiem co pani dolega, to słychać.

Ośmielona pacjentka usiadła na plastikowym krzesełku naprzeciwko lekarza.
- No właśnie – odpowiedziała ciężko dysząc. – Kilka dni temu spadł śnieg, i ja z tą swoją rozedmą płuc, zabrałam się za odśnieżanie. Leczę się na to już od paru lat, a teraz jakieś trzy tygodnie temu ,moja lekarka rodzinna zaproponowała odstawienie leku, aby zobaczyć co się będzie działo. No i się zadziało, jak widać.

Starannie założył nową czystą kartkę papieru
do sprężynowego notatnika. Alicja była zawsze pełna sympatii dla ludzi starannie wykonujących swoje nawet najprostsze czynności. Takim lekarzom ufała bardziej niż chaotycznym bałaganiarzom. 
- No tak, słyszę - powtórzył, notując coś na kartce papieru.
Miała przed sobą człowieka w średnim wieku, w szarym sweterku, bez obowiązkowego wstrętnego białego kitla. W gabinecie panowała głęboka cisza zakłócana ciężkim oddechem Alicji i stukaniem długopisu z każdym nowym słowem pisanym na kartce. 

Starała się oddychać ciszej, ale wtedy bardziej potrzebowała tlenu i oddech był jeszcze głośniejszy.
- Pewnie jako pulmonolog jest przyzwyczajony do takich rzężących i  dyszących pacjentów, pewnie nawet
nie słyszy mojego oddechu. – pomyślała.

Lekarz nadal pisał. Lewą ręką bawił się małym plastikowym bączkiem z nadrukiem logo jakiejś firmy farmaceutycznej. Wreszcie skończył pisać i zaczęła się cała seria typowych pytań wywiadu lekarskiego.
Alicja wyciągnęła z różowej teczki swoje stare badania spirometryczne i wnioski z konsultacji z innymi lekarzami aby pomóc w postawieniu diagnozy.
-Pani wiek?
- Siedemdziesiąt lat.
Przerwał notowanie i spojrzał na nią z uwagą.
- Nie wygląda pani.
- Wiem wszyscy mi to mówią i to mnie cieszy. Czuję się na dwadzieścia osiem… no dobrze, trzydzieści pięć lat – odpowiedziała na czujne a zarazem niedowierzające spojrzenie lekarza.
- Jak pani to robi? – spytał z powątpiewaniem.
- Nie wiem… może to geny a może mój stosunek
do starości. Staram się jej nie zauważać. Codziennie mówię sobie, patrząc w lustro, nieźle wyglądasz! Trzymaj tak dalej! Dbam o siebie. Robię delikatny makijaż i stosuję dietę. Chodzę na jogę. Polubiłam swoje ciało mimo, że nie jest doskonałe.
- Oby więcej ludzi tak myślało jak pani. – powiedział
z uśmiechem bawiąc się bączkiem.
- Panie doktorze, czy to jest śmiertelna choroba?
Bo moja babcia właśnie na to umarła…
- Kiedyś tak. Ale teraz mamy już leki i można z astmą żyć a nawet ją wyleczyć, a pani ma przede wszystkim astmę.
- No proszę! Bardzo się cieszę! Bo już widziałam swój koniec, a tak śmierć znowu się oddala w niebyt!
Lekarz uśmiechnął się znowu.
- Tu mam dla pani recepty. Proszę z powrotem przyjmować to co pani brała, a do tego dam lek na obecny stan oskrzeli. Myślę, że po tygodniu poczuje się pani znacznie lepiej. Napiszę pani rozpiskę jak brać poszczególne leki.

Alicja nie chciała mu przerywać swoimi uwagami,
wiec znów zmilkła. Bączek leżał na boku. Okno było zasłonięte roletą. Szkoda – pomyślała – pewnie za oknem jest las – po co je wiec zasłaniać? Zebrała z biurka swoje stare badania i schowała je do teczki. Zbliżał się koniec wizyty,
a lekarz poświęcił jej dość dużo czasu.
- I tak… zaczął wyliczać dawki i pory brania specyfików.
Na koniec powiedział: - Gdyby jednak ten środek nie pomógł
w duszności…
- To dzwonimy po grabarza … - dodała cicho śmiejąc się Alicja.
Tym razem lekarz nie wytrzymał powagi. Sam szczerze się uśmiechnął, kręcąc znów bączkiem.
-Skąd u pani takie poczucie humoru?
- Zawsze miałam dystans do śmierci. Bawią mnie te jej wyobrażenia z kosą i czarną szatą. Lubi pan filmy Monthy Pythona? To ten rodzaj humoru, który uwielbiam. Mówię nawet, że jak się rozpadnę, to się jeszcze zdążę obejrzeć i sprawdzić, czy ładnie leżę… No i ten mój wygląd, nie sądzi pan, że śmierć o mnie zapomniała? Lubię ten rodzaj demencji.
Teraz już oboje rozstawali się w dobrym humorze.
- Życzę pani, żeby rzeczywiście śmierć o pani zapomniała na wieki.
- I ja panu, doktorze. Dziękuję za wizytę. Już czuję się lepiej.

Wychodząc, pożegnała uśmiechniętą recepcjonistkę, mając nieodpartą ochotę, aby uścisnąć dłoń szkieletowi. Opanowała ją jednak i wyszła na zewnątrz..
Była dość długo w gabinecie i nie przypuszczała,
że zapadnie noc.
- Co ja teraz mam zrobić? Zadzwonię po taksówkę, to pewnie mnie znajdzie za godzinę, a ja tu zamarznę. Stracę za dużo czasu, a na dodatek te moje oskrzela…

Żwir chrzęścił pod butami, nieprzyjemny wiaterek wdzierał się w każdą szczelinę ubrania. Naciągnęła więc czapkę głęboko na uszy, owinęła się ciasno szalikiem
i z rękami w kieszeniach postanowiła pójść pieszo do domu. Przecież znała drogę. Miała wygodne buty. Latem przyjeżdżała tu na rowerze. Tych domów jeszcze nie było, a może były w budowie… nie pamiętała. Była sama. Nikt o tej porze nie spacerował ani nie jeździł na rowerze. 
Asfaltowa droga była bardzo wąska. Z trudem mijały się na niej dwa samochody tak, że jeden z nich musiał zjechać na dziurawe pobocze.

Alicja wybrała tę drogę, bo nie musiała się przedzierać przez chaszcze i to na dodatek w ciemności. Potem skręci w lewo w ścieżkę rowerowo-spacerową i po kilkuset metrach będzie przed domem.
Nieprzyjemny chrzęst żwiru ustąpił gładkości asfaltu. Gdyby jechał jakiś samochód, przecież kierowca musi ją, w białej kurtce, zobaczyć. Może się dotleni jeśli będzie szła umiarkowanym tempem. Asfalt lekko połyskiwał
w świetle księżyca w pełni. Wieczorna jesień lubiła pokrywać wszystko mgłą i wilgocią.
- Może nawet lepiej, że nawilżę oskrzela, kiedy już działają kaloryfery…
Utwierdzona w przekonaniu słuszności pieszej wędrówki, szła przed siebie z rękami w kieszeniach, chowając twarz w szaliku prawym poboczem drogi.
Na zakręcie zobaczyła światło omiatające przydrożne drzewa.
- No jest! Samochód! Gdzie Ci ludzie tak jeżdżą po tych wądołach!
Zza zakrętu wyłoniły się światła. Kierowca zmienił długie na krótkie.
- Widzi mnie i nie chce mnie oślepić – pomyślała. Na wszelki wypadek zbliżyła się do jakiegoś ogrodzenia i przystanęła plecami dotykając płotu.

Światła zbliżały się dość szybko. Za szybko. Poczuła tępe uderzenie na wysokości brzucha. Tak jakby przesuwany stół stuknął w ścianę. Potem coś przesunęło ją w bok.

Nie czuła bólu, tylko silną słabość nóg, całego ciała
od pasa w dół. Poczuła silny zapach spalin, usłyszała warkot silnika a potem ciszę. Znowu ciszę.
Leżała policzkiem na mokrym asfalcie. Mienił się srebrno. Jakiś ruch przykuł jej uwagę.

Z trudem spojrzała w tamtą stronę. Na asfalcie wirował bączek. Patrzyła jak zwalnia i przewraca się na bok. 



piątek, 8 stycznia 2016

Ich dwoje

MARTA HANNA PRECHT
słowo: lusterko

ICH DWOJE



W listopadzie noce zapadają nieoczekiwanie. Jakiś czas jest szaro-buro, choć latarnie już od dawna świecą.
W jednej chwili zapada zmrok, który trwa dla ludzi zbyt długo. Wszystko w wilgoci i zimnie. To miesiąc przejścia w ciemną stronę. Ten wiatr wieje, jakby mu dodatkowo płacono za dotkliwość.
Około północy wiatr przestał wiać i zrobiło się trochę przyjemniej.
Światło latarni ulicznej przesączało się przez szparę
w zasłonie okiennej padając na połowę łóżka, na którym widać było dwa zarysy śpiących postaci. Jedna z nich powoli wstała i wsunąwszy stopy w kapcie, cicho podreptała w stronę łazienki. Ostatnio musiała wstawać nawet trzy razy w ciągu nocy.
Wszystko przypominało jej jak to było, w czasach młodości. Noce bez siusiania, wstawanie z krzesła tylko za pomocą mięśni ud, bez podpierania się oburącz,
albo zbieganie ze schodów po dwa stopnie.
- Co się porobiło z człowiekiem - powiedziała półgłosem, aby nie obudzić śpiącego Henryka.
Z sypialni rozległo się donośne chrapnięcie, a potem zapadła cisza.
- Tyle można od niego usłyszeć! - kontynuowała. - Kiedyś szeptał do uszka słodkie słówka, mógł tak pół nocy!
A potem spał tak słodko! Jak dziecko! Co się porobiło
z człowiekiem!
Podreptała do kuchni, aby zagrzać sobie kubek mleka
z miodem. To był zawsze dobry lek na jej nocne pobudki. Pijąc spojrzała w lusterko wiszące przy drzwiach.
Z czerni wyłoniła się okropna twarz, której policzki wzdymały się i kurczyły w rytm połykania mleka. Wyglądała jak ssący potwór. Odwróciła oczy i przestała pić. Odstawiła kubek na stół. Stała przez chwilę, zgarbiona i smutna.
Obudzony pies pomyślał chyba, że to już ranek,
bo podszedł do niej i polizał ją po dłoni.
- Dobrze, dobrze, idziemy - powiedziała do psa - wiem,
ty też musisz, jak ja. W końcu masz już dziesięć lat psich, czyli siedemdziesiąt ludzkich! Chcesz siku?
Pies jakby zrozumiał, i zapiszczał cichutko merdając ogonem.
Opustoszała ulica, czarna czeluść poza miejscami, gdzie świeciły nieliczne latarnie i wielka cisza, sprawiały nieprzyjemne odczucie zagrożenia.
- No leć! Sikaj i wracaj! Ja nie idę!
Schowała się za ścianą przy drzwiach wejściowych
do klatki schodowej i wtuliła głowę w kołnierz palta,
bo zapomniała o czapce. Ciszę przerwał najpierw delikatny, potem coraz głośniejszy odgłos kroków.
Ktoś stanął niedaleko niej, ale za ścianą domu. Chyba się obrócił, bo piasek zachrzęścił. Po krótkiej chwili usłyszała szept:
- Ja do pani... pani Mario. Tak. Nie myli się Pani. Dziesięć minut temu, pomyślała pani, ze chciałaby znów być młoda, zgadza się?
Maria nie odpowiedziała z przerażenia. Sytuacja wydała się jej tak absurdalna, że poszukała wzrokiem psa. Suczka z rozpłaszczonym zadem, właśnie sikała w najlepsze.
- Co to?! Kim jesteś? Pokaż się!
Nieznajomy zrobił dwa kroki i ukazał się w świetle padającym z klatki schodowej. Miał gęste, czarne włosy, na których perliły się kropelki rosy, jakby wyszedł z mgły, długi, czarny płaszcz. Trzymał niedbale ręce w kieszeniach.
- Skąd możesz wiedzieć, co ja tam sobie pomyślałam! Magik jakiś! Panie odczep się i idź sobie swoją drogą! Sunia do mnie!
- Co pani da, kiedy się przedstawię. Każde imię
i nazwisko nic pani nie powie. Mogę powiedzieć, że mam metr dziewięćdziesiąt wzrostu i to będzie sprawdzalne, ale poza tym nic innego. Może pani nie wierzyć, ale ja wiem wszystko, co jest w pani głowie. Teraz pomyślała pani, czy mąż się obudził i patrzy na nas przez okno.
Nie, nie obudził się i nadal chrapie. To jak, chce pani być znów młoda?
Zapragnęła natychmiast znaleźć się w domu.
- Tak? I pan to zrobi? A ja mam uwierzyć?
- Proszę, coś pani pokażę!
Podszedł do niej trochę bliżej, aby mogła lepiej zobaczyć efekt. Był w średnim wieku, nawet przystojny, trochę podobny do wizerunków Jezusa. Jego czarne, lśniące oczy nagle zmieniły się w matowo czarne, wpadnięte głębiej, otoczone siecią zmarszczek. Reszta twarzy również zmieniła się w oblicze starca. Nawet jego sylwetka pochyliła się i skurczyła. Przed nią stał słaby staruszek i wydawało się, że potrzebuje jakiegoś podparcia, inaczej się przewróci. Po chwili postać odzyskała dawny wygląd.
- I co? Teraz pani wierzy? Jego twarz znów przybrała wygląd młodego mężczyzny.
Maria stała jak sparaliżowana. Sytuacja nadal była nierealna, jakby wyrwana w całości z niedobrego snu.
Jej absurdalność kłóciła się ze zdrowym rozsądkiem, jakim była zawsze obdarzona. Cuda się nie zdarzają
w realnym świecie. Czyżby z powodu psiego sikania przedostała się do innego świata, w którym można dowolnie manipulować rzeczywistością?
- Rany boskie! To nie może być prawda! Sunia do nogi!
Pies rzeczywiście podbiegł do niej i zaczął przymilnie lizać jej rękę. Spojrzała na niego jak na kosmitę.
- A ty? Ty też to potrafisz?
Pies zaszczekał z radości, czując, że to jego o coś pytają.
- No i co? Nie będę proponował po raz drugi. Decyduje się pani?
- A jak się sobie nie spodobam, to co? Odczaruje mnie pan?
- Ta magia działa w jedną stronę. Aby pani pomóc, powiem tylko,
że mąż dożyje osiemdziesięciu pięciu lat, czyli piętnaście lat przed nim, a pani za dwa lata złamie nogę w biodrze
i operacja się nie powiedzie. Umrze pani na zakrzepicę pooperacyjną. Po przemianie ma pani jeszcze dużo lat przed sobą.
Maria przypomniała sobie swoje piękne wąskie stopy, ładne ręce i długie blond włosy. Pamiętała łąkę
za domem, bieganie po niej nie sprawiało żadnego kłopotu. Mogła biegać cały dzień i nie wiedziała,
 że oddycha. W ogóle nie czuła, że żyje. Wszystko było naturalne, jedno wynikało z drugiego bez żadnych trudności i bólu. Każda doba dzieliła się na czas snu
i przygody dnia. Świat pachniał słońcem, był słońcem. Jeśli zgodzi się na niedorzeczną propozycję, kim będzie?
Będzie na powrót młodą dziewczyną, ale musi wrócić
do domu, gdzie śpi pochrapując, siedemdziesięcioletni mąż. Co powie na jej zmianę? Może po chwili szoku nawet mu się znów spodoba.
Od dłuższego czasu, może lat, byli przyjaciółmi wspólnie znosili wszelkie niedostatki. Już nie czuli potrzeby dotyku innego niż pogłaskanie po głowie, lub pocałunku w policzek. A ona będzie młoda! Młoda z mężem - staruszkiem. Lepiej przeżyć swoje życie w naturalny sposób. Oddalenie śmierci nie zlikwiduje jej nadejścia,
za to ją oddali od swoich bliskich, a z nimi czuła się najlepiej.
 Co powie na to jej syn i synowa? Nie. To niemożliwe. Chyba, że wróci do domu, spakuje się weźmie kartę bankową i ruszy w świat.
Tylko z czym? Mają na koncie zaledwie trzydzieści tysięcy. Wystarczy na jedną daleką podróż, a co potem?
- Hej, ty... jak ci tam! Pewnie proponowałeś to już nie raz komuś. I co? Zgodził się?
- Tak, wielokrotnie. Zgadzają się raczej, ale czy są szczęśliwsi? Nie wiem. Nie wracam do nich i nie śledzę dalszych losów.
- To ja podziękuję. Nie chcę. Dziękuję, nie skorzystam.
- Jak chcesz. Po czym dotknął ręką niewidzialnego daszka i z gestem pożegnania dłonią rozpłynął się
w chłodzie.
- Sunia... a jesteś! Chodź wracamy do domu.
W sypialni z okien przesączało się światło poranka. Maria usiadła na łóżku, patrząc na twarz śpiącego męża. Leżał na wznak cicho posapując. Odgarnęła mu z czoła kosmyk siwych włosów i pocałowała w policzek.
Henryk powoli otworzył oczy.
- Co kochanie, znowu nie śpisz? Dobrze się czujesz? Tylko nie bierz tych pastylek na spanie, bo od tego ma się zwidy. Połóż się, pomasuję ci plecy. Dobrze?

- Tak kochanie.

sobota, 26 grudnia 2015

Świąteczna magia

Marta Hanna Precht
słowo: upominek



Świąteczna magia

W małym miasteczku w mroźny dzień, nieliczni ludzie przemykali się, niosąc siatki z zakupami. Niektórzy wstępowali do budynku poczty,
aby nadać, z pewnością już spóźnione, kartki świąteczne.
Urzędnicy w granatowych fartuchach, siedzący pod portretami Bieruta
i Stalina jeszcze mieli do przepracowania dwie godziny,
aby potem zająć się przygotowaniami do świąt. Za oknem śnieg padał równo, wolno i dostojnie.
Przypomniał mi się tamten klimat tych dni. Wiem, to sentyment do swojej młodości, tak mówią. Chociaż nie tylko. Widzę różnice, jakie istnieją
w tym, co pamiętam a tym, co widzę teraz.
Przede wszystkim było cicho. Zimy były normalne, białe, czasem mroźne, śniegowo-tunelowe, skrzypiące szronem, kłujące bielą w oczy.
Na rynek zajeżdżały furmanki. Konie parskały parą z pobielonych szronem nozdrzy. Woźnice okutani baranicą sadzali obok siebie
na koźle okutane w chusty żony. To był dojeżdżający do miasteczka „supermarket” świąteczny.
W koszach, w otulonych sianem konwiach, czekały na sprzedaż: wiejski chleb, śmietana i masło, jajka, cielęcina i schab, bez pozwoleń, kontroli, systemów podatkowych i kar.
Miasteczkowe gospodynie, jeszcze w jesionkach z codziennymi chustkami na głowach, kupowały to, co jak mówiły: jest lepsze niż to w sklepie „Społem”.
W tych sklepach kupowało się karpie, które potem beznadziejnie pływały „w kółko” w baliach do prania lub innych większych misach. Można było palcem pogłaskać je po zimnym i śliskim grzbiecie. Sprzedaż trwała do zmierzchu. Potem jak codziennie noc brała w posiadanie miasteczko,
ludzi i śpiące wrony na drzewach.
Furmanki już lżejsze zawracały do swoich domów, a zmarznięte konie jakby szybciej przebierały kopytami, wiedząc, że jadą do swoich ciepłych stajni.
Delikatnie odczuwało się jakieś podniecenie zbliżającymi się świętami.  W oknach kuchni dłużej niż zwykle, paliło się światło. Dzieci zasypiały w piernikowym zapachu. Za oknem panowała noc i cisza.

Właściwie to Wigilia następowała gwałtownie. Jeszcze poprzedniego dnia zapachy z kuchni mieszały się z zapachem pasty do podłogi, a już następnego, koło południa, nakrywano stół białym obrusem, ustawiano talerze, na których codziennie się nie jadało.
Potem stawiano półmiski z karpiem w galarecie, sałatką jarzynową, chrzanem, masłem i chlebem. 
Makaronów w sklepach jeszcze nie było. Gospodynie robiły je same wałkując ciasto do prawie przeźroczystej cienkości, a potem suszyły wielkie placki na stole przykrytym ściereczkami. Potem zwijały w długie rulony i cięły cienkie kluseczki do rosołu na pierwszy dzień świąt. Wtedy już można było jeść potrawy z mięsa.
W piekarniku dochodziła gęś lub indyk. To było cudowne świąteczne, „wypasione” jak powiedziałabym dzisiaj, jedzenie.
Odświętny stół czekał na sygnał. Dzieciom kazano wybiegać na dwór
i patrzeć w niebo, wypatrując pierwszej gwiazdki.
- Jest! Jest! Jest gwiazdka! – wołały dzieci.

Wtedy magia osiągała swoje apogeum. Jako dziecko stawałam się kimś ważnym, do kogo podchodzą starsi, łamiemy się opłatkiem, i wszyscy
po kolei życzą mi abym była grzeczna i nie chorowała.
Przyjmowałam te hołdy z powagą i radością, odurzona chwilą, zapachem jodłowej choinki i podniecona tym, co tam pod jej spodem widziałam.
Jakieś upominki, paczuszki owinięte w pakowy szary papier
i przewiązane wstążeczką.
Mieliśmy wtedy po kilka lat. Wierzyliśmy w Mikołaja, który nagradzał tylko grzeczne dzieci, a te, które nabroiły, bały się, że pod choinka znajdą rózgę.
Mnie jakoś się udawało.  Zazwyczaj już sam kształt pakunku zdradzał jego zawartość. Prezentem mogła być czekolada, albo kredki, czasem kapcie lub pończochy bawełniane w prążki.
W wyjątkowych wypadkach, kiedy przyjechał ktoś bogatszy z rodziny dostawałam lalkę z celuloidu ze sztucznymi włosami i namalowanymi oczami. Nie mogłam sobie wyobrazić, co stałoby się ze mną gdybym 
po rozpakowaniu paczuszki, znalazła tylko rózgę!  To byłaby wściekła rozpacz!
Co powiedziałabym koleżance, gdyby zapytała, co dostałam od Świętego Mikołaja! Tego bałam się najbardziej.  Kiedy zmrożony śnieg chrupał
pod butami, a wszystkie gwiazdy usadowiły sie na granatowym niebie,
ta wigilijna noc stawała się magiczną, niepowtarzalną chwilą w roku.
Wolno było nie spać aż do północy.
Z sąsiednich domów słychać było kolędy. Niosły się w poświacie
z okien, toczyły po białym śniegu, bo gdzieś tam, daleko w świecie urodziło się maleństwo, zbawiciel, król naszych dziecięcych duszy. Bardzo było
mi go żal, że tylko pieluszką przykryty, w stajence,
w drodze urodzony, leży i chyba mu zimno. Zawsze tak wyglądał
w stajence, którą ustawiał ktoś w kościele. Miałam ochotę, aby przykryć
go choćby moim szalikiem a na wyciągnięte rączki nałożyć rękawiczki.
Kolędy już nie snuły się delikatnie, a wybuchały gromko w kościele zwielokrotnione załomami murów, złotem rzeźb postaci, łukami sufitu, dźwiękami organów. Ludzie jakby natchnieni, niektórzy z wilgotnymi oczami, nie wiadomo czy ze wzruszenia czy zimna, śpiewali, jak kto potrafił.

Stawaliśmy się jednym gardłem, jedną wolą, jednym sercem.
Czułam podniosłość tej chwili, bo nazajutrz wszyscy szarzeli, znowu byli jak zwykle. W Wigilię „dostawali” skrzydeł.
Następne dni, to było jedzenie, jedzenie, gadanie, nowi goście, odwiedzanie się wzajemne i jedzenie, gadanie, jedzenie… i tak przez dwa kolejne dni.
Choinka stała dumnie i pachniała, rozsiewała las, szyszki i żywicę, pyszniła się anielskimi włosami, kusiła cukierkami w kolorowym „sreberku”, błyszczała uśmiechami bombek i kusiła dzieci, które czasem kładły się pod nią by chwilkę pobyć w zaczarowanym lesie. Dzieci musiały bawić się swoją fantazją. Radio było dla nich zbyt poważne i niezrozumiałe, a nie istniały inne bodźce, które zajęłyby ich umysły. Można było porozmawiać z lalką lub kotem, a czasem z samą z sobą patrząc na białe czyste podwórko przed oknem.

Za oknem śnieg ustępował wiośnie, całe lata trwał ten spektakl, niezmiennie, nieuchronnie. Wszystkim przybyło lat, tzw. życiowych doświadczeń, niektórym wzrok zmatowiał, niektórym się wyostrzył.
Właśnie ci zwrócili uwagę na to jak bardzo zmienił się ten magiczny dzień świąt. 
Zatarło się oczekiwanie, nagrodzone chwilą, kiedy udało się kupić karpia, szynkę albo, kiedy statek z cytrusami dopłynął do Gdyni, i już za kilka dni będą pomarańcze i cytryny…
Przede wszystkim jest głośno i jazgotliwie. „Przedświęta” zaczynają się w połowie listopada. Supermarkety stroją się w choinki, Mikołaje, Coca Cola śpiewa „Jingle bells” głośno, nachalnie.
Dzieci, z wyjątkiem tych najmniejszych, już wiedzą, że Mikołaj jest w każdym sklepie, ma sztuczna brodę, więc chyba jest z nim coś nie w porządku.
Nie wiedzą, że to pracownik, pocący się w czerwonym uniformie,
który za pieniądze rozdaje prezenty i że pracuje do trzeciej a potem przyjdzie jego zmiennik. Przy kasach ustawia się kosze dla biednych, 
aby i oni mieli jakiś upominek na święta.
My czujemy się lepiej tego dnia. Nasza szczodrość koi nasze sumienie… tylko ci biedni, muszą na nią czekać znowu cały rok…
Panienki przebrane w anioły chodzą po sklepie sprzedając… opłatek!
Po opłatek chodziło się do kościoła. Sprzedawała je zakonnica, były jakieś bardziej święte niż ten sztuczny od sztucznego anioła.

Półki uginają się pod ozdobami choinkowymi.
Wszystkie wyprodukowano w Chinach. Sprzedaż, sprzedaż, zysk.
Tylko to się liczy. Zysk i reklama. Reklama w sklepie, na billboardzie,
w telewizji w Internecie, wszędzie, gdzie spojrzysz. Kup to!
Zobacz, to okazja! Świetny pod choinkę… a ta choinka to chyba dodatek
do prezentu, który kupisz, a najlepiej kilka. 
Zamykam oczy i przez moment widzę tamten świat w zimowej ciszy, gdzie jedyną akcją reklamową jest wołanie sąsiadki, że przywieźli cytryny.
Dzieci trudno odciągnąć od komputera, aby poszły z nami na spacer
do supermarketu, no chyba, żeby sobie wybrać nowego IPada,
albo grę pod konsolę, bo to im się należy. Przecież muszą to mieć, wszyscy to mają w szkole.
W samochodzie duży bagażnik pomieści wszystkie pragnienia.
Radio samochodowe nadaje „Jingle bell” w jakimś innym wykonaniu. Wieczorem w telewizji będą zapowiedzi programu na wigilijny wieczór. Wspomogą nas gwiazdy estrady, śpiewające za nas kolędy. Przyjemnie jest jak wraz
z dźwiękiem sztućców o talerze, przedrze się „Lulajże Jezuniu”.
W lodówkach już czekają odebrane z restauracji brzydkie półmiski
z rybami, śledzie ze słoika, reszta ze sklepu. Tylko sałatkę z rukoli zrobiła osobiście Pani domu. Jeszcze tylko ktoś akurat wolny w tej chwili,
bo dzieci grają w gry komputerowe, ubierze choinkę i można zaczynać święta. Z telewizora mruczy kolęda, choinka czasem sztuczna, nie pachnie, chińskie ozdoby jakoś nie pasują do słowiańszczyzny, a prezenty?
Każdy wie, co dostanie, wiec tylko rozrywamy ozdobne papiery, opakowania z wielkimi kokardami, i sztucznie zachwycamy się sztucznymi upominkami pod sztuczna choinką, ze sztucznymi kolędami w tle.
Świat stał się sztuczny. 

A co będą miały w pamięci dzisiejsze dzieci?
Przedsiębiorcy liczą kasę, bo teraz będzie zastój, do Walentynek,
a zaraz po nich znowu Wielkanoc… jakoś się przeżyje. Tylko ta reklama taka droga, gdyby nie to można by się reklamować więcej, zwłaszcza
w telewizji tak, aby programy stały się przerywnikami w blokach reklamowych. Posprzątają sklep z bombek, przygotują walentynkowe serduszka, a potem kurczaczki i baranki.
Interes się kręci.

Tylko gwiazdka na niebie jakoś przybladła, niebo pojaśniało od reklam, które tę gwiazdkę reklamują, śnieg albo jest albo go nie ma, bez ładu i składu.  Płaczą górale, bo szlag trafił świąteczne dutki. Powycinane choinki leżą w hałdach poświątecznych, ocalałe karpie wrzucą do stawu, niech podrosną do następnego roku!
Tylko ja, szczęśliwa, mam za oknem wierzbę, czekam spokojnie na śnieg i patrzę, jak sikorki z karmnika biorą w dziobek ziarno słonecznika i jedzą go na przystrojonym lampkami wiązie w moim ogródku. Dlaczego szczęśliwa?
Bo mam w oczach tamten obraz, nastrój i nikt mi go nie odbierze.


wtorek, 22 grudnia 2015

Portret

Nasz znajomy Józio, rok emu stracił żonę. Zgłosił sie do mnie z prośbą aby narysować jej portret ze zdjęcia. Spróbowałam. Wyszło mi tak:




Jest książka "Bajki ze śniegu"!!!!

Jest piękna. Ma twardą prawę i kredowy papier. Nie wiem czym zasłużyłam sobie w poprzednim życiu na taki rozwój wypadków!
A to zaproszenie - plakat na wieczór autorski! To dzięki Bibliotece w Piasecznie.
Placówka wyraźnie mnie lubi a szczególnie Jola Kraszka, sedce i dusza biblioteki.

niedziela, 15 listopada 2015

akceptacja

Kilka dni temu zaakceptowałam ostateczną formę książki "Bajki ze śniegu". Nie jestem zadowolona z niektórych ilustracji, ale trudno już tak musi być.Na pczątku grudnia powinna się ukazać, A oto okładka: