niedziela, 25 września 2016

CZAS DIABŁA

Dwa lata temu wpadła mi w ręce jakaś publikacja na temat rzezi wołyńskiej. Kilka dni chodziłam jak nieprzytomna po tym, czego się dowiedziałam. To może dziwne, ale fizycznie poczułam tę tragedię . Nie mogłam uwierzyć w to co się tam działo. Napisałam opowiadanie. Całą swoją wyobraźnię zamknęłam na tych stronach. Poczułam się trochę lepiej. Coś dałam tym ludziom, którzy zginęli. Dałam in swoje współczucie i żal. Tyle mogłam.




  
CZAS DIABŁA



2014





Rozdział 1



Sielanka

sierpień 1928


W latach trzydziestych Mielnica na Kresach w obwodzie wołyńskim, była niedużym miasteczkiem z centralnie położonym placem, który nazywano Rynkiem. Niskie parterowe domki o spadzistych dachach, okrążały plac wyłożony kocimi łbami. 
Po ocienionej stronie stało kilka zaprzęgniętych furmanek. To było gorące lato, leniwe lato, takie, które w słońcu lub cieniu zaprasza do siebie zapachy i drżenie cienia. 
Panowała cisza przerywana tylko rżeniem konia zaprzęgniętego do furmanki.
Postawny mężczyzna w tweedowej marynarce i ciemnych spodniach w płaskiej czapce z daszkiem, Romuald Komański właśnie przekroczył brukowaną „kocimi łbami” ulicę, udając się do urzędu pocztowego, pewnie po to, aby wysłać jakieś ważne pismo do Warszawy.
W okienku z drewniana ladą, pomalowaną kiedyś na elegancki brąz, za szklaną szybką siedziała dziewczyna o bardzo delikatnych rysach, niemal dziecięcych.
Miała błękitną bluzkę z białym kołnierzykiem i wysoko zaczesane loczki. Romuald stał przed okienkiem dłużej niż było to konieczne.
- Coś jeszcze? – spytała panienka.
- Chciałbym jeszcze…
- Tak? – spytała, mrugnąwszy błękitem ślicznych oczu.
- Chciałbym jeszcze… poznać panienkę. Ale nie jestem chamem i poczekam na pozwolenie.
- Jestem w pracy, proszę pana! Proszę pozwolić innym dojść
do okienka.

Zgarnął z lady swoją czapkę i skłoniwszy się elegancko odszedł na bok. Chciał jak najdłużej patrzeć na to cudowne zjawisko.
Panienka od czasu do czasu zerkała w jego stronę udając,
że jej to wcale nie obchodzi. Czuła się trochę zaniepokojona. Dzielnie waliła datownikiem w poduszkę i listy. Buch, buch. buch, buch, rozlegało się w ciszy poczty podwójnym echem.
Nie wypadało jednak dłużej tak stać i Romuald mnąc czapkę
w dłoni, wyszedł na zewnątrz. Naprzeciwko znajdował się ratusz z zegarem. Była za dwie czwarta po południu.

- Za dwie minuty panienka, powinna kończyć pracę. Poczekam. Jak nie spróbuję, nigdy jej nie poznam – pomyślał.  
Przypomniał sobie dowcip o carskim generale, który bez ogródek proponował damom pójście do łóżka. Szybko jak tylko mógł, przepędził z głowy tego typu nieprzystojne skojarzenie, ale wspomnienie generała poprawiło mu nastrój i już rozluźniony, czekał w cieniu drzewa na dziewczynę. Jak to dobrze, że włożył dzisiaj najlepsze swoje ubranie podarowane mu przez Barona. Było dobrej marki i w modnym fasonie. Pewnego dnia Baron stwierdził, że w zgaszonej zieleni jego twarz wydaje się być zbyt szara.

Panienka wyszła razem z dozorcą urzędu pocztowego, który zajął się zamykaniem kilku zamków. Ona poszła w lewo, w stronę parku. Romuald pobiegł za nią i okrążywszy ją skłonił się nisko.

- Szanowna panienka się nie obrazi, ale nie mam innego sposobu na zaproszenie panienki na filiżankę kawy.

To była jego ostatnia szansa. Z czapką na piersi ze spuszczoną głową, rozsypanymi jasnymi włosami, sprawiał wrażenie bezbronnego chłopca proszącego o najważniejszą rzecz na świecie. Musiało być w jego spojrzeniu coś psiego, wiernego i rozczulającego, bo dziewczyna przystanęła, obejrzawszy go od stóp do głów.
- Dobrze, panie…
- Romuald Komański, proszę panienki.
- Ewa Szumińska – powiedziała cichutko, jakby przekazywała jakąś tajemnicę.
Kawa okazała się nie najlepszej jakości, ale Romuald tak dwoił się i troił, że onieśmielona Ewa chyba nie zauważyła różnicy.
Następnego dnia Romuald zaproponował, że odprowadzi ją po pracy do domu.
Tego właśnie dnia niebo zachmurzyło się zapowiadając deszcz po południu. Romuald zaopatrzony w parasol, czekał już od pół godziny pod budynkiem poczty. Słusznie założył, że Ewa będzie bez parasolki. Rzeczywiście, kiedy pojawiła się w drzwiach, jej mina potwierdziła jego przypuszczenia.
Podbiegł do niej z uśmiechem.
- Panno Ewo, jestem na posterunku. Nie pozwolę pani zmoknąć.
Ewa zbliżyła się do Romualda, zachowując jednak konieczny, minimalny dystans przyzwoitości.
Z czasem ten dystans zmalał nawet do dotknięć, przytuleń a nawet nieśmiałych pocałunków. Jesienią, kiedy wszystko dookoła szykuje się do snu, oni czuli w sobie wiosnę. Oboje stwierdzili, że są dla siebie idealną parą. Ewa nigdy nie czuła się tak cudownie jak dotąd. Samotne wieczory poszły w zapomnienie. Nawet, kiedy była sama, wystarczyło o nim pomyśleć aby poczuć jego obecność.
Straciła oboje rodziców w dzieciństwie. Matka była sierotą. Wychowała ją siostra i babcia ze strony ojca.
Kiedy ich związek przetrwał zimę i wczesną wiosnę, w maju postanowili odwiedzić obie i dopełnić formalności akceptacji narzeczeństwa.
Babcia milczała, uważnie przypatrując się narzeczonemu. Kandydat był akuratny, postawny i silny, a tym samym dawał pewność, że jej wnuczka nie będzie klepać biedy. Oddawała ją w ręce obcego mężczyzny, ale przeczuwała dobry rozwój tego małżeństwa.
Ciotka zerkała na nich znad talerzyka z szarlotką patrząc, jak długo i przeciągle spoglądali sobie w oczy, jak Romuald delikatnie kładł swoja wielką dłoń na drobnej rączce Ewy.
Kiedy babcia zaczęła namawiać Romualda do zjedzenia jeszcze jednej porcji szarlotki a ciotka dolewała mu herbaty z porcelanowego dzbanka, Ewa już wiedziała, że ślub musi się odbyć i to szybko.

Wesele było skromne, lecz pełne uroku. Była kolorowa jesień, słońce i turkusowe niebo. Oboje wpatrzeni w siebie, ona w bladoniebieskiej sukience, wyglądała jak błękitny anioł, on w czarnym świątecznym ubraniu obejmował ją, dotykał, zaglądał w oczy, zapomniał o piciu i jedzeniu, szczęśliwy, że ją posiadł, aż do końca ich szczęśliwej przyszłości.
Dom, do którego wprowadził Ewę, był „drewnianym kolosem”, tak go nazwała, zobaczywszy go po raz pierwszy. Przyzwyczajona do maleńkiej chatki swojej babci, czuła się tu jak we dworze. Rzeczywiście, dziadek myślał słusznie: duży dom przyciąga więcej szczęścia. Trochę wzorował się na dworze Barona, budują ganek z przodu i taras z tyłu domu, zachowując symetrię okien i duży spadzisty dach, kryty gontem. W Wielicku niewiele było takich domów.

Zamieszkali razem z jego matką i bratową. Jedyny brat, wkrótce po ślubie zmarł na udar serca, zostawiając oniemiałą z rozpaczy wdowę pod opieką teściowej. Obie kobiety dzielnie trzymały dom w swoich rękach.
Byli dość sporą, zgodną rodziną, w pokoleniowym domu, jakich wtedy było wiele. Były to domy, w których mieszkały dwa a nawet trzy pokolenia,  a przekazywanie swoich wartości kolejnym pokoleniom było żelazną zasadą.
Przyjęły Ewę serdecznie. Kiedy urodziły się dzieci cichy dotąd dom, ożył.  Pierwszym dzieckiem był Fryderyk, zawsze cichy, grzeczny chłopczyk z czarną czupryną gęstych włosów. Nie sprawiał kłopotów. Bawił się, jeżdżąc na drewnianym koniku, który wystrugał mu ojciec. Romuald był z niego dumny i pozwalał mu na wszystko.
Drugim dzieckiem była dziewczynka. Dali jej nietypowe i nietutejsze imię po jej babci – Berta. Była przeciwieństwem brata. Wszędzie było jej pełno. Od samego rana biegała, szalała w ogrodzie, wszystko ją bawiło a i ona sama bawiła się wszystkim. Od ciągłego śmiechu zrobiły się jej dołeczki w policzkach. Uwielbiali ją. Byli szczęśliwi.

Romuald utrzymywał swoją rodzinę z pracy, jako ogrodnik w posiadłości Barona. Właściwie był nie tylko ogrodnikiem. Potrafił robić wszystko, od ogrodnictwa po budowanie i naprawianie prostych maszyn i urządzeń.
Traktowany był dobrze, dostawał od Państwa niechciane ubrania, sprzęty domowe i niewielkie wynagrodzenie, które wystarczało rodzinie dzięki zapobiegliwości matki.
Prowadzili oszczędne życie. Warzywa i ziemniaki rosły w ogrodzie, drzewa owocowe dostarczały owoców, a dwie krowy mleka. Cóż więcej trzeba było?

Dwór barona znajdował się po drugiej stronie rzeczki, a dalej prowadziła do niego długa aleja lipowa.
Latem, kiedy kwitły drzewa, po przejściu rzeczki przyjemnie chłodzącej bose stopy, na jej brzegu unosił się ten słodki odurzająco cudowny zapach powodujący lekki zawrót głowy.
Przyciągał do siebie całe stada pszczół. Słychać je było jak buczą w koronach drzew.
Czasami Romuald zabierał do dworu Fryderyka, gdy było więcej pracy w ogrodzie, zwłaszcza wiosną.
Miał  tzw. dobrą rękę. Wszystko co posiał albo posadził, rosło jak szalone. Podobno do ogrodnictwa trzeba mieć nie tylko rękę, ale i serce. To on sadził lipy w alei, wiązy przy z jednej strony domu a świerki przy drugiej. Przed paradnym frontem był duży okrągły klomb, z niewielką fontanną. Dookoła niej dywan z kolorowych kwiatów zachwycał gości, którzy przyjeżdżali w swoich, przeważnie czarnych limuzynach.
- Oh, so schöne Blumen! Ihr müsst einen guten Gärtner haben! Könnt ihr uns den mal ausleihen?* - zachwycały się panie ubrane w jedwabne suknie, długie perłowe naszyjniki i futrzane etole.
Szczebiocząc ze sobą przechodziły tuż obok pracującego Romualda, nie zauważając go, jakby był rośliną. Eleganckie buciki chrzęściły na żwirze podjazdu, a potem stukały obcasami w marmurowe schody wejściowe.
On wtedy stał nieruchomo, oparty na stylisku grabi, nie chcąc swoją osobą zakłócać powitalnej ceremonii. Znał swoje miejsce.

*- Och, jakie piękne kwiaty! Macie dobrego ogrodnika! Pożyczycie go nam?

Baron kupił pałacyk od jakiegoś zubożałego polskiego hrabiego, który podobno przegrał wszystko w kasynach na południu Francji, łącznie z żoną. Być może żona wcale nie została przegrana, tylko odeszła z tym, do którego hrabia przegrał majątek, ale i tak to na jedno wychodzi.

Nowy właściciel odnowił ściany pałacyku, dodał trochę niemieckiego porządku w jego otoczeniu, sprowadził swoje meble, ogromne, rzeźbione, czarne od jakiegoś gdańskiego producenta. Miękkie sofy, biblioteki i całe skrzynie książek drukowanych ostrymi szwabskimi literami. Razem z nim przyjechały jego dwie córki i żona -  postawna blondyna z dużym biustem i wiecznie rumianymi policzkami.
Zapanowały inne porządki. Zatrudniono kucharkę, pokojową i lokaja.


Romuald również należał do personelu, co było nobilitacją we wiosce, w której ludzie utrzymywali się z tego, co sami wyprodukowali na ziemi i w oborze. Stać go było na wynajmowanie parobków do prac w swoim gospodarstwie. Nie chciał, aby jego piękna Ewunia brudziła sobie rączki wiejskim brudem.

Starał się jej stworzyć warunki, choć trochę podobne do tamtych, pałacowych. Twierdził, że to ona byłaby tam największą ozdobą. Wszystkie te Niemki wsadziłby do jednego wora i wywiózł jak najdalej.

Dzieci rosły w najszczęśliwszym z domów. Całe dnie spędzały na podwórku z kurami i kozami, boso przechodziły przez pobliską rzeczkę pełną raków do lasu po drugiej stronie, aby najeść się malin latem a jeżyn jesienią.

Największym przyjacielem Fryderyka był Dima z sąsiedniego siedliska Ukraińców, a Berta bawiła się z dwiema siostrami Rachelą i Esterką Rabynowiczównymi.
One mieszkały trochę dalej, prawie na końcu wioski, ale chętnie przybiegały do Berty, która miała lalkę z prawdziwymi włosami. Nieświadome toczącej się wojny, bawiły się jak zawsze w matki i pielęgniarki.

Wszyscy czuli się bezpiecznie, można było nocą iść do lasu, aby szukać kwiatu paproci, albo gonić świetliki i nigdy nie zdarzyło się, aby ktoś kogoś okradł lub pobił.

Było to miejsce idealnego sąsiedztwa różnych ludzi i języków, jakimi mówili, zwyczajów i historii. Frydek chodził z chłopakami do sąsiedniej wioski, kiedy tam była zabawa. Wracając nocą budzili wszystkich w wiosce śpiewem piosenek polskich i ukraińskich. Drzwi domu zamykano tylko na haczyk, nawet wtedy, kiedy gospodarze byli daleko od domu. W tej sielance nic nie za[powiadało jakichkolwiek zmian. Polityka była ludziom obca, no może czasem języki podlane okowitą stawały się bardziej wymowne choć dykcja zdawała się je opuszczać. Strach był gdzieś daleko w Polsce we Francji i jeszcze gdzieś tam, ale u nas? Na Wołyniu? Wieś spokojna!



Rozdział 2


Czas diabła
1943


Wojna była już bardzo blisko, podobno Niemcy mordowali ludzi i palili wsie, ale do nich jeszcze swąd nie dotarł. Rodzina żydowska Rabynowiczów podobno wyjechała. Ale to dziwne, bo nie pożegnali się z sąsiadami.
Niektórzy szeptali, że to Niemcy ich gdzieś zabrali.
Wkrótce Niemcy jednak dotarli do nich. Ludzie kopali okopy gołymi rękami. Umacniali je drewnem z pobliskich lasów. Zima była śnieżna i mroźna.
Porządku pilnował Niemiec, który uderzając szpicrutą w cholewę buta, zniecierpliwiony wrzeszczał:

- Weiter weiter, schneller!

Miało się szczęście, jeśli oberwało się tą szpicrutą tylko raz, to była pieszczota! Przerażeni i zmęczeni ludzie nie mieli już ochoty na dawne wspólne śpiewanie, a przecież to były zapusty! Zaczął nimi rządzić strach, doradzać i dzielić na lepszych i gorszych. Pojawiła się zdrada, zawiść i podejrzliwość. Wyszły wszystkie, nieuświadamiane dotąd, najgorsze instynkty ludzkie.
Kiedy głowy podnieśli zdradzeni przez Niemców Czerwonoarmiejcy, okupacja uległa zmianie.
Niemcy uciekali z powrotem na zachód a przez spokojny świat Komańskich przetoczyli się pożogą i krwią Rosjanie
z czerwonymi gwiazdami na czapkach, jeśli je mieli. Rabunek i gwałt stał się synonimem prośby.
Baron zwinął swój dobytek i razem z jego damami, w pękatych od sreber i obrazów, czarnych limuzynach bez pożegnania gnali do granicy Rzeszy, aby tam się schronić. Przynajmniej mieli nadzieję gdzieś osiąść i dalej prowadzić słodkie życie.

Rodzinie Komańskich nie dał los takiej szansy.
Stare zadry urosły jak wieża Babel, między dotychczas zgodnymi nacjami, a przecież Ukraińcy to nie jakiś odmienny naród. Wierzyli w tego samego Boga i Panienkę Przenajświętszą, żegnali się znakiem krzyża, któż mógłby przypuszczać, że któregoś dnia wstąpi w nich diabeł.

I przyszło lato 1943 roku, najgorsze ze wszystkich. Choć była to najpiękniejsza pora roku, właśnie w nią wdarł się diabeł. Koniec czerwca i początek lipca ma najświeższą zieleń. Ubiegłego roku ptaki szalały w koronach drzew a ich ćwierkanie było najpiękniejszym akompaniamentem dnia. Tego lata wyniosły się gdzieś, nie założyły gniazd, porzuciły ludzi. Przerażeni nie mogli uwierzyć, że znane im wioski już nie istnieją, że ludzie pomordowani leżą gdzie popadło i nie ma ich, kto pochować. Bezpańskie psy jedzą ich nadpalone ciała.
W Ukraińców wstąpił sam brat Lucyfera.
Bandy UPA bezcześcili wszelkie prawa ludzkości prześcigając się w makabrycznych scenariuszach zbrodni.

Diabeł dotarł do siedliska Komańskich. Romuald wybudował schron w ziemiance, która służyła, jako chłodnia w gorące dni.
Powiększył ją, wejście obsadził słonecznikami, by je zamaskować. Sądził, że bandy przejdą i wtedy przecież ktoś się o nich upomni, ktoś pomoże.
Fryderyk przeważnie siedział na kasztanowcu obserwując okolicę. Tego wieczoru schodząc z drzewa krzyczał:

-Schować się! Są w Pidlisach, pali się! Chować się!

Wszyscy pobiegli do ziemianki, Romuald jeszcze zastawił wejście zardzewiałym rowerem. Po jakimś czasie pojawili się oni. Zmierzch zapadał szybko. Przez podwórze kroczyli bandyci. Pijani klęli, niektórzy rzygali pod płotem, reszta wtargnęła do domu.
-  Danyło! Nikhto! Dyvys! Wpered na Lachiw!*

Przerażony pies Bury, podkulił ogon, wyczuwszy zapach śmierci i pobiegł przez podwórko w stronę ziemianki. Zaczął szczekać i żałośnie skomleć przy wejściu do niej.

- Daty im! Zalyshaty!**

Wywlekli najpierw Romualda, potem dziadka. Dzieci siedziały w kącie marząc o tym, aby oprawcy ich nie
zobaczyli.
Usłyszały dwa strzały. Ewa przygarnęła ich głowy do piersi chcąc zasłonić dzieciom uszy.

* Danił, nikogo nie ma! Popatrz! Na Polaków!-
** Dawaj ich! Wychodzić


W wejściu pojawiła się obca sylwetka. Wyciągnęli za rękę Ewę i uczepione do niej dzieci. Najpierw z trudnością Ukrainiec ciągnął ich po ziemi, ale kiedy ich ciała trafiły na kałużę krwi już było łatwiej. Krew jest śliska.

Po obu stronach ich „drogi” leżały dwa ciała. Berta zacisnęła powieki, aby już nic więcej nie zobaczyć. Jej matka krzyczała chrapliwie, jak zwierzę. Po chwili odpadł Fryderyk, chyba stracił przytomność. Szczęściarz.
Zawlekli je na środek dziedzińca. Z rechotem czegoś, co miało być śmiechem, a może było śmiechem śmierci, zdarli z matki ubranie. Stali dookoła niej dopingując tego, który na niej leżał.
Berta chciała się odczołgać do sągu drewna na opał, aby się za nim schować.
Któryś kątem oka zauważył ruch a może księżyc w pełni, oświetlił białą koszulkę dziewczynki, bo podbiegł, złapał ja za włosy i przyciągnął do swojej bandy.


Podobno w panicznym strachu nie czuje się bólu, ale to nieprawda. Wielokroć silnie czuje się ból, bezradność i upokorzenie.

Wkrótce dziesięcioletnia Berta dołączyła do matki. Nie mogła oddychać, ból czuła w nawet w czubku głowy. Straciła przytomność.

Kiedy ją odzyskała, pierwsze, co zobaczyła to oczy matki.
Szeroko otwarte, nieruchome i matowe. Jej prawy policzek leżał w jakiejś masie, która nocą wyglądała jak smoła. Na szyi miała głęboką ranę.
- Mama? Mama? – to nawet nie był szept.

Dziewczynka starała się mówić czymś, co było ustami. Głos gdzieś uwiązł. Chciała się poruszyć, ale jakby jej od połowy nie było. Mogła tylko patrzeć na stężałą twarz matki.


Świt jak zwykle był piękny. Złocisto zielonkawy. Oświetlił tym złotym światłem jej twarz zwróconą w stronę matki. Teraz już obie miały takie same oczy.

sobota, 27 sierpnia 2016

IN VINO VERITAS

Jestem zmęczona. Jestem jak szary koc. Wchłonęłam go w siebie, a on zajął całe ciało. Wkradł się do oczu, krwi i myśli. To chyba za dużo powiedziane. Ja nie myślę. Od roku. Moje myśli są jak szare włókna. 
Plączą się wzajemnie, rozrastają jak mech i wysysają resztki łzawej wilgoci. 

Od roku jestem sama. Znajomi litują się nad młodą wdową, ale ja myślę, że to z litości. Uśmiecham się, dziwiąc się, jak to możliwe, że jeszcze mięśnie twarzy pamiętają jak to robić. Najchętniej wolałabym nikogo nie widzieć. To mnie męczy. Nie potrafię ot tak, pstryk! wskoczyć w ich nastrój, a potem w samotności odreagowywać ten wysiłek.

Lubię jednakowe dni. Identyczne. Czas wtedy płynie rytmicznie. Poukładany w sekwencje zdarzeń, których nie można uniknąć. Sen, prysznic, jedzenie, wino, wino, wino, jedzenie, prysznic, sen. Czasem anonimowe zakupy w Tesco. Tam można pójść w piżamie. Nikt na mnie nie patrzy i ja nie widzę nikogo. Widzę towary na półkach. Z dużym wysiłkiem dokonuję wyboru. Muszę przecież coś jeść i pić. Wino, tak, lubię szczep Merlot albo Cabernet Sauvignion, ostatecznie Pinot Noir. Zupełnie jakby z całego mojego zasobu potrzeb pozostało tylko wino. Do tego ser Camembert i bagietka ze świeżym masłem.

Moje potrzeby niebezpiecznie się skurczyły, najważniejsze, by było wino. Trochę w ciągu dnia, a więcej wieczorem, aby lepiej spać. Może to jest ta cieniutka nić, jaka łączy mnie jeszcze z Ludwikiem.

Ludwik Wspaniały, mój Król Słońce, Najlepszy Przyjaciel.

Patrzę na jego fotografię w czarnej ramce. Postawiłam ją rok temu na moim biurku, obok laptopa. Kieliszek z winem stoi między nim, a fotografią. Oświetlony światłem małej lampki do klawiatury, wygląda jakby stał między mną a nim. Opieram brodę na złączonych dłoniach i nie wiem co dalej robić. Co mam zrobić ze sobą?
Trzy lata byłam królową. Koronacji dokonał Ludwik. Trzy lata temu, powiedziałam: TAK!
Wyrachowane TAK. Wstrętne, wyrachowane, kłamliwe i podstępne TAK! Przez całe trzy lata musiałam żyć z moim kłamstwem. I żyję nadal, w niezakończonym kłamstwie, oszustwie, które pożera mnie od wewnątrz. Umarł będąc nieświadomy, jak bardzo jestem skażona tym, co mu zrobiłam. Jemu i sobie zarazem. Stworzyłam piekło, moje piekło.

Otwieram pokrywę laptopa. Wciskam przycisk. Wpisuję hasło. Co dalej? Patrzę w oczy Ludwikowi. Wypijam do niego łyk wina. Odstawiam kieliszek. Czuję jego obecność. Po dwóch kieliszkach, nabieram pewności. Po trzech, jestem pewna. Ten wieczór jest dla nas.

Przecież on tu jest. Ma jeszcze swoją skrzynkę Mailową. Jest na Facebooku, czyli jakby istniał wirtualnie! Otwieram swoją pocztę na gmailu. NAPISZ NOWY LIST.
Poproszę, nowy list. Wybieram jego adres. Jest. Teraz kursor miga w części tekstowej. Miga zachęcająco, a ja nie wiem co mam zrobić. Popijam wino, patrzę w oczy Ludwikowi. Kursor miga nadal. Denerwująca chwila. Coś ma się wydarzyć. Tu wpisuje się treść. Treść. Zawartość moich myśli. O czym myślę? No właśnie. O naszym pierwszym spotkaniu i o tamtej historii sprzed dwóch tygodni. O mojej tajemnicy, która dopóki jest we mnie, jest tajemnicą. Jeśli choć jednej osobie ją wyjawię, już nią nie będzie..
Komu ją wyjawię? Tobie Ludwiku, tylko ty zasługujesz naprawdę.
Zaczynam pisać.

Kochany Ludwiku,
Pamiętasz ten wieczór u Nowackich, którzy zaprosili mnie i ciebie aby nas połączyć? Nie mylili się co do ciebie. Wiedzieli, ze tak atrakcyjna kobieta jak ja, z pewnością zrobi na tobie wrażenie.

Jestem atrakcyjna, wiem, ale tego wieczoru byłam nieobecna duchem. Dwa tygodnie wcześniej imprezowałam u mojej przyjaciółki Alicji. Nie znasz jej. Wymiotłam wszystkich tamtych znajomych. Znałeś tylko moich rodziców i niegroźnych przedstawicieli mojej przeszłości.

Trochę piliśmy, wiesz… takie tam drinki, trochę trawki dla samopoczucia i zapomnienia o czymś tam… dla każdego o czymś innym. W pewnej chwili poczułam się dziwnie. Chciało mi się spać. Wiem, gdzie jest sypialnia Alicji. Podreptałam tam i ległam na jej łożu.
Nie wiem, co się działo potem. Kiedy się obudziłam, stwierdziłam, że jestem naga, przykryta jedynie narzutą z łóżka Alicji. Moje ubranie leżało na podłodze. Byłam brudna. Czułam się brudna. W domu panowała cisza. Zeszłam na dół. Pobojowisko. Alicja spała na sofie. Nie budząc jej, poszłam z powrotem na górę, do łazienki. Wzięłam prysznic, ubrałam się i wyszłam na zewnątrz. Złapałam taksówkę i wróciłam do siebie.

Spałam cały dzień i całą noc. Kiedy już doszłam do siebie całkowicie, zaczęłam odtwarzać co pozostało w mojej pamięci. Jakiś czarny przystawiał się do mnie.
-Blondynka,- mówił. Piękna, będziesz moja, zobaczysz!
Pamiętam jego dotyk. Potem już prawie nic.

Dwa tygodnie później zrozumiałam, że jestem w ciąży. Test to potwierdził.
Dzieci nie biorą się z kapusty. To stało się wtedy. Wiedziałam. Matka zawsze jest pewna. Krążyłam wokół tematu szukając luk, że to niemożliwe, że to jakiś niedobry sen, zbudzę  się z niego i będzie jak dawniej. Nie było. Po dwóch dniach test powiedział to samo.

Wtedy Nowaccy zadzwonili do mnie. Zaprosili mnie na kolację.
- Mamy dla ciebie niespodziankę, zobaczysz.
Od pewnego czasu czuli się powołani do zaznajomienia mnie z jakąś świetną partią, niebiańskim facetem, który zawładnie mną, a oni będą świętować udane swaty.

Przyszłam raczej z obowiązku. Ubrana na czarno, ze smutną twarzą i rozbieganym okiem, nie mogłam stanowić łakomego kąska.
Siedziałeś w kącie czarnej skórzanej kanapy, ubrany również na czarno, jakbyśmy stanowili czarną parę. Zerkałeś na mnie ukradkiem, a ja pomyślałam: ot, nieśmiały facet, jeszcze jeden. Faceci boją się pięknych kobiet. One ich onieśmielają. Nie wierzą, że mają takie same szanse jak inni, napakowani, pewni siebie, sobowtóry Rambo.

Po pół godzinie siedzieliśmy obok siebie. Po tygodniu, poszliśmy na kolację do indyjskiej restauracji, w której melanż zapachów zgotował melanż dusz. Przez chwilę pomyślałam, że mógłbyś być ojcem tego dziecka, przecież mogłoby się urodzić troszkę wcześniej niż powinno.

Po dwóch tygodniach, mieliśmy termin ślubu cywilnego. A po trzech cudowny ślub kościelny w Kościeliskach. Kupiłam sobie lawendową, szyfonową suknię ślubną, a ty w granatowym smokingu wyglądałeś jak gwiazdor kina. Zapomniałam na moment o tym, o czym zapomnieć nie powinnam.

Pół kieliszka wina błaga o uzupełnienie. Wstaję, i w kuchni dolewam kieliszek do pełna.

…nie powinnam. Mogłam przecież przypuścić, że ojcem jest ten czarny adorator. Miałam mało czasu, zastanawiam się, czy ty, nawet gdyby urodziło się czarne dziecko, przyjąłbyś je jak swoje.

Pamiętasz, dowiedziałeś się, że poroniłam. Przyszłam tuląc się do ciebie i powiedziałam:
- Było… i nie ma. Płakałam szczerze. Długo nie mogliśmy, o Boże! nie mogliśmy przeżyć straty. Ja nie mogłam przeżyć straty. To ja wiedziałam, że moje dziecko zniknęło w rynience, która znajduje się w stole ginekologicznym pomiędzy moimi nogami.

Tuliłeś mnie. Całowałeś moje łzy. Byłeś moją ostoją, oparciem, czułym cudownym kochankiem, przyjacielem. Nie zasłużyłam sobie na ciebie.
Nie wiem co to miłość. Ta burza zmysłów, która każe zrobić wszystko, aby związek trwał. Namiętność, krzyk, wariactwo.
Nasz związek był aksamitny, łagodny, jak ścieżka w ogrodzie, odkrywał piękno zwykłych kwiatów, gwarantując ciszę i spokój.
Pokochałam cię po swojemu, bo nigdy nie wiedziałam, jak powinno się kochać. Starałam się.
Teraz myślę, że powinnam opowiedzieć ci o tamtej imprezie.
Twoja miłość do mnie, zrozumiałaby, pokochałaby dziecko jak swoje, bez względu na kolor jego skóry. Potem mielibyśmy jeszcze nasze, wytęsknione, i… los nas obojga wydałby inaczej. Taki scenariusz być może nie przewidywałby twojej choroby. Już nigdy potem nie zaszłam w ciążę. Czułam, że to kara za to co zrobiłam, że nie ma wybaczenia, przynajmniej dla mnie.
A potem ty mnie opuściłeś. Tak bardzo mi ciebie brakuje… nocą sięgam ręką do twojej poduszki i mam nadzieję, że tam jesteś. A może jesteś?
Jestem sama. Samotna, i taką pozostaję na zawsze.
Twoja  żona Anna

Patrzę na tekst.  Jest. Wystukał się tak łatwo. Jest mi lżej. I co ja mam z tym zrobić? Wysłać? Ot tak w próżnię? A co to jest próżnia?

Klikam: WYŚLIJ.

sobota, 2 lipca 2016

Znowu razem

Czerwona Toyota zatrzymała się w cieniu, niedaleko wejścia do Domu Słonecznej Starości. Po chwili wysiadł z niej młody mężczyzna. Z bagażnika wyjął bukiet kwiatów i zniknął z nim w wejściu do domu.
Na pobliskiej ławeczce dwoje starszych ludzi w milczeniu obserwowało scenkę. Znowu zaległa cisza. Kurz ze żwiru podjazdu powoli opadał. Blacha rozgrzanego jazdą samochodu, a może silnika, stygnąc, wydawały dziwne dźwięki. Letnia cisza bywa czasem tak dogłębna, że lecąca ważka wydaje się być helikopterem a trzmiel jest nadciągającą burzą.
- Widziałeś Adamie jakie kwiatki ktoś dostanie dzisiaj? – powiedziała staruszka zwracając się do równie starego mężczyzny w białym lnianym garniturze, który siedział oparłszy ręce na lasce.
- A cóż w tym dziwnego, Kseniu kochana, to tylko dobrze świadczy o kimś być może z rodziny.
- Miło tak dostać kwiaty… - powiedziała wpatrując się w swoje dłonie.
- Przecież ja codziennie ci je daję, kwiaty z wyobraźni, z całego serca. Codziennie inne w kolorze.
- Tak ale te są świeże, prawdziwe.
- No i co? Twoje nigdy nie przekwitną i nie zgniją…
- Jak zawsze masz rację, kochany. Jak dobrze być tu razem z tobą. Jak dobrze, że się spotkaliśmy. Może lepiej byłoby, gdybyśmy byli młodzi i los pokierował nami tak jak tutaj.
- Kochanie takie odnalezienie się jak to teraz też ma swoje zalety. Nie pracujemy, mamy całe dnie dla siebie. Nie rozmieniamy się na drobne konflikty, nieporozumienia rodzinne, obowiązki i zmęczenie. Popatrz na to z innej strony. Mamy siebie tylko dla siebie. To cud.
- Tak, ale ile jeszcze naszego szczęścia? Pomyślałeś o tym?
- Każda minuta z tobą warta jest lat.- odparł
- Ja tylko tak sobie myślę… jak zrobić coś takiego, abyśmy mogli się spotkać w następnym życiu wcześniej. Tak abyśmy byli ze sobą dłużej.
Adam oparł głowę na rękach obejmujących główkę laski. Ksenia nadal wpatrywała się w swoje dłonie, brzydkie z plamami i wystającymi niebieskimi żyłami.
- Dlaczego spotkaliśmy się dopiero tutaj, tak późno… - ciągnęła dalej.
Oboje zamilkli, Adam oparty na lasce, a ona patrząca swoimi bladymi i załzawionymi oczami w nieruchomy, letni obraz parku.
Ten sam młody człowiek ukazał się w drzwiach. Zbiegł lekko ze schodów i wsiadł z powrotem do czerwonej Hondy. Znów ten sam dźwięk silnika i chrzęst żwiru, trochę kurzu i cisza, która zapadała wolno ale nieubłaganie.
Słońce podświetliło srebrne włosy Kseni jak aureola. Ona sama była jak duszek z bajki, malutka, dobra wróżka, z czarodziejską pałeczką w dłoni.
Adam patrzył na nią tak, jak ogląda się piękną, w pełni rozkwitłą różę, albo blaski i cienie liści na trawie. Cieszył się tym widokiem.
Jako dwoje pensjonariuszy domu dla starych ludzi, poznali się właśnie tutaj. To było zimą tego roku. Starzy niechętnie wychodzą w śnieżną pogodę. Boją się zaziębić albo co gorsze przewrócić. Wtedy dom starców kojarzy się z poczekalnią na wiosnę. Czasem ktoś jej nie doczeka…
Właśnie takiego śnieżnego dnia oboje niezależnie od siebie wybrali się na spacer po parku. Odśnieżone ścieżynki z trudem mieściły jednego człowieka, a oni zbliżali się do siebie z przeciwnych kierunków. Kiedy doszli do siebie, roześmiali się oboje, a Adam po prostu chwycił Ksenię w pasie i przestawił na drugą stronę tej samej ścieżki. Ze śmiechem odwrócili się do siebie plecami i odeszli kawałek, aby znów dla zabawy powtórzyć ten sam numer. Jak dzieci.
Ta zabawa zbliżyła ich do siebie tak bardzo, że wiosną zdali sobie sprawę z ich spóźnionej, ale tak samo silnej miłości. Uciekali więc od innych, aby w spokoju cieszyć się sobą.
- Chyba znalazłem sposób, abyśmy się znów spotkali. Problem tkwi w tym, że możemy nie wiedzieć, że to my. Nie zachowujemy przecież pamięci poprzedniego życia. Przenosimy tylko naszą świadomość, pewne skłonności, a może i cechy genetyczne. Czytałaś pewnie o poszukiwaniach kolejnych wcieleń Buddy. Zawsze jest to chłopiec, który pamięta na przykład której miseczki wtedy używał. No więc… wiesz, że mam dwoje oczu w innych kolorach. Jedno orzechowe a drugie niebieskie. Istnieje szansa, że mnie rozpoznasz. Liczę na to. Będę o tym myślał intensywnie, kiedy już będę prawie po drugiej stronie. Ty też wtedy myśl o tym. To musi się sprawdzić.
- To dla nas jedyna szansa, kochany. – cicho wyszeptała Ksenia.
Adam pogłaskał ją po ramieniu. Wyglądali jak stare małżeństwo, którego wspólnocie nic już z wyjątkiem śmierci nie może zagrozić.
Drzwi znów się uchyliły i wystająca z nich głowa kobiety zawołała:
- No, zakochani, na kolacje proszę!
Oboje trzymając się za ręce, podreptali ku wejściu.
***

- Co za pogoda! – powiedziała dziewczyna, składając i strzepując
z wody parasol.
- Dobrze, że tylko pada, a nie wieje!- przytaknął siedzący na schodach pod dachem jakiś pewnie bezdomny człowiek.
Janet popatrzyła mu w oczy. Dotarła wreszcie do domu. Oparła parasol o ścianę. Trzymając w drugiej ręce papierowa torbę z zakupami, mocowała się z zamkiem u drzwi. Wreszcie. Postawiła torbę na kuchennym blacie, zrzucając z nóg mokre sandały.
Lało od wczoraj. Dlatego dzisiaj już miała ze sobą parasol. Zawsze o nim zapominała, bo nie miał jej kto o nim przypomnieć. Kiedyś robiła to mama z zaskakującą częstotliwością. Statystycznie rzecz biorąc częściej się z nim szamotała niż korzystała. Dzisiaj był dzień korzyści.
Chwilami łapała się na tym, że nie wie po jaką cholerę uciekła z domu na przedmieściu Denver i wpakowała się w ten straszny miejski chaos. W końcu tam też była biblioteka, i z pewnością miałaby taką samą pracę, tylko… te wspomnienia, ich namacalny dotyk, chyba nie pozwoliłby jej normalnie funkcjonować. Każde otwierane drzwi domu prowokowałyby obraz męża i syna, kanapa, stół i krzesła nadal zawierałyby ich obraz. Podobno czas zaciera takie obrazy, ale ona nie chciała czekać. Tu musiała poświęcić bite dwie godziny na dojazd do pracy, godzinę na zakupy, godzinę na oglądanie ludzi i wystaw, to już cztery. Godzinę na posiłek i kąpiel, to pięć, godzinę na oglądanie telewizji i… trzeba było spać. Wprawdzie po proszku, ale zawsze co noc nie śniła, nie zrywała się z niezrozumieniem sytuacji.
Dzisiaj, po pracy spotkała się w kafejce z koleżanką biblioteczną, która chyba zauważyła jej smutek. Dobra dusza z tej Harriet. Opowiedziała jej w skrócie o swojej tragedii, tak aby jej nie wystraszyć swoim cierpieniem, nie zepsuć tego, co się rysowało całkiem wyraźnie – przyjaźni i być może końca samotności.
Harriet była młodsza od niej o jakieś pięć lat. Wyglądała śmiesznie
w swoich nastroszonych pomarańczowych włosach, śniadej cerze
i kolorowych ubraniach. Chyba nie miała nic czarnego w swoich strojach. Może dlatego, jak kolorowy ptaszek, zwróciła uwagę Janet, pogrążonej w szarościach.
To ona wymyśliła, że Janet powinna mieć psa.
- Wiem, że to nieszczególnie brzmi Janet, wybacz, po tym co mi opowiedziałaś, przepraszam, ale szczerze ci radzę. Weź ze schroniska jakiegoś kolorowego psa. Wesołego, głupiego, a najlepiej suczkę, one są weselsze.
Janet patrzyła na Harriet jak na wariatkę.
- I ona ma mi zastąpić rodzinę?!
- Nie zastąpić. Uzupełnić. Albo nie, wyleczyć twoją duszę. Zwierzę jest jak balsam. Łatwiej ci będzie zapomnieć.
- Ale ja nie chcę zapomnieć!
- Chcesz. Każdy chce. Zmieniłaś swoje dotychczasowe życie. Zmień je jeszcze trochę.
Od tej rozmowy upłynął chyba tydzień. Codziennie Janet myślała o psie. Zaczęła go sobie nawet wyobrażać. Jeśli go weźmie, to przecież zrobi to dla Willi’ego. Tak bardzo chciał psa.
Minęły jeszcze dwa dni i Janet poszła do sklepu zoologicznego, aby się odpowiednio przygotować na przyjęcie psa.
- Poproszę wszystko, co jest potrzebne psu. Nigdy go nie miałam, może Pan mi wybierze, oczywiście w umiarkowanej cenie.
Pan wybrał poduszkę do spania, dwie miski: na wodę i jedzenie, smycz i witaminy.
- Tylko tyle? – zdziwiła się Janet.
- Tylko. Wiem to mało, ale za to Pani dostanie dużo więcej – powiedział z uśmiechem sprzedawca.
Schronisko mieściło się w parterowym rozbudowanym wszerz i wzdłuż, budynku między wielkim węzłem kolejowym a ocalałym kawałkiem lasu. Chodziło o to, aby nie przeszkadzało mieszkańcom.
W recepcji starsza ciemnoskóra kobieta dyrygowała personelem przez dobre pięć minut, które dawały Janet jeszcze chwilę zastanowienia. I taką chwilę miała, ale przeważyła chęć posiadania niczym nie ograniczonej psiej miłości.
Kobieta w końcu zwróciła na  nią uwagę.
Klatki stały szeregiem. Jedna przy drugiej. Oddzielone były ściankami, tak, że psy nie widziały się wzajemnie, ale czuły zapachy i słyszały skomlenie, poszczekiwanie, czuły strach, ból i tęsknotę.
- Mam tu dla pani taką powsinogę. W kilku miastach próbowano go złapać, nam się udało. Biedny pies, był wychudzony, poobijany, ale za nic nie chciał dać się zamknąć. Tutaj zachowuje się jakby na kogoś czekał. Dopiero nam…
Janet spojrzała na psa. Złota, krótka sierść, podpalany brązem pysk. Pies zaskomlał cicho jakby prosił. Oczy…. jedno orzechowe a drugie niebieskie.

- Ja go wezmę, odpowiedziała kobiecie, która właśnie przerwała potok słów o zaletach psa. 

sobota, 21 maja 2016

Zaklęte słowa" to już osiemnaste opowiadanko.

MARTA HANNA PRECHT

Słowo: książka


ZAKLĘTE SŁOWA


Zdarzył się cud. Niezrozumiały, wielki i dla mnie bardzo ważny, który odmienił moje życie… ale od początku:
Chwilami miałam wszystkiego serdecznie dosyć. Patrzyłam na niego mrużąc oczy i zaciskając zęby. Próbowałam się czymś zająć, ale tak całkowicie, aby go nie widzieć, kiedy tak siedzi przy biurku z nosem w ekranie komputera.
Robótka na drutach nadawała się do tego idealnie. Trzeba było ciągle uważać, aby nie popełnić błędu. Prucie a potem połapanie wszystkich oczek, było najlepszym ćwiczeniem cierpliwości.
Trudno jest nie spojrzeć tam, gdzie się nie chce patrzeć. Taki obraz na przekór przyciąga wzrok, tym bardziej im bardziej jest niechcianym widokiem.
Ludwik codziennie jak w zegarku siadał do komputera. Gimnastykował palce jak pianista, który właśnie za chwilę zagra preludium. Niestety z klawiatury komputera nie wydobywał się żaden dźwięk.
Wyczytał pewnie, że wielcy pisarze tak właśnie robili. Pisali od godziny iks do godziny igrek zapełniając określoną liczbę stron. Potem siadali w salonie i obmyślali strony następne.
Gdyby jeszcze coś pisał jak prawdziwy pisarz, za którego się uważał, a on siedział i patrzył, postękiwał i mruczał, jakby miał za chwile coś urodzić. Po pół godzinie wstawał, mówiąc:
- Och, dzisiaj nie mam ochoty pisać. Może to ta pogoda.
- Może lepiej nie zmuszaj się do tego pisania, ono samo przyjdzie. Tak bywa. – odpowiedziałam.
- Zawsze wszystko wiesz lepiej! Wiesz nawet co ja czuję, jak się czuję i dlaczego nic nie napisałem! A może to twoja obecność tak na mnie działa! Nie pomyślałaś o tym?
- Nie pomyślałam, ale teraz już wiem.
Poczułam się jakbym oberwała pięścią w twarz. Nareszcie wyrzucił to z siebie słowami, które raniły doskonale.
To ja zdecydowałam się sprzedać nasze mieszkanie z ogrodem w centrum miasta i kupić tę samotnię na Mazurach, aby on mógł pisać.
Wydał dopiero jedną książkę, która średnio podobała się znajomym, a krytycy nawet nie wiedzieli o jej istnieniu. Wbił sobie do głowy, że ma misję do spełnienia. Musi wzbogacić polską literaturę o swoje nazwisko. Miał nawet tytuł tej książki: „Zaklęte słowa”. Szarpał się teraz ze świadomością niemocy pisania.
Coś się przestawiło w jego biednej głowie starego człowieka. Był wściekły na siebie, ale nie dopuszczał myśli, że to on jest przyczyną, bo jest beztalenciem.
Stary dom nad jeziorem miał być azylem dla jego talentu. Ja, jako opiekunka, powinnam temu służyć, wspomagać go, rozumieć, że jego misja jest dla mnie nagrodą za moje bezbarwne życie. Miał tylko mnie. Mógł zatem na mnie wylewać swoje frustracje.
Dawniej już kilka razy łapałam się na tym, że odejdę od niego, tak po prostu, pewnego ranka. Pojadę do mojej siostry, która wyszła za Włocha i mieszka niedaleko Sieny. Kiedy siostra zmarła, straciłam tę jedyną możliwość. Rozwód nie wchodził w grę. Jestem osobą wierzącą i wiem, że przysięgałam przed Bogiem, że go nie opuszczę aż do śmierci. Zamknęłam się w sobie i trwałam w tej beznadziejnej egzystencji.
To wymagało odwagi i aktorskiego talentu. Szło mi nieźle i tylko czasem miałam ochotę kopnąć w ścianę i rozwalić coś w drobny mak.
W takich chwilach wychodziłam z domu, by usiąść na naszym molo i patrzeć na wodę, na przeciwległy brzeg jeziora, przesuwające się białe żagle łódek i słuchać szumu przybrzeżnych traw.
Po chwili zapominałam o żalu jaki mnie wypełniał. Dosłownie, czułam jego objętość i ból w piersi, który łagodniał jak uspokajająca się tafla jeziora przed zmierzchem.
Tego dnia wybiegłam z domu, chciałam tak biec na koniec świata, jak we śnie odbić się od pomostu i pofrunąć prosto przed siebie w nieskończoność.
Poproszę Boga, aby zesłał na niego wenę, to tchnienie, które rozświetla umysł tak bardzo, że ciało przestaje się liczyć. Istnieją jedynie palce, ekran i to coś co spływa  w dół do rąk a one wykonują posłuszną pracę. Powstaje fałszywa rzeczywistość ale tak przekonywująca, że ludzie płaczą czytając. Szukają ukrytego sensu słów, albo cytują te oczywiste, proste w wymowie.
- Boże daj mu napisać tę książkę! Mam tak niewiele czasu, i to moja jedyna szansa na odzyskanie spokoju. Może wtedy mnie zauważy, doceni i znów będzie dobrze.
Usiadłam jak zawsze na przystani, o którą rytmicznie stukała przywiązana łódź. Drugi brzeg zniknął za mgłą. Szara woda i niebo zapowiadały „biały szkwał”.
Zapadła cisza przerwana gwałtownym rykiem, który wydobywał się z głębi jeziora. Biała piana pokryła horyzont. I wtedy jeden ogromny błysk uderzył w niewidoczną powierzchnią jeziora. Potem nastąpiła cisza. Biel rozpłynęła się ukazując znajomy drugi brzeg.
Na niebie pojawiły się strzępy błękitu. Po chwili wszystko wróciło na swoje miejsce. Znieruchomiałam. Nigdy nawet w opowieściach nie słyszałam o takim zjawisku.
Z ociąganiem wróciłam do domu. Zajrzałam do gabinetu. Po lewej stronie komputera leżał równo ułożony stos kartek a na jego wierzchu karta tytułowa „ Zaklęte słowa”.
Druga i następne zawierały tekst. Tekst powieści.
- Ludwik! Gdzie jest Ludwik! Musi to zobaczyć! Ale to przecież jest niemożliwe!
Pobiegłam do salonu i kuchni, zajrzałam do łazienki i sypialni, nigdzie go nie było.  Dookoła panowała cisza.
- Może jest w ogrodzie…ale co on powie? Jak ja mu to wytłumaczę? Przecież on cały żył dla tej powieści, on był tą powieścią, nic innego  się nie liczyło.
Od tego dnia minęło pięć lat. Ludwik nadal jest uważany za osobę zaginioną.
Ja, siedzę na trasie domu i czytam „Zaklęte słowa” – cudowną kompilację wszystkich najpiękniejszych książek, jakie napisano na Ziemi.
Rozdział pierwszy zaczyna się słowami:

Dzisiaj umarła mama. Albo wczoraj, nie wiem. Dostałem depeszę z przytułku:
„Matka zmarła. Pogrzeb jutro. Wyrazy współczucia.” Niewiele z tego wynika. To stało się być może wczoraj.
Przytułek dla starców jest w Marengo, osiemdziesiąt kilometrów od Algieru.

Rozdział drugi to inny tekst:
Był starym człowiekiem, który łowił ryby w Golfstromie pływając samotnie łodzią i oto już od osiemdziesięciu czterech dni nie schwytał ani jednej. Przez pierwsze czterdzieści dni pływał z nim pewien chłopiec.

Mam osiemdziesiąt kilka rozdziałów i dużo czasu. Jakoś nie tęsknię za Ludwikiem.

sobota, 30 kwietnia 2016

ZBĘDNA RZECZ - nowe opowiadanko

MARTA HANNA PRECHT
Słowo: piekło

ZBĘDNA RZECZ

Leżę na betonowym schodku, jednym z kilku prowadzących do drzwi domu. Czuję burczenie w brzuchu, ale to chyba był już wieczór i zbliżała się pora mojego karmienia. 

Kiedyś dostawałem raz dziennie jedną miskę, za to pełną jedzenia. Pewnie, że wolałbym dostawać takie dwie, na przykład jedną dodatkową rano, ale wtedy panował straszny rozgardiasz. Wszyscy pędzili gdzieś poza dom. Nikt nawet na mnie nie spojrzał mimo, że machałem zawzięcie ogonem i patrzyłem przymilnie temu kto akurat pojawił się w drzwiach domu.
Czasem wpuszczano mnie do środka. Oprócz wieczornej miski dostawałem resztki z talerzy. To było święto!
Mała Betty ukradkiem dawała mi suche ciasteczko, które pięknie chrupało w zębach. Wprawdzie nie czułem jego smaku ale przypominało chrupanie kości, co było dla mnie jako dla psa wspaniałym dźwiękiem.
 Mała Betty była zbyt mała, aby być moją przyjaciółką. Jej zabawy trochę mnie męczyły, zwłaszcza kiedy wtykała mi palce w uszy, albo próbowała na mnie jeździć jak na kucyku.
Prawdziwym przyjacielem był jej jedenastoletni brat Frank, który czasami zabierał mnie na spacery. Jestem dużym psem. Mówiono o mnie, że jestem psem wielorasowym i na dobrą sprawę nie wiedziałem, co o tym myśleć. Czy to znaczy tyle, że bardziej cenny? W końcu uwierzyłem, że chyba tak jest i wyżej i dumniej  nosiłem ogon, powiewając piękną rudą kitą.
Pan domu traktował mnie oschle. Zawsze maszerował wyprostowany wychodząc z domu, a w furtce odwracał się i krzyczał do mnie:
- Barry, pilnuj domu!
Tak. Pilnowałem jak umiałem najlepiej. Gdy ktoś się zbliżał do furtki, ujadałem jak najęty, szczerząc zęby jeżąc sierść na grzbiecie. Wcale nie byłem zły na innych. Po prostu spełniałem swój obowiązek. Nie miałem ochoty aby ktoś się pętał po moim terenie.
Od pewnego czasu, coraz częściej zostawałem w domu sam, na dwa dni. Nawet wieczorem nie dostawałem swojej miski, brakowało mi czasem wody, a dom był pusty. Ale potem wszystko wróciło do normy. Znowu jak dawniej Pani odwoziła dzieci do jakiś innych miejsc, Pan krzyczał - Pilnuj domu! Wieczorem oboje siadali na małym ganku pijąc jakiś napój. Leżałem obok nich i wpatrywałem się w ich twarze.
- Popatrz Ben jak on na ciebie patrzy! Jakbyś był jego bogiem!
- Boga nie ma. Mogę być jedynie jego panem i on to wie!
- I co z nim zrobimy? Zabierzemy go ze sobą do Maine?
- To kawał drogi! – odpowiedział. Coś wymyślimy.
- Ale dzieci go lubią…
- Trudno, muszą się przyzwyczajać do trudów życia! Kupimy im szczeniaka na miejscu.
- No ale co z nim zrobimy? – dopytywała.
- Poproszę tę psiarę, która mieszka za rogiem. Niech go sobie zabierze.
- No chyba że tak… odpowiedziała z ociąganiem.
Nie wiedziałem o czym mówią, ale wyczułem coś niepokojącego, złego, coś, co dotyczyło mnie, ale w tym niekorzystnym dla mnie układzie.
- Jakie on ma piękne orzechowe oczy! – westchnęła.
O! Właśnie tego chciałem słuchać. Tego miękkiego, ciepłego brzmienia głosu. To przypomniało mi, kiedy byłem mały. Wszyscy tak do mnie mówili. Tak cieniutko, przymilnie i słodko. Spałem nawet na kocyku na ich kanapie. Kiedy dorosłem, już rzadko słyszałem takie miękkie słowa, a potem już mieszkałem na podwórku, przed domem.
Mieszkałem w budzie, skleconej byle jak, bo to miało być schronienie tymczasowe. Pan powiedział, że zrobi mi prawdziwą, ciepłą budę dla psa. Czasem coś majsterkował w otwartym garażu, ale to chyba nie była buda.
Kiedy pojawiła się Mała Betty, Pan był prawie nieobecny. Już nigdy nie pracował w garażu, a tak lubiłem leżeć na jego chłodnym betonie i patrzeć co robi.
Czasem stróżowałem przy Małej, leżąc obok jej wózka, kiedy Pani wystawiała ją do ogródka. Ogródek to za dużo powiedziane. Trochę zeschłej trawy na środku, a ta zieleńsza rosła przy płocie od jego południowej strony dając  trochę ochłody w upalne dni.
Któregoś dnia… to było chyba niedawno, wszyscy zaczęli wynosić z domu jakieś pudła i ładować je do pick-up’a. Biegałem dookoła radośnie, bo podobał mi się ten ruch na podwórku. Machałem ogonem, przysiadałem na przednich łapach, zapraszając ich do zabawy. Byli bardzo zajęci. Nikt nie skorzystał z mojego zaproszenia. Pani nalała mi do dużej miski wody, a do drugiej dużej wsypała suchą karmę i postawiła obie pod dachem  ganku. Nawet dodała jakiś stary koc pod drzwiami.
Potem zamknęła drzwi i zawołała;
- No to już wszystko!
- A Barry?! -  krzyknęła Mała Betty.
- Barry zostanie tutaj kochanie. Nie może z nami jechać. To jest za daleko! Córeńko, nie wychodź z samochodu!
Mała Betty jednak nie posłuchała. Wybiegła, pędząc w moim kierunku, krzyczała:
- O nie!! Nie pozwolę go zostawić! Mamo ja chcę być z nim.
- Kupimy ci nowego ślicznego pieska na miejscu. Obiecuję!
Mała tuliła się do mnie szlochając. Jej łzy moczyły mi pysk, a ja czułem się jakoś dziwnie. Nigdy nie przeżywałem takiej emocji w tej rodzinie. Nie wiedząc
co robić siedziałem sztywno, jakbym połknął za dużą kość.
Betty płakała, pani delikatnie szarpała jej rękę, ciągnąc w stronę samochodu.
- Zobaczysz, ktoś się nim zajmie. Będzie miał nowy dom. Tak jak my. Pewnie będzie zadowolony. No, chodź już, Tata czeka!
Dziewczynka z rozmazaną buzią dała się w końcu przekonać i podreptała w stronę samochodu. Odjechali.
Zapadła cisza. Byłem zmęczony i zdezorientowany, więc położyłem się na chłodnej trawie pod płotem i zasnąłem.
Obudziłem się w nocy. Dom był ciemny, nie świeciło się ani jedno okno. Ale przecież tak bywało, kiedy wszyscy spali. To normalne. Zjadłem trochę chrupek i postanowiłem pospać jeszcze chwilkę, ale już w tej mojej nieszczęsnej budzie.
Obudził mnie jakiś szmer przy furtce. Oczywiście wypadłem szczekając ostro i przepłoszyłem dwóch dziwnych ludzi, którzy chyba chcieli wejść na posesję.
Poszedłem na ganek, aby się czegoś napić. Przy okazji znów pochrupałem karmy dla psów i stwierdziłem, że to nawet miłe, mieć taki święty spokój z pełnym brzuchem.
To była pełnia lata. Było gorąco. Piłem dopóki była woda w misce. Potem już nie było nic, czym mógłbym ugasić pragnienie. Nawet nie miałem apetytu na karmę. Chciałem tylko pić, pić… za wszelką cenę. Piekło. Czułem jak wysycha mi nos i język. Chwilami albo spałem, albo traciłem świadomość Dziś jest pochmurno i nawet spadło trochę deszczu. Poczułem się trochę lepiej.

Leżę tak i leżę. Nie mam siły wstać. Nie wiem co robić. Nic nie rozumiem.

sobota, 9 kwietnia 2016

dusza komputera

Wybaczcie te nieoczekiwane akapity, które tworzy mój komputer. Widocznie też chce coś od siebie wnieść! 

BEZ BILETU

Popełniłam szesnaste opowiadanko maluśkie:


MARTA HANNA PRECHT

Słowo: niebo
BEZ BILETU


Autobus nie nadjeżdżał. Minął kwadrans, potem drugi,
a Robert cierpliwie czekał i czekał. Właściwie nie czekał. Nawet gdyby w końcu przyjechał, być może wcale do niego by nie wsiadł. Przed nim rozpościerała się porośnięta dziko łąka. Słońce właśnie zbliżało się do horyzontu powoli
i nieubłaganie.
Niebo nabierało złotego odcienia, a im bardziej na wschód stawało się szafirowe. Pomarańczowe, ciepłe światło przesączało się przez lekką wieczorną mgiełkę podświetlając źdźbła traw. Twarzom ludzi nadawało złotego odcień skóry
i eteryczne piękno.
Takie chwile wcale nie są rzadkim zjawiskiem.
Rzadko natomiast zdarza się aby stojący, czekający ludzie
na przystanku zwracali na nie uwagę.
Ruda dziewczyna wpatrzona w ekranik smartfona widziała coś urzekającego w telefonie. Kobieta w średnim wieku ciągle zerkała na czubki swoich butów. Były chyba nowe
i wymarzone, bo ciągle oglądała je z czułością w oczach.
Facet o wyglądzie mechanika samochodowego dłubał
w swoich brudnych paznokciach usiłując czasami wygryźć jakąś zadrę. Kilka osób stało cierpliwie, patrząc pod nogi. Mając tyle wolnego czasu, za sprawą autobusu, nie potrafili oderwać się od siebie samych i przedmiotów ze sobą związanych.
Nagle jakieś ożywienie poruszyło stojących ludzi.
Każdy zerkał w lewo, aby na własne oczy zobaczyć kształt nadjeżdżającego autobusu. Po chwili pisk hamulców oznajmił jego istnienie. Wszyscy oprócz Roberta posłusznie wsiedli do środka.
Robert nadal siedział na ławce patrząc jak powoli słońce tonie w horyzoncie. Miał wrażenie, że jeśli przerwie tę obserwację, coś straci. Coś ważnego dla niego, ale jednocześnie niematerialnego, kruchego i niezwykłego.
Autobus z ludźmi z przystanku zniknął za zakrętem.
Robert wrócił do obserwacji słońca. Kiedy już tylko sam czubek jeszcze był widoczny, zobaczył tak zwany zielony błysk, niezwykle rzadkie zjawisko towarzyszące zachodom
ale także wschodom słońca.
Zielony pas światła zapalił miejsce po słońcu. Rozzielenił niebo, choć trwał ledwie kilka sekund.
W tej samej chwili nadjechał autobus. Był zielony, nowy z błyszczącymi elementami z niklu. Kiedy drzwi z sykiem otworzyły się, Robert zauważył brak kierowcy, jednak
nie był tym zdziwiony. Razem z zielonym błyskiem jego umysł przyjmował wszystko bez zastanowienia.
Otwarte drzwi zapraszały do środka, a więc Robert poddał się i bez zastanowienia wsiadł i usiadł na pierwszym z brzegu siedzeniu. Miał wrażenie, że autobus sunie w powietrzu. Jazda była cicha i gładka.
Nagle na szybie obok niego rozbiła się czerwona kropla
i spłynęła w bok, pchana pędem powietrza.
- Jak krew. – pomyślał.
Mgła stawała się coraz gęstsza. I nagle, jak to bywa podczas lotu samolotem, wynurzyli się z mgły w oślepiające światło. Autobus przyhamował, stanął i otworzył drzwi.
Robert znalazł się w krainie ze snów. Tych dobrych, kolorowych, które ubarwiają potem cały dzień radością.
Pierwszą osobą, którą zauważył, była jego matka.
Była zbyt młoda. Zachowywała się jakoś dziwnie, nie tak jaką ją pamiętał. Podbiegła do niego lekko i powiedziała:
- Oj, jak dobrze cię zobaczyć syneczku. Postarzałeś się troszkę, a może zgubiłeś gdzieś to dziecko w sobie, które pamiętam. Jeśli tu zostaniesz, pomożemy ci się odnaleźć. Jeśli nie to trudno jesteś panem swojego ciała. I tak kiedyś trafisz znowu pod moją opiekę.  Popatrz ilu tu szczęśliwych ludzi!
Robert przytulił się do matki jakby był na powrót dzieckiem. Nie pachniała tak jak dawniej, ale ładniej z jakąś świeżością kwiatów po deszczu. Oczy też miała bardziej błękitne.
- No tak. Przecież oczy koloru nieba zarezerwowane są dla kobiet. Mężczyźni powinni mieć oczy  koloru morza, a to po to, aby na horyzoncie, kiedy niebo styka się z morzem, w tym miejscu łączy się smutek z tęsknotą, a razem mogą tworzyć miłość…  – pomyślał.
- Pięknie pomyślane, synku – szepnęła matka.
Prowadziła go za rękę, jak małego chłopca.
- A wiesz kochanie, zaraz powinien pojawić się tata. Poszedł gdzieś z przyjaciółmi, i chyba jeszcze nie poczuł twojej obecności. On się czasem zatraca… jak dawniej. Zaraz, dlaczego powiedziałam „dawniej”? Co to znaczy?
- Mamo, trudno mi to tutaj wytłumaczyć. Bo chyba sam nie wiem co znaczy „dawniej”. To chyba dotyczy czasu… jego upływu, ale nie zastanawiajmy się! Jesteśmy tu, teraz
i to chyba jest najpiękniejsze.
Przez mostek nad strumykiem przechodziła grupka ludzi. Trzymali się razem i ze zdziwieniem obserwowali otoczenie. Robert widział ich od tyłu, ale miał wrażenie,  że jest w nich coś znajomego.
- Autobus! Tak! To ta ruda z przystanku i ten monter
i kobieta w butach… Skąd ja ich znam?
- Mamo, poczekaj, nie odchodź.
Podbiegł do nich zostawiając na chwilę matkę.
Pierwsza zobaczyła go ruda dziewczyna.
- Widziałam cię, chyba na przystanku. Przecież nie wsiadłeś
z nami. Gapiłeś się w słońce, zgadza się?
- Taaak. – powiedział z ociąganiem Robert, bo właśnie
w tej chwili jakby na chwilę wróciła mu pamięć. – To było dawniej… hmmm… dawniej. To znaczy dawniej?
- No chyba tak, ale niczego nie jestem pewna.
- Gdzie masz telefon?
- Jaki telefon, co to telefon? Jakaś rzecz? Niepotrzebna rzecz?
- Nie wiem. Ja też już nic nie wiem. A dlaczego tamta pani jest bez butów?
- Nie mam zielonego pojęcia, ale coś mi mówi,
że za bardzo była do nich przywiązana, a teraz już jej
nie odciągają od rzeczywistości, tak myślę.
- Co myślisz? – spytał mechanik. – Bo ja nic nie rozumiem
i nie myślę, … chyba. – Może ty rozumiesz,
co się stało? – spytał zwracając się do Roberta.
- Ja też niewiele rozumiem. Widzicie tę kobietę, która patrzy na mnie z miłością w oczach? To moja matka, która zmarła dziesięć lat temu…
- To znaczy, że jesteśmy w niebie! – krzyknęła Ruda.
- Niebo, to jest niebo? – spytał sam siebie Robert.
Rzeczywiście, niby wszystko było podobne, ale jednak inne. Wszystko było świeże. Ani jednego uschniętego listka, przydeptanej trawy, starych zniedołężniałych postaci…
bo chyba nie ludzi.
Tak jak na Ziemi świeciło coś, co chyba grało rolę słońca.
Jego blask był miękki, złoty, wydobywał się z punktu
a nie z kuli. Chmur nie było. Właściwie tylko to różniło niebo od Ziemi.
- Mamo, czy ja też nie żyję? Przecież nie wsiadłem do tego autobusu!
- Niestety żyjesz. Tak. Niestety, bo wtedy miałabym cię znów obok. Nie rozumiem dlaczego dostąpiłeś tej łaskawości zobaczenia nieba. Zeszczuplałeś. Czy spotkało cię coś tak bardzo smutnego, że dostałeś to w nagrodę?
- Chyba tak, mamo. Byłem bardzo samotny, rozpaczliwie samotny. Nie miałem chęci do oglądania czegokolwiek.
Byłem zawieszony. Tak się czułem do chwili, kiedy zobaczyłem ten pomarańczowy blask.
- Już tak nie będzie. Trudno, wracaj. Chyba jeszcze musisz coś przeżyć, aby dopełnić swój czas. Będę czekać, będę czekać… - mówiła, krzyżując ręce na piersiach.

Jej głos cichł, ona i otoczenie coraz bardziej traciło ostrość, cichł śpiew ptaków i szmer strumyka. Światło traciło swoją intensywność.

Zapanowała chwilowa cisza, po której Robert usłyszał syk otwieranych drzwi. Wiedział, że to ten sam zielony autobus.
Ocknął się na tej samej ławce, na przystanku autobusowym. Było szaro. Ale to nie była noc, raczej początek świtu, kiedy słońce jeszcze wędruje, zbliżając się, poza horyzontem.
Robert zaczynał przypominać sobie zdarzenia, które były chyba snem, pięknym snem. Po chwili poczuł ciepło
na plecach, niebo zmieniło kolor na seledynowy,
i zażółciło dachy domów. 
Odezwały się pierwsze ptaki.
- Spałem? Co to było? – pytał siebie w myślach.
Ciszę przerwała syrena. Ptaki zamilkły. Przez drogę przemknęła karetka pogotowia, a za nią wóz policyjny. Zniknęli za zakrętem. Tym samym, za którym wczoraj zniknął zwyczajny autobus.

Robert wstał z ławki i ruszył w drogę. Nie tam, skąd przyjechał autobus, ani tam, gdzie zniknął, ale prosto przed siebie, czując pod stopami kępki traw i suchych liści. Nad głową przeleciał  mu trzmiel. Leciał bucząc wbrew wszelkim prawom aerodynamiki i był zadowolony z zagadki jaką robił fizykom. Robert też był zadowolony. Dlaczego? Nie wiedział.