poniedziałek, 7 stycznia 2013

CIEŃ WAŻKI

Moja pierwsza wydana nowela - powieść. Posłowie napisał Pan Andrzej Zaniewski - poeta, prozaik, mistrz słowa. A oto tekst:


ANDRZEJ ZANIEWSKI
Łakome oczy losu
„Ważka usiadła na rozmarynie, jakby chciała przez
chwilę odpocząć od furkotania własnych skrzydeł. Ze
szczeliny podłogi tarasu spoglądały na nią łakomie
małe żółte oczka jaszczurki, zastygłej z podniesiona
łapką.”
Marta Precht „Cień ważki”
Zastanawiam się, czym urzekła mnie ta książka. Dlaczego
wydaje się tak bliska? I jakby potrzebna, wyjaśniająca-
-odpowiadająca na pytania, których nie rozstrzygniemy?
A może ważniejsze od rozstrzygnięcia jest zrozumienie?
Bohaterowie tej znakomicie skomponowanej noweli poszukują
szczęścia, a może po prostu wyciszenia, odpoczynku
chociażby na kilka chwil, godzin, dni. Chcą spełniać swe
marzenia i stają się w swych tęsknotach bardzo podobni
do nas. Przestają być tylko bohaterami opowieści, a przeobrażają
się w cichych uczestników również naszego życia.
Akcja rozgrywa się w trzech planach realnych i emocjonalnych.
W domu spokojnej i gorzkiej starości, w przeszłości
– we wspomnieniach wciąż powracających, w internecie –
w labiryncie komputerowych sieci tworzących wirtualną
namiastkę życia – nadziei, szansy czy szansy nadziei…
Gorzka teraźniejszość zderza się z przeszłością, która
mogła być przecież inna, gdyby nie wypadki, zdrady,
rozpacz, alkohol, samobójstwo i… obojętność, przeróżne
formy cynizmu i egoizmu. Czas, który minął, łączy się z teraźniejszością,
przeplata z dialogami postaci z kompute100
rowego – okrągłego stołu – układa w konsekwentną dramaturgiczną
kompozycję prowadzącą do nieuchronnego
przecież zakończenia…
Uwikłani między miłością a rozpaczą, szczęściem a poczuciem
klęski, bohaterowie istnieją jakby w wielopiętrowym
labiryncie przemijania. Sielskie obrazy cudownych
ogrodów zderzają się z twarzami staruszek usypiających
przed telewizorem, pod powiekami majaczą powidoki z kolorowych
pocztówek.
W zakamarkach czai się przekora, ukryta ironia, a imię
transatlantyku „Batory’’ nosi metalowy wózek rozwożący
zupki i dietetyczne dania w domu starców.
Nora i Julian, Marianna i Ludwik, oddaleni Tunia i Gaston
– ich losy powiązane, splecione ze sobą układają się
w logiczny łańcuch zdarzeń tylko chwilami szczęśliwych.
Ludwik – ten wiarołomny mężczyzna, zdradzający ukochana
żonę w odległym Egipcie, skruszony i przerażony szuka
schronienia w sieci internetu, oczekuje pomocy, wybawienia
lub złudzeń – nazwy są obojętne.
A darowanie winy? Odpuszczenie grzechu? Przebaczenie?
Zrozpaczona Marianna odtrąca piękne słowa błagalnego
listu – prośby o wiersz – uśmiech – oddech – szept,
wyrzuca je z sieci i z kosza, skazuje na niebyt, niebawem
sama wybierze samobójczy strzał… A on przecież tak bardzo
„bał się odtrącenia’’.
Codziennie na ziemi miliony wpatrują się w ekrany,
w monitory roziskrzonych marzeń, rozbudzonych tęsknot,
pragnień, pożądań – ten stan zafascynowania znamy
z naszej polskiej rzeczywistości. Chcemy przekraczać granice
pomiędzy sobą i w sobie, być – mieć – chwytać… Nie
chcemy tracić i żałować, ale to też nieuniknione, jak starość.

Piękna nowela Marty Precht opowiada o tych właśnie
granicach wciąż na nowo przekraczanych, omijających, lekceważonych…
Poznajemy siebie i czytamy o jakże bliskich
bohaterach, być może sąsiadach z domu vis-á-vis, i nagle
odkrywamy, że to o nas i dla nas.
A symbol ważki i jaszczurki przyczajonej w szczelinie
tarasu uznać możemy za przestrogę lub zachętę do schronienia
się… być może w bezpiecznym blasku komputera.
Zapamiętałem sprzed lat kilkudziesięciu szczupłą, smagłą
sylwetkę Bułata Okudżawy wśród stolików kawiarni Klubu
Związku Literatów przy Krakowskim Przedmieściu…
Sądzę, iż byłby szczęśliwy, wiedząc, że fragment jego wielkiego
wiersza-piosenki „Modlitwa Franciszka Villona’’ stał
się mottem otwierającym wzruszającą opowieść polskiej
pisarki.
Andrzej Zaniewski
poeta, prozaik

SZEŚĆ OPOWIADAŃ

Chciałabym wydać je w tym roku. To byłaby jedna książka pod tytułem "Opowiadania z lumpeksu" i moja druga wydana pozycja po debiutanckiej "Cień ważki". 

CZTERY WIATRY


Sklep już zamykano. W grudniu dzień jest krótki.
Za oknem była głęboka noc.
Kasjerka liczyła utarg, a właścicielka krążyła między wieszakami, sprawdzając czy nie leżą na podłodze ubrania, które spadły.
W radio jeszcze grała chilloutowa muzyka dla klientów..
Obok kosza leżała dziwna czapka. Czerwona, z czterema rogami na miękkim daszku, z bogato haftowanym otokiem, obramowana białym futerkiem.
Sądząc po rozmiarze dla dorosłego. Pani Gosia schyliła się, aby ją podnieść.
– Kto to kupi? – pomyślała. Dorzuciła ją do innych leżących w koszu.

***










Bardzo dawno temu, kiedy Laponia była pustym krajem, zasypanym śniegiem po sufit, mieszkał w chatce skleconej z bierwion samotny szaman.
Był zły, bo gdy wychodził na zewnątrz, by upolować coś do jedzenia, wiatry szalały bez ładu i składu. Wirowały, podnosiły ogromne tumany śniegu tak wysoko, że czasem sypały go w oczy Księżycowi, który w pogodne noce musiał je długo wypłakiwać soplami lodu.
Pewnego zimowego dnia, obserwując właśnie zorzę polarną, zauważył, że ułożyła się falami w pierścień. Ten pierścień podsunął mu myśl, by ujarzmić szalejące wiatry w czymś, co je uchwyci i skieruje we właściwym kierunku tak, by wiatr północny wiał z północy, wschodni ze wschodu. Wtedy nawet zachodni
i południowy, najbardziej dokuczliwy, będą wiedziały, w którym kierunku mają dmuchać.
Minął miesiąc. Szaman pewnego zimowego dnia, gdy wiatry szalały jak zwykle, wyszedł z chatki z jakimś przedmiotem w ręku. Wyczarował dziwną czapkę. Czerwoną, dość głęboką, której denko miało cztery spore rogi.
Trzymając ją mocno, uniósł najwyżej jak potrafił i krzyknął donośnym głosem:
- Wiatry! Macie wybrać sobie kierunek, w jakim chcecie wiać! Teraz złapię was do tej czapki i tam wybierzecie, który chce być wiatrem północnym, który południowym, który wschodnim lub zachodnim! Wypuszczę was wtedy, kiedy każdy z was wybierze swój kierunek!
Zamachnął się i złapał oszalałe wiatry w tę dziwną czapkę. Zapanowała cisza, jakiej Laponia nie słyszała. Przez chwilę w środku panował ruch, aż nagle ustał.
- Czy wiecie już, który jest, który? – zapytał szaman?
- Taaaaak! – odpowiedziały chórem wiatry.
Szaman otworzył czapkę i odtąd zapanował porządek. Kiedy było lato wiał wiatr południowy, więc północny mu nie przeszkadzał, zimą królował północny, zapraszając czasem do siebie wiatr wschodni. Zachodni stał się najbardziej leniwy, wiał leciutko.
*

W studio telewizyjnym już tylko minuty dzieliły prowadzących i gości od „wejścia na antenę”. Na białej kanapie, za szklanym stołem, charakteryzatorka kończyła pudrowanie czoła prowadzącej program.
Naprzeciwko siedziała para młodych. On w jeans’owej koszuli, brunet o przyjemnej twarzy, z zainteresowaniem oglądał studio. Wiedział, że niebieskie tło za nimi będzie w końcowym efekcie obrazkami z Laponii, gdzie właśnie wybierali się w podróż. Przed nimi na podłodze piętrzyła się ładnie ułożona dekoracja ze skór renifera, rakiet do chodzenia po śniegu i na pierwszym planie aparatu fotograficznego. Ona, uśmiechnięta blondynka, w czarnym golfie, była chyba bardziej zdenerwowana niż jej partner, bo kilkakrotnie odrzucała pasmo jasnych włosów spadających jej na policzek.
- Ela, podlakieruj pani to pasemko, żeby jej nie spadało!
Ela pobiegła szybko na zaplecze wróciwszy z lakierem. Błyskawicznie wykonała polecenie i jeszcze szybciej zbiegła z planu.
Jeszcze tylko chwila skupienia wszystkich. Prowadząca przybrała już swoją wesołą, beztroską minę. Z reżyserki padło zdanie:
- Uwaga za chwilę! Jesteśmy na antenie!
Prowadząca przejęła swoją rolę:
- Dzień dobry Państwu!  Witam w programie „Wzdłuż i wszerz świata”! Dzisiaj mam dla państwa dwoje podróżników, którzy chcą nam opisać świat za pomocą aparatu fotograficznego. Właśnie wybierają się do Laponii. Przedstawiam Państwu: Monika i Błażej  Borawscy!
Zaczęła klaskać na powitanie, w tle można było usłyszeć klaskanie sali, której nie było. Realizator dał obraz z kamery, która pokazywała ich portrety. Błażej delikatnie skinął głową, Monika uśmiechnęła się lekko. Następnym obrazem była prowadząca:
- Tych dwoje ludzi, sami odkrywają dla nas miejsca bardzo dalekie od turystycznych tras i hotelowych wygód. Czy to znaczy, że nigdy nie widzieliście piramid?
- Widzieliśmy, oczywiście, ale zaraz szybko zbaczamy z drogi
i szukamy tego, co jest po drugiej stronie piramidy, Tadż Mahal albo Angkoru. Ciekawią nas miejsca, do których nie docierają turyści. Tam zrobiliśmy najwięcej interesujących zdjęć.
- Ogromny zbiór waszych fotografii jest w tym nowo wydanym albumie.  Są to zdjęcia z Kamerunu, Etiopii i Madagaskaru. Czy teraz zamierzacie trochę ochłodzić fotografie? Wiem o nowym planie podróży. – uśmiechając się przyjaźnie, zwróciła się do Moniki.
- Tak. Arktyka to moje klimaty. Jeszcze tam nie byliśmy, może dlatego postanowiliśmy zakosztować lodu i mrozu niedaleko, w Finlandii, a bardziej szczegółowo w Laponii.
- Czy to znaczy, że będziecie ścigać z aparatem Świętego Mikołaja?
- O nie! Ja i Błażej już nie wierzymy w Mikołaja! To konfekcja, cepelia dla turystów! My chcemy poznać ten niegościnny kawałek świata, gdzie narodziła się historia Kalevali. Chcemy wyjechać teraz, aby dotrzeć do Rovaniemi a stamtąd do Laponii we właściwym czasie. Poza tym chcemy zobaczyć jak najwięcej najwspanialszych zjawisk, białe noce i oczywiście zorze polarne. Ja będę wypatrywać a Błażej będzie robić zdjęcia – powiedziała Monika zwracając się w stronę Błażeja.
- O tak! Monika „ma oko”! Już wielokrotnie zobaczyła coś, co o mały włos bym rozdeptał!
W studio zapanowała miła atmosfera. Młodzi, rozluźnieni, zachowywali się swobodnie, co bardzo ucieszyło prowadzącą. Nie musiała „wyduszać” odpowiedzi. Były szczere i spontaniczne. Jeszcze tylko kilka pytań i podziękuję im i widzom za uwagę, proponując następne spotkanie ze znanym zdobywcą Czomolungmy.
*

Silniki samolotu szumiały jednostajnie. Błażej oparty wygodnie na fotelu, chyba drzemał. Monika zbyt podniecona podróżą, prawie nie spała tej nocy. O świcie wyruszyli na lotnisko, zabierając ze sobą dość spory bagaż. W Helsinkach mieli zarezerwowany hotel w dawnym budynku więziennym na wyspie Katajanokka o tej samej nazwie. Postanowili zostać tam jakieś trzy dni, aby choć trochę się zaaklimatyzować, a potem wyruszyć do Rovaniemi – bramy
do Laponii. Tam wynająć jakiś hotel, który będzie ich bazą, a potem to już wielka niewiadoma!
Do Helsinek były jeszcze dwie godziny lotu, czyli połowa. Popatrzyła na ładny profil Błażeja i przytuliła się do jego ramienia.
- Spróbuj zasnąć Monia – powiedział.
Zamknęła oczy i udając, że śpi słuchała pracy silników, wyobrażała sobie ich dwoje idących w bezmiarze bieli pod zieloną firanką zorzy.
- Aurora borealis, trochę to brzmi jak Aurora na boreliozę chora - pomyślała uśmiechając się.
Być może to zabawne skojarzenie spowodowało, że już spokojniejsza, przytulona do ramienia Błażeja, zasnęła.
Rovaniemi – serce Laplandu – jak je określają, przywitało ich kilkustopniowym mrozem, ale lapoński mróz jest suchy i przyjemnie mroźny w przeciwieństwie do polskich mroźnych, wilgotnych i wietrznych zim.
Wynajętym jeepem podjechali pod hotel Aakemus. Był to niski, właściwie parterowy budyneczek, który sprawiał wrażenie przerobionego ze starego fińskiego domu, a na potrzeby hotelarskie dobudowano mu z boku parterowy przeszklony pawilon.
Mimo, że była to wczesna popołudniowa godzina, panowała już noc. Czerwony neon z nazwą hotelu rozświetlał biel śniegu. Było go jeszcze niewiele, zima dopiero przymierzała się do panowania.
Na razie wyłączyła światło dnia. Tylko na kilka godzin po południu Laponia pogrąża się w półmroku.
Za kontuarem recepcji siedziała starsza kobieta. Była tak szara jak ten półmrok za oknem. Ubrana w szary sweter, dziergała na drutach drugi, podobny w kolorze.
- Nie mogłabym tu być na stałe, chyba bym się spopieliła w tej szarości – pomyślała Monika.
- Co masz taką minkę? – zapytał Błażej. Daj spokój, damy radę!
Pokój był nieco przyjemniejszy w odbiorze. Narzuty na łóżkach
w pomarańczowo niebieska kratę i łososiowe zasłony miały ocieplić wnętrze.
Monika nie zdejmując kurtki, czapki i rękawic, rzuciła się na łóżko.
- Moje przy oknie!
- Niech ci będzie! Jak zwykle! Czy mam cię rozebrać?
- Bardzo proszę, ale tylko z butów!
Potem oboje jednocześnie, co było w ich zwyczaju, wzięli gorący prysznic, zjedli rogaliki, popili winem i zmęczeni usnęli w objęciach.
Nazajutrz, Błażej zadzwonił do przewodnika, informując go, że już są i czekają na niego w hotelu. Mogło to potrwać kilka dni, bo Jarmo potrzebował czasu, aby bardzo dokładnie wytyczyć im trasę, zamówić nocleg tam, gdzie było to możliwe, zabezpieczyć im jedzenie, kuchenkę, skutery śnieżne i możliwości kontaktu. Zima w Laponii jest nieprzewidywalna, a temperatury czasem sięgają minus pięćdziesięciu stopni. To ryzykowna wyprawa, ale był w tym najlepszy i nigdy nie zdarzyło się, aby komukolwiek coś nieprzyjemnego się przydarzyło.
Czekając na Jarmo, Błażej z Moniką wyruszyli do centrum Rovaniemi na zakupy. W hotelu obok pokoiku mieli maleńką kuchnię, gdzie mogli sami sobie coś ugotować, a tym samym zaoszczędzić trochę pieniędzy.
Wieczorem siadali w fotelach, tuż przed oknem. Pijąc gorącą herbatę z cynamonem patrzyli na migające światełka w domach, rzucające żółtą poświatę na śnieg, który nie zamierzał ustąpić.
- Monia, jest dobrze, prawda?
Nie odpowiedziała, ale uścisnęła jego dłoń.
Błażej czuł się odpowiedzialny za Monikę. Bardzo chciała mieć dziecko. Byli już cztery lata ze sobą. Monika zerwała przyjaźnie z koleżankami, które ciągle opowiadały jej, jakie to mają genialne dzieci albo, że już wystarczy dwoje, na trzecie nie mają siły. Żadna nie ugryzła się w język, paplały, paplały, a Monika cierpiała.
Niedawno przeżyła kolejną depresję. Przez tydzień nie wychodziła z łóżka.
Albo spała, albo płakała. Mówiła, że czuje się jak pusta skorupa, martwa, nieużyteczna. Tym razem jej stan był już groźny dla niej samej.
Jej psychoterapeutka doradziła podróż, ale nie pod egipskie niebo, gdzie jest lenistwie i bezmyślnie.
Błażej musiał wymyśleć wyprawę pełną niewiadomych, zagrożeń
i kompletnej zmiany wszystkiego. Laponia spełniała wszystkie warunki. Miał przyjaciela, który mieszkał i pracował w Finlandii i dla żartu uczył Błażeja fińskiego, a więc miał podstawowe możliwości porozumienia się z Lapończykami albo z Samami, jak o sobie mówili. Wbrew pozorom wyprawa nie była droga. Drogie są zorganizowane wycieczki, na których wszyscy chcą zarobić.
Spojrzał na skuloną w fotelu Monikę. Wydała się taka mała i krucha. Oparła głowę na fotelu i patrzyła spokojnie na granatowo złoty obraz miasta za szybą.
-Jak ona sobie da radę? Musi. – pomyślał.
- Napijemy się wina?
- O tak! Daj łyczek! Od jutra chyba już nie będziemy wieźli butelki za sobą!
Błażej poszedł po wino a wrócił z mapą. Ukląkł przed Moniką rozwijając przed nią arkusz.
- Czy ty wiesz ile mamy tego towaru?! Jarmo pożyczy nam sanki i dwa skutery śnieżne. Będziemy je ciągnąć za aż do Vikajarvi, potem dostaniemy renifery. Musimy z nimi dotrzeć do Kemijarvi a stamtąd aż do Sodankyla. W Sodankyla dostaniemy psy i z nimi powrócimy do Vikajarvi i znowu na skuterach do Rovaniemi. Jak Ci się podoba?
- To ogromny kawał ziemi! A gdzie będziemy spać? Odpoczywać?
- Kochanie tam, co kilkanaście kilometrów są chatki. Zaopatrzone w drewno, kuchenkę gazową.
- I te chatki wytrzymują taki mróz?
- To są fińskie chatki. Z grubych bali. Wystarczy w kominku zapalić ogień i po godzinie jest ciepło. Zobaczysz. Niektóre mają nawet saunę! To cywilizowany kraj, a Laponia jest dla takich jak my, wędrowców!
- A jakiś kontakt ze światem istnieje?
- Mamy telefony komórkowe, a zasięg jest wszędzie! Dziwny kraj! Oh, zapomniałem o winie, już podaję!
- Jesteś niezawodny! – Monika uśmiechnęła się dzisiaj po raz pierwszy.
Zadzwonił telefon hotelowy.
- Dziękuję, - odpowiedział Błażej. Tak czekamy na Pana Jarmo.

Wszedł okutany w puchową kurtkę, wysoki, uśmiechnięty szeroko, rozłożywszy ręce na powitanie.
- Hej, witam Was! Ruszymy w zaprawę?
- Hej, chyba na wyprawę! – roześmiał się Błażej. – Ale nie przejmuj się, ja tak samo mówię po fińsku!
Jarmo studiował w Krakowie, mówił po polsku śmiesznie
z węgierskim odcieniem polszczyzny.
Przy winie siedzieli prawie do północy, omawiając wszystkie, najdrobniejsze szczegóły trasy.
- Ja nie pojadę z Wami. To dlaWas takiej wycieczki, ale cały czas z wami będę w kontakcie. To mogę do was szybko dojść, bo wasza trasa idzie niedaleko dużych dróg. Jutro koło południa przyjdę tu ze skuterami, narty i sanki. Dam wam mapę, gdzie są chaty. Zapakujecie się i hej!
*

- Nigdzie nie ma tak białego śniegu, tak głębokiej ciszy i tak czystego powietrza jak tu. – pomyślał Błażej.
Jechali na skuterach, ciągnąc swój bagaż, już od trzech godzin. Lapoński mróz jest przyjemnie mroźny, suchy i dzięki specjalnym ciepłym ubraniom, niezbyt dokuczliwy. Słychać było szum płóz i dźwięk pracujących silników. Jechali wąską doliną. Przed nimi leżała niczym nieskażona biel. Za nimi wił się ślad płóz.
Wąwóz Zdechłego Renifera ciągnął się kilka kilometrów. Od wschodu zamykał go las, który z tej odległości wyglądał jak nieregularna kreska. W tym lesie znajdowała się ich pierwsza chatka. Dotarli do niej tuż przed nocą, tą zegarową, bo noc a właściwie zmierzch trwał cały dzień.
Była niewielka, zbudowana z bardzo grubych bali, łączonych
w narożach w tak znany z polskich wsi sposób, czyli „na jaskółkę”. Przed nią, pod małym daszkiem leżało równo ułożone drewno.
W środku mieli dwa drewniane legowiska, przykryte skórami reniferów, kominek i kociołek do gotowania, na stoliku z dwiema ławkami stała lampa, nafta i zapałki. Było wszystko, co jest potrzebne, aby przeżyć.
- Luksus! – powiedziała Monika. Aż się chce tu być! Zapalę najpierw lampę! Potem w kominku.
- A ja pójdę zabrać z sanek, co nam potrzebne do jedzenia i spania.
Błażej wyszedł na zewnątrz chatki. Musiał przystanąć z zachwytu. Niebo było granatowe, śnieg niebieski, drzewa czarne a w małym okienku chatki drżało pomarańczowe światełko lampy.
- Jak na pocztówce bożonarodzeniowej – pomyślał.
Cisza jakby zastygła w szklaną taflę, nieruchoma, zmrożona, panowała nad tym światem. Błażej słyszał swój oddech.
Po godzinie, już rozebrani z kurtek, siedzieli przy stoliku i jedli chińską zupkę. Monika znalazła jeszcze szafkę, w której były miseczki, łyżki, suszona ryba, sól i fasola. Teraz zaróżowiona, jadła to studenckie danie z apetytem.
- A jak się umyjemy? – spytała.
- Podgrzejemy trochę śniegu. Tu jest wiaderko. To proste. Ale siusiu musisz wychodzić na dwór. Tylko się przedtem ubierz, nie ma żartów! A teraz chodź, załóż kurtkę, na chwilkę, coś ci pokażę!
Odeszli trochę dalej od domu, aby z pewnej odległości zobaczyć piękno nocy polarnej z drżącym światełkiem życia w tej pustej bieli. Była piękna czysta noc. Błażej szukał na niebie zorzy. Niestety dzisiaj jej nie było.
- I co powiesz, Monia? Jak?
- Wiesz, to trudne! To tak jakbym stała na innej planecie, gdzie mieszkamy tylko my dwoje. I wcale mnie to nie przeraża. Czy to znaczy, że świat istnieje dla nas, a nie odwrotnie?
- Dla nas. Dla Ciebie. Jest piękny, tajemniczy, nieprzewidywalny,
ale to wszystko jest dla nas. No dosyć filozofowania na dziesięciostopniowym mrozie! Wracamy, nie ma tęczy! Musi być jutro! Zadzwonię do Jarmo i powiem, że zaliczyliśmy pierwszy etap!
Ich kroki po chrupiącym od mrozu śniegu, były jedynym dźwiękiem. W domku było już całkiem ciepło. Rozłożyli śpiwory na skórach, Błażej nastawił budzik, aby za dwie godziny dołożyć do kominka, pocałował Monikę w czoło, jak dziecko, zgasił lampę i chwilę patrzył na pełzające cienie i światła ognia po belkowanych ścianach chaty. Nie trwało to długo. Był zmęczony, dotleniony, usnął jak mały chłopiec.
Następnego dnia wyruszyli przed południem. Ich celem była chata zaznaczona numerem drugim na mapie Jarmo. Tego dnia wiał lekki wiatr. Oboje w kaskach na głowie, musieli dodatkowo chronić twarz i dodać jeszcze jedne rękawice.
Poruszali się przesieką między drzewami. Właściwie to był rzadki las. Było ciemniej niż wczoraj. Jechali z włączonymi światłami. Błażej starannie sprawdzał kierunek w GPS. Zagubienie się w tych warunkach mogło być nieprzyjemne.
Nagle, usłyszeli dzwoneczki sań, aż przystanęli w miejscu ze zdziwienia. Dźwięk rósł szybko. Narastał z ich lewej strony. Powiał silniejszy wiatr, wzburzył tuman suchego śniegu i w tym momencie tuż za nim pojawiły się renifery, zaprzężone w kilka par, a za nimi sanie, jakich używają Samowie. W nich stał starzec, ubrany w granatowo czerwony strój trzymał lejce i bat w drugiej ręce. Wiatr
w pędzie zerwał coś z jego głowy i uwolnił jego długie siwe włosy
i brodę. Sanie przemknęły przed nimi. Trwało to kilka sekund.
Błażej i Monika stali jak wmurowani. To tak jakby ktoś, na tym pustkowiu, przejechał przed ich nosem na czerwonym, dla siebie, świetle. Jeszcze chwilę słyszeli dźwięk dzwonka i trzask bata, a potem zapadła cisza.
- Co to było! – spytała, trochę wystraszona, Monika.
- Nie wiem. Może to jakaś atrakcja turystyczna!
- A widziałeś? Coś mu spadło z głowy!
- Nie. Gdzie?
-Tam na lewo. Chodźmy zobaczyć.
Na śniegu leżała szafirowa czapka. Dziwna. Jej denko miało cztery duże rogi. Była ozdobiona haftem w paseczki i futrem.
- To chyba prezent dla nas!
- No nie mów, Monia. Pewnie zaraz wróci. Przecież mu zimno. Chodź, podjedziemy tam gdzie zniknął.
Rozejrzał się w poszukiwaniu kierunku. Na śniegu nie było żadnego śladu sań. Spojrzeli na siebie.
- To przecież niemożliwe! Popatrz Monia, powinny być, tak jak nasze. A nasze są!
Czekali jeszcze chwilę, a potem z czapką wrócili do swoich skuterów. Całą dalszą drogę nie zatrzymywali się. Znów wieczorem dotarli do następnej chaty. Była większa niż poprzednia i miała dodatkowo kuchenkę gazową.
- Czy to możliwe, Błażej, że nam się to przywidziało?
- A czapka? To już jest jak najbardziej realne przywidzenie.
- No tak. Dziwne. A może to były bardzo lekkie sanie?
- Nie aż tak lekkie, żeby nie zostawić żadnego śladu. Ale podobno Laponia jest magiczna, może to był szef magików?
Monika roześmiała się serdecznie. Było im ciepło i miło. Znowu zjedli zupkę o innym smaku. Błażej wydobył z sanek aparat fotograficzny, statyw, pierniczki i… butelkę wina.
- Coś takiego! Przemyciłeś wino! No to pijemy!
- Zaraz, zaraz. Spokojnie, najpierw rozstawię statyw. Dzisiaj musi być zorza. Na aparat założymy czapkę, bo zamarznie! Niebo się przetarło, widać gwiazdy. Ubieraj się idziemy na polowanie!
Tak jak powiedział, tak się stało. Na niebie pojawiła się firanka zorzy polarnej. Zmieniały się jak w kalejdoskopie. Trzy pasma zielonej zorzy łączyły się pomarańczowym łukiem nad horyzontem.
Na pierwszym planie było kilka oblepionych śniegiem drzew. Błażej szybko wyciągnął spod kurtki aparat, umieścił go na statywie
i ustawił czas na 15 sekund. Aparat zrobił zdjęcie. Po chwili czapką wyjętą zza pazuchy okrył aparat, odczekał kilka minut i powtórzył zdjęcie. W ten sposób uzyskał kilka zdjęć tej samej zorzy w ruchu. Nie istnieje drugi, taki sam jej obraz.
Monika przytupując stała obok, z zadartą głową obserwowała zjawisko dostępne tym, którzy przekroczą koło podbiegunowe. Była zachwycona.
W chacie, nakryła do stołu papierowymi serwetkami, pierniczkami
i plastikowymi kubeczkami do wina. Błażej wrócił ze sprzętem, zadowolony.
- Nie chcę cię wystraszyć, ale opowiem, co oznacza spanie, tak jak tu w jednym łożu, pod zorzą polarną.
- No to strasz!
- Podobno dziecko poczęte pod zorzą polarną ma zapewnione szczęście i dostatnie życie, ale również zorza, to iskry pozostawione przez biegnącego po niebie lisa, zwiastuna złych mocy.
- Ale z kolei ja wiem, że zorza jest na kilkudziesięciu kilometrach od ziemi, więc zło do nas nie dotrze!- powiedziała, zupełnie pomijając pierwszą część zdania.
Szczapy drewna w kominku trzeszczały, rozsypując iskry. Nie ma chyba piękniejszego oświetlenia wnętrza, jak światło ognia. Dobre, wytrawne wino, ciepło i cisza spowodowały, ze nastrój stał się baśniowy.
Błażej ściągnął z jednego łoża skórę renifera i położył przed kominkiem.
- Chodź, zobacz jak cudnie posiedzieć tak na ziemi, w miękkim futrze z ciepłem na twarzy.
Siedzieli objęci, a we włosach tańczyło światło ognia. Monika odwróciła się i pocałowała go delikatnie w policzek. Błażej wziął jej twarz w obie dłonie i całował delikatnie każdy jej fragment. Potem już oboje nie pragnęli niczego innego.
*

Słońce wyjrzało zza horyzontu zaledwie na kilka godzin, latem potrafi nie zachodzić za przez dwa miesiące. Podobno w Utsjoki najdłuższy letni dzień trwa ponad dwa miesiące. Zima nie jest zbyt łaskawa.
Następną noc mieli spędzić już w hoteliku w Vikajarvi. Dostaną sanie z zaprzęgiem reniferów.
- Nareszcie można się wykąpać i zjeść coś normalnego – powiedział Błażej, pakując sanki.
- Nie było źle, mnie się tam podobało!
Odcinki podróży były tak podzielone, by bezpiecznie dotrzeć do jakiegoś schronienia każdej nocy. Rzeczywiście około ósmej dotarli do miasteczka. Hotelik był przyzwoity. Zjedli, wykąpali się i zeszli do recepcji, by poczuć innych ludzi obok siebie. Błażej zabrał ze sobą czapkę, sądząc, że czegoś się o niej dowie. Niestety za ladą stał starszy człowiek, o lekko skośnych oczach, pewnie Sam, nieznający angielskiego.
Spojrzał na leżącą czapkę i powiedział cicho kilka razy:
- Kauneus, kauneus…
- Co to jest? – zapytał Błażej przesadnie odcinając poszczególne słowa.
- Neljan tuulen hattu. – odpowiedział.
- Acha… - bąknął Błażej.
W drzwiach pojawiła się postać, strzepując śnieg z ramion, powiedziała coś po fińsku do recepcjonisty. Chwilę porozmawiali półgłosem. Potem postać zdjęła kaptur, który zakrywał prawie całą twarz i już, jako dziewczyna zwróciła się do Błażeja po angielsku.
- To czapka czterech wiatrów. Nasza narodowa czapka. Nie widział jej Pan?
- Nie. Po raz pierwszy się z nią spotkałem.
- W niej są złapane wszystkie cztery wiatry świata. To magiczna czapka. – uśmiechnęła się. – A skąd ją macie?
Błażej opowiedział zdarzenie w lesie. Dziewczyna wysłuchała
z uwagą. Potem zupełnie poważnie powiedziała:
- Niewielu to się przydarza, ale to znaczy, że spotka Was coś miłego! Dobrej nocy!
Następny etap z Vikajarvi do Sodankyla, pokonają zaprzęgiem reniferów. Dodano im małe sanki z paszą dla zwierząt i pomachano na pożegnanie.
Teraz dopiero poczuli się jak mieszkańcy Laponii. Sanie, renifery
z dzwoneczkami, ciepły koc, pod którym wygodnie siedzieli i bezmiar białej połaci śnieżnej, były jak ze snu, z którego wcale nie chcemy się obudzić. Mijali wysokie oblepione śniegiem drzewa, podobne do świerków i poduchy śniegu uwiezionego w krzewach. Wszystko w czerni i bieli. Za to nocą barwy zorzy polarnej krasiły granatowe, usiane gwiazdami niebo. Zegarki w Laponii powinny mieć kilka wskazówek, bo noc zlewa się z dniem.
Znowu nocowali w chatkach. Błażej robił kolejne zdjęcia, a Monika zauważyła, że jest weselsza, nawet skłonna do żartów!
W Sodankyla znowu mieli cywilizowany odpoczynek. Nawet czekał już na nich Jarmo, ciekaw jak sobie radzą. Znowu spędzili razem miły wieczór a rano zobaczyli gotowy zaprzęg psów husky, i czekającego na nich Jarmo.
- Musimy zrobić potrenowanie prowadzenie psim zaprzęgiem. To nie jest takie proste. Jak psy startują, musisz być nogą na hamulcu, inaczej nie pokierujesz nimi. Komendy krzyczysz. Pochylasz się na zakrętach jak na nartach, ale uważaj na hamulec. Dam po cztery psy, bo z większą nie dacie sobie rady. Wieczorem musicie je nakarmić.
- Nie będzie im zimno na dworze, w nocy? – spytała Monika.
- Nieee, one mają futro jak renifer! One kochają zimno! Oddacie je w Vikajarvi. Tam się spotkamy. Teraz już wracacie, na południe, już pół trasy za sobą! A więc w drogę!
Psy wyczuły start i głośnym szczekaniem, dawały znak, jak bardzo się cieszą z tego, że będą mogły pobiegać.
Teraz dopiero podróż odbywała się w ciszy. W bieli krajobrazu słychać było tylko skrzypiący śnieg pod płozami i zziajane oddechy psów.
Białe słupy drzew przyglądały się tej arktycznej karawanie. Czasem spadała z nich poduszka śniegu, wzbijając miliardy pyłków, migocących tęczowo w słońcu.
Byli już w połowie drogi do następnej chaty, gdy usłyszeli coś więcej. Nie był to ciągły szum płóz, ale pojedyncze skrzypnięcia, w rytmie kroków. Oboje jednocześnie zatrzymali zaprzęgi. Po chwili zza kolumnady drzew pojawiła się postać mężczyzny, brnącego przez śnieg na rakietach. Wbił kijki w śnieg i rozłożył szeroko ręce:
- Tervetuloa!
- Tervetuloa! – odpowiedział Błażej
- Co powiedział? – spytała Monika.
- Że nas wita, cicho, nic nie mów.
Dalej rozmowa toczyła się w prostym fińskim języku, który był
w miarę rozumiany przez Błażeja.
Ubrany w swój lapoński strój człowiek miał na głowie taka samą czapkę, jaką znaleźli. Był uśmiechnięty i serdecznie zaprosił ich
do wioski.
- To niedaleko, zapraszam!
To była bardzo miła propozycja. Mogli zobaczyć więcej, poznać prawdziwych Samów i odpocząć po dość męczącym powożeniu psami w pozycji stojącej.
- Nazywam się Vejno. – powiedział i ruszył dalej przed siebie.
Pojechali za nim. Po około kilometrze stojąc na niewielkim wzniesieniu, zobaczyli jak od lewej strony łuk lasu obejmuje nieskazitelnie białą taflę jeziora, a w nim na sporym cyplu rozgościło się kilka maleńkich chat z grubych bali. Z kominów snuły się dymy, a w środku wioski paliło się chyba duże ognisko, oświetlające pomarańczowo puchate dachy.
- Muszę tu wrócić i sfotografować ten obrazek. To wygląda jak scenografia. – pomyślał Błażej.
Monika też przystanęła i spojrzała uśmiechając się do Błażeja, Wiedziała na sto procent, o czym pomyślał.
W wiosce Vejno przedstawił ich kilku Samom a potem wprowadził do namiotu, który nazywają goathe. Na podłodze leżały skóry renifera. Jakaś kobieta zajęła się gotowaniem zupy w kociołku wrzucając do niego kawałki łososia.
- To moja matka, Ilmatar. – powiedział. Ma już ponad sto lat!
Kobieta słysząc swoje imię odwróciła się i uśmiechnęła bezzębnymi ustami. Błażej i Monika pochylili głowy. Oboje uznali, że to będzie najbardziej godne okazanie szacunku. Poczęstunek smakował lepiej niż w najdroższej restauracji w Helsinkach! Błażej wydostał z sankowych zapasów butelkę whisky, którą miał dać w podzięce Jarmo. Dzięki niej, atmosfera w goathe zrobiła się całkiem luźna. Błażej przypominał sobie coraz więcej fińskich słówek i odważył się zapytać, kim był ten siwowłosy, brodaty starzec, który przemknął na saniach obok nich.
- Widzieliście go? O, nie każdemu się pokazuje!
- Ale kto to był?
- To był Tapio, król i gospodarz lasów. Podobno, kto go zobaczy będzie bogaty. Nie musi posiadać nawet młynka Sampo.
- Sampo?
- Tak. Cudowny młynek przynoszący szczęście i dobrobyt nawet wtedy, gdy nie nasypie się do niego ziarna.
- Vejno, a możesz nam jeszcze opowiedzieć o czymś, w co wierzycie i jest dla was ważne?
- Mam dużo opowieści, ale musielibyście tu mieszkać ze trzy miesiące, aby wszystkich wysłuchać. Powiem wam tylko o tym, co widzieliście tu na ziemi Kalevy.
- Otóż widzieliście pewnie gwiazdy. U nas są najpiękniejsze. A najważniejsza dla nas jest Gwiazda Północna. Jest podporą nieba. Jest też Wielki Jeleń uciekający przed trzema myśliwymi i gwiezdne stado reniferów. A zorza polarna to dla nas lis biegnący przez wyżyny nieba, który rozmiata kitą zaspy tak mocno, że powstają iskry tworzące kolorowe smugi. Mówimy na nie lisie płomienie.
Sam przerwał opowiadanie i zaczął śpiewać swój joik, spontaniczną pieśń a capella, śpiewając o historii Samów, o przemijaniu. Nie trzeba rozumieć słów. Zapach palonych bierwion, tańczące płomienie i nastrój chwili powodują, że wyobraźnia podsuwa obrazy Samów, żyjących od wieków w zgodzie z nieprzyjazną ludziom naturą, podążając za swoimi reniferowymi stadami. I tak to już jest – tam gdzie Samowie – tam renifery, nawet w zaświatach.
Po nocy spędzonej wśród Samów, Błażej i Monika wracali do swojej wytyczonej trasy, żegnani serdecznie. Błażej wydobył statyw, umieścił na nim aparat i fotografował ich uśmiechnięte portrety, wioskę, cały ten piękny fragment ziemi w promieniach nisko nad horyzontem zawieszonego słońca.
Jeszcze kilka dwa, może trzy dni i znów będą na lotnisku w Helsinkach, czekając na samolot LOT’u. Ich przygoda zakończy się, ale pozostanie pamięć czegoś niezwykłego jak dotknięcie tajemnicy, której nigdy nie odkryją. Są z zewnątrz.
*

Mieszkanie w Warszawie było chyba najcieplejszym miejscem na świecie. Nareszcie mogli chodzić w samych koszulkach. Zajęli się rozpakowywaniem sprzętu.
- Muszę wreszcie spokojnie obejrzeć fotografie, bez strachu, że mi bateria padnie! – powiedział Błażej wpinając kartę pamięci do komputera.
- Chodź Monia, zobacz, jakie zorze złapałem! O matko! Ale to cudne! Nie, nie fotografie, zorze są cudne! Nad zdjęciami jeszcze muszę popracować. Prawda?
- Tak. Są piękne! A ci Samowie?
-Poczekaj są na końcu.
Na ekranie przewijała się Laponia, w swojej bieli, mrozie, śladach na śniegu, pustce aż do horyzontu, detalach drzew i krzewów. Potem znów na chwilę pojawił się festiwal zórz, a potem mnóstwo zdjęć tego samego tła, potem też tego samego jeziora, ale w szerszym planie.
- Co jest?!!! Gdzie są Samowie? Monia, czy ja oślepłem?
- Błażej ich nie ma!!!
- To, co myśmy jedli? Śnieg?!
- Nie rozumiem, nie rozumiem – mówiła Monika.
- To były duchy, Monia! Jedliśmy zupę, którą ugotowały duchy!
Tej nocy nie mogli zasnąć. Oboje racjonalni, inteligentni, nagle zetknęli się z niewytłumaczalnym zjawiskiem.
Na dodatek nie mogli nikogo spytać o wytłumaczenie, bo nikt by im nie uwierzył, że pamięć aparatu wyeliminowała obraz ludzi, chat
i reniferów pozostawiwszy tylko tło. Pukaliby się w głowę i tyle!
Postanowili nie mówić nikomu. Tylko podejrzanie spoglądali na czapkę czterech wiatrów, wiszącą w przedpokoju.
Błażej zajął się obróbką zdjęć, Monika wróciła do pracy w redakcji pełna energii. Zaniosła czapkę, aby pokazać dziewczynom to dziwo.
- Jest bardzo ciepła!
- Załóż! – prosiły. – Ładnie ci! Nawet ślicznie! Idź w niej do baru naprzeciwko! My też tam idziemy coś przegryźć! Chodź!
Kiedy wyszły wiał silny północny wiatr. Monika postawiła kołnierz kurtki i w tym momencie wiatr zerwał jej z głowy czapkę, poniósł ją wysoko, jak latawiec, rozgościł się w jej wszystkich czterech rogach
i po chwili jak szafirowa plamka zniknął za dachem wysokiego domu.
- No trudno, sama przyleciała, sama odleciała – powiedziała Monika
- Oj, a nie żal ci jej? A skąd ja miałaś?
- Żal, opowiem wam o niej w barze – to mówiąc postawiła kaptur kurtki.
*

Minął miesiąc. Wszystko powracało do swoich utartych ścieżek,
ale oboje czuli, jakby posiadali wiedzę tajemną, albo też zostali wyznaczeni do jej posiadania. Ta wyprawa zbliżyła ich do siebie. Monika coraz częściej się uśmiechała i ciągle powtarzała to swoje:
- A pamiętasz jak…
Pewnego dnia, przyszła do domu nieco później niż zwykle.
- Stało się coś Moniu?
- Nie. Wszystko w porządku. – Odpowiedziała, ale nadal stała
w kurtce.
- Ach, posłuchaj, co znalazłem na YouTube! Ovlla luohti – Ole sin jolk.
Z ekranu laptopa popłynęła tęskna melodia Samów. Niemal taka sama jak ta, która w namiocie śpiewał im Vejno. Słuchali z zamkniętymi oczami. Kiedy muzyka wybrzmiała Błażej odwrócił się do Moniki:
- No i co? Fajne?
- Jestem w ciąży. – Spokojnie powiedziała.
Błażej wstał i powoli zaczął rozpinać jej kurtkę. Przytulił się do Moniki delikatnie jakby nie chciał czegoś ukruszyć, złamać.
***

W sklepie panował ruch. Była nowa dostawa ubrań na wagę. Stare klientki, pewnie handlarki taszczyły do kasy całe worki wyszarpanej  z koszy odzieży. Między regałami chodziła kobieta z wózkiem, z którego rozlegał się płacz przegrzanego dziecka:
- Cicho, cicho Violetko, zaraz wyjdziemy! – mówiła, ale nadal nerwowo przesuwała wieszaki.
Do kosza z czapkami, rękawiczkami i szalikami podszedł mały chłopiec lekko kulejąc.
- Mamo! Popatrz, jaka czapka! Ja chcę taką! Mamo! No chodź!
- I będziesz w niej chodzić?
- Będę.
- A nie uważasz, że to dziwactwo?
- Nie. To dobra czapka!
- Dobra czapka! Też coś! – powiedziała matka i włożyła czapkę do koszyka.
***

TAMTA DRUGA



Chusty, szale i szaliki wisiały smętnie przerzucone przez poziomą, aluminiową belkę. Tworzyły tęczową zasłonę tuż przy drzwiach sklepu. Kasjerka siedziała po drugiej stronie lady, na której stała waga.
Ta kolorowa zasłona z różnych faktur i deseni odcinała gorące promienie słońca, które zwłaszcza latem były utrapieniem dla sprzedającej.
Niewielu klientów interesowało się tym wieszakiem. Aż do chwili,
kiedy jako pierwsza zawisła czerwona chusta z długimi frędzlami.
Razem ze słońcem, stworzyła obok siebie czerwoną poświatę, drgającą wraz z drobinkami kurzu, jaki wzbijały otwierane drzwi.
Ta czerwień przyciągnęła uwagę szczupłej czarnowłosej kobiety w sukience w czerwone kwiaty. Widocznie lubiła tę barwę. Delikatnie dotknęła chusty i pozwoliła frędzlom ślizgać się po jej dłoni.
***










Na ulicy Bedford róg 144 North 7, na opuszczonym, zamkniętym sklepie z metalowymi roletami jeszcze widać było graffiti
z wulgarnym napisem. Brooklyn rdzewiał, rozpadał się powoli
i systematycznie. W tej jego części, widać było nieuchronny koniec dzielnicy tętniącej kiedyś życiem. Polaków było już coraz mniej. Wyprowadzali się do lepszych dzielnic dorobiwszy się nieco na pierogach, wędlinach i innych interesikach.
Jeszcze nad zamkniętymi opuszczonymi sklepami wisiały gdzieniegdzie szyldy z polskimi nazwami. Można było nie znać angielskiego i mieszkać tu zupełnie swobodnie. Pracować też można było u Polaka. Powstała dziwna Polska z dzielnicą Greenpoint, o pół kuli ziemskiej od tej prawdziwej, w której pierogi, twaróg i ogórki kiszone to codzienne jedzenie, na którym majątku zrobić się nie dało.

Kilku rodaków odwiedzało bar „Polonia”. Ciągnęło ich do tego substytutu ojczyzny, aby zjeść pyzy z mięsem, popić piwem z Polski, pogadać z kimkolwiek nie wyginając gęby i języka ich mową. Można było posłuchać jak Henry Kosik (Kosicki), po polsku opieprza personel baru. W rogu wisiał telewizor z zawsze włączoną polską stacją. 
Od rana padał deszcz. Tak drobno, siąpliwie i natrętnie. Woda zmyła kurz i brud, rozświetliła asfalt, rozmazała bliki świateł samochodów
i wystaw.
W barze było prawie pusto. To jeszcze nie ta pora. Będzie ruch za jakieś dwie godziny. Wtedy kończy się dniówka pracujących,
a ponieważ nikt nie gotuje w domu, tu przyjdą na coś na ząb, popiją piwem i pójdą spać, by od rana znów zacząć ten sam kierat.
Mokra szyba baru rozmywała światła, tworząc obraz, który tak interesująco wygląda na fotografiach z nowojorskich zakątków.                                                    

- Tak ładnie to wygląda, dopóki się na to patrzy z ciepłego baru – pomyślała Jenny, ścierając stolik.

Co dwa dni była kelnerką od dziewiątej rano do ostatniego gościa, czyli do około północy.  Potem nocnym autobusem jechała kilka przystanków do swojego domu.
Większość domów była chyba pusta, z odpadającym tynkiem, czarnymi czeluściami okien i pordzewiałymi konstrukcjami przeciwpożarowych schodów.

Jej dom przypominał piec. Piece jednak kojarzą się z ciepłem, gładkością. Ozdobione wypukłymi wzorami kafli zachęcają, aby je dotknąć. Ten był oschły, wpatrujący się w nią wydziobanymi w betonie dziurkami „okien”, z przyczepionymi doń maleńkimi platformami, na których mogło jedynie stanąć obok siebie dwoje szczupłych ludzi lub jeden duży pies, ale wtedy już pysk wystawał mu na zewnątrz. Tylko na takie mieszkanie było ją stać. Maleńkie dwa pokoiki, gdzie jeden pełnił rolę kuchni, garderoby i salonu. Drugi był sypialnią.

Była bardzo samotna z wyboru. Nie potrafiła zjednywać sobie ludzi. Była nieśmiała, nie umiała pogadać, zaprzyjaźnić się, zabawić. Drżała na myśl utraty pracy, bo wtedy musiałaby wykazać się umiejętnością poszukiwań innej, wśród obcych ludzi.
Aktem heroizmu stały się jej spacery dookoła domu. Podglądała ludzi grających w koszykówkę za wydzielonymi siatką małymi boiskami. Czasem ktoś interesował się młodą drobną blondynką w czerwonej kurteczce, która szeroko otwartymi oczami przypatrywała się otoczeniu. Wtedy Jenny uśmiechała się i szybko uciekała w inne miejsce, z którego znów bezpiecznie mogła oglądać „świat”.

Często siadała na ławce przy ulicy, na której stał jej dom. Patrzyła na jego fasadę z czerwonej cegły, okna ozdobione jasnym piaskowcem i na daszek nad wejściem do klatki schodowej, pokryty papą, która stercząc, strzępami po bokach potęgowała wrażenie zaniedbania i opuszczenia.
Siedząc, Jenny przypatrywała się wchodzącym do środka ludziom. Była niewidzialna. Nikt nie zatrzymał na niej wzroku nawet na sekundę. Wtopiła się w smutny krajobraz blokowiska jak jaszczurka, która dopóki nieruchoma, była niewidoczna.
Chciała zniknąć, wtulić się w pień rosnącego opodal wiązu, stać się nimfą drzewną lub kawałkiem kory z zatrzymanym na niej zapachem ziemi. Patrzyła na korzeń wrastający w trawę, potem głębiej… aż do skojarzeń z jej Tony’m. Był jej jedynym chłopakiem, którego kochała. Jedynym, przy którym nie czuła się onieśmielona, być może dlatego, że znali się od dziecka. Razem poznawali świat z perspektywy domu dziecka, w którym jako sierota wylądowała mając pięć lat . Niedługo cieszyła się „braterstwem” Tonye’go.  Zmarł jako jedenastolatek, podobno miał coś w głowie i to coś mu pękło. Nawet nie wiedziała gdzie jest pochowany.
- Teraz on tam jest! – pomyślała – a korzenie drzew głaszczą go po głowie… - co za myśli!!! – otrząsnęła się i poszła w kierunku domu.

Na fasadzie sąsiedniego budynku zauważyła nowy szyld: „Szkoła tańca. Specjalność flamenco i tango” Hiszpańska tancerka na wpół owinięta czerwoną chustą, w falbaniastej spódnicy, zdawała się tupać czarnym pantofelkiem.
Tego wieczoru, kiedy robiła sobie kolację, potem brała prysznic
i w końcu już leżała w łóżku, cały ten czas, natrętnie do jej myśli wdzierała się hiszpańska tancerka flamenco.
- A może spróbować? Przynajmniej miałabym jakieś inne zajęcie niż tylko bar i dom, bar i spanie, bar i… nikogo nie znam. Może poznam kogoś, zawsze coś zacznie się dziać! – pomyślała i uspokojona zasnęła natychmiast.

Następnego dnia obejrzała dokładnie szyld. „Zapisy dzisiaj od piętnastej”  napisano na malutkiej karteczce przyczepionej do tablicy plastrem.
- Ale do której? – pomyślała – Dziś kończę o osiemnastej, wiec pewnie zdążę!
*


Kamienica z czerwonej cegły opleciona skosami rdzewiejących schodów przeciwpożarowych, na swoim rogu miała zamknięty metalową roletą sklep z wyblakłym napisem „Grocery” i sporej wielkości mural przedstawiający zwiędłe słoneczniki. Graffiti stawało się elementem ożywiającym te smutne domy, ściśnięte jeden za drugim, budowane bez ładu i składu, jakichkolwiek ograniczeń architektonicznych, nie wymagające od właścicieli poczucia minimalnej estetyki.
Metalowe rolety stały się płótnem, wystawą, na których można było wymalować wszystko, na co tylko komu przyszła ochota. Ich porażająca kolorowość kłóciła się ze smętnym, powtarzalnym wyglądem kamienic. Hiszpańska tancerka zapraszała do środka.
Jenny pchnęła wąskie drzwi i znalazła się w wąskim korytarzu, na końcu którego, zobaczyła kartkę przyczepioną do drzwi – „Szkoła tańca”.

- Chyba zwariowałam - powiedziała - tylko tego mi potrzeba! Już miała zrezygnować, gdy drzwi otworzyły się i prawie wpadł na nią mężczyzna, który wychodząc mówił coś jeszcze do kogoś wewnątrz, odwrócony niemal przygniótł Jenny do ściany obok.
- O! przepraszam, Pani do nas?
- Nie wiem… no tak, do was.
- To proszę, już wracam, jest pani pierwszą klientką…  co ja mówię tancerką! Flamenco czy tango?
- Flamenco.
- To u mnie. Zapraszam do środka.

Środek przedstawiał się bardziej sympatycznie niż korytarz. Maleńki pokoik był biurem, recepcją i pewnie miejscem odpoczynku dla nauczycieli tańca. Na biurku stał komputer i elektryczny czajnik do gotowania wody. Dwa krzesełka i regalik dopełniały reszty. Przez duże szklane okno widać było niewielką salę, okoloną ławkami z dwóch stron i ogromnym oknem wychodzącym na ulicę. Lakierowana podłoga pięknie odbijała zachodzące słońce. Niemłoda kobieta myła ścierką stojące pod ścianą ławki.
- Jestem Tim Bountry, a pani?
- Jenny, Jenny Polansky.
- Z Polski?
- Nie, rodzice byli z Polski,
-Byli?
- Tak, już ich nie ma.
- O, przepraszam, przykro mi.
Chwila ciszy przypieczętowała ten temat. Zamknięto go zdecydowanie. Kobieta skończyła mycie ławek i zajrzała do pokoiku:
- To ja już sobie idę, skończyłam.- powiedziała, przyglądając się Jenny.
- Ok. Gwen, do jutra. – odpowiedział jej Tim, trzymając z zakłopotana miną czerwona chustę z frędzlami w ręku.
- No i co ja mam z tym zrobić? Jakaś kobieta z kursu zostawiła ją miesiąc temu i nie zgłosiła się już więcej. Może ty Jenny ją przejmiesz? Przyda ci się do tańca! Rozumiem, że chciałabyś się nauczyć?
- Tak… jestem trochę przerażona, ale mogę spróbować o ile cena nie jest zbyt duża. Jestem kelnerką w barze… to chyba jasne?
- Tak, jasne. Jako pierwszej dam rabat na pierwsze trzy lekcje, będą za połowę ceny, dobrze? Czyli za dwanaście dolarów. Chyba nie za drogo dla panienki… pani?
- Panny. – odpowiedziała speszona koniecznością opowiadania obcemu o swoim stanie cywilnym.
-No więc…  panno Jenny…- przeciągał następne pytanie – będzie pani sama czy z partnerem?
- Sama.. a jakie to ma znaczenie, przecież flamenco nie tańczy się w parze…- odpowiedziała coraz bardziej skrępowana pytaniami.
Tim pochylił się ku niej siedząc na krześle i położył ręce na jej ściśniętych dłoniach. Nie cofnęła swoich. Ciepło jego dłoni było przyjemne. Patrzył na nią dużymi tęsknymi oczami, jakie maja Hindusi. Czerń ich źrenic niemal zlewa się z tęczówką a białka przez to wydają się bielsze. To były oczy tajemnicy, chciała nagle wiedzieć o nim więcej, dlatego nie cofnęła rąk. Ciepło stawało się przekaźnikiem, czego? Nie wiedziała.

- Proszę się nie denerwować, wiem, czym jest flamenco, będę pani nauczycielem, ale najpierw musi się pani oswoić z ruchem, dotykiem, nabrać pewności siebie. Flamenco to sztuka… chyba za wcześnie na wykład. – powiedział widząc jak Jenny przypatruje się jego twarzy. – kiedyś opowiem, co to jest „Duende”, ale nie teraz… czyli do jutra?

- Tak. – odpowiedziała, już myśląc o pogodzeniu tańca i baru.
Zabrała chustę i pożegnała się z Timem. Szła nie wierząc, że odważyła się na tak śmiały krok. Długo leżała przed zaśnięciem, już widziała siebie w tańcu jak gniewnie tupie nogą wybijając rytm
z wijącą się arabeską palców rąk nad głową.
Sen zawładnął jej tańcem, czarnymi oczami Tima i pozwolił jej zasnąć z czerwoną chustą w dłoni.
*

To był jej wolny dzień. Spała dłużej, aż w momencie, gdy skojarzyła, że dziś ma pierwszą lekcję, oprzytomniała trochę przerażona zmianą, jaka nastąpiła w jej codzienności. W pewnej chwili chciała to odwołać, aby wszystko wróciło na swoje stare tory, ale zwyciężyła ciekawość.
Wieczorem włożyła na siebie jedyną czarną sukienkę, jaką miała, zarzuciła na ramiona chustę i szybko pobiegła o oznaczonej godzinie do sąsiedniego domu.

Powita ł ją Tim, ubrany w czarne spodnie i koszulę z falbaniastymi rękawami.

-Teraz wygląda jak Hiszpan, wczoraj był Hindusem – pomyślała.
Z radia stojącego na podłodze płynęło albo raczej toczyło się flamenco. Gitara, i głuche uderzenia w pudła śpiewających podkreślające rytm i drapieżność muzyki, były tak inne od melodyjek, których Jenny musiała słuchać w barze.
- O! Jesteś… mówmy sobie po imieniu, dobrze? Popatrz, zainstalowałem ogromne lustro, abyś mogła się zobaczyć! Ładnie
ci w sukience! Poczekaj! – wybiegł na chwilę i wrócił z jakimś przedmiotem. To był grzebień z przyczepionym doń dużym, czerwonym kwiatem. Jedną ręką zawinął i podniósł jej długie jasne włosy upinając je na czubku głowy właśnie tym grzebieniem.
- No, teraz możesz tańczyć! – roześmiał się, rozkładając szeroko ręce. – Ale widzę, że jesteś przyspawana do podłogi! Chodź do mnie! Nie bój się!

Jenny poczuła jak jego ręka owija się wokół jej talii, dłoń obejmuje jej rękę, potem on przytula ją do swojej piersi.
- Zaczniemy od tanga, Jenny. Musisz się oswoić z tańcem,
z partnerem… musisz się ośmielić!

Wprawdzie tango w ich wykonaniu należało do wersji podstawowej, ale to i tak był cud, że ta na wpół dzika dziewczyna tańczy a nie siedzi skurczona na sofie oglądając telewizję.
Dzięki swojej decyzji czuła, że czekanie w skorupce poczwarki nagle odnalazło sens. Rozwinęła skrzydła. Jej oczy pragnęły widzieć tylko jedno, ciało dotykać tylko tego, co tak niespodziewanie, wpadło w nią, zawładnęło jej myślą, uporządkowało wszystko nieuporządkowane, nadało sens i smak. Już nie była samotna.
Tango trwało. Tim był tuż obok. Jenny śniła na jawie.

Tańczył lekko, swobodnie, delikatnie. Tak, że sztywna z początku Jenny zaczęła mięknąć, wczuwając się w rytm tanga, tańczyła z nim tak, jakby się znali od lat.  Spojrzała w lustro. Zobaczyła dwie sylwetki i… jeden cień! Jego cień! A jej? Po obrocie spojrzała znów. Były dwa cienie. Wszystko było w porządku.

- Wydawało mi się – pomyślała.
- Radzisz sobie całkiem nieźle jak na pierwszy raz! – powiedział.
- To chyba niemożliwe, nie pamiętam, kiedy tańczyłam.
- To się ma we krwi, dziewczyno, a ty to masz! Zobacz, wypróbujemy teraz trochę śmielsze figury tanga, poddaj się!

Tim odwrócił ją bokiem do siebie, aby z wyciągniętymi do przodu złączonymi dłońmi posuwiście kroczyć do przodu, potem nagły zwrot i znów spacer w odwrotnym kierunku…
- Ale to zabawne! – roześmiała się Jenny.
- Widzisz ? Łatwiejsze niż myślisz. A teraz blisko!

Znów przytulił ją mocno… zbyt mocno. Jenny poczuła jak przez plecy przepłynęła iskra? Kawałek lodu? Cierpkość? Poczuła lekkie zaniepokojenie, znów nie wiedziała jak się zachować, ale przylgnęła ciałem do Tima.

- No, Na dzisiaj koniec. Pierwsze koty za płoty! – roześmiał się Tim
i lekko uszczypnął ja w nos. Jenny usłyszała jakiś hałas, drzwi uchyliły się i pojawiła się w nich głowa kobiety.

- Tim, już skończyłeś? Pamiętaj, dzisiaj idziemy do kina, dzieciom załatwiłam opiekunkę!
- Tak właśnie skończyłem, Martha poznaj moją uczennicę, to Jenny.
Ciemnowłosa, krótko ostrzyżona, uśmiechnięta kobieta zdecydowanie podeszła do Jenny wyciągając rękę.
- Miło mi.
- Mnie też – odpowiedziała Jenny, lekko dygnąwszy nogą w trochę dziecinny sposób. To wywołało jeszcze szerszy uśmiech Marthy.
Tego wieczoru Jenny wracała do siebie, narzuciwszy na plecy chustę, która pachniała Timem. Kilka tygodni później Tim w czasie tańca owinął ich oboje właśnie tą chustą i pocałował długo, gorąco, zniewalająco. Od tego wieczoru stali się kochankami. Odprowadził ją i został na kilka godzin.

*

Kiedy wracała z pracy patrzyła już inaczej na swój dom. Ten blok betonu dawał jej schronienie. Nie zauważała jego brzydoty, bo był miejscem, do którego maleńką windą na ostatnie piętro, wjeżdżało do niej szczęście. Grymaśne, o różnych porach dnia, roku, nigdy w święta. Te były zarezerwowane dla jego rodziny.  Mimo to i tak przygotowywała maleńki stoliczek, tyko dla nich.
Czuła niemal fizycznie jego obecność. Godząc się na taką rolę, nie miała w sobie żalu ani do niego, ani do jego żony. Wiedziała, że bliskość ich świadomości jest silniejsza niż wspólne śniadanie, choć niewątpliwie oba te fakty razem dają pełnię szczęścia.
Ich sekretem stała się ich znajomość. Zwyczajna znajomość, niezwyczajna miłość, zwyczajne słowa, niezwyczajne milczenie.

Gdyby mogli, staliby się nierozłączni, tylko czasem Tim odchodził na bok, aby porozmawiać z żoną. Nie krył przed Jenny tego, że oprócz żony miał dwie córeczki i psa rasy husky. Reguły gry zostały ustalone bez słów. Nigdy nie próbowali wchodzić do swego drugiego życia. Oboje domyślali się wszystkiego poprzez drgnienie powieki, ruch ręką lub odwrócenie wzroku w stronę okna i pustki za nim.

Tego wieczoru, słońce ociągało się z zakończeniem dnia. Wysokie topole szeleszcząc swymi blaszanymi liśćmi mówiły mu, aby już sobie poszło spać, bo to zmierzch, a nie ono powoduje, że czerwony guziczek otwiera drzwi windy i do środka wchodzi mężczyzna, który wysiada na najwyższym piętrze i puka do mieszkania Jenny.
Tuż przed otwarciem drzwi zerknęła w lustro. Wiedziała, że jest piękną kobietą, ale dzisiaj chyba lśniła wewnętrznym światłem, które przez oczy uciekało rozjaśniając jej uśmiech.
To, o czym chciała opowiedzieć Timowi, było tak ważne i piękne,
że otworzywszy drzwi musiała wstrzymać oddech i bicie serca, by nie wzlecieć w niebo, i chwyciwszy przedtem jego dłonie, pofrunąć
z nim w objęciach przez klatkę schodową do okien, a potem musnąć stopami topole i wróciwszy do domu przez otwarte okna, wylądować w miękkim łóżku.
Powiedziała to szeptem, ze łzami szczęścia w oczach. Mówiła szybko o tym, że to stało się możliwe, że jest spełniona, że już nigdy nie będzie sama, a To Maleńkie będzie dla nich sensem, łącznikiem poprzez wieczność. Zapadła cisza.
Jenny zapewniała oniemiałego mężczyznę, że nigdy, przenigdy nie ujawni, kto jest ojcem tego dziecka, że nigdy nie będzie oczekiwała na jego pomoc o ile on sam jej nie udzieli, że jej macierzyńskość będzie tylko jej szczęściem i jego …  jeśli kiedyś zechce.
Mówiła coraz ciszej i ciszej, coraz wolniej, aż ucichła. Delikatnie zaczęła pieścić jego ciało. Palcami lepiła nowego człowieka, ustami utwardzała ten obraz. Rzeźbiła za każdym razem ciało kochanka, tworząc zeń posąg swojego boga, granicą uwielbienia zacierała kontury, łączące go ze światem, do którego nie miała i nie chciała mieć wstępu.
Tego wieczoru pozwoliła mu milczeć. To milczenie mogło stworzyć nową rzeczywistość, niebezpieczną dla niej i jej dziecka. Czuła to zagrożenie, ale nie mogła dokonać wyboru. Znów się poddała. Kochał ją jak zwykle, może ciszej niż zwykle, może wolniej, ostrożniej, ale był jej, z nią. Potem leżeli w milczeniu, tylko Jenny delikatnie głaskała jego pierś, tam gdzie bije serce.
Wkładał kurtkę, bez słowa, bez jednego spojrzenia, bez jednego gestu. Tylko czekając na windę spojrzał jakoś tak ukosem na wycieraczkę przed drzwiami, potem przeciągnął wzrok na szybkę
w drzwiach windy i zniknął w jej wnętrzu tak zwyczajnie, jakby właśnie wyszedł po bułki na ich śniadanie. Jenny wstrzymała oddech.
*

Tim siedział przy stoliku Vera Cruz Mexican Restaurant, gdzie znalazł sobie azyl na przemyślenie całej sytuacji. Od tygodnia do niej nie zadzwonił. Upłynął już czas, po którym nie wiadomo czy się jeszcze jest, czy już nie. Wolał nie być, a więc nie wykonał żadnego ruchu. Pozostawił nierozwiązany problem, aby skruszał, roztopił się we własnych łzach, pogrążył w kurzu zapomnienia. Im dłużej zwlekał tym szybciej problem ulegał zatarciu, w domu wszystko funkcjonowało prawidłowo, wydawało się, że Martha niczego się nie domyśla.
Było jednak inaczej. Martha wiedziała niemal od samego początku. Kobieta czuje takie rzeczy nienazwanym jeszcze zmysłem. Postanowiła czekać. To nie mogło trwać wiecznie, tylko czekając mogła wygrać.
Kończyła makijaż przed wyjściem, jeszcze raz spojrzała w lustro. Nie było widać, że prawie nie spała tej nocy. Czerwień szala dodawała kolorytu jej zmęczonej twarzy. Miała swego mężczyznę obok. W jego pięknym ciele czaiła się pustka. Zupełny brak poczucia winy. Teraz najważniejsze dla niej stały się ich córeczki i ich dom z mamą i tatą. Wiedziała, ze wygra tę walkę.
Jak zwykle delikatnie zamknęła drzwi. Tim jeszcze chwilę stał z filiżanką kawy w ręce. Cisza stała się wspólniczką jego myśli. Beznamiętnie patrzył, jak Matrha przypina samochodowymi pasami ich dwie córeczki i odjeżdża sprzed bramy domu. Była tak dobrze zorganizowana, perfekcyjna. Powiedziała mu spokojnym głosem,
że wiedziała o jego romansie, ale była pewna, że któregoś dnia wróci skruszony i będzie to dowód jego miłości. Poczuł dumę i ulgę.
Znalazł z powrotem swoje miejsce, spokojne, pewne, właściwe. Nie miał jeszcze odwagi na śmielszy gest, ale wiedział, że to tylko kwestia kilku tygodni. Martha patrzyła na niego uważniej. Odzyskany spokój był spokojem zwycięzcy. Tylko raz, w kuchni, zawiesiła rękę, w której trzymała nóż. Pies rasy husky spojrzał na nią pytająco.
*

Tego ranka śnieg sypał gęsto, zamazując białymi smugami twarze ludzi na przystanku. Jenny poczuła się źle. Ból w dole brzucha stawał się coraz bardziej intensywny. Usiadła na przystankowej ławeczce,
a śnieg wirował nachalnie wciskając się w jej oczy, mieszając się ze łzami, spływał po policzkach.
Sala mieściła pięć kobiet. Jedne karmiły swoje maleństwa, inne leżały nieruchomo z bezgranicznym smutkiem w oczach. Jenny odwróciła twarz do ściany pomalowanej olejną farbą na barchanowo-beżowy kolor. Nierówności tynku wyglądały jak ludzka skóra. Próbowała w zgrubieniach i rysach znaleźć jakiś kod, informację dla wtajemniczonej. Czekała na ten moment, w którym jej ciało, wbrew jej woli, zmęczone walką, podda się i odrzuci najpiękniejszą jego część. Czekała na poronienie.
Kiedy śnieg przestał padać, wypisano ją ze szpitala. To tylko parę dni. Zalecono wizytę u psychologa i takie tam. Mróz chrupał pod butami, nogi niosły ją w górę ulicy, schowana w kołnierz kurtki, szła sama, zaciskając dłonie w kieszeniach. Autobus wiózł ją do miejsca we wszechświecie, niechcianego mieszkania, obok  windy, która grzechocząc, postękując, wiozła jakiś ludzi gdzieś, dokądś, w górę
i w dół.
Pewnego dnia wstała z łóżka i szarość za oknem nie informowała niczym, czy to świt, czy wieczór. Musiała wyjrzeć przez okno, jeśli wieczór są ludzie, jeśli świt jest pusto. Było pusto. Był rześki, wczesnowiosenny świt.
Wyszła na maleńki balkonik, trzymając się kurczowo barierki, wychyliła się tak daleko, jak to było możliwe. Poczuła twardy ból ucisku i jednocześnie ogrom przestrzeni przed nią. Czystej, wolnej przestrzeni, jaką się ma we snach, w których latamy i jest to niewiarygodnie proste. Potem usiadła na metrowej powierzchni balkonika zdumiona swoim odkryciem.
Pewnego dnia postanowiła zadzwonić na domowy numer Tima. Kiedyś zgubił u niej rachunek za telefon. Nigdy nie przypuszczała, że wykorzysta tę okazję. Odebrała ona. Jej głos był aksamitny, soczysty, piękny.
- To ja, Jenny, chciałam z panią porozmawiać.
- O czym? O Timie?
- Tak… sama nie wiem, dlaczego zadzwoniłam… jest mi tak strasznie… przepraszam. Już kończę …
- Nie! nie odkładaj słuchawki! Jenny! Dobrze się czujesz? Powiedz coś! Proszę! Nie mam do ciebie żalu. Jenny, odezwij się.
- Jak może pani nie mieć do mnie żalu? Byłam kochanką pani męża.
- Ale już nie jesteś, chyba potrzebujesz pomocy. Spotkajmy się w tym bistro na rogu… wiesz tam gdzie szkoła, ok.?
-Teraz?
- Tak. Będę za pół godziny.
- Dobrze… i dziękuję bardzo – szlochając odpowiedziała Jenny.
Martha czekała na nią. Była pierwsza… znowu. Obie miały czerwony szal. Jak struga krwi – pomyślała wtedy Jenny.
Martha właśnie mieszała swoje cappuccino, kiedy Jenny spytała, czy może się przysiąść. Obie spojrzały na siebie czarnymi jak noc oczami. Obie noce zlały się w jedno spojrzenie. Jenny spokojnie ułożyła obie dłonie na brzegu stolika. Martha oparła je splótłszy palce, jakby tworząc barierę nie do przebycia. Palce przylegały ciasno do siebie. W miarę opowiadania Jenny, rozluźniały się tworząc małe prześwity. Kiedy Jenny opowiedziała jej o dziecku, dłonie leżały już miękko na blacie stolika.
Kiedy Jenny powiedziała, że rozumie jego decyzję, mimo swojej rozpaczy, Martha delikatnie dotknęła jej dłoni. Obie miały w sobie aksamit tej samej czułości, tego samego zapachu tego samego mężczyzny, tę samą rozpacz.
- Chyba nie jest wart żadnej z nas, tylko ja mam z nim dzieci, a on ma tylko siebie i chyba tylko siebie kocha najmocniej. Daj mi swój adres Jenny. Będę do ciebie wpadać czasami. Wiem jak ci ciężko. Chciałabym ci pomóc jakoś przetrwać, a może obie sobie pomożemy…
- 231 Bedfort Avenue, dziękuję...
*


Po tamtej rozmowie, Jenny żyła jak automat. Plakat z Hiszpanką zniknął z kamienicy obok. Wyglądało to tak, jakby sieć została zarzucona w innym miejscu, przynajmniej tak to odbierała Jenny,
a może po prostu Tim zlikwidował swoją szkołę tańca? Przechodnie mijali ją obojętnie.
Nie miała nikogo, tylko cień zawsze jej towarzyszył, poza tym jednym przypadkiem w czasie tanga…
Wszystko, co ją otaczało było tęsknotą.  Dom, ulica, chińska restauracyjka Red Bowl, w której czasem jadali, sukienka i łóżko, w którym jeszcze zamykał się zapach Tima. Czuła, że jeszcze chwila a zwariuje. Martha nie pojawiła się, ale to może i lepiej. Jenny nie mogła znieść myśli, że teraz to ona jest z nim i to jej mówi jak bardzo ja kocha.
- Jenny – mówiła do swojego odbicia w lustrze – zrób coś z tym! Musisz, bo oszalejesz! Z lustra patrzyły na nią podkrążone oczy. - Musisz coś zmienić! Zostaw to wszystko, znajdź inne miejsce na ziemi! Ludzie tak robią! Odważ się!
Powoli palcami rozczesywała włosy. Zaczerpnęła trochę wody
o przemyła oczy. Znów spojrzała na swoje odbicie.
- Wyjechać stąd jak najszybciej! Pracę sobie znajdę! Tutaj już nie mogę być.
Zeszła po schodach wolno, aby obejrzeć wszystkie mijane drzwi sąsiadów. Obejrzała wszystkie spękania tynku, nieudolne graffiti
na klatce schodowej.
Usiadła na ulicy na niewielkim murku oddzielającym chodnik od schodów do sutereny. Patrzyła na ulicę, ludzi, nieliczne drzewa, żegnała się z codzienną wędrówką na przystanek autobusowy,
z mijanymi szyldami, grupkami chłopaków, którzy nie wiedzieli, co ze sobą zrobić, biedakiem pchającym sklepowy wózek z całym dobytkiem, z całym tym jej dotychczasowym życiem. W jej kamienicy kwitło życie. Słońce oświetlało fasadę, która nawet wydała się jej ładna! Można było słyszeć mieszaninę dźwięków wydostających się z okien. Jenny wstała z ławeczki i wolno podeszła do klatki schodowej. Nie zawołała windy. Postanowiła, że da sercu szansę na duży wysiłek. Wolno, miarowo, zaczęła wspinać się po schodach do mieszkania. Zabrała stamtąd czerwona chustę do flamenco i  powędrowała wyżej, aż na dach.
Stanęła w jego środku. Podniosła ręce, w których trzymała dwa rogi chusty. Wiatr, ucieszony zabawką rozpostarł ją nad głową dziewczyny. Na szarej papie dachu, wyostrzył się cień dziewczyny i powiewającej chusty. Jej furkot mieszał się ze stłumionym dźwiękiem żyjącego miasta.
Jenny wypuściła chustę z rąk. Po dachu przebiegł cień chusty z uczepionym doń cieniem dziewczyny… Jenny jeszcze zobaczyła ich jak ślizgają się po dachu kościoła  i frontowej ściany dalekiego budynku. Potem straciła ich z oczu.
- Nie szkodzi - powiedziała – Jeszcze do mnie wróci… musi!
Powoli zeszła do swojego mieszkania i zaczęła pakować rzeczy.
***




Dziewczyna w sukni w czerwone kwiaty, podeszła z chustą do lady. Zważyła ją na stojącej osobno wadze i zaakceptowawszy jej cenę, szybko zapłaciła i wyszła ze sklepu. Była asystentką kostiumologa. Często zaglądała do lumpeksów, miała bowiem ten dar wyławiania ze stosu szmat coś wyjątkowego.
- Zobacz Renata, co wyczaiłam w lumpeksie! Cudna, dla naszej „cyganki”, prawda?
- Ty masz nosa! Rewelacja, to jedwab! zobacz! – powiedziała pokazując metkę.
***