Moja pierwsza wydana nowela - powieść. Posłowie napisał Pan Andrzej Zaniewski - poeta, prozaik, mistrz słowa. A oto tekst:
ANDRZEJ ZANIEWSKI
Łakome oczy losu
„Ważka usiadła na rozmarynie, jakby chciała przez
chwilę odpocząć od furkotania własnych skrzydeł. Ze
szczeliny podłogi tarasu spoglądały na nią łakomie
małe żółte oczka jaszczurki, zastygłej z podniesiona
łapką.”
Marta Precht „Cień ważki”
Zastanawiam się, czym urzekła mnie ta książka. Dlaczego
wydaje się tak bliska? I jakby potrzebna, wyjaśniająca-
-odpowiadająca na pytania, których nie rozstrzygniemy?
A może ważniejsze od rozstrzygnięcia jest zrozumienie?
Bohaterowie tej znakomicie skomponowanej noweli poszukują
szczęścia, a może po prostu wyciszenia, odpoczynku
chociażby na kilka chwil, godzin, dni. Chcą spełniać swe
marzenia i stają się w swych tęsknotach bardzo podobni
do nas. Przestają być tylko bohaterami opowieści, a przeobrażają
się w cichych uczestników również naszego życia.
Akcja rozgrywa się w trzech planach realnych i emocjonalnych.
W domu spokojnej i gorzkiej starości, w przeszłości
– we wspomnieniach wciąż powracających, w internecie –
w labiryncie komputerowych sieci tworzących wirtualną
namiastkę życia – nadziei, szansy czy szansy nadziei…
Gorzka teraźniejszość zderza się z przeszłością, która
mogła być przecież inna, gdyby nie wypadki, zdrady,
rozpacz, alkohol, samobójstwo i… obojętność, przeróżne
formy cynizmu i egoizmu. Czas, który minął, łączy się z teraźniejszością,
przeplata z dialogami postaci z kompute100
rowego – okrągłego stołu – układa w konsekwentną dramaturgiczną
kompozycję prowadzącą do nieuchronnego
przecież zakończenia…
Uwikłani między miłością a rozpaczą, szczęściem a poczuciem
klęski, bohaterowie istnieją jakby w wielopiętrowym
labiryncie przemijania. Sielskie obrazy cudownych
ogrodów zderzają się z twarzami staruszek usypiających
przed telewizorem, pod powiekami majaczą powidoki z kolorowych
pocztówek.
W zakamarkach czai się przekora, ukryta ironia, a imię
transatlantyku „Batory’’ nosi metalowy wózek rozwożący
zupki i dietetyczne dania w domu starców.
Nora i Julian, Marianna i Ludwik, oddaleni Tunia i Gaston
– ich losy powiązane, splecione ze sobą układają się
w logiczny łańcuch zdarzeń tylko chwilami szczęśliwych.
Ludwik – ten wiarołomny mężczyzna, zdradzający ukochana
żonę w odległym Egipcie, skruszony i przerażony szuka
schronienia w sieci internetu, oczekuje pomocy, wybawienia
lub złudzeń – nazwy są obojętne.
A darowanie winy? Odpuszczenie grzechu? Przebaczenie?
Zrozpaczona Marianna odtrąca piękne słowa błagalnego
listu – prośby o wiersz – uśmiech – oddech – szept,
wyrzuca je z sieci i z kosza, skazuje na niebyt, niebawem
sama wybierze samobójczy strzał… A on przecież tak bardzo
„bał się odtrącenia’’.
Codziennie na ziemi miliony wpatrują się w ekrany,
w monitory roziskrzonych marzeń, rozbudzonych tęsknot,
pragnień, pożądań – ten stan zafascynowania znamy
z naszej polskiej rzeczywistości. Chcemy przekraczać granice
pomiędzy sobą i w sobie, być – mieć – chwytać… Nie
chcemy tracić i żałować, ale to też nieuniknione, jak starość.
Piękna nowela Marty Precht opowiada o tych właśnie
granicach wciąż na nowo przekraczanych, omijających, lekceważonych…
Poznajemy siebie i czytamy o jakże bliskich
bohaterach, być może sąsiadach z domu vis-á-vis, i nagle
odkrywamy, że to o nas i dla nas.
A symbol ważki i jaszczurki przyczajonej w szczelinie
tarasu uznać możemy za przestrogę lub zachętę do schronienia
się… być może w bezpiecznym blasku komputera.
Zapamiętałem sprzed lat kilkudziesięciu szczupłą, smagłą
sylwetkę Bułata Okudżawy wśród stolików kawiarni Klubu
Związku Literatów przy Krakowskim Przedmieściu…
Sądzę, iż byłby szczęśliwy, wiedząc, że fragment jego wielkiego
wiersza-piosenki „Modlitwa Franciszka Villona’’ stał
się mottem otwierającym wzruszającą opowieść polskiej
pisarki.
Andrzej Zaniewski
poeta, prozaik
Niby nic...a może jednak coś w tym jest? Nawet jeśli jest to odrobina, to już dobrze, bo to znaczy, że warto było.
poniedziałek, 7 stycznia 2013
SZEŚĆ OPOWIADAŃ
Chciałabym wydać je w tym roku. To byłaby jedna książka pod tytułem "Opowiadania z lumpeksu" i moja druga wydana pozycja po debiutanckiej "Cień ważki".
CZTERY WIATRY
Sklep już zamykano. W grudniu dzień
jest krótki.
Za oknem była głęboka noc.
Kasjerka liczyła utarg, a właścicielka krążyła między wieszakami, sprawdzając czy nie leżą na podłodze ubrania, które spadły.
W radio jeszcze grała chilloutowa muzyka dla klientów..
Za oknem była głęboka noc.
Kasjerka liczyła utarg, a właścicielka krążyła między wieszakami, sprawdzając czy nie leżą na podłodze ubrania, które spadły.
W radio jeszcze grała chilloutowa muzyka dla klientów..
Obok kosza leżała dziwna czapka.
Czerwona, z czterema rogami na miękkim daszku, z bogato haftowanym otokiem,
obramowana białym futerkiem.
Sądząc po rozmiarze dla dorosłego. Pani Gosia schyliła się, aby ją podnieść.
– Kto to kupi? – pomyślała. Dorzuciła ją do innych leżących w koszu.
Sądząc po rozmiarze dla dorosłego. Pani Gosia schyliła się, aby ją podnieść.
– Kto to kupi? – pomyślała. Dorzuciła ją do innych leżących w koszu.
***
Bardzo
dawno temu, kiedy Laponia była pustym krajem, zasypanym śniegiem po sufit,
mieszkał w chatce skleconej z bierwion samotny szaman.
Był zły, bo gdy wychodził na zewnątrz, by upolować coś do
jedzenia, wiatry szalały bez ładu i składu. Wirowały, podnosiły ogromne tumany
śniegu tak wysoko, że czasem sypały go w oczy Księżycowi, który w pogodne noce
musiał je długo wypłakiwać soplami lodu.
Pewnego zimowego dnia, obserwując właśnie zorzę polarną,
zauważył, że ułożyła się falami w pierścień. Ten pierścień podsunął mu myśl, by
ujarzmić szalejące wiatry w czymś, co je uchwyci i skieruje we właściwym
kierunku tak, by wiatr północny wiał z północy, wschodni ze wschodu. Wtedy
nawet zachodni
i południowy, najbardziej dokuczliwy, będą wiedziały, w którym kierunku mają dmuchać.
i południowy, najbardziej dokuczliwy, będą wiedziały, w którym kierunku mają dmuchać.
Minął miesiąc. Szaman pewnego zimowego dnia, gdy wiatry
szalały jak zwykle, wyszedł z chatki z jakimś przedmiotem w ręku. Wyczarował
dziwną czapkę. Czerwoną, dość głęboką, której denko miało cztery spore rogi.
Trzymając ją mocno, uniósł najwyżej jak potrafił i
krzyknął donośnym głosem:
- Wiatry! Macie wybrać sobie kierunek, w jakim chcecie
wiać! Teraz złapię was do tej czapki i tam wybierzecie, który chce być wiatrem
północnym, który południowym, który wschodnim lub zachodnim! Wypuszczę was
wtedy, kiedy każdy z was wybierze swój kierunek!
Zamachnął się i złapał oszalałe wiatry w tę dziwną
czapkę. Zapanowała cisza, jakiej Laponia nie słyszała. Przez chwilę w środku
panował ruch, aż nagle ustał.
- Czy wiecie już, który jest, który? – zapytał szaman?
- Taaaaak! – odpowiedziały chórem wiatry.
Szaman otworzył czapkę i odtąd zapanował porządek. Kiedy
było lato wiał wiatr południowy, więc północny mu nie przeszkadzał, zimą
królował północny, zapraszając czasem do siebie wiatr wschodni. Zachodni stał
się najbardziej leniwy, wiał leciutko.
*
W studio telewizyjnym już tylko minuty dzieliły
prowadzących i gości od „wejścia na antenę”. Na białej kanapie, za szklanym
stołem, charakteryzatorka kończyła pudrowanie czoła prowadzącej program.
Naprzeciwko siedziała para młodych. On w jeans’owej
koszuli, brunet o przyjemnej twarzy, z zainteresowaniem oglądał studio.
Wiedział, że niebieskie tło za nimi będzie w końcowym efekcie obrazkami z
Laponii, gdzie właśnie wybierali się w podróż. Przed nimi na podłodze piętrzyła
się ładnie ułożona dekoracja ze skór renifera, rakiet do chodzenia po śniegu i
na pierwszym planie aparatu fotograficznego. Ona, uśmiechnięta blondynka, w
czarnym golfie, była chyba bardziej zdenerwowana niż jej partner, bo
kilkakrotnie odrzucała pasmo jasnych włosów spadających jej na policzek.
- Ela, podlakieruj pani to pasemko, żeby jej nie spadało!
Ela pobiegła szybko na zaplecze wróciwszy z lakierem.
Błyskawicznie wykonała polecenie i jeszcze szybciej zbiegła z planu.
Jeszcze tylko chwila skupienia wszystkich. Prowadząca
przybrała już swoją wesołą, beztroską minę. Z reżyserki padło zdanie:
- Uwaga za chwilę! Jesteśmy na antenie!
Prowadząca przejęła swoją rolę:
- Dzień dobry Państwu!
Witam w programie „Wzdłuż i wszerz świata”! Dzisiaj mam dla państwa
dwoje podróżników, którzy chcą nam opisać świat za pomocą aparatu
fotograficznego. Właśnie wybierają się do Laponii. Przedstawiam Państwu: Monika
i Błażej Borawscy!
Zaczęła klaskać na powitanie, w tle można było usłyszeć
klaskanie sali, której nie było. Realizator dał obraz z kamery, która pokazywała
ich portrety. Błażej delikatnie skinął głową, Monika uśmiechnęła się lekko.
Następnym obrazem była prowadząca:
- Tych dwoje ludzi, sami odkrywają dla nas miejsca bardzo
dalekie od turystycznych tras i hotelowych wygód. Czy to znaczy, że nigdy nie
widzieliście piramid?
- Widzieliśmy, oczywiście, ale zaraz szybko zbaczamy z
drogi
i szukamy tego, co jest po drugiej stronie piramidy, Tadż Mahal albo Angkoru. Ciekawią nas miejsca, do których nie docierają turyści. Tam zrobiliśmy najwięcej interesujących zdjęć.
i szukamy tego, co jest po drugiej stronie piramidy, Tadż Mahal albo Angkoru. Ciekawią nas miejsca, do których nie docierają turyści. Tam zrobiliśmy najwięcej interesujących zdjęć.
- Ogromny zbiór waszych fotografii jest w tym nowo
wydanym albumie. Są to zdjęcia z
Kamerunu, Etiopii i Madagaskaru. Czy teraz zamierzacie trochę ochłodzić
fotografie? Wiem o nowym planie podróży. – uśmiechając się przyjaźnie, zwróciła
się do Moniki.
- Tak. Arktyka to moje klimaty. Jeszcze tam nie byliśmy,
może dlatego postanowiliśmy zakosztować lodu i mrozu niedaleko, w Finlandii, a
bardziej szczegółowo w Laponii.
- Czy to znaczy, że będziecie ścigać z aparatem Świętego
Mikołaja?
- O nie! Ja i Błażej już nie wierzymy w Mikołaja! To
konfekcja, cepelia dla turystów! My chcemy poznać ten niegościnny kawałek
świata, gdzie narodziła się historia Kalevali. Chcemy wyjechać teraz, aby
dotrzeć do Rovaniemi a stamtąd do Laponii we właściwym czasie. Poza tym chcemy
zobaczyć jak najwięcej najwspanialszych zjawisk, białe noce i oczywiście zorze
polarne. Ja będę wypatrywać a Błażej będzie robić zdjęcia – powiedziała Monika
zwracając się w stronę Błażeja.
- O tak! Monika „ma oko”! Już wielokrotnie zobaczyła coś,
co o mały włos bym rozdeptał!
W studio zapanowała miła atmosfera. Młodzi, rozluźnieni,
zachowywali się swobodnie, co bardzo ucieszyło prowadzącą. Nie musiała
„wyduszać” odpowiedzi. Były szczere i spontaniczne. Jeszcze tylko kilka pytań i
podziękuję im i widzom za uwagę, proponując następne spotkanie ze znanym
zdobywcą Czomolungmy.
*
Silniki samolotu szumiały jednostajnie. Błażej oparty
wygodnie na fotelu, chyba drzemał. Monika zbyt podniecona podróżą, prawie nie
spała tej nocy. O świcie wyruszyli na lotnisko, zabierając ze sobą dość spory
bagaż. W Helsinkach mieli zarezerwowany hotel w dawnym budynku więziennym na
wyspie Katajanokka o tej samej nazwie. Postanowili zostać tam jakieś trzy dni,
aby choć trochę się zaaklimatyzować, a potem wyruszyć do Rovaniemi – bramy
do Laponii. Tam wynająć jakiś hotel, który będzie ich bazą, a potem to już wielka niewiadoma!
do Laponii. Tam wynająć jakiś hotel, który będzie ich bazą, a potem to już wielka niewiadoma!
Do Helsinek były jeszcze dwie godziny lotu, czyli połowa.
Popatrzyła na ładny profil Błażeja i przytuliła się do jego ramienia.
- Spróbuj zasnąć Monia – powiedział.
Zamknęła oczy i udając, że śpi słuchała pracy silników,
wyobrażała sobie ich dwoje idących w bezmiarze bieli pod zieloną firanką zorzy.
- Aurora borealis, trochę to brzmi jak Aurora na
boreliozę chora - pomyślała uśmiechając się.
Być może to zabawne skojarzenie spowodowało, że już
spokojniejsza, przytulona do ramienia Błażeja, zasnęła.
Rovaniemi – serce Laplandu – jak je określają, przywitało
ich kilkustopniowym mrozem, ale lapoński mróz jest suchy i przyjemnie mroźny w
przeciwieństwie do polskich mroźnych, wilgotnych i wietrznych zim.
Wynajętym jeepem podjechali pod hotel Aakemus. Był to
niski, właściwie parterowy budyneczek, który sprawiał wrażenie przerobionego ze
starego fińskiego domu, a na potrzeby hotelarskie dobudowano mu z boku
parterowy przeszklony pawilon.
Mimo, że była to wczesna popołudniowa godzina, panowała
już noc. Czerwony neon z nazwą hotelu rozświetlał biel śniegu. Było go jeszcze
niewiele, zima dopiero przymierzała się do panowania.
Na razie wyłączyła światło dnia. Tylko na kilka godzin po południu Laponia pogrąża się w półmroku.
Na razie wyłączyła światło dnia. Tylko na kilka godzin po południu Laponia pogrąża się w półmroku.
Za kontuarem recepcji siedziała starsza kobieta. Była tak
szara jak ten półmrok za oknem. Ubrana w szary sweter, dziergała na drutach
drugi, podobny w kolorze.
- Nie mogłabym tu być na stałe, chyba bym się spopieliła
w tej szarości – pomyślała Monika.
- Co masz taką minkę? – zapytał Błażej. Daj spokój, damy
radę!
Pokój był nieco przyjemniejszy w odbiorze. Narzuty na
łóżkach
w pomarańczowo niebieska kratę i łososiowe zasłony miały ocieplić wnętrze.
w pomarańczowo niebieska kratę i łososiowe zasłony miały ocieplić wnętrze.
Monika nie zdejmując kurtki, czapki i rękawic, rzuciła
się na łóżko.
- Moje przy oknie!
- Niech ci będzie! Jak zwykle! Czy mam cię rozebrać?
- Bardzo proszę, ale tylko z butów!
Potem oboje jednocześnie, co było w ich zwyczaju, wzięli
gorący prysznic, zjedli rogaliki, popili winem i zmęczeni usnęli w objęciach.
Nazajutrz, Błażej zadzwonił do przewodnika, informując
go, że już są i czekają na niego w hotelu. Mogło to potrwać kilka dni, bo Jarmo
potrzebował czasu, aby bardzo dokładnie wytyczyć im trasę, zamówić nocleg tam,
gdzie było to możliwe, zabezpieczyć im jedzenie, kuchenkę, skutery śnieżne i
możliwości kontaktu. Zima w Laponii jest nieprzewidywalna, a temperatury czasem
sięgają minus pięćdziesięciu stopni. To ryzykowna wyprawa, ale był w tym
najlepszy i nigdy nie zdarzyło się, aby komukolwiek coś nieprzyjemnego się
przydarzyło.
Czekając na Jarmo, Błażej z Moniką wyruszyli do centrum
Rovaniemi na zakupy. W hotelu obok pokoiku mieli maleńką kuchnię, gdzie mogli
sami sobie coś ugotować, a tym samym zaoszczędzić trochę pieniędzy.
Wieczorem siadali w fotelach, tuż przed oknem. Pijąc gorącą
herbatę z cynamonem patrzyli na migające światełka w domach, rzucające żółtą
poświatę na śnieg, który nie zamierzał ustąpić.
- Monia, jest dobrze, prawda?
Nie odpowiedziała, ale uścisnęła jego dłoń.
Błażej czuł się odpowiedzialny za Monikę. Bardzo chciała
mieć dziecko. Byli już cztery lata ze sobą. Monika zerwała przyjaźnie z
koleżankami, które ciągle opowiadały jej, jakie to mają genialne dzieci albo,
że już wystarczy dwoje, na trzecie nie mają siły. Żadna nie ugryzła się w
język, paplały, paplały, a Monika cierpiała.
Niedawno przeżyła kolejną depresję. Przez tydzień nie
wychodziła z łóżka.
Albo spała, albo płakała. Mówiła, że czuje się jak pusta skorupa, martwa, nieużyteczna. Tym razem jej stan był już groźny dla niej samej.
Jej psychoterapeutka doradziła podróż, ale nie pod egipskie niebo, gdzie jest lenistwie i bezmyślnie.
Albo spała, albo płakała. Mówiła, że czuje się jak pusta skorupa, martwa, nieużyteczna. Tym razem jej stan był już groźny dla niej samej.
Jej psychoterapeutka doradziła podróż, ale nie pod egipskie niebo, gdzie jest lenistwie i bezmyślnie.
Błażej musiał wymyśleć wyprawę pełną niewiadomych,
zagrożeń
i kompletnej zmiany wszystkiego. Laponia spełniała wszystkie warunki. Miał przyjaciela, który mieszkał i pracował w Finlandii i dla żartu uczył Błażeja fińskiego, a więc miał podstawowe możliwości porozumienia się z Lapończykami albo z Samami, jak o sobie mówili. Wbrew pozorom wyprawa nie była droga. Drogie są zorganizowane wycieczki, na których wszyscy chcą zarobić.
i kompletnej zmiany wszystkiego. Laponia spełniała wszystkie warunki. Miał przyjaciela, który mieszkał i pracował w Finlandii i dla żartu uczył Błażeja fińskiego, a więc miał podstawowe możliwości porozumienia się z Lapończykami albo z Samami, jak o sobie mówili. Wbrew pozorom wyprawa nie była droga. Drogie są zorganizowane wycieczki, na których wszyscy chcą zarobić.
Spojrzał na skuloną w fotelu Monikę. Wydała się taka mała
i krucha. Oparła głowę na fotelu i patrzyła spokojnie na granatowo złoty obraz
miasta za szybą.
-Jak ona sobie da radę? Musi. – pomyślał.
- Napijemy się wina?
- O tak! Daj łyczek! Od jutra chyba już nie będziemy
wieźli butelki za sobą!
Błażej poszedł po wino a wrócił z mapą. Ukląkł przed
Moniką rozwijając przed nią arkusz.
- Czy ty wiesz ile mamy tego towaru?! Jarmo pożyczy nam
sanki i dwa skutery śnieżne. Będziemy je ciągnąć za aż do Vikajarvi, potem dostaniemy
renifery. Musimy z nimi dotrzeć do Kemijarvi a stamtąd aż do Sodankyla. W
Sodankyla dostaniemy psy i z nimi powrócimy do Vikajarvi i znowu na skuterach
do Rovaniemi. Jak Ci się podoba?
- To ogromny kawał ziemi! A gdzie będziemy spać?
Odpoczywać?
- Kochanie tam, co kilkanaście kilometrów są chatki.
Zaopatrzone w drewno, kuchenkę gazową.
- I te chatki wytrzymują taki mróz?
- To są fińskie chatki. Z grubych bali. Wystarczy w
kominku zapalić ogień i po godzinie jest ciepło. Zobaczysz. Niektóre mają nawet
saunę! To cywilizowany kraj, a Laponia jest dla takich jak my, wędrowców!
- A jakiś kontakt ze światem istnieje?
- Mamy telefony komórkowe, a zasięg jest wszędzie! Dziwny
kraj! Oh, zapomniałem o winie, już podaję!
- Jesteś niezawodny! – Monika uśmiechnęła się dzisiaj po
raz pierwszy.
Zadzwonił telefon hotelowy.
- Dziękuję, - odpowiedział Błażej. Tak czekamy na Pana
Jarmo.
Wszedł okutany w puchową kurtkę, wysoki, uśmiechnięty
szeroko, rozłożywszy ręce na powitanie.
- Hej, witam Was! Ruszymy w zaprawę?
- Hej, chyba na wyprawę! – roześmiał się Błażej. – Ale
nie przejmuj się, ja tak samo mówię po fińsku!
Jarmo studiował w Krakowie, mówił po polsku śmiesznie
z węgierskim odcieniem polszczyzny.
z węgierskim odcieniem polszczyzny.
Przy winie siedzieli prawie do północy, omawiając
wszystkie, najdrobniejsze szczegóły trasy.
- Ja nie pojadę z Wami. To dlaWas takiej wycieczki, ale
cały czas z wami będę w kontakcie. To mogę do was szybko dojść, bo wasza trasa idzie
niedaleko dużych dróg. Jutro koło południa przyjdę tu ze skuterami, narty i
sanki. Dam wam mapę, gdzie są chaty. Zapakujecie się i hej!
*
- Nigdzie nie ma tak białego śniegu, tak głębokiej ciszy
i tak czystego powietrza jak tu. – pomyślał Błażej.
Jechali na skuterach, ciągnąc swój bagaż, już od trzech
godzin. Lapoński mróz jest przyjemnie mroźny, suchy i dzięki specjalnym ciepłym
ubraniom, niezbyt dokuczliwy. Słychać było szum płóz i dźwięk pracujących
silników. Jechali wąską doliną. Przed nimi leżała niczym nieskażona biel. Za
nimi wił się ślad płóz.
Wąwóz Zdechłego Renifera ciągnął się kilka kilometrów. Od
wschodu zamykał go las, który z tej odległości wyglądał jak nieregularna
kreska. W tym lesie znajdowała się ich pierwsza chatka. Dotarli do niej tuż
przed nocą, tą zegarową, bo noc a właściwie zmierzch trwał cały dzień.
Była niewielka, zbudowana z bardzo grubych bali,
łączonych
w narożach w tak znany z polskich wsi sposób, czyli „na jaskółkę”. Przed nią, pod małym daszkiem leżało równo ułożone drewno.
w narożach w tak znany z polskich wsi sposób, czyli „na jaskółkę”. Przed nią, pod małym daszkiem leżało równo ułożone drewno.
W środku mieli dwa drewniane legowiska, przykryte skórami
reniferów, kominek i kociołek do gotowania, na stoliku z dwiema ławkami stała
lampa, nafta i zapałki. Było wszystko, co jest potrzebne, aby przeżyć.
- Luksus! – powiedziała Monika. Aż się chce tu być!
Zapalę najpierw lampę! Potem w kominku.
- A ja pójdę zabrać z sanek, co nam potrzebne do jedzenia
i spania.
Błażej wyszedł na zewnątrz chatki. Musiał przystanąć z
zachwytu. Niebo było granatowe, śnieg niebieski, drzewa czarne a w małym
okienku chatki drżało pomarańczowe światełko lampy.
- Jak na pocztówce bożonarodzeniowej – pomyślał.
Cisza jakby zastygła w szklaną taflę, nieruchoma,
zmrożona, panowała nad tym światem. Błażej słyszał swój oddech.
Po godzinie, już rozebrani z kurtek, siedzieli przy
stoliku i jedli chińską zupkę. Monika znalazła jeszcze szafkę, w której były
miseczki, łyżki, suszona ryba, sól i fasola. Teraz zaróżowiona, jadła to
studenckie danie z apetytem.
- A jak się umyjemy? – spytała.
- Podgrzejemy trochę śniegu. Tu jest wiaderko. To proste.
Ale siusiu musisz wychodzić na dwór. Tylko się przedtem ubierz, nie ma żartów!
A teraz chodź, załóż kurtkę, na chwilkę, coś ci pokażę!
Odeszli trochę dalej od domu, aby z pewnej odległości
zobaczyć piękno nocy polarnej z drżącym światełkiem życia w tej pustej bieli.
Była piękna czysta noc. Błażej szukał na niebie zorzy. Niestety dzisiaj jej nie
było.
- I co powiesz, Monia? Jak?
- Wiesz, to trudne! To tak jakbym stała na innej
planecie, gdzie mieszkamy tylko my dwoje. I wcale mnie to nie przeraża. Czy to
znaczy, że świat istnieje dla nas, a nie odwrotnie?
- Dla nas. Dla Ciebie. Jest piękny, tajemniczy,
nieprzewidywalny,
ale to wszystko jest dla nas. No dosyć filozofowania na dziesięciostopniowym mrozie! Wracamy, nie ma tęczy! Musi być jutro! Zadzwonię do Jarmo i powiem, że zaliczyliśmy pierwszy etap!
ale to wszystko jest dla nas. No dosyć filozofowania na dziesięciostopniowym mrozie! Wracamy, nie ma tęczy! Musi być jutro! Zadzwonię do Jarmo i powiem, że zaliczyliśmy pierwszy etap!
Ich kroki po chrupiącym od mrozu śniegu, były jedynym
dźwiękiem. W domku było już całkiem ciepło. Rozłożyli śpiwory na skórach,
Błażej nastawił budzik, aby za dwie godziny dołożyć do kominka, pocałował
Monikę w czoło, jak dziecko, zgasił lampę i chwilę patrzył na pełzające cienie
i światła ognia po belkowanych ścianach chaty. Nie trwało to długo. Był
zmęczony, dotleniony, usnął jak mały chłopiec.
Następnego dnia wyruszyli przed południem. Ich celem była
chata zaznaczona numerem drugim na mapie Jarmo. Tego dnia wiał lekki wiatr.
Oboje w kaskach na głowie, musieli dodatkowo chronić twarz i dodać jeszcze
jedne rękawice.
Poruszali się przesieką między drzewami. Właściwie to był
rzadki las. Było ciemniej niż wczoraj. Jechali z włączonymi światłami. Błażej
starannie sprawdzał kierunek w GPS. Zagubienie się w tych warunkach mogło być
nieprzyjemne.
Nagle, usłyszeli dzwoneczki sań, aż przystanęli w miejscu
ze zdziwienia. Dźwięk rósł szybko. Narastał z ich lewej strony. Powiał
silniejszy wiatr, wzburzył tuman suchego śniegu i w tym momencie tuż za nim pojawiły
się renifery, zaprzężone w kilka par, a za nimi sanie, jakich używają Samowie.
W nich stał starzec, ubrany w granatowo czerwony strój trzymał lejce i bat w
drugiej ręce. Wiatr
w pędzie zerwał coś z jego głowy i uwolnił jego długie siwe włosy
i brodę. Sanie przemknęły przed nimi. Trwało to kilka sekund.
w pędzie zerwał coś z jego głowy i uwolnił jego długie siwe włosy
i brodę. Sanie przemknęły przed nimi. Trwało to kilka sekund.
Błażej i Monika stali jak wmurowani. To tak jakby ktoś,
na tym pustkowiu, przejechał przed ich nosem na czerwonym, dla siebie, świetle.
Jeszcze chwilę słyszeli dźwięk dzwonka i trzask bata, a potem zapadła cisza.
- Co to było! – spytała, trochę wystraszona, Monika.
- Nie wiem. Może to jakaś atrakcja turystyczna!
- A widziałeś? Coś mu spadło z głowy!
- Nie. Gdzie?
-Tam na lewo. Chodźmy zobaczyć.
Na śniegu leżała szafirowa czapka. Dziwna. Jej denko miało
cztery duże rogi. Była ozdobiona haftem w paseczki i futrem.
- To chyba prezent dla nas!
- No nie mów, Monia. Pewnie zaraz wróci. Przecież mu
zimno. Chodź, podjedziemy tam gdzie zniknął.
Rozejrzał się w poszukiwaniu kierunku. Na śniegu nie było
żadnego śladu sań. Spojrzeli na siebie.
- To przecież niemożliwe! Popatrz Monia, powinny być, tak
jak nasze. A nasze są!
Czekali jeszcze chwilę, a potem z czapką wrócili do
swoich skuterów. Całą dalszą drogę nie zatrzymywali się. Znów wieczorem dotarli
do następnej chaty. Była większa niż poprzednia i miała dodatkowo kuchenkę
gazową.
- Czy to możliwe, Błażej, że nam się to przywidziało?
- A czapka? To już jest jak najbardziej realne
przywidzenie.
- No tak. Dziwne. A może to były bardzo lekkie sanie?
- Nie aż tak lekkie, żeby nie zostawić żadnego śladu. Ale
podobno Laponia jest magiczna, może to był szef magików?
Monika roześmiała się serdecznie. Było im ciepło i miło.
Znowu zjedli zupkę o innym smaku. Błażej wydobył z sanek aparat fotograficzny,
statyw, pierniczki i… butelkę wina.
- Coś takiego! Przemyciłeś wino! No to pijemy!
- Zaraz, zaraz. Spokojnie, najpierw rozstawię statyw.
Dzisiaj musi być zorza. Na aparat założymy czapkę, bo zamarznie! Niebo się
przetarło, widać gwiazdy. Ubieraj się idziemy na polowanie!
Tak jak powiedział, tak się stało. Na niebie pojawiła się
firanka zorzy polarnej. Zmieniały się jak w kalejdoskopie. Trzy pasma zielonej
zorzy łączyły się pomarańczowym łukiem nad horyzontem.
Na pierwszym planie było kilka oblepionych śniegiem drzew. Błażej szybko wyciągnął spod kurtki aparat, umieścił go na statywie
i ustawił czas na 15 sekund. Aparat zrobił zdjęcie. Po chwili czapką wyjętą zza pazuchy okrył aparat, odczekał kilka minut i powtórzył zdjęcie. W ten sposób uzyskał kilka zdjęć tej samej zorzy w ruchu. Nie istnieje drugi, taki sam jej obraz.
Na pierwszym planie było kilka oblepionych śniegiem drzew. Błażej szybko wyciągnął spod kurtki aparat, umieścił go na statywie
i ustawił czas na 15 sekund. Aparat zrobił zdjęcie. Po chwili czapką wyjętą zza pazuchy okrył aparat, odczekał kilka minut i powtórzył zdjęcie. W ten sposób uzyskał kilka zdjęć tej samej zorzy w ruchu. Nie istnieje drugi, taki sam jej obraz.
Monika przytupując stała obok, z zadartą głową
obserwowała zjawisko dostępne tym, którzy przekroczą koło podbiegunowe. Była
zachwycona.
W chacie, nakryła do stołu papierowymi serwetkami,
pierniczkami
i plastikowymi kubeczkami do wina. Błażej wrócił ze sprzętem, zadowolony.
i plastikowymi kubeczkami do wina. Błażej wrócił ze sprzętem, zadowolony.
- Nie chcę cię wystraszyć, ale opowiem, co oznacza
spanie, tak jak tu w jednym łożu, pod zorzą polarną.
- No to strasz!
- Podobno dziecko poczęte pod zorzą polarną ma zapewnione
szczęście i dostatnie życie, ale również zorza, to iskry pozostawione przez
biegnącego po niebie lisa, zwiastuna złych mocy.
- Ale z kolei ja wiem, że zorza jest na kilkudziesięciu
kilometrach od ziemi, więc zło do nas nie dotrze!- powiedziała, zupełnie
pomijając pierwszą część zdania.
Szczapy drewna w kominku trzeszczały, rozsypując iskry.
Nie ma chyba piękniejszego oświetlenia wnętrza, jak światło ognia. Dobre,
wytrawne wino, ciepło i cisza spowodowały, ze nastrój stał się baśniowy.
Błażej ściągnął z jednego łoża skórę renifera i położył
przed kominkiem.
- Chodź, zobacz jak cudnie posiedzieć tak na ziemi, w
miękkim futrze z ciepłem na twarzy.
Siedzieli objęci, a we włosach tańczyło światło ognia.
Monika odwróciła się i pocałowała go delikatnie w policzek. Błażej wziął jej
twarz w obie dłonie i całował delikatnie każdy jej fragment. Potem już oboje
nie pragnęli niczego innego.
*
Słońce wyjrzało zza horyzontu zaledwie na kilka godzin,
latem potrafi nie zachodzić za przez dwa miesiące. Podobno w Utsjoki najdłuższy
letni dzień trwa ponad dwa miesiące. Zima nie jest zbyt łaskawa.
Następną noc mieli spędzić już w hoteliku w Vikajarvi.
Dostaną sanie z zaprzęgiem reniferów.
- Nareszcie można się wykąpać i zjeść coś normalnego –
powiedział Błażej, pakując sanki.
- Nie było źle, mnie się tam podobało!
Odcinki podróży były tak podzielone, by bezpiecznie
dotrzeć do jakiegoś schronienia każdej nocy. Rzeczywiście około ósmej dotarli
do miasteczka. Hotelik był przyzwoity. Zjedli, wykąpali się i zeszli do
recepcji, by poczuć innych ludzi obok siebie. Błażej zabrał ze sobą czapkę,
sądząc, że czegoś się o niej dowie. Niestety za ladą stał starszy człowiek, o
lekko skośnych oczach, pewnie Sam, nieznający angielskiego.
Spojrzał na leżącą czapkę i powiedział cicho kilka razy:
- Kauneus, kauneus…
- Co to jest? – zapytał Błażej przesadnie odcinając
poszczególne słowa.
- Neljan tuulen hattu. – odpowiedział.
- Acha… - bąknął Błażej.
W drzwiach pojawiła się postać, strzepując śnieg z
ramion, powiedziała coś po fińsku do recepcjonisty. Chwilę porozmawiali
półgłosem. Potem postać zdjęła kaptur, który zakrywał prawie całą twarz i już,
jako dziewczyna zwróciła się do Błażeja po angielsku.
- To czapka czterech wiatrów. Nasza narodowa czapka. Nie
widział jej Pan?
- Nie. Po raz pierwszy się z nią spotkałem.
- W niej są złapane wszystkie cztery wiatry świata. To
magiczna czapka. – uśmiechnęła się. – A skąd ją macie?
Błażej opowiedział zdarzenie w lesie. Dziewczyna
wysłuchała
z uwagą. Potem zupełnie poważnie powiedziała:
z uwagą. Potem zupełnie poważnie powiedziała:
- Niewielu to się przydarza, ale to znaczy, że spotka Was
coś miłego! Dobrej nocy!
Następny etap z Vikajarvi do Sodankyla, pokonają
zaprzęgiem reniferów. Dodano im małe sanki z paszą dla zwierząt i pomachano na
pożegnanie.
Teraz dopiero poczuli się jak mieszkańcy Laponii. Sanie,
renifery
z dzwoneczkami, ciepły koc, pod którym wygodnie siedzieli i bezmiar białej połaci śnieżnej, były jak ze snu, z którego wcale nie chcemy się obudzić. Mijali wysokie oblepione śniegiem drzewa, podobne do świerków i poduchy śniegu uwiezionego w krzewach. Wszystko w czerni i bieli. Za to nocą barwy zorzy polarnej krasiły granatowe, usiane gwiazdami niebo. Zegarki w Laponii powinny mieć kilka wskazówek, bo noc zlewa się z dniem.
z dzwoneczkami, ciepły koc, pod którym wygodnie siedzieli i bezmiar białej połaci śnieżnej, były jak ze snu, z którego wcale nie chcemy się obudzić. Mijali wysokie oblepione śniegiem drzewa, podobne do świerków i poduchy śniegu uwiezionego w krzewach. Wszystko w czerni i bieli. Za to nocą barwy zorzy polarnej krasiły granatowe, usiane gwiazdami niebo. Zegarki w Laponii powinny mieć kilka wskazówek, bo noc zlewa się z dniem.
Znowu nocowali w chatkach. Błażej robił kolejne zdjęcia,
a Monika zauważyła, że jest weselsza, nawet skłonna do żartów!
W Sodankyla znowu mieli cywilizowany odpoczynek. Nawet
czekał już na nich Jarmo, ciekaw jak sobie radzą. Znowu spędzili razem miły
wieczór a rano zobaczyli gotowy zaprzęg psów husky, i czekającego na nich
Jarmo.
- Musimy zrobić potrenowanie prowadzenie psim zaprzęgiem.
To nie jest takie proste. Jak psy startują, musisz być nogą na hamulcu, inaczej
nie pokierujesz nimi. Komendy krzyczysz. Pochylasz się na zakrętach jak na
nartach, ale uważaj na hamulec. Dam po cztery psy, bo z większą nie dacie sobie
rady. Wieczorem musicie je nakarmić.
- Nie będzie im zimno na dworze, w nocy? – spytała
Monika.
- Nieee, one mają futro jak renifer! One kochają zimno!
Oddacie je w Vikajarvi. Tam się spotkamy. Teraz już wracacie, na południe, już pół
trasy za sobą! A więc w drogę!
Psy wyczuły start i głośnym szczekaniem, dawały znak, jak
bardzo się cieszą z tego, że będą mogły pobiegać.
Teraz dopiero podróż odbywała się w ciszy. W bieli
krajobrazu słychać było tylko skrzypiący śnieg pod płozami i zziajane oddechy
psów.
Białe słupy drzew przyglądały się tej arktycznej
karawanie. Czasem spadała z nich poduszka śniegu, wzbijając miliardy pyłków,
migocących tęczowo w słońcu.
Byli już w połowie drogi do następnej chaty, gdy
usłyszeli coś więcej. Nie był to ciągły szum płóz, ale pojedyncze skrzypnięcia,
w rytmie kroków. Oboje jednocześnie zatrzymali zaprzęgi. Po chwili zza
kolumnady drzew pojawiła się postać mężczyzny, brnącego przez śnieg na
rakietach. Wbił kijki w śnieg i rozłożył szeroko ręce:
- Tervetuloa!
- Tervetuloa! – odpowiedział Błażej
- Co powiedział? – spytała Monika.
- Że nas wita, cicho, nic nie mów.
Dalej rozmowa toczyła się w prostym fińskim języku, który
był
w miarę rozumiany przez Błażeja.
w miarę rozumiany przez Błażeja.
Ubrany w swój lapoński strój człowiek miał na głowie taka
samą czapkę, jaką znaleźli. Był uśmiechnięty i serdecznie zaprosił ich
do wioski.
do wioski.
- To niedaleko, zapraszam!
To była bardzo miła propozycja. Mogli zobaczyć więcej,
poznać prawdziwych Samów i odpocząć po dość męczącym powożeniu psami w pozycji
stojącej.
- Nazywam się Vejno. – powiedział i ruszył dalej przed
siebie.
Pojechali za nim. Po około kilometrze stojąc na
niewielkim wzniesieniu, zobaczyli jak od lewej strony łuk lasu obejmuje
nieskazitelnie białą taflę jeziora, a w nim na sporym cyplu rozgościło się
kilka maleńkich chat z grubych bali. Z kominów snuły się dymy, a w środku
wioski paliło się chyba duże ognisko, oświetlające pomarańczowo puchate dachy.
- Muszę tu wrócić i sfotografować ten obrazek. To wygląda
jak scenografia. – pomyślał Błażej.
Monika też przystanęła i spojrzała uśmiechając się do
Błażeja, Wiedziała na sto procent, o czym pomyślał.
W wiosce Vejno przedstawił ich kilku Samom a potem
wprowadził do namiotu, który nazywają goathe. Na podłodze leżały skóry
renifera. Jakaś kobieta zajęła się gotowaniem zupy w kociołku wrzucając do
niego kawałki łososia.
- To moja matka, Ilmatar. – powiedział. Ma już ponad sto
lat!
Kobieta słysząc swoje imię odwróciła się i uśmiechnęła
bezzębnymi ustami. Błażej i Monika pochylili głowy. Oboje uznali, że to będzie
najbardziej godne okazanie szacunku. Poczęstunek smakował lepiej niż w
najdroższej restauracji w Helsinkach! Błażej wydostał z sankowych zapasów
butelkę whisky, którą miał dać w podzięce Jarmo. Dzięki niej, atmosfera w
goathe zrobiła się całkiem luźna. Błażej przypominał sobie coraz więcej
fińskich słówek i odważył się zapytać, kim był ten siwowłosy, brodaty starzec,
który przemknął na saniach obok nich.
- Widzieliście go? O, nie każdemu się pokazuje!
- Ale kto to był?
- To był Tapio, król i gospodarz lasów. Podobno, kto go
zobaczy będzie bogaty. Nie musi posiadać nawet młynka Sampo.
- Sampo?
- Tak. Cudowny młynek przynoszący szczęście i dobrobyt
nawet wtedy, gdy nie nasypie się do niego ziarna.
- Vejno, a możesz nam jeszcze opowiedzieć o czymś, w co
wierzycie i jest dla was ważne?
- Mam dużo opowieści, ale musielibyście tu mieszkać ze
trzy miesiące, aby wszystkich wysłuchać. Powiem wam tylko o tym, co
widzieliście tu na ziemi Kalevy.
- Otóż widzieliście pewnie gwiazdy. U nas są
najpiękniejsze. A najważniejsza dla nas jest Gwiazda Północna. Jest podporą
nieba. Jest też Wielki Jeleń uciekający przed trzema myśliwymi i gwiezdne stado
reniferów. A zorza polarna to dla nas lis biegnący przez wyżyny nieba, który
rozmiata kitą zaspy tak mocno, że powstają iskry tworzące kolorowe smugi.
Mówimy na nie lisie płomienie.
Sam przerwał opowiadanie i zaczął śpiewać swój joik,
spontaniczną pieśń a capella, śpiewając o historii Samów, o przemijaniu. Nie
trzeba rozumieć słów. Zapach palonych bierwion, tańczące płomienie i nastrój
chwili powodują, że wyobraźnia podsuwa obrazy Samów, żyjących od wieków w
zgodzie z nieprzyjazną ludziom naturą, podążając za swoimi reniferowymi
stadami. I tak to już jest – tam gdzie Samowie – tam renifery, nawet w
zaświatach.
Po nocy spędzonej wśród Samów, Błażej i Monika wracali do
swojej wytyczonej trasy, żegnani serdecznie. Błażej wydobył statyw, umieścił na
nim aparat i fotografował ich uśmiechnięte portrety, wioskę, cały ten piękny
fragment ziemi w promieniach nisko nad horyzontem zawieszonego słońca.
Jeszcze kilka dwa, może trzy dni i znów będą na lotnisku w
Helsinkach, czekając na samolot LOT’u. Ich przygoda zakończy się, ale
pozostanie pamięć czegoś niezwykłego jak dotknięcie tajemnicy, której nigdy nie
odkryją. Są z zewnątrz.
*
Mieszkanie w Warszawie było chyba najcieplejszym miejscem
na świecie. Nareszcie mogli chodzić w samych koszulkach. Zajęli się
rozpakowywaniem sprzętu.
- Muszę wreszcie spokojnie obejrzeć fotografie, bez
strachu, że mi bateria padnie! – powiedział Błażej wpinając kartę pamięci do
komputera.
- Chodź Monia, zobacz, jakie zorze złapałem! O matko! Ale
to cudne! Nie, nie fotografie, zorze są cudne! Nad zdjęciami jeszcze muszę
popracować. Prawda?
- Tak. Są piękne! A ci Samowie?
-Poczekaj są na końcu.
Na ekranie przewijała się Laponia, w swojej bieli,
mrozie, śladach na śniegu, pustce aż do horyzontu, detalach drzew i krzewów.
Potem znów na chwilę pojawił się festiwal zórz, a potem mnóstwo zdjęć tego
samego tła, potem też tego samego jeziora, ale w szerszym planie.
- Co jest?!!! Gdzie są Samowie? Monia, czy ja oślepłem?
- Błażej ich nie ma!!!
- To, co myśmy jedli? Śnieg?!
- Nie rozumiem, nie rozumiem – mówiła Monika.
- To były duchy, Monia! Jedliśmy zupę, którą ugotowały
duchy!
Tej nocy nie mogli zasnąć. Oboje racjonalni,
inteligentni, nagle zetknęli się z niewytłumaczalnym zjawiskiem.
Na dodatek nie mogli nikogo spytać o wytłumaczenie, bo
nikt by im nie uwierzył, że pamięć aparatu wyeliminowała obraz ludzi, chat
i reniferów pozostawiwszy tylko tło. Pukaliby się w głowę i tyle!
i reniferów pozostawiwszy tylko tło. Pukaliby się w głowę i tyle!
Postanowili nie mówić nikomu. Tylko podejrzanie
spoglądali na czapkę czterech wiatrów, wiszącą w przedpokoju.
Błażej zajął się obróbką zdjęć, Monika wróciła do pracy w
redakcji pełna energii. Zaniosła czapkę, aby pokazać dziewczynom to dziwo.
- Jest bardzo ciepła!
- Załóż! – prosiły. – Ładnie ci! Nawet ślicznie! Idź w
niej do baru naprzeciwko! My też tam idziemy coś przegryźć! Chodź!
Kiedy wyszły wiał silny północny wiatr. Monika postawiła
kołnierz kurtki i w tym momencie wiatr zerwał jej z głowy czapkę, poniósł ją
wysoko, jak latawiec, rozgościł się w jej wszystkich czterech rogach
i po chwili jak szafirowa plamka zniknął za dachem wysokiego domu.
i po chwili jak szafirowa plamka zniknął za dachem wysokiego domu.
- No trudno, sama przyleciała, sama odleciała – powiedziała
Monika
- Oj, a nie żal ci jej? A skąd ja miałaś?
- Żal, opowiem wam o niej w barze – to mówiąc postawiła
kaptur kurtki.
*
Minął miesiąc. Wszystko powracało do swoich utartych
ścieżek,
ale oboje czuli, jakby posiadali wiedzę tajemną, albo też zostali wyznaczeni do jej posiadania. Ta wyprawa zbliżyła ich do siebie. Monika coraz częściej się uśmiechała i ciągle powtarzała to swoje:
ale oboje czuli, jakby posiadali wiedzę tajemną, albo też zostali wyznaczeni do jej posiadania. Ta wyprawa zbliżyła ich do siebie. Monika coraz częściej się uśmiechała i ciągle powtarzała to swoje:
- A pamiętasz jak…
Pewnego dnia, przyszła do domu nieco później niż zwykle.
- Stało się coś Moniu?
- Nie. Wszystko w porządku. – Odpowiedziała, ale nadal
stała
w kurtce.
w kurtce.
- Ach, posłuchaj, co znalazłem na YouTube! Ovlla luohti – Ole sin jolk.
Z ekranu laptopa popłynęła tęskna melodia Samów. Niemal
taka sama jak ta, która w namiocie śpiewał im Vejno. Słuchali z zamkniętymi
oczami. Kiedy muzyka wybrzmiała Błażej odwrócił się do Moniki:
- No i co? Fajne?
- Jestem w ciąży. – Spokojnie powiedziała.
Błażej wstał i powoli zaczął rozpinać jej kurtkę.
Przytulił się do Moniki delikatnie jakby nie chciał czegoś ukruszyć, złamać.
***
W
sklepie panował ruch. Była nowa dostawa ubrań na wagę. Stare klientki, pewnie
handlarki taszczyły do kasy całe worki wyszarpanej z koszy odzieży. Między regałami chodziła
kobieta z wózkiem, z którego rozlegał się płacz przegrzanego dziecka:
-
Cicho, cicho Violetko, zaraz wyjdziemy! – mówiła, ale nadal nerwowo przesuwała
wieszaki.
Do
kosza z czapkami, rękawiczkami i szalikami podszedł mały chłopiec lekko
kulejąc.
-
Mamo! Popatrz, jaka czapka! Ja chcę taką! Mamo! No chodź!
-
I będziesz w niej chodzić?
-
Będę.
-
A nie uważasz, że to dziwactwo?
-
Nie. To dobra czapka!
-
Dobra czapka! Też coś! – powiedziała matka i włożyła czapkę do koszyka.
***
TAMTA DRUGA
Chusty, szale i szaliki wisiały
smętnie przerzucone przez poziomą, aluminiową belkę. Tworzyły tęczową zasłonę
tuż przy drzwiach sklepu. Kasjerka siedziała po drugiej stronie lady, na której
stała waga.
Ta kolorowa zasłona z różnych faktur i deseni odcinała gorące promienie słońca, które zwłaszcza latem były utrapieniem dla sprzedającej.
Niewielu klientów interesowało się tym wieszakiem. Aż do chwili,
kiedy jako pierwsza zawisła czerwona chusta z długimi frędzlami.
Razem ze słońcem, stworzyła obok siebie czerwoną poświatę, drgającą wraz z drobinkami kurzu, jaki wzbijały otwierane drzwi.
Ta kolorowa zasłona z różnych faktur i deseni odcinała gorące promienie słońca, które zwłaszcza latem były utrapieniem dla sprzedającej.
Niewielu klientów interesowało się tym wieszakiem. Aż do chwili,
kiedy jako pierwsza zawisła czerwona chusta z długimi frędzlami.
Razem ze słońcem, stworzyła obok siebie czerwoną poświatę, drgającą wraz z drobinkami kurzu, jaki wzbijały otwierane drzwi.
Ta czerwień przyciągnęła uwagę
szczupłej czarnowłosej kobiety w sukience w czerwone kwiaty. Widocznie lubiła
tę barwę. Delikatnie dotknęła chusty i pozwoliła frędzlom ślizgać się po jej
dłoni.
***
Na ulicy Bedford róg 144 North 7, na opuszczonym, zamkniętym
sklepie z metalowymi roletami jeszcze widać było graffiti
z wulgarnym napisem. Brooklyn rdzewiał, rozpadał się powoli
i systematycznie. W tej jego części, widać było nieuchronny koniec dzielnicy tętniącej kiedyś życiem. Polaków było już coraz mniej. Wyprowadzali się do lepszych dzielnic dorobiwszy się nieco na pierogach, wędlinach i innych interesikach.
z wulgarnym napisem. Brooklyn rdzewiał, rozpadał się powoli
i systematycznie. W tej jego części, widać było nieuchronny koniec dzielnicy tętniącej kiedyś życiem. Polaków było już coraz mniej. Wyprowadzali się do lepszych dzielnic dorobiwszy się nieco na pierogach, wędlinach i innych interesikach.
Jeszcze nad zamkniętymi opuszczonymi sklepami wisiały
gdzieniegdzie szyldy z polskimi nazwami. Można było nie znać angielskiego i
mieszkać tu zupełnie swobodnie. Pracować też można było u Polaka. Powstała
dziwna Polska z dzielnicą Greenpoint, o pół kuli ziemskiej od tej prawdziwej, w
której pierogi, twaróg i ogórki kiszone to codzienne jedzenie, na którym
majątku zrobić się nie dało.
Kilku rodaków odwiedzało bar „Polonia”. Ciągnęło ich do tego
substytutu ojczyzny, aby zjeść pyzy z mięsem, popić piwem z Polski, pogadać z
kimkolwiek nie wyginając gęby i języka ich mową. Można było posłuchać jak Henry
Kosik (Kosicki), po polsku opieprza personel baru. W rogu wisiał telewizor z
zawsze włączoną polską stacją.
Od rana padał deszcz. Tak drobno, siąpliwie i natrętnie. Woda
zmyła kurz i brud, rozświetliła asfalt, rozmazała bliki świateł samochodów
i wystaw.
i wystaw.
W barze było prawie pusto. To jeszcze nie ta pora. Będzie
ruch za jakieś dwie godziny. Wtedy kończy się dniówka pracujących,
a ponieważ nikt nie gotuje w domu, tu przyjdą na coś na ząb, popiją piwem i pójdą spać, by od rana znów zacząć ten sam kierat.
a ponieważ nikt nie gotuje w domu, tu przyjdą na coś na ząb, popiją piwem i pójdą spać, by od rana znów zacząć ten sam kierat.
Mokra szyba baru rozmywała światła, tworząc obraz, który tak
interesująco wygląda na fotografiach z nowojorskich zakątków.
- Tak ładnie to wygląda, dopóki się na to patrzy z ciepłego
baru – pomyślała Jenny, ścierając stolik.
Co dwa dni była kelnerką od dziewiątej rano do ostatniego
gościa, czyli do około północy. Potem
nocnym autobusem jechała kilka przystanków do swojego domu.
Większość domów była chyba pusta, z odpadającym tynkiem,
czarnymi czeluściami okien i pordzewiałymi konstrukcjami przeciwpożarowych
schodów.
Jej dom przypominał piec. Piece jednak kojarzą się z ciepłem,
gładkością. Ozdobione wypukłymi wzorami kafli zachęcają, aby je dotknąć. Ten
był oschły, wpatrujący się w nią wydziobanymi w betonie dziurkami „okien”, z
przyczepionymi doń maleńkimi platformami, na których mogło jedynie stanąć obok
siebie dwoje szczupłych ludzi lub jeden duży pies, ale wtedy już pysk wystawał
mu na zewnątrz. Tylko na takie mieszkanie było ją stać. Maleńkie dwa pokoiki,
gdzie jeden pełnił rolę kuchni, garderoby i salonu. Drugi był sypialnią.
Była bardzo samotna z wyboru. Nie potrafiła zjednywać sobie
ludzi. Była nieśmiała, nie umiała pogadać, zaprzyjaźnić się, zabawić. Drżała na
myśl utraty pracy, bo wtedy musiałaby wykazać się umiejętnością poszukiwań
innej, wśród obcych ludzi.
Aktem heroizmu stały się jej spacery dookoła domu. Podglądała
ludzi grających w koszykówkę za wydzielonymi siatką małymi boiskami. Czasem
ktoś interesował się młodą drobną blondynką w czerwonej kurteczce, która
szeroko otwartymi oczami przypatrywała się otoczeniu. Wtedy Jenny uśmiechała
się i szybko uciekała w inne miejsce, z którego znów bezpiecznie mogła oglądać
„świat”.
Często siadała na ławce przy ulicy, na której stał jej dom.
Patrzyła na jego fasadę z czerwonej cegły, okna ozdobione jasnym piaskowcem i na daszek nad wejściem do klatki
schodowej, pokryty papą, która stercząc, strzępami po bokach potęgowała
wrażenie zaniedbania i opuszczenia.
Siedząc, Jenny przypatrywała
się wchodzącym do środka ludziom. Była niewidzialna. Nikt nie zatrzymał na niej
wzroku nawet na sekundę. Wtopiła się w smutny krajobraz blokowiska jak
jaszczurka, która dopóki nieruchoma, była niewidoczna.
Chciała zniknąć, wtulić się
w pień rosnącego opodal wiązu, stać się nimfą drzewną lub kawałkiem kory z
zatrzymanym na niej zapachem ziemi. Patrzyła na korzeń wrastający w trawę, potem
głębiej… aż do skojarzeń z jej Tony’m. Był jej jedynym chłopakiem, którego
kochała. Jedynym, przy którym nie czuła się onieśmielona, być może dlatego, że
znali się od dziecka. Razem poznawali świat z perspektywy domu dziecka, w
którym jako sierota wylądowała mając pięć lat . Niedługo cieszyła się
„braterstwem” Tonye’go. Zmarł jako
jedenastolatek, podobno miał coś w głowie i to coś mu pękło. Nawet nie
wiedziała gdzie jest pochowany.
- Teraz on tam jest! –
pomyślała – a korzenie drzew głaszczą go po głowie… - co za myśli!!! –
otrząsnęła się i poszła w kierunku domu.
Na fasadzie sąsiedniego
budynku zauważyła nowy szyld: „Szkoła tańca. Specjalność flamenco i tango”
Hiszpańska tancerka na wpół owinięta czerwoną chustą, w falbaniastej spódnicy,
zdawała się tupać czarnym pantofelkiem.
Tego wieczoru, kiedy robiła
sobie kolację, potem brała prysznic
i w końcu już leżała w łóżku, cały ten czas, natrętnie do jej myśli wdzierała się hiszpańska tancerka flamenco.
i w końcu już leżała w łóżku, cały ten czas, natrętnie do jej myśli wdzierała się hiszpańska tancerka flamenco.
- A może spróbować?
Przynajmniej miałabym jakieś inne zajęcie niż tylko bar i dom, bar i spanie,
bar i… nikogo nie znam. Może poznam kogoś, zawsze coś zacznie się dziać! –
pomyślała i uspokojona zasnęła natychmiast.
Następnego dnia obejrzała
dokładnie szyld. „Zapisy dzisiaj od piętnastej”
napisano na malutkiej karteczce przyczepionej do tablicy plastrem.
- Ale do której? – pomyślała
– Dziś kończę o osiemnastej, wiec pewnie zdążę!
*
Kamienica z czerwonej cegły
opleciona skosami rdzewiejących schodów przeciwpożarowych, na swoim rogu miała
zamknięty metalową roletą sklep z wyblakłym napisem „Grocery” i sporej
wielkości mural przedstawiający zwiędłe słoneczniki. Graffiti stawało się
elementem ożywiającym te smutne domy, ściśnięte jeden za drugim, budowane bez
ładu i składu, jakichkolwiek ograniczeń architektonicznych, nie wymagające od
właścicieli poczucia minimalnej estetyki.
Metalowe rolety stały się
płótnem, wystawą, na których można było wymalować wszystko, na co tylko komu
przyszła ochota. Ich porażająca kolorowość kłóciła się ze smętnym, powtarzalnym
wyglądem kamienic. Hiszpańska tancerka zapraszała do środka.
Jenny pchnęła wąskie drzwi i
znalazła się w wąskim korytarzu, na końcu którego, zobaczyła kartkę
przyczepioną do drzwi – „Szkoła tańca”.
- Chyba zwariowałam -
powiedziała - tylko tego mi potrzeba! Już miała zrezygnować, gdy drzwi
otworzyły się i prawie wpadł na nią mężczyzna, który wychodząc mówił coś
jeszcze do kogoś wewnątrz, odwrócony niemal przygniótł Jenny do ściany obok.
- O! przepraszam, Pani do
nas?
- Nie wiem… no tak, do was.
- To proszę, już wracam,
jest pani pierwszą klientką… co ja mówię
tancerką! Flamenco czy tango?
- Flamenco.
- To u mnie. Zapraszam do
środka.
Środek przedstawiał się
bardziej sympatycznie niż korytarz. Maleńki pokoik był biurem, recepcją i
pewnie miejscem odpoczynku dla nauczycieli tańca. Na biurku stał komputer i
elektryczny czajnik do gotowania wody. Dwa krzesełka i regalik dopełniały
reszty. Przez duże szklane okno widać było niewielką salę, okoloną ławkami z
dwóch stron i ogromnym oknem wychodzącym na ulicę. Lakierowana podłoga pięknie
odbijała zachodzące słońce. Niemłoda kobieta myła ścierką stojące pod ścianą
ławki.
- Jestem Tim Bountry, a
pani?
- Jenny, Jenny Polansky.
- Z Polski?
- Nie, rodzice byli z
Polski,
-Byli?
- Tak, już ich nie ma.
- O, przepraszam, przykro
mi.
Chwila ciszy
przypieczętowała ten temat. Zamknięto go zdecydowanie. Kobieta skończyła mycie
ławek i zajrzała do pokoiku:
- To ja już sobie idę,
skończyłam.- powiedziała, przyglądając się Jenny.
- Ok. Gwen, do jutra. –
odpowiedział jej Tim, trzymając z zakłopotana miną czerwona chustę z frędzlami
w ręku.
- No i co ja mam z tym
zrobić? Jakaś kobieta z kursu zostawiła ją miesiąc temu i nie zgłosiła się już
więcej. Może ty Jenny ją przejmiesz? Przyda ci się do tańca! Rozumiem, że
chciałabyś się nauczyć?
- Tak… jestem trochę
przerażona, ale mogę spróbować o ile cena nie jest zbyt duża. Jestem kelnerką w
barze… to chyba jasne?
- Tak, jasne. Jako pierwszej
dam rabat na pierwsze trzy lekcje, będą za połowę ceny, dobrze? Czyli za
dwanaście dolarów. Chyba nie za drogo dla panienki… pani?
- Panny. – odpowiedziała
speszona koniecznością opowiadania obcemu o swoim stanie cywilnym.
-No więc… panno Jenny…- przeciągał następne pytanie –
będzie pani sama czy z partnerem?
- Sama.. a jakie to ma
znaczenie, przecież flamenco nie tańczy się w parze…- odpowiedziała coraz
bardziej skrępowana pytaniami.
Tim pochylił się ku niej
siedząc na krześle i położył ręce na jej ściśniętych dłoniach. Nie cofnęła
swoich. Ciepło jego dłoni było przyjemne. Patrzył na nią dużymi tęsknymi
oczami, jakie maja Hindusi. Czerń ich źrenic niemal zlewa się z tęczówką a
białka przez to wydają się bielsze. To były oczy tajemnicy, chciała nagle
wiedzieć o nim więcej, dlatego nie cofnęła rąk. Ciepło stawało się
przekaźnikiem, czego? Nie wiedziała.
- Proszę się nie denerwować,
wiem, czym jest flamenco, będę pani nauczycielem, ale najpierw musi się pani
oswoić z ruchem, dotykiem, nabrać pewności siebie. Flamenco to sztuka… chyba za
wcześnie na wykład. – powiedział widząc jak Jenny przypatruje się jego twarzy.
– kiedyś opowiem, co to jest „Duende”, ale nie teraz… czyli do jutra?
- Tak. – odpowiedziała, już
myśląc o pogodzeniu tańca i baru.
Zabrała chustę i pożegnała
się z Timem. Szła nie wierząc, że odważyła się na tak śmiały krok. Długo leżała
przed zaśnięciem, już widziała siebie w tańcu jak gniewnie tupie nogą wybijając
rytm
z wijącą się arabeską palców rąk nad głową.
z wijącą się arabeską palców rąk nad głową.
Sen zawładnął jej tańcem,
czarnymi oczami Tima i pozwolił jej zasnąć z czerwoną chustą w dłoni.
*
To był jej wolny dzień.
Spała dłużej, aż w momencie, gdy skojarzyła, że dziś ma pierwszą lekcję,
oprzytomniała trochę przerażona zmianą, jaka nastąpiła w jej codzienności. W
pewnej chwili chciała to odwołać, aby wszystko wróciło na swoje stare tory, ale
zwyciężyła ciekawość.
Wieczorem włożyła na siebie
jedyną czarną sukienkę, jaką miała, zarzuciła na ramiona chustę i szybko
pobiegła o oznaczonej godzinie do sąsiedniego domu.
Powita ł ją Tim, ubrany w
czarne spodnie i koszulę z falbaniastymi rękawami.
-Teraz wygląda jak Hiszpan,
wczoraj był Hindusem – pomyślała.
Z radia stojącego na
podłodze płynęło albo raczej toczyło się flamenco. Gitara, i głuche uderzenia w
pudła śpiewających podkreślające rytm i drapieżność muzyki, były tak inne od
melodyjek, których Jenny musiała słuchać w barze.
- O! Jesteś… mówmy sobie po
imieniu, dobrze? Popatrz, zainstalowałem ogromne lustro, abyś mogła się
zobaczyć! Ładnie
ci w sukience! Poczekaj! – wybiegł na chwilę i wrócił z jakimś przedmiotem. To był grzebień z przyczepionym doń dużym, czerwonym kwiatem. Jedną ręką zawinął i podniósł jej długie jasne włosy upinając je na czubku głowy właśnie tym grzebieniem.
ci w sukience! Poczekaj! – wybiegł na chwilę i wrócił z jakimś przedmiotem. To był grzebień z przyczepionym doń dużym, czerwonym kwiatem. Jedną ręką zawinął i podniósł jej długie jasne włosy upinając je na czubku głowy właśnie tym grzebieniem.
- No, teraz możesz tańczyć!
– roześmiał się, rozkładając szeroko ręce. – Ale widzę, że jesteś przyspawana
do podłogi! Chodź do mnie! Nie bój się!
Jenny poczuła jak jego ręka
owija się wokół jej talii, dłoń obejmuje jej rękę, potem on przytula ją do
swojej piersi.
- Zaczniemy od tanga, Jenny.
Musisz się oswoić z tańcem,
z partnerem… musisz się ośmielić!
z partnerem… musisz się ośmielić!
Wprawdzie tango w ich
wykonaniu należało do wersji podstawowej, ale to i tak był cud, że ta na wpół
dzika dziewczyna tańczy a nie siedzi skurczona na sofie oglądając telewizję.
Dzięki swojej decyzji czuła,
że czekanie w skorupce
poczwarki nagle odnalazło sens. Rozwinęła skrzydła. Jej oczy pragnęły widzieć
tylko jedno, ciało dotykać tylko tego, co tak niespodziewanie, wpadło w nią,
zawładnęło jej myślą, uporządkowało wszystko nieuporządkowane, nadało sens i
smak. Już nie była samotna.
Tango trwało. Tim był tuż obok. Jenny śniła na jawie.
Tańczył lekko, swobodnie,
delikatnie. Tak, że sztywna z początku Jenny zaczęła mięknąć, wczuwając się w
rytm tanga, tańczyła z nim tak, jakby się znali od lat. Spojrzała w lustro. Zobaczyła dwie sylwetki
i… jeden cień! Jego cień! A jej? Po obrocie spojrzała znów. Były dwa cienie.
Wszystko było w porządku.
- Wydawało mi się –
pomyślała.
- Radzisz sobie całkiem
nieźle jak na pierwszy raz! – powiedział.
- To chyba niemożliwe, nie
pamiętam, kiedy tańczyłam.
- To się ma we krwi,
dziewczyno, a ty to masz! Zobacz, wypróbujemy teraz trochę śmielsze figury
tanga, poddaj się!
Tim odwrócił ją bokiem do
siebie, aby z wyciągniętymi do przodu złączonymi dłońmi posuwiście kroczyć do
przodu, potem nagły zwrot i znów spacer w odwrotnym kierunku…
- Ale to zabawne! –
roześmiała się Jenny.
- Widzisz ? Łatwiejsze niż
myślisz. A teraz blisko!
Znów przytulił ją mocno…
zbyt mocno. Jenny poczuła jak przez plecy przepłynęła iskra? Kawałek lodu?
Cierpkość? Poczuła lekkie zaniepokojenie, znów nie wiedziała jak się zachować,
ale przylgnęła ciałem do Tima.
- No, Na dzisiaj koniec.
Pierwsze koty za płoty! – roześmiał się Tim
i lekko uszczypnął ja w nos. Jenny usłyszała jakiś hałas, drzwi uchyliły się i pojawiła się w nich głowa kobiety.
i lekko uszczypnął ja w nos. Jenny usłyszała jakiś hałas, drzwi uchyliły się i pojawiła się w nich głowa kobiety.
- Tim, już skończyłeś?
Pamiętaj, dzisiaj idziemy do kina, dzieciom załatwiłam opiekunkę!
- Tak właśnie skończyłem,
Martha poznaj moją uczennicę, to Jenny.
Ciemnowłosa, krótko
ostrzyżona, uśmiechnięta kobieta zdecydowanie podeszła do Jenny wyciągając
rękę.
- Miło mi.
- Mnie też – odpowiedziała
Jenny, lekko dygnąwszy nogą w trochę dziecinny sposób. To wywołało jeszcze szerszy
uśmiech Marthy.
Tego wieczoru Jenny wracała
do siebie, narzuciwszy na plecy chustę, która pachniała Timem. Kilka tygodni
później Tim w czasie tańca owinął ich oboje właśnie tą chustą i pocałował
długo, gorąco, zniewalająco. Od tego wieczoru stali się kochankami. Odprowadził
ją i został na kilka godzin.
*
Kiedy wracała z pracy patrzyła już inaczej na swój dom. Ten
blok betonu dawał jej schronienie. Nie zauważała jego brzydoty, bo był
miejscem, do którego maleńką windą na ostatnie piętro, wjeżdżało do niej
szczęście. Grymaśne, o różnych porach dnia, roku, nigdy w święta. Te były
zarezerwowane dla jego rodziny. Mimo to
i tak przygotowywała maleńki stoliczek, tyko dla nich.
Czuła niemal fizycznie jego obecność. Godząc się na taką
rolę, nie miała w sobie żalu ani do niego, ani do jego żony. Wiedziała, że
bliskość ich świadomości jest silniejsza niż wspólne śniadanie, choć
niewątpliwie oba te fakty razem dają pełnię szczęścia.
Ich sekretem stała się ich znajomość. Zwyczajna znajomość,
niezwyczajna miłość, zwyczajne słowa, niezwyczajne milczenie.
Gdyby mogli, staliby się nierozłączni, tylko czasem Tim
odchodził na bok, aby porozmawiać z żoną. Nie krył przed Jenny tego, że oprócz
żony miał dwie córeczki i psa rasy husky. Reguły gry zostały ustalone bez słów.
Nigdy nie próbowali wchodzić do swego drugiego życia. Oboje domyślali się
wszystkiego poprzez drgnienie powieki, ruch ręką lub odwrócenie wzroku w stronę
okna i pustki za nim.
Tego
wieczoru, słońce ociągało się z zakończeniem dnia. Wysokie topole szeleszcząc
swymi blaszanymi liśćmi mówiły mu, aby już sobie poszło spać, bo to zmierzch, a
nie ono powoduje, że czerwony guziczek otwiera drzwi windy i do środka wchodzi
mężczyzna, który wysiada na najwyższym piętrze i puka do mieszkania Jenny.
Tuż przed
otwarciem drzwi zerknęła w lustro. Wiedziała, że jest piękną kobietą, ale
dzisiaj chyba lśniła wewnętrznym światłem, które przez oczy uciekało
rozjaśniając jej uśmiech.
To, o czym
chciała opowiedzieć Timowi, było tak ważne i piękne,
że otworzywszy drzwi musiała wstrzymać oddech i bicie serca, by nie wzlecieć w niebo, i chwyciwszy przedtem jego dłonie, pofrunąć
z nim w objęciach przez klatkę schodową do okien, a potem musnąć stopami topole i wróciwszy do domu przez otwarte okna, wylądować w miękkim łóżku.
że otworzywszy drzwi musiała wstrzymać oddech i bicie serca, by nie wzlecieć w niebo, i chwyciwszy przedtem jego dłonie, pofrunąć
z nim w objęciach przez klatkę schodową do okien, a potem musnąć stopami topole i wróciwszy do domu przez otwarte okna, wylądować w miękkim łóżku.
Powiedziała
to szeptem, ze łzami szczęścia w oczach. Mówiła szybko o tym, że to stało się
możliwe, że jest spełniona, że już nigdy nie będzie sama, a To Maleńkie będzie
dla nich sensem, łącznikiem poprzez wieczność. Zapadła cisza.
Jenny
zapewniała oniemiałego mężczyznę, że nigdy, przenigdy nie ujawni, kto jest
ojcem tego dziecka, że nigdy nie będzie oczekiwała na jego pomoc o ile on sam
jej nie udzieli, że jej macierzyńskość będzie tylko jej szczęściem i jego
… jeśli kiedyś zechce.
Mówiła coraz
ciszej i ciszej, coraz wolniej, aż ucichła. Delikatnie zaczęła pieścić jego
ciało. Palcami lepiła nowego człowieka, ustami utwardzała ten obraz. Rzeźbiła
za każdym razem ciało kochanka, tworząc zeń posąg swojego boga, granicą
uwielbienia zacierała kontury, łączące go ze światem, do którego nie miała i
nie chciała mieć wstępu.
Tego
wieczoru pozwoliła mu milczeć. To milczenie mogło stworzyć nową rzeczywistość,
niebezpieczną dla niej i jej dziecka. Czuła to zagrożenie, ale nie mogła
dokonać wyboru. Znów się poddała. Kochał ją jak zwykle, może ciszej niż zwykle,
może wolniej, ostrożniej, ale był jej, z nią. Potem leżeli w milczeniu, tylko
Jenny delikatnie głaskała jego pierś, tam gdzie bije serce.
Wkładał
kurtkę, bez słowa, bez jednego spojrzenia, bez jednego gestu. Tylko czekając na
windę spojrzał jakoś tak ukosem na wycieraczkę przed drzwiami, potem
przeciągnął wzrok na szybkę
w drzwiach windy i zniknął w jej wnętrzu tak zwyczajnie, jakby właśnie wyszedł po bułki na ich śniadanie. Jenny wstrzymała oddech.
w drzwiach windy i zniknął w jej wnętrzu tak zwyczajnie, jakby właśnie wyszedł po bułki na ich śniadanie. Jenny wstrzymała oddech.
*
Tim siedział
przy stoliku Vera Cruz Mexican Restaurant, gdzie znalazł sobie azyl na
przemyślenie całej sytuacji. Od tygodnia do niej nie zadzwonił. Upłynął już
czas, po którym nie wiadomo czy się jeszcze jest, czy już nie. Wolał nie być, a
więc nie wykonał żadnego ruchu. Pozostawił nierozwiązany problem, aby skruszał,
roztopił się we własnych łzach, pogrążył w kurzu zapomnienia. Im dłużej zwlekał
tym szybciej problem ulegał zatarciu, w domu wszystko funkcjonowało prawidłowo,
wydawało się, że Martha niczego się nie domyśla.
Było jednak
inaczej. Martha wiedziała niemal od samego początku. Kobieta czuje takie rzeczy
nienazwanym jeszcze zmysłem. Postanowiła czekać. To nie mogło trwać wiecznie,
tylko czekając mogła wygrać.
Kończyła
makijaż przed wyjściem, jeszcze raz spojrzała w lustro. Nie było widać, że
prawie nie spała tej nocy. Czerwień szala dodawała kolorytu jej zmęczonej
twarzy. Miała swego mężczyznę obok. W jego pięknym ciele czaiła się pustka.
Zupełny brak poczucia winy. Teraz najważniejsze dla niej stały się ich córeczki
i ich dom z mamą i tatą. Wiedziała, ze wygra tę walkę.
Jak zwykle
delikatnie zamknęła drzwi. Tim jeszcze chwilę stał z filiżanką kawy w ręce.
Cisza stała się wspólniczką jego myśli. Beznamiętnie patrzył, jak Matrha przypina
samochodowymi pasami ich dwie córeczki i odjeżdża sprzed bramy domu. Była tak
dobrze zorganizowana, perfekcyjna. Powiedziała mu spokojnym głosem,
że wiedziała o jego romansie, ale była pewna, że któregoś dnia wróci skruszony i będzie to dowód jego miłości. Poczuł dumę i ulgę.
że wiedziała o jego romansie, ale była pewna, że któregoś dnia wróci skruszony i będzie to dowód jego miłości. Poczuł dumę i ulgę.
Znalazł z
powrotem swoje miejsce, spokojne, pewne, właściwe. Nie miał jeszcze odwagi na
śmielszy gest, ale wiedział, że to tylko kwestia kilku tygodni. Martha patrzyła
na niego uważniej. Odzyskany spokój był spokojem zwycięzcy. Tylko raz, w kuchni,
zawiesiła rękę, w której trzymała nóż. Pies rasy husky spojrzał na nią
pytająco.
*
Tego ranka
śnieg sypał gęsto, zamazując białymi smugami twarze ludzi na przystanku. Jenny
poczuła się źle. Ból w dole brzucha stawał się coraz bardziej intensywny.
Usiadła na przystankowej ławeczce,
a śnieg wirował nachalnie wciskając się w jej oczy, mieszając się ze łzami, spływał po policzkach.
a śnieg wirował nachalnie wciskając się w jej oczy, mieszając się ze łzami, spływał po policzkach.
Sala
mieściła pięć kobiet. Jedne karmiły swoje maleństwa, inne leżały nieruchomo z
bezgranicznym smutkiem w oczach. Jenny odwróciła twarz do ściany pomalowanej
olejną farbą na barchanowo-beżowy kolor. Nierówności tynku wyglądały jak ludzka
skóra. Próbowała w zgrubieniach i rysach znaleźć jakiś kod, informację dla
wtajemniczonej. Czekała na ten moment, w którym jej ciało, wbrew jej woli,
zmęczone walką, podda się i odrzuci najpiękniejszą jego część. Czekała na
poronienie.
Kiedy śnieg
przestał padać, wypisano ją ze szpitala. To tylko parę dni. Zalecono wizytę u
psychologa i takie tam. Mróz chrupał pod butami, nogi niosły ją w górę ulicy,
schowana w kołnierz kurtki, szła sama, zaciskając dłonie w kieszeniach. Autobus
wiózł ją do miejsca we wszechświecie, niechcianego mieszkania, obok windy, która grzechocząc, postękując, wiozła
jakiś ludzi gdzieś, dokądś, w górę
i w dół.
i w dół.
Pewnego dnia
wstała z łóżka i szarość za oknem nie informowała niczym, czy to świt, czy
wieczór. Musiała wyjrzeć przez okno, jeśli wieczór są ludzie, jeśli świt jest
pusto. Było pusto. Był rześki, wczesnowiosenny świt.
Wyszła na
maleńki balkonik, trzymając się kurczowo barierki, wychyliła się tak daleko,
jak to było możliwe. Poczuła twardy ból ucisku i jednocześnie ogrom przestrzeni
przed nią. Czystej, wolnej przestrzeni, jaką się ma we snach, w których latamy
i jest to niewiarygodnie proste. Potem usiadła na metrowej powierzchni
balkonika zdumiona swoim odkryciem.
Pewnego dnia
postanowiła zadzwonić na domowy numer Tima. Kiedyś zgubił u niej rachunek za
telefon. Nigdy nie przypuszczała, że wykorzysta tę okazję. Odebrała ona. Jej
głos był aksamitny, soczysty, piękny.
- To ja,
Jenny, chciałam z panią porozmawiać.
- O czym? O
Timie?
- Tak… sama
nie wiem, dlaczego zadzwoniłam… jest mi tak strasznie… przepraszam. Już kończę
…
- Nie! nie
odkładaj słuchawki! Jenny! Dobrze się czujesz? Powiedz coś! Proszę! Nie mam do
ciebie żalu. Jenny, odezwij się.
- Jak może
pani nie mieć do mnie żalu? Byłam kochanką pani męża.
- Ale już
nie jesteś, chyba potrzebujesz pomocy. Spotkajmy się w tym bistro na rogu…
wiesz tam gdzie szkoła, ok.?
-Teraz?
- Tak. Będę
za pół godziny.
- Dobrze… i dziękuję
bardzo – szlochając odpowiedziała Jenny.
Martha
czekała na nią. Była pierwsza… znowu. Obie miały czerwony szal. Jak struga krwi
– pomyślała wtedy Jenny.
Martha
właśnie mieszała swoje cappuccino, kiedy Jenny spytała, czy może się przysiąść.
Obie spojrzały na siebie czarnymi jak noc oczami. Obie noce zlały się w jedno
spojrzenie. Jenny spokojnie ułożyła obie dłonie na brzegu stolika. Martha
oparła je splótłszy palce, jakby tworząc barierę nie do przebycia. Palce
przylegały ciasno do siebie. W miarę opowiadania Jenny, rozluźniały się tworząc
małe prześwity. Kiedy Jenny opowiedziała jej o dziecku, dłonie leżały już
miękko na blacie stolika.
Kiedy Jenny
powiedziała, że rozumie jego decyzję, mimo swojej rozpaczy, Martha delikatnie
dotknęła jej dłoni. Obie miały w sobie aksamit tej samej czułości, tego samego
zapachu tego samego mężczyzny, tę samą rozpacz.
- Chyba nie
jest wart żadnej z nas, tylko ja mam z nim dzieci, a on ma tylko siebie i chyba
tylko siebie kocha najmocniej. Daj mi swój adres Jenny. Będę do ciebie wpadać
czasami. Wiem jak ci ciężko. Chciałabym ci pomóc jakoś przetrwać, a może obie
sobie pomożemy…
- 231
Bedfort Avenue, dziękuję...
*
Po tamtej
rozmowie, Jenny żyła jak automat. Plakat z Hiszpanką zniknął z kamienicy obok.
Wyglądało to tak, jakby sieć została zarzucona w innym miejscu, przynajmniej
tak to odbierała Jenny,
a może po prostu Tim zlikwidował swoją szkołę tańca? Przechodnie mijali ją obojętnie.
a może po prostu Tim zlikwidował swoją szkołę tańca? Przechodnie mijali ją obojętnie.
Nie miała
nikogo, tylko cień zawsze jej towarzyszył, poza tym jednym przypadkiem w czasie
tanga…
Wszystko, co
ją otaczało było tęsknotą. Dom, ulica,
chińska restauracyjka Red Bowl, w której czasem jadali, sukienka i łóżko, w
którym jeszcze zamykał się zapach Tima. Czuła, że jeszcze chwila a zwariuje.
Martha nie pojawiła się, ale to może i lepiej. Jenny nie mogła znieść myśli, że
teraz to ona jest z nim i to jej mówi jak bardzo ja kocha.
- Jenny –
mówiła do swojego odbicia w lustrze – zrób coś z tym! Musisz, bo oszalejesz! Z
lustra patrzyły na nią podkrążone oczy. - Musisz coś zmienić! Zostaw to
wszystko, znajdź inne miejsce na ziemi! Ludzie tak robią! Odważ się!
Powoli
palcami rozczesywała włosy. Zaczerpnęła trochę wody
o przemyła oczy. Znów spojrzała na swoje odbicie.
o przemyła oczy. Znów spojrzała na swoje odbicie.
- Wyjechać
stąd jak najszybciej! Pracę sobie znajdę! Tutaj już nie mogę być.
Zeszła po
schodach wolno, aby obejrzeć wszystkie mijane drzwi sąsiadów. Obejrzała
wszystkie spękania tynku, nieudolne graffiti
na klatce schodowej.
na klatce schodowej.
Usiadła na
ulicy na niewielkim murku oddzielającym chodnik od schodów do sutereny.
Patrzyła na ulicę, ludzi, nieliczne drzewa, żegnała się z codzienną wędrówką na
przystanek autobusowy,
z mijanymi szyldami, grupkami chłopaków, którzy nie wiedzieli, co ze sobą zrobić, biedakiem pchającym sklepowy wózek z całym dobytkiem, z całym tym jej dotychczasowym życiem. W jej kamienicy kwitło życie. Słońce oświetlało fasadę, która nawet wydała się jej ładna! Można było słyszeć mieszaninę dźwięków wydostających się z okien. Jenny wstała z ławeczki i wolno podeszła do klatki schodowej. Nie zawołała windy. Postanowiła, że da sercu szansę na duży wysiłek. Wolno, miarowo, zaczęła wspinać się po schodach do mieszkania. Zabrała stamtąd czerwona chustę do flamenco i powędrowała wyżej, aż na dach.
z mijanymi szyldami, grupkami chłopaków, którzy nie wiedzieli, co ze sobą zrobić, biedakiem pchającym sklepowy wózek z całym dobytkiem, z całym tym jej dotychczasowym życiem. W jej kamienicy kwitło życie. Słońce oświetlało fasadę, która nawet wydała się jej ładna! Można było słyszeć mieszaninę dźwięków wydostających się z okien. Jenny wstała z ławeczki i wolno podeszła do klatki schodowej. Nie zawołała windy. Postanowiła, że da sercu szansę na duży wysiłek. Wolno, miarowo, zaczęła wspinać się po schodach do mieszkania. Zabrała stamtąd czerwona chustę do flamenco i powędrowała wyżej, aż na dach.
Stanęła w
jego środku. Podniosła ręce, w których trzymała dwa rogi chusty. Wiatr,
ucieszony zabawką rozpostarł ją nad głową dziewczyny. Na szarej papie dachu,
wyostrzył się cień dziewczyny i powiewającej chusty. Jej furkot mieszał się ze
stłumionym dźwiękiem żyjącego miasta.
Jenny
wypuściła chustę z rąk. Po dachu przebiegł cień chusty z uczepionym doń cieniem
dziewczyny… Jenny jeszcze zobaczyła ich jak ślizgają się po dachu kościoła i frontowej ściany dalekiego budynku. Potem
straciła ich z oczu.
- Nie
szkodzi - powiedziała – Jeszcze do mnie wróci… musi!
Powoli
zeszła do swojego mieszkania i zaczęła pakować rzeczy.
***
Dziewczyna w sukni w czerwone kwiaty, podeszła z chustą do
lady. Zważyła ją na stojącej osobno wadze i zaakceptowawszy jej cenę, szybko
zapłaciła i wyszła ze sklepu. Była asystentką kostiumologa. Często zaglądała do
lumpeksów, miała bowiem ten dar wyławiania ze stosu szmat coś wyjątkowego.
- Zobacz Renata, co wyczaiłam w lumpeksie! Cudna, dla
naszej „cyganki”, prawda?
- Ty masz nosa! Rewelacja, to jedwab! zobacz! – powiedziała
pokazując metkę.
***
Subskrybuj:
Posty (Atom)

