czwartek, 27 sierpnia 2015

oczy

Nie chcę myśleć o tym co może się zdarzyć. Grozi mi ślepota. Jak żyć odbierając świat wechem, słuchem i dotykiem? Mam bardzo złe chwile. To wystarczy.

Następnego dnia. Szybko dochodzę do siebie choć strach i smutek wierci mi dziury w oczach. Może to coś pomoże mojemu wysiękowemu zwyrodnieniu plamki żółtej?


Kiedyś narysowałam w photoshopie za pomocą elektronicznego pędzelka takie oko.

Czarujmy więc, szamańmy, zaklinajmy, szeptujmy, może się uda!

niedziela, 23 sierpnia 2015










Przez 15 dni siedziałam kołkiem obłożona farbami, kredkami, temperówkami i gumkami. Rysowałam na nowo ilustracje do "Bajek ze śniegu". 38 sztuk! Chwila odpoczynku psychicznego i może narysuję coś dla Bożki...? Muszę odpocząć, zająć się ogródkiem, bo zarósł, spsiał okrutnie.









niedziela, 9 sierpnia 2015

nowe opowiadanko: Bonsai

Opowiadanie na słowo „Drzewo”

Bonsai

Za oknem padał deszcz.  Po przeciwnej stronie ulicy, na przystanku autobusowym stała kobieta osłonięta różowym parasolem. Była sobota. Autobusy jeździły rzadziej niż w dni powszednie. Parasol chronił jej głowę, ale deszcz zacinał po nogach. Stała w kałuży.
Marmurowy parapet boleśnie uciskał stare kości Adeli, która postanowiła zobaczyć jak kobieta z przystanku wreszcie wsiada do autobusu. Razem z nią niecierpliwiła się, że to tak długo trwa. Mijały nudne minuty... wreszcie jest! Z piskiem otworzył drzwi, kobieta zwinęła parasol i wsiadła do środka.
Skończyła się filmowa scena, rozgrywająca się tuż pod oknem starej, samotnej kobiety. Wszystko, co było ruchem, życiem zniknęło z kadru. Pozostały jedynie skurczone krzewy i migocząca woda w kałużach.
Zadzwonił telefon.
- No i co, Mamo coś ci kupić w sklepie? Masz chleb i masło? A może biały serek? Jedziemy do sklepu.
Pytanie córki zburzyło zastygły spokój. Przez chwilę Adela zbierała myśli w jakąś konkretną formę, aby jednocześnie pomyśleć, czego brakuje i odpowiedzieć w logiczny sposób. Spodziewała się jakiegoś pozdrowienia, co łagodniej sprowadziłoby ją na ziemię.
- Jesteś tam? Mamo! Jak się czujesz? Dobrze?
Pytania padały jak krople wody z kranu w zlewie.
- Tak, córeczko, dobrze...  chyba wszystko mam. Wiesz jak mało potrzebuję.
- No to sami popatrzymy, co ci kupić! No to pa!
Ciągły sygnał dał znać, że rozmowa została zakończona. Adela powoli odłożyła słuchawkę. Podeszła znów do parapetu. Za oknem nic się nie zmieniło.
- Popatrz Mareczku, jak się tutaj żyje. Nic się nie dzieje. W naszym domu, nawet jak padał deszcz, było ciekawiej. Te trzy topole za oknem z dziuplą wiewiórki, która tylko wystawiała nosek i tak jak my nie miała ochoty wychodzić na zewnątrz. Dym z komina w domu sąsiada i plusk wody w rynnach... pamiętasz?
Co ja mówię... odszedłeś sobie i ot tak, mnie zostawiłeś, samą z twoim drzewkiem. Mogę tylko do niego pogadać. Tak samo nie doczekam się odpowiedzi.
Przy drugim skrzydle okna stało bonsai. Duma jej męża, który trzydzieści lat temu natknął się na opis hodowli takiego drzewka. Sam znalazł okaz samosiejki wiśni. Rosła tuż przy ścieżce i chyba wielokrotnie została zdeptana, bo pień zgarbił się i wykręcił w osi. Jej wola życia zdecydowała o tym, że Marek przyniósł ją do domu, znalazł płaską podstawkę do doniczki i rozpoczął swoje dzieło.
Miał cały zestaw narzędzi tortur, drut, sprężynki, malutkie grabki i łopatkę. Dobierał podłoże, przycinał korzonki i gałązki. Zmuszał drzewko, aby dalej było małe, pokrzywione ale jak każda wiśnia, jesienią zrzucała liście a wiosną kwitła maleńkimi kwiatami, cała w różowej mgle płatków.
To był najpiękniejszy etap życia Adeli. Marek pracował, jako zawiadowca stacji, niedaleko od domu. Jagienka chodziła do pobliskiej szkoły. Nie potrzebowali niczego specjalnego do życia. Mieli dom, trochę zbyt duży na ich troje, i ogród ze starymi drzewami. Pewnego dnia Jagienka wyfrunęła na studia, a dom nagle się powiększył, spuchł pustką po niej. Tak to jest, że jesteśmy świadomi takiego rozwoju wypadków, ale gdy to nastąpi, jesteśmy zaskoczeni. Ze zdziwieniem oglądamy puste kąty, jakby osoba, która odeszła zabrała ze sobą część dźwięków, zapachów i przestrzeni.
Kiedy Jagienka odwiedzała ich w przerwach semestralnych, nagle wszystko wracało na swoje miejsce. Byli poruszeni szczęściem, jakie dawała ta głupiutka jeszcze, ale ich ukochana córeczka. Mijały lata i odwiedziny stawały się rzadsze, a ta dotąd szczebiotka, zamieniła się w kobietę pewną siebie i tego, co mówi. W końcu studia prawnicze uczą mówić w sposób kategoryczny, nieznoszący sprzeciwu.
Kazała ściąć topole. Podobno zagrażały domowi sąsiadów, a czym to grozi poinformowała ich zwięźle i przerażająco. Załatwiła pozwolenie na ścinkę i tuż przed wyjazdem położyła je na stole.
Jesienią, kiedy opadły już wszystkie liście, a drzewo szykuje się do zimowego snu, przyjechał samochód z trzema ludźmi i jedną wielką piłą mechaniczną. Adela miała nadzieję, że wiewiórka wyprowadziła się wcześniej, słysząc wyrok na jej dom.
Topole upadały dokładnie wyznaczone miejsce. Najpierw usiłowały się zahaczyć gałęziami, ale ich ciężar łamał je jak zapałki i w końcu z głuchym dźwiękiem upadły na ziemię. Ziemia zadrżała z oburzenia. Z kikutów uciętych pni wypłynęła woda. Z topoli wypłynęło życie.
Nic nie zastąpi smutku, jaki zagościł w ich domu. Wprawdzie Marek z wystających z ziemi pni zrobił małe ławeczki i stolik, ale Adela ciągle widziała topole, jak wysokie, gięły się podczas burzy, sypiąc swoimi blaszanymi liśćmi dookoła.
Nie rozmawiali ze sobą tak często jak dawniej. Każde spojrzenie w okno, przynosiło obraz padających drzew. Nic nie dawało zmiany obrazu. Wreszcie Adela zrobiła na szydełku zazdrostki, które w oknie zamazywały tamto wspomnienie.
Trzy lata temu Jagienka przyjechała z mężczyzną.
- To Dawid, mój narzeczony. Chciał was poznać.
Dawid okazał się miłym, niezbyt wysokim, ale serdecznym człowiekiem.
Z zaciekawieniem oglądał dom, podziwiał piękny wysoki kamienny fundament, taras okolony ozdobnym płotkiem i ogród: prawdziwy, trochę zaniedbany,
ale przez to tajemniczy.
- To na dachu to gont?
- Tak - odpowiedział Marek - proszę sobie wyobrazić, że ten dębowy gont ma już siedemdziesiąt lat i wytrzyma drugie tyle!
- Piękna posiadłość - powiedział Dawid.
Adela nawet w najśmielszych myślach nie przypuszczała, że on ten ich dom wyceniał, szacował, liczył, jaką ma wartość...  zrozumiała to trochę później. Parę lat później, kiedy bezradna, została sama.
Ludzie nie powinni umierać wiosną. Śmierć powinna zarezerwować sobie wszystkie listopadowe terminy, albo zimne, deszczowe dni. Wtedy, gdy rodzą się wichury, tornada i cyklony. Ale nie w kwietniu, kiedy kwitną drzewa.
Marek chorował tylko jeden rok. Jagienka, bardzo przejęta chorobą ojca, wraz z Dawidem, zabierali Adelę do szpitala. Finansowali jej taksówki tam i z powrotem. Adela tak bardzo przejęła się stanem męża, że nie zauważyła zbliżającej się samotności. Była potrzebna Markowi, bonsai i kotu, który miał na imię Baron.
Drzewko zaczynało kwitnąć. Chciała nawet zawieźć je i pokazać Markowi, ale nie przypuszczała, że jest tak ciężkie, a poza tym mogła je przecież uszkodzić! Pojechała jak zwykle około czternastej. W jego sali zastała puste łóżko. Przez chwilę pomyślała, że pomyliła pokoje, ale numer się zgadzał. Pielęgniarka dotknęła jej ramienia.
Cisza rozgościła się w jej domu. Rozpierała się na fotelach i kanapie, wyglądała z kuchennych szafek, wsuwała się pod kołdrę w sypialni. Baron czasem czujnie nastawiał główkę i rozszerzonymi źrenicami wpatrywał się w jakiś punkt w przestrzeni. Adela też patrzyła w ten sam punkt i miała pewność, że oboje widzą niewidzialnego Marka, który tak jak oni, nie może zrozumieć, co się stało.
Jagienka i Dawid, po tygodniu od pogrzebu, wzięli dwa tygodnie urlopu i przyjechali do Adeli. Przez pierwsze dni, byli dla niej bardzo mili. Nawet rozmawiali z nią na tarasie domu, pocieszali, snuli różne opcje jej przyszłości, a przede wszystkim stwierdzili, że nie może tu pozostać sama, bo rozchoruje się z samotności.
- Mamo, przecież nie dasz rady palić w piecach, nosić drewno, odśnieżać zimą. Nie jesteś już młoda. Za ten dom możesz mieć przytulne mieszkanko w Warszawie, niedaleko naszego mieszkania. Nic nie musisz robić. Będziesz mieć sklep za rogiem i ogrzane, ciepłe mieszkanie.
- Nie musi się mama męczyć przeprowadzką - dorzucił Dawid - Sami się wszystkim zajmiemy. Mama tylko wsiądzie do samochodu z kotem i torebką. A my już wszystko mamie urządzimy. Będzie wygodniej... a poza tym łatwiej będzie mamie przeżyć stratę ojca.
Ten dwugłos zabrzmiał Adeli jak słodki wyrok sądowy. Wiedziała, że każde słowo sprzeciwu odbije się od zimnego szkła rozsądku swojej córki. W końcu miała tylko ją.
Nowe mieszkanie znajdowało się na drugim piętrze czteropiętrowego budynku, w nowej dzielnicy mieszkaniowej nieopodal pałacu w Wilanowie. Składało się z malutkiej sypialni, salonu, kuchni i łazienki. Zamiast ogrodu był taras. Niewielki, ale ozdobiony tujami w donicach, które jak noże kaleczyły niebo.
Nikt jej nie pytał, jak chciałaby je urządzić, więc kupili jej nowe mele z IKEI, a dla osłody dorzucili serwantkę z porcelaną i sekretarzyk. Parę obrazków, firanki, które sama zrobiła na szydełku i albumy ze zdjęciami dodały wnętrzu tego czegoś, ze starego domu. Nie zapomnieli o bonsai.
Ze specjalna troską zapakowali drzewko do kartonu pilnując, żeby tak je zabezpieczyć, aby się nie przesuwało.
W dzień przeprowadzki zabrano ją samochodem zięcia do Warszawy. Była w ich domu po raz pierwszy. Po raz pierwszy widziała mieszkanie, do którego wjeżdżała winda.  Wszystko błyszczało stalą, marmurem i wszechobecną szarością przetykaną bielą. Trochę kojarzyło się to z poczekalnią u dentysty, ale widocznie tak powinno być.
Jej domowe wnętrze nie było tak bezosobowe, bezduszne, dzięki tym kilku drobiazgom przeniesionym z przeszłości. Kot Baron, był przez tydzień obrażony, próbował wymknąć się na dwór, ale nie pasowała mu klatka schodowa z windą naprzeciwko. Zaakceptował jedynie taras, gdzie siedział skulony obok doniczki z tują.
Okazuje się, że cisza przywędrowała tu razem z nią.  Miała mniej miejsca, aby się kokosić, ale za to była bliżej Adeli z powodu szczupłości metrażu. Na dodatek bonsai chyba poczuło się gorzej. Może woda, inna niż ta, do której był przyzwyczajony? Adela opiekowała si nim tak samo jak Marek. Nie przesadzała go, bo przecież stare drzewa tego nie lubią...
Kiedy spadł ostatni listek, a ogołocone drzewko zamiast kwitnąć zostało dotknięte podmuchem śmierci, Adela zastygła w niezrozumiałym przerażeniu, przeczuciu czegoś ostatecznego, bezlitośnie ucinającym czas przyszły.
Tego dnia, po źle przespanej nocy, Adela zadzwoniła do Jagienki. Chciała ją usłyszeć, zobaczyć, poczuć. Uspokojona usiadła na fotelu, obróciwszy go do okna, na którym stało bonsai.
Podobno niektóre drzewa mają zapasowy komplet liści. Postanowiła, że będzie tak siedzieć i czekać, aż je wypuści.

Zachodzące słońce podświetliło drzewko na pomarańczowo. Najpierw pojawiła się szara delikatna mgiełka. Potem zmieniła kolor na różową i gęściejszą, zacierając smutne gołe gałązki. Znów zmieniła barwę na zieloną i wtedy pojawiły się pierwsze liście, które rosły w oczach. Kiedy pojawiły się pierwsze bladoróżowe kwiaty, Adela chciała wyciągnąć ręce, aby ich dotknąć i... już nie mogła. Jakby była po innej stronie obrazu.

niedziela, 2 sierpnia 2015

do Krakowa

Wycieczka z pendolino w tle.



piątek, 24 lipca 2015

korekta

Dziś odesłałam do wydawnictwa pierwszą korektę tekstu "Bajek ze śniegu". To znaczy, że lada moment ujrzy świat moja trzecia książka!

poniedziałek, 6 lipca 2015

Dla zainteresowanych początek książki "Bajki ze śniegu"

Noce polarne w Rovaniemi są smutne i szare. Jedyną kolorową ozdobą bywają zorze, ale są rzadkim zjawiskiem i niechętne pokazują się ludziom.
Dziś, dzień i noc zlały się w jedno atakując wszystko, co bardziej kolorowe i ożywione. Ulice zbiegające się w szarych punktach, starały się ukryć ruch aut i barwę reklam, zmniejszając wszystko im bliżej było do horyzontu.
Nawet cisza była tu szara, wydawało się, że ludzie mówią szeptem, muzyka brzmi dyskretniej,
a kontrast światła i cienia zawarły małżeństwo doskonałe.
Jarmo siedział przy dużym oknie, jakie mają pracownie grafików i popijając wino niechętnie zabierał się do pracy. Na stole leżał papier, piórka, tusz, pędzelki – wszystko, co niezbędne, aby stworzyć komiks. Tchnąć weń obrazki, akcję i dźwięk. Stworzyć postaci, stroje, powtarzalność osób, czyli całą formę opowiadań spod piórka.
Było mu trochę zimno, a nie chciało mu się sięgnąć po sweter, musiałby wstać. Patrzył więc,  przez okno na niebo wyglądające jak szary koc, rozciągnięty po horyzont. Migocące żółte światełka okien, nieco ożywiały tę szarość. Wydawnictwo, które zamówiło u niego tę pracę, było jednym z najbardziej znanych w Finlandii. Niestety scenariusz, który napisał jego przyjaciel był dość nudny i bez polotu. Zmagał się więc z problemem: chcieć to móc.
Pijąc już drugi kieliszek, doszedł do wniosku, że jeśli tworzywo nie to, to i produkt wymyka się i zaczyna żyć kalekim życiem.
Pomyślał o domu dziadków i poczuł pod powiekami rozleniwiające ciepło. Najpierw ołówkiem, potem piórkiem narysował wnętrze domku, dodał kominek, ogień, położył poduszkę obok kominka, postawił fotel, stół i krzesła. Zadowolony, dorysował dwa koty na poduszce, dwie myszki wyglądające zza kominka i właściciela – malutkiego człowieczka w czerwonym kubraczku, który siedział jak król na malutkim fotelu w malusieńkim  domku.
Został mu jeszcze łyk wina. Pochylił kieliszek, zmrużył oko i spojrzał na swoje dzieło przez szkło. Odniósł wrażenie, że ogień na kominku lekko drgnął.
Odstawił niedopite wino i spojrzał jeszcze raz... Tak! Ogień mrugał radośnie, a istotka w czerwonym kubraczku zeskoczyła z fotela. Koty obudziły się, a myszy umknęły do dziurki.
- Kim jestem?- spytała istotka.
                                                          
- Hmm... Jesteś po prostu krasnoludkiem... Tak będzie najlepiej, bo ludzie będą cię rozpoznawać. Masz na imię …Kapturek, jak bohater mojego komiksu.

- Po co jestem?

- Hm…po to, abym wreszcie poszedł spać i nie odpowiadał na dziwne pytania! – powiedział trochę przerażony Jarmo sądząc, że to efekt wina i braku snu.

- Żegnam cię do rana, siedź tu cichutko – dodał.

Krasnoludek posmutniał. Pierwsze chwile w życiu, zabrał mu sen jego stwórcy. Pierwsze pytania pozostaną bez odpowiedzi, aż do rana. Spojrzał na koty, które już uspokojone, wtuliły mordki we własne futerka i zaczęły dalej śnić o motylach.

środa, 3 czerwca 2015

Nowe opowiadanko (zczerwca 2015 na słowo PUSTKA)

PUSTYNNY KRZEW

Pecos, Texas, 20 czerwca 1989

Droga Lilly,
Nigdy nie sądziłem, że napiszesz do mnie list. Wprawdzie to już nie ten adres, bo zmienili numeracje domów, ale znajomy listonosz wiedział, gdzie mnie szukać. Pisząc do mnie byłaś jeszcze w tamtej epoce. Rozumiem, to prawie trzydzieści lat. Trzydzieści suchych, wietrznych lat. Niewiele zmieniło się w moim...  naszym miasteczku.
Pamiętasz, stacja benzynowa mojego ojca. Za nią już koniec świata. Stanową dwudziestką do Abilene, a potem dalej i dalej toczył się Twój Dodge, jakby wiedział, że już tu nie wróci. Zakurzył drogę za sobą, puszczając w niepamięć to małe, ciche i trochę gnuśne miasteczko. Pamiętam, stałem na poboczu i nie mogłem uwierzyć.
Kurz się rozwiał, droga świeciła pustką, a ja wróciłem do domu, który po części był stacją benzynową a zarazem, gdyby zasłonić dystrybutory, gotowym elementem scenografii dla westernu.
Ojciec krzątał się jak zwykle tu i tam, w swoim niebieskim kombinezonie, stwarzając wrażenie ruchu w interesie, który jednak drzemał sobie spokojnie z braku chętnych na benzynę. Ci, którzy startowali z El Paso i jechali do Dallas, wiedzieli, że w taką podróż trzeba mieć pełny bak już na starcie. Przemykali przez Pecos jak ścigające się konie, nie racząc spojrzeć w bok, gdzie stary, siwy człowiek w kombinezonie, gotów był nalać paliwa, pogadać a może nawet umyć szybę.
Lubił cię bardzo. Cieszył się jak dziecko, kiedy mógł poczęstować Cię własnoręcznie zrobioną lemoniadą, a Ty piłaś ją łapczywie ocierając potem usta wierzchem dłoni. Mam ten obraz przed oczyma. Ten i wiele innych. Przed moimi oczami przewijają się króciutkie filmiki z Tobą w roli głównej. Wiele i niewiele zarazem. Zacznę od naszej stacji. Pamiętasz, obok domu była huśtawka na dwie osoby. Kiedyś tato zrobił ją dla mamy. Lubili huśtać się patrząc na zachód słońca nad Teksasem. Pamiętasz jeszcze te zachody? Jakby niebo krwawiło idąc ku nocy. Potem już my razem, na tej huśtawce, podziwialiśmy je, w ciszy. Powiedziałaś wtedy, że niebo chyba płacze krwawymi łzami za dniem, który utraciło, ale jak się prześpi, odżyje.
Tak też myślałem o nas. Myślałem, że odjedziesz, ale przecież musisz kiedyś wrócić, bo życie kołem się toczy.
Przecież byliśmy sobie najpierw jak brat i siostra, potem oboje dotknęliśmy swoich rąk jakoś inaczej i przeraziłem się. Ty chyba też, że coś się zaczęło, coś dziwnego i pociągającego zarazem. Twoje włosy nie były mi już obojętne. One pachniały. Twoja sukienka mieniła się kwiatkami, które tańczyły dookoła Ciebie, a ja coraz częściej stałem jak idiota, nie wiedząc, co począć z tym odkryciem.
Pomogliśmy sobie oboje. Tego lata Pecos River była wyjątkowo piękna. Chłodna woda, piasek plaży i pustka dookoła. Zmęczeni bieganiem w wodzie, usiedliśmy w cieniu drzew. Rzeka szumiała, pluskała, przekomarzała się z piaskiem brzegu.
Dotknęłaś mojego ramienia i spojrzałaś mi w oczy. Potem już wszystko potoczyło się jak ta woda w rzece. Nieubłaganie narzuciła nam nasz nurt, dała bezzwrotną pożyczkę czułego dotyku pierwszej miłości.
Jestem już starym człowiekiem. Mam czterdzieści trzy lata i nadal czerpię z kapitału, jaki ofiarowała nam Pecos River. Ona ciągle udziela mi następnych kredytów, nie pozwala zapomnieć tego popołudnia nad rzeką.
Czasami miałem chwilę zwątpienia. Zwłaszcza po śmierci ojca. Od jakiegoś czasu narzekał, że się zbyt męczy. Wstawał coraz później a i za dnia przysypiał w różnych dziwnych miejscach. A to na ławeczce przed stacją, albo za domem w dawnej stajni, znajdywałem go śpiącego na beli słomy, albo przy stole w kuchni.
Tego wieczoru, kiedy przygotowałem już dla nas kolację, zauważyłem, że znowu zniknął.  Znalazłem go na huśtawce. Siedział w jej rogu, oplótłszy ręką sznur, zachował pozycję siedzącą. Tylko głowa opadła mu nisko na pierś. Myślałem, że znowu zasnął.
Dopiero po jego śmierci, poczułem, czym jest samotność. Coraz bardziej bladł Twój obraz. Zacierał się, niszczał jak farba z okien, o których wiesz, że kiedyś były białe. Traciłem nadzieję, wiarę, że kiedyś jeszcze Cię zobaczę. Przyjedziesz już z pewnością innym samochodem, drogą, którą odjechałaś i powiesz:
- Wiesz widziałam już wszystko, a teraz chciałabym się pohuśtać na twojej huśtawce!
Takie i inne głupie scenariusze plotła moja wyobraźnia, kiedy siedziałem na ławeczce przed stacją i patrzyłem na toczące się, koziołkujące po naszej drodze krzewy biegacza pustynnego. Splątane gałązki swoją gmatwaniną tworzą idealną figurę, kształt znany w kosmosie - kulę. Jak nikt w miasteczku, lubiłem je za spryt, wytrwałość i godną podziwu umiejętność wędrowania.  Gdybym nie był tak bardzo przywiązany do tego miejsca, pewnie porwałby mnie wiatr z wołaniem:
- Hej Panie Tumbleweed, do roboty, toczcie się, zatarasujcie tę drogę, aby już nikt nią nie wyjechał!
Nie mogłem opuścić tego skrawka ziemi nieprzyjaznej. To przecież jedyne miejsce na ziemi, w kosmosie, do którego istnieje szansa, że wrócisz.
Sprzedałem stację benzynową. Wydawało mi się, że idiota, który ją kupi, będzie przędł tak cienko jak my z ojcem. Myliłem się. Dokupił jeszcze kawałek ziemi i wybudował wielką stację Exxon. Z barem szybkiej obsługi, toaletą i wiecznie brzęczącą muzyką. Dom zostawił mnie. Widocznie stwierdził, że dom jest zabytkiem, ja też, więc przyciągniemy turystów. Jak niedźwiedzie w Yellowston.
Siedzę więc, jak skamielina na naszej huśtawce i patrzę w przestrzeń. Słońce zachodzi tak samo, jakby nic się nie stało. Noc nie przynosi ochłody. Opuszczam rondo kapelusza niżej i spod niego patrzę przed siebie.
Nic tylko szeleszcząca cisza, żar lejący się z nieba i pustka. Chrzęszczący w zębach piasek, kojący cień kapelusza i piekący skwar poza nim.  Namacalnie czujesz pustkę.  Jest jak nieznośny smród, ale z czasem się przyzwyczajasz.
Wtedy siedzisz, wpatrujesz się w drzewo i nie chcesz, nie możesz nic zrobić i... nic nie robisz. Po prostu siedzisz, patrzysz i nic nie czujesz.
I tak sobie trwam w beznadziei z wielką pustką w sercu.
Ehhh... ale, co ja będę więcej Ci pisać... przecież wiesz, o co chodzi. Doskonale wiesz.
Pytasz, co u mnie? - Wszystko ok! Pewnie to chciałaś usłyszeć.

Zawsze Twój Ben






opowiadanie powstało dla słowa PUSTKA 

czwartek, 21 maja 2015

WÓZKARZ

WÓZKARZ

Kółka wózka sklepowego terkotały na spojeniach kostki brukowej. Wiozły całe dwa złote, które Józiek wyjmie, wsuwając w otworek blaszkę poprzedniego wózka. Różnie się trafia, ale przeważają złotówki.
- Dzisiaj jakiś urodzaj na dwójki -pomyślał z zadowoleniem.
Ludzie niechętnie oddają wózki takim jak on. Starsi, pewnie z oszczędności, wolą drałować do składu, utykając albo kolebiąc swoje tłuste ciała. Tylko bogatsi i rozleniwieni zakupami, bez słowa popychają pusty wózek ku żebrakowi. Tak. Tak odbierają takich jak Józiek. A przecież to, co robią jest jakimś rodzajem pracy. Deszcz nie deszcz, w mrozie i w upale, chodzą po wielkim parkingu, wypatrując klienta. To niepisana umowa. Nie siedzą za ziemi z wyciągniętą ręką.
Wózkarze zaliczają się do tych całkiem wolnych zawodówtakich jak grajkowie, uliczni cyrkowcy, a nawet prostytutki. Każde z nich przecież coś oferuje.
Józiek ma zdrowe silne nogi, stare, miękkie trampki i lubi spacerować. Uwalnia ludzi od zbędnego wysiłku i ciężaru monet w portfelu.
Józiek ma nawet kumpli pod Auchanem. Jeden z nich - Robert wygląda nienajlepiej. Ma zbyt fioletową twarz i lekko śmierdzi ale jest fajnym kumplem. Jak widzi, że Józiek już kieruje się do jakiegoś wypasionego Opla, nawet gdy jest bliżej samochodu, udaje, że nic nie widzi. Wie, że może sobą zrazić klienta i wtedy obaj nie zarobią. Robert poluje na podobnych do siebie. Tacy bardziej rozumieją jego potrzeby.
Mają też wspólny klub, do którego zaglądają aby kapkę odpocząć i ugasić pragnienie. Za ogromnym pojemnikiem na śmieci, z tyłu kompleksu Auchan, gdzie wyrzuca sie niechciane jedzenie, jest mała przestrzeń pod daszkiem. Tam kilka kartonów tworzy podłogę, trzy palety są meblami a w jednym solidnym kartonie zawsze jest butelka wody, butelka wódy i bułki, które po dwóch dniach są przez sklep wyrzucane do śmieci. A czego tam jeszcze nie ma! Przeterminowane, choć jeszcze dobre sery, wędliny, mleko! Żyć nie umierać! Sypialnia i jadalnia obok. Toaleta jest w środku budynku. Późnym wieczorem, kiedy mały ruch, można się jako tako ochlapać. Zimą jest gorzej, ale zawsze trzeba jakoś zaradzić.
Mają swoje mety i swoich przyjaciół. Stanowią zwartą, niedostępną grupę, jak rotarianie o innej orientacji majątkowej i światopoglądowej. Na swój sposób Józiek był szczęśliwy.
Dziś Józiek stał przy wejściu,  w słonecznej plamie, delektując się ciepłem na twarzy i brzękiem monet w kieszeni, którymi się bawił przewracając je palcami. Niedawno spadł krótki, ciepły, majowy deszczyk i powietrze pachniało kurzem i asfaltem.
Ruch był niewielki, a więc nieśpiesznie podreptał przed siebie wzdłuż nielicznych, zaparkowanych samochodów.  Coś białego, leżącego na ziemi w pustym miejscu dla pojazdów, zwróciło jego uwagę. Była to zadresowana i zaklejona koperta, tylko trochę zmoczona deszczem.
- Barbara Warak, ul. Tulipanowa 33, Józefosław - przecztał na głos. - To niedaleko, pod 22 w garażu, kwaterowaliśmy w zimie. Józefosław. Na drugie mam Sławek. To jak list do mnie i do Barbarki... ciekawe jak wygląda. - pomyślał Józiek.
Naszła go przemożna ochota, aby pójść i oddać list Barbarze. Może coś się wydarzy?
Szedł rażnym krokiem jak człowiek idący załatwić jakieś ważne sprawy.  Kiedyś był przystojnym facetem i gdyby nie to okropne ubranie i brak fryzjera, każdy by się nabrał, że jest jakimś urzędnikiem, od którego coś zależy. Niósł kopertę w ręku niby urzędowy dokument.  Mijał zielone ogrody. Bzy pachniały jak oszalałe.
Słońce wyjrzało na chwilę, ale nagle zachmurzyło twarz, zapowiadając deszcz. Lunęło z nieba, bez ostrzeżenia. Do Barbary jeszcze było kawałek drogi, więc schował kopertę pod kurtkę i postawił kołnierz. Nigdzie nie było miejsca, aby się schować. Same domy za ogrodzeniem, jeden obok drugiego. Trudno, może ubranie trochę upierze się na nim!
Zadzwonił do domu guziczkiem przy furtce. Stał chwilę moknąc niemiłosiernie, zły na swój nagły pomysł, już chciał się odwrócić, gdy uchyliły się drzwi wejściowe.
- Tak? - spytała drobna blondynka.
- Znalazłem na parkingu list do pani. Postanowiłem go pani przynieść. Wpuści mnie pani? Bo nie chciałbym aby Pani zmokła! Wystarczy, że ja jestem jak gąka!
- No... chyba nie powinnam, ale proszę..
Furtka zaćwierkała i pchnięta wpuściła Józka o środka. Blondynka wyszła na zewnątrz, gdzie pod daszkiem ganku, mogła bez obaw przyjąć doręczyciela.
- Rzeczywiście, do mnie. Dziękuję. Ale pan zmókł. Proszę, niech pan wejdzie i choć trochę się osuszy. Dam panu herbatę.
Siedział przy kuchennym stole, przy którym siedziała mała dziewczynka i jakby wogóle go niezauważając, rysowała jakiś dziecinny rysunek kredkami. Barbara nalewała wodę do szklanki. Rzeczywiście była drobna, wyrażnie zmęczona i trochę zaniedbana. Przepychu w domu nie było. Bardzo skromna kuchnia ze smutną dziewczynką i jej smutną matką.
 Postawiła przed nim herbatę i talerzyk z drożdżowym, jeszcze ciepłym ciastem.
- Sama piekłam. Nie stać nas na kupne, a poza tym nie lubię przepłacać. Za taki kawałek policzyliby sobie z pięć złotych. A mnie cały placek kosztował najwyżej siedem!
Siadła naprzeciwko Józka i otworzyła list.
- O! Kupon totolotka „na chybił trafił”! Nic więcej nie ma. Nie wiadomo od kogo... chociaż, domyślam się. Pewnie zamiast pieniędzy! No cóż, lepiej nie będzie. - powiedziała i przez chwilę patrzyła na bilet losu w milczeniu.
Józiek niedowierzał temu co widzi. Był gościem. Pachniała drożdżowa babka. Herbta była gorąca, z cukrem i cytryną. Obok ładna i dzielna kobieta. Świat, który utracił i już zapomniał jak wygląda.
Wracał do swojego kartonowego królestwa ciągle mając przed oczami Barbarę i jej milczącą córeczkę. Pomyślał nawet, że za jakiś czas mógłby ją odwiedzić przynosząc jakiś kwiatek.
- Hej, Józiek, gdzieś ty był - zawołał Robert. - Ruch jak cholera! bierz się do roboty, ja spadam do Klubu.
Pracował zawieszony we mgle wspomnień. Jak dotąd wszystko było przewidywalne. Każdy dzień jednakowy, wśród tych samych ludzi, bo klienci nie byli ludźmi tylko masą dostarczającą pieniędzy. Był piątek.
Wszyscy chyba wybierali się na majówkę. Teraz wyjeżdżali z koszami pełnymi zakupów. Dwuzłotówki dosłownie same pchały się do kieszeni.
Po tygodniu Józiek z bukiecikiem konwalii, znowu nacisnął dzwonek przy furtce. Nikt nie otworzył.  Zatknął więc bukiecik w metalowy fragment ogrodzenia.
Po paru tygodniach znowu poszedł na ulicę Tulipanową myśląc, że wtedy po prostu gdzieś poszły i wróciły.
Uschnięty bukiecik konwalii nadal tkwił w ogrodzeniu. Teraz już nie miał wątpliwości, pewnie gdzieś wyjechały. Zniknęły z jego ledwo co nakreślonej nadziei. Jakie życie - taka nadzieja. Jego nadzieja stopniała zamieniając się w małą grudkę smutku. Sam postanowił, że nie pozwoli jej urosnąć.
Koniec lata niósł tę miepotrzebną myśl o przemijaniu i kolejnej zimie. Dlatego ludzie mówią: przeżył osiemdziesiąt wiosen. Dlaczego nie zim albo jesieni? Bo tylko dla wiosny chce się żyć, a umierać najlepiej w listopadzie. Takie i inne rozważania dopadały go w stanie bezczynności zawodowej.
Szukał muzyki w skrzypieniu kółek wózkowych, czasem podsłuchiwał rozmowy klientów, karmił kawki bułką. Bardzo lubił ich głosy a pokochał, kiedy ktoś mu powiedział, że dobierają się w pary ma całe życie.
Posmutniał,bo Robert chyba się rozchorował na dobre. Ochrona Auchan znalazła go w składzie na wózki, prawie nieprzytomnego z gorączki. Pogotowie zabrało go do jakiegoś szpitala. Minął już miesiąc a on nie wracał.
Tego dnia było dość ciepło jak na pażdziernik. Józiek jak zwykle obserwował parking. Nos zawodowca przeważnie dobrze prowadził go do klienta z wózkiem. Ten był wypasiony ponad miarę. Terenowe srebrne Porsche z pełnym wózkiem   i jakaś kobieta sadowiąca dziecko na tylnym siedzeniu samochodu. Szedł w jej stronę. Stanął nieopodal, czekając aż wypakuje zakupy. Przypięła dziecko i wychyliła się na zewnątrz.
Józiek zamarł. Przestał rozumieć cokolwiek. To była ona - Barbara. Jeszcze ładniejsza niż przedtem. Ubrana chyba w najlepsze ciuchy na świecie. Wszystkie eleganckie i na oko bardzo drogie. Wypakowała zakupy i zaczęła się rozglądać za kimś, kto odbierze wózek, bo nie mogłaby wycofać samochodu. Zrezygnowana sama poszła go odstawić na miejsce.

Józiek nie drgnął. Jeszcze długo stał w jednym miejscu. Tylko serce biło mu szybciej niż zwykle. Potem podreptał w stronę klubu, ciepłe październikowe słońce było takie przyjazne. Na swój sposób Józiek był szczęśliwy.

czwartek, 7 maja 2015

Nowe zajęcie!

Frederick wyda mój tomik wierszy, który zatytułowałam "Słowa na wiatr".
Zaproponował abym zawodowo ilustrowała niektóre książki, które wydaje. Przede wszystkim poezję.
Zaciekawił mnie dmuchawiec. Słowa i wiatr, wiatr i dmuchawiec, ptaki i wiatr, bo jak można narysować wiatr? Może tak:
do wiersza "Czas zawieszony"

Zamknęłam oczy 
wstrzymałam oddech 
czas zawieszony w oczekiwaniu 
 list się napisał do połowy 
znaki na bieli usiadły 
czarnym szeregiem 
rozwiane liście szalonym stadem 
zamarły uwięzione 
między niebem a ziemią 
 chcę tak w oczekiwaniu trwać 
zastygnąć w nadziei 
 nigdy nie poczuć 

jak twarda jest ziemia

do wiersza "Prawo jesiennego liścia"

Zadrżeć leciutko na wietrze
w porozumieniu z wiatrem
wolnością odurzony
lecieć wąsko krążyście
upaść na trawę mech

pojechać asfaltem szorstko
zakręcić się wokół przycupnąć
poderwać się za nóżkami
w ciepłych bucikach

zawołać wiatr do gonitwy
a tych co spacerują
naznaczyć muśnięciem
do kałuży wpaść
popłynąć z wodą
jak wielki żaglowiec
dumnie
            do kratki ściekowej
do wiersza "Perfect moment"

Trąbka skarży się smutno
ogrodowe krzesło
w koralach kropel
zasłuchane

dźwięk płacząc
ociera się o kocie futerko
miękki płynie wzdłuż ścian
ku oknu

wraz z dzwonkiem szkła
strąca krople
kilkoma nutkami jazzu
rozpryskują się w rytmie samby
z dotykiem słońca
w pamięci

do wiersza "Współczucie"

Współczuję uwięzionemu
w puszce samochodu
w oczach zastygł mu obraz
pękającego szkła

ptakom rozbitym
o bariery przy szosie
z nieostrym kształtem
przestrzeni w oczach

jej która czas mierzyła
ilością kwitnień magnolii
a tej wiosny dla jej oczu skamieniały

drzewom szpitalnym
ciężkim od spojrzeń ostatnich

i współczuję sobie
że dane jest mi współczucie
do wiersza "Odbicie"

To był piękny pogrzeb
sentymentów, przyzwyczajeń
starych mebli
wszystkiego co napisane
westchnieniem zdziwieniem

jak mumie schowałam je
w małym otworku
wygrzebanym w ziemi
przykryłam lusterkiem

może kiedyś będę sroką ?
odgrzebię, przejrzę się
będę mieć wątpliwości
skąd wiem o lusterku
i dlaczego pokazuje mnie w tej postaci ?
do wiersza "Poranne piekło"


Splątanymi zależnościami
utkano dzień i noc.

O świcie supły wydaja się większe.
O czwartej nad ranem
mówią ludzkim głosem
szepczą, otwierają okna wyobraźni,
podsuwają rozwiązanie.
białe kuleczki mieszczą się w dłoni –
ilość zmieniona w czyn niedopełniony,
a w filiżance czegoś pół lub ćwierć
O piątej ptaki dziobami wykuwają
ciężkie wrota do piekła stłumienia.
W południe jaszczurka w rozgrzanej
szparze podłogi zamarła
uspokojona ciszą
do wiersza "Nie opuszczaj mnie"

Kot udał, że nic nie rozumie
tylko tchu brakło, aby to powiedzieć
końcem ogona powiedział - nie
chcę żyć
by ona to zrozumiała dobrze
powinna koci czas odwrócić
by dalej było
ptaszkowo motylnie i zielonotrawnie
wiotczejąc w jej ramionach
przez przymknięte winogronowe oczy
dawał jej dowody
niezniszczalności mruczenia

a ona szepcze słonymi słowami
- będzie ci tam dobrze, na zawsze…
czekaj na mnie na tęczowym moście




Jak Wam się podoba mój pomysł? Może doczekam się jakiegoś komentarza?


niedziela, 26 kwietnia 2015

Nie czytaj

Nie czytaj, jeśli nie chcesz się "zdołować".

Jeden z pięknych i koszmarnych poranków.
Wyszłam na ganek, usłyszałam gwizd kosów. Nerwowy, ale może ponaglający... Poprzedniego dnia na parapecie okna kuchennego wylądował podlotek kosa. Spojrzał na mnie ciekawskim oczkiem i wykonał niezdarny lot w dół.Tata kos był obok. Nadzorował. To było piękne. Mały... spory ptaszek z żółtymi boczkami dzioba, kompletem brązowawych piórek i czarnym okrągłym oczkiem, wpatrzonym we mnie za szybą. To był chyba jego pierwszy lot.
Dzisiaj wyszłam na ganek. Tak, to był krzyk kosa - taty, A ja odebrałam to jako zabawę z małym podlotkiem. Mały kos biegał sobie po podjeździe sąsiada, Tata wrzeszczał, nie rozumiałam dlaczego. I wtedy zobaczyłam srokę. Mignęła mi między krzewami. Włożyłam buty i wybiegłam na zewnątrz... na malutkim pagórku piasku zauważyłam jakieś ciałko. Wzięłam je do ręki. Było bardzo ciepłe. Częściowo obdarte z piórek. Sroka uciekła poganiana wrzaskiem kosa. Ptaszek był ciepły... stało się to przed chwilą. Główka zwisała bezwładnie.Oczko jeszcze błyszczące, przyłożyłam ucho do ciepłego ciałka. Nie słyszałam serca. Ptaszek nie żył. Piękny, śpiewający, elegancki kos, nie żył.
Czułam się winna, bo odebrałam krzyki jako zabawę, a to była śmierć. Mogłam temu zapobiec. Mój ptaszek nigdy nie zaśpiewa. Przez jeden dzień poczuł wiatr w skrzydłach, jeden dzień życia. Pochowałam go pod miniaturowym bzem, który kwitnie wiosną, tak jak on powinien, na liściu tulipana - wiosennego kwiatu.
Paskudny dzień.

czwartek, 2 kwietnia 2015

Nowa umiejętność?

Przyjaciel zaproponował mi zilustrowanie wierszowanej bajeczki Grażyny Winniczuk p.t. "Cosik". Wahałam się. bo bałam sie, że nie podołam. Chyba się udało. Będzie książeczka dla małych dzieci o piciu mleczka, z moimi ilustracjami. A moją korzyścią będzie mój tomik wierszy. Ale mam dobrze!!!!!
A Cosik się do Was uśmiecha! Jest ich jedenaście.