sobota, 30 stycznia 2016

Wizyta


MARTA HANNA PRECHT
Słowo: czas

WIECZNIE MŁODA



Kompleks trzech budynków połączonych szklanymi łącznikami stał na dość dużej działce ze starannie wytyczonymi ścieżkami i parkingiem wysypanym żwirem. Pięknie prezentował się na tle lasu.
Wszystko było nowe. Duży baner informował o zabiegach rehabilitacyjnych i wielu specjalności lekarzach dodając do nazwy przedrostek znanej z luksusu miejscowości niedaleko Warszawy.
Dotarło do niej, że to miejsce znajduje się niedaleko
jej domu, jakieś pół godziny polnymi dróżkami spacerkiem wzdłuż torów kolejowych a potem polaną porośniętą krzewami i nawłocią.
To taksówkarz kręcił się w kółko po okolicznych drogach. Recepcja była nowiusieńka, pachniała nowością.
W rogu tuż przy drzwiach stał szkielet ludzki, zupełnie jakby witał przychodzących.
- To trochę makabryczne – pomyślała.
 Panienka za kontuarem przyjęła ją miło. Po załatwieniu formalności, zapukała do drzwi gabinetu.
-  Przepraszam Panie doktorze za spóźnienie,
ale taksówkarz nie mógł znaleźć tego miejsca.
Nawet GPS tego adresu nie ma. – powiedziała otwierając je na całą szerokość.
- Proszę. Wiem jesteśmy tu od niedawna i dopiero się urządzamy. O czym możemy porozmawiać? – spytał jakby chciał uniknąć sakramentalnego pytania „Co pani dolega?”- Chyba wiem co pani dolega, to słychać.

Ośmielona pacjentka usiadła na plastikowym krzesełku naprzeciwko lekarza.
- No właśnie – odpowiedziała ciężko dysząc. – Kilka dni temu spadł śnieg, i ja z tą swoją rozedmą płuc, zabrałam się za odśnieżanie. Leczę się na to już od paru lat, a teraz jakieś trzy tygodnie temu ,moja lekarka rodzinna zaproponowała odstawienie leku, aby zobaczyć co się będzie działo. No i się zadziało, jak widać.

Starannie założył nową czystą kartkę papieru
do sprężynowego notatnika. Alicja była zawsze pełna sympatii dla ludzi starannie wykonujących swoje nawet najprostsze czynności. Takim lekarzom ufała bardziej niż chaotycznym bałaganiarzom. 
- No tak, słyszę - powtórzył, notując coś na kartce papieru.
Miała przed sobą człowieka w średnim wieku, w szarym sweterku, bez obowiązkowego wstrętnego białego kitla. W gabinecie panowała głęboka cisza zakłócana ciężkim oddechem Alicji i stukaniem długopisu z każdym nowym słowem pisanym na kartce. 

Starała się oddychać ciszej, ale wtedy bardziej potrzebowała tlenu i oddech był jeszcze głośniejszy.
- Pewnie jako pulmonolog jest przyzwyczajony do takich rzężących i  dyszących pacjentów, pewnie nawet
nie słyszy mojego oddechu. – pomyślała.

Lekarz nadal pisał. Lewą ręką bawił się małym plastikowym bączkiem z nadrukiem logo jakiejś firmy farmaceutycznej. Wreszcie skończył pisać i zaczęła się cała seria typowych pytań wywiadu lekarskiego.
Alicja wyciągnęła z różowej teczki swoje stare badania spirometryczne i wnioski z konsultacji z innymi lekarzami aby pomóc w postawieniu diagnozy.
-Pani wiek?
- Siedemdziesiąt lat.
Przerwał notowanie i spojrzał na nią z uwagą.
- Nie wygląda pani.
- Wiem wszyscy mi to mówią i to mnie cieszy. Czuję się na dwadzieścia osiem… no dobrze, trzydzieści pięć lat – odpowiedziała na czujne a zarazem niedowierzające spojrzenie lekarza.
- Jak pani to robi? – spytał z powątpiewaniem.
- Nie wiem… może to geny a może mój stosunek
do starości. Staram się jej nie zauważać. Codziennie mówię sobie, patrząc w lustro, nieźle wyglądasz! Trzymaj tak dalej! Dbam o siebie. Robię delikatny makijaż i stosuję dietę. Chodzę na jogę. Polubiłam swoje ciało mimo, że nie jest doskonałe.
- Oby więcej ludzi tak myślało jak pani. – powiedział
z uśmiechem bawiąc się bączkiem.
- Panie doktorze, czy to jest śmiertelna choroba?
Bo moja babcia właśnie na to umarła…
- Kiedyś tak. Ale teraz mamy już leki i można z astmą żyć a nawet ją wyleczyć, a pani ma przede wszystkim astmę.
- No proszę! Bardzo się cieszę! Bo już widziałam swój koniec, a tak śmierć znowu się oddala w niebyt!
Lekarz uśmiechnął się znowu.
- Tu mam dla pani recepty. Proszę z powrotem przyjmować to co pani brała, a do tego dam lek na obecny stan oskrzeli. Myślę, że po tygodniu poczuje się pani znacznie lepiej. Napiszę pani rozpiskę jak brać poszczególne leki.

Alicja nie chciała mu przerywać swoimi uwagami,
wiec znów zmilkła. Bączek leżał na boku. Okno było zasłonięte roletą. Szkoda – pomyślała – pewnie za oknem jest las – po co je wiec zasłaniać? Zebrała z biurka swoje stare badania i schowała je do teczki. Zbliżał się koniec wizyty,
a lekarz poświęcił jej dość dużo czasu.
- I tak… zaczął wyliczać dawki i pory brania specyfików.
Na koniec powiedział: - Gdyby jednak ten środek nie pomógł
w duszności…
- To dzwonimy po grabarza … - dodała cicho śmiejąc się Alicja.
Tym razem lekarz nie wytrzymał powagi. Sam szczerze się uśmiechnął, kręcąc znów bączkiem.
-Skąd u pani takie poczucie humoru?
- Zawsze miałam dystans do śmierci. Bawią mnie te jej wyobrażenia z kosą i czarną szatą. Lubi pan filmy Monthy Pythona? To ten rodzaj humoru, który uwielbiam. Mówię nawet, że jak się rozpadnę, to się jeszcze zdążę obejrzeć i sprawdzić, czy ładnie leżę… No i ten mój wygląd, nie sądzi pan, że śmierć o mnie zapomniała? Lubię ten rodzaj demencji.
Teraz już oboje rozstawali się w dobrym humorze.
- Życzę pani, żeby rzeczywiście śmierć o pani zapomniała na wieki.
- I ja panu, doktorze. Dziękuję za wizytę. Już czuję się lepiej.

Wychodząc, pożegnała uśmiechniętą recepcjonistkę, mając nieodpartą ochotę, aby uścisnąć dłoń szkieletowi. Opanowała ją jednak i wyszła na zewnątrz..
Była dość długo w gabinecie i nie przypuszczała,
że zapadnie noc.
- Co ja teraz mam zrobić? Zadzwonię po taksówkę, to pewnie mnie znajdzie za godzinę, a ja tu zamarznę. Stracę za dużo czasu, a na dodatek te moje oskrzela…

Żwir chrzęścił pod butami, nieprzyjemny wiaterek wdzierał się w każdą szczelinę ubrania. Naciągnęła więc czapkę głęboko na uszy, owinęła się ciasno szalikiem
i z rękami w kieszeniach postanowiła pójść pieszo do domu. Przecież znała drogę. Miała wygodne buty. Latem przyjeżdżała tu na rowerze. Tych domów jeszcze nie było, a może były w budowie… nie pamiętała. Była sama. Nikt o tej porze nie spacerował ani nie jeździł na rowerze. 
Asfaltowa droga była bardzo wąska. Z trudem mijały się na niej dwa samochody tak, że jeden z nich musiał zjechać na dziurawe pobocze.

Alicja wybrała tę drogę, bo nie musiała się przedzierać przez chaszcze i to na dodatek w ciemności. Potem skręci w lewo w ścieżkę rowerowo-spacerową i po kilkuset metrach będzie przed domem.
Nieprzyjemny chrzęst żwiru ustąpił gładkości asfaltu. Gdyby jechał jakiś samochód, przecież kierowca musi ją, w białej kurtce, zobaczyć. Może się dotleni jeśli będzie szła umiarkowanym tempem. Asfalt lekko połyskiwał
w świetle księżyca w pełni. Wieczorna jesień lubiła pokrywać wszystko mgłą i wilgocią.
- Może nawet lepiej, że nawilżę oskrzela, kiedy już działają kaloryfery…
Utwierdzona w przekonaniu słuszności pieszej wędrówki, szła przed siebie z rękami w kieszeniach, chowając twarz w szaliku prawym poboczem drogi.
Na zakręcie zobaczyła światło omiatające przydrożne drzewa.
- No jest! Samochód! Gdzie Ci ludzie tak jeżdżą po tych wądołach!
Zza zakrętu wyłoniły się światła. Kierowca zmienił długie na krótkie.
- Widzi mnie i nie chce mnie oślepić – pomyślała. Na wszelki wypadek zbliżyła się do jakiegoś ogrodzenia i przystanęła plecami dotykając płotu.

Światła zbliżały się dość szybko. Za szybko. Poczuła tępe uderzenie na wysokości brzucha. Tak jakby przesuwany stół stuknął w ścianę. Potem coś przesunęło ją w bok.

Nie czuła bólu, tylko silną słabość nóg, całego ciała
od pasa w dół. Poczuła silny zapach spalin, usłyszała warkot silnika a potem ciszę. Znowu ciszę.
Leżała policzkiem na mokrym asfalcie. Mienił się srebrno. Jakiś ruch przykuł jej uwagę.

Z trudem spojrzała w tamtą stronę. Na asfalcie wirował bączek. Patrzyła jak zwalnia i przewraca się na bok. 



piątek, 8 stycznia 2016

Ich dwoje

MARTA HANNA PRECHT
słowo: lusterko

ICH DWOJE



W listopadzie noce zapadają nieoczekiwanie. Jakiś czas jest szaro-buro, choć latarnie już od dawna świecą.
W jednej chwili zapada zmrok, który trwa dla ludzi zbyt długo. Wszystko w wilgoci i zimnie. To miesiąc przejścia w ciemną stronę. Ten wiatr wieje, jakby mu dodatkowo płacono za dotkliwość.
Około północy wiatr przestał wiać i zrobiło się trochę przyjemniej.
Światło latarni ulicznej przesączało się przez szparę
w zasłonie okiennej padając na połowę łóżka, na którym widać było dwa zarysy śpiących postaci. Jedna z nich powoli wstała i wsunąwszy stopy w kapcie, cicho podreptała w stronę łazienki. Ostatnio musiała wstawać nawet trzy razy w ciągu nocy.
Wszystko przypominało jej jak to było, w czasach młodości. Noce bez siusiania, wstawanie z krzesła tylko za pomocą mięśni ud, bez podpierania się oburącz,
albo zbieganie ze schodów po dwa stopnie.
- Co się porobiło z człowiekiem - powiedziała półgłosem, aby nie obudzić śpiącego Henryka.
Z sypialni rozległo się donośne chrapnięcie, a potem zapadła cisza.
- Tyle można od niego usłyszeć! - kontynuowała. - Kiedyś szeptał do uszka słodkie słówka, mógł tak pół nocy!
A potem spał tak słodko! Jak dziecko! Co się porobiło
z człowiekiem!
Podreptała do kuchni, aby zagrzać sobie kubek mleka
z miodem. To był zawsze dobry lek na jej nocne pobudki. Pijąc spojrzała w lusterko wiszące przy drzwiach.
Z czerni wyłoniła się okropna twarz, której policzki wzdymały się i kurczyły w rytm połykania mleka. Wyglądała jak ssący potwór. Odwróciła oczy i przestała pić. Odstawiła kubek na stół. Stała przez chwilę, zgarbiona i smutna.
Obudzony pies pomyślał chyba, że to już ranek,
bo podszedł do niej i polizał ją po dłoni.
- Dobrze, dobrze, idziemy - powiedziała do psa - wiem,
ty też musisz, jak ja. W końcu masz już dziesięć lat psich, czyli siedemdziesiąt ludzkich! Chcesz siku?
Pies jakby zrozumiał, i zapiszczał cichutko merdając ogonem.
Opustoszała ulica, czarna czeluść poza miejscami, gdzie świeciły nieliczne latarnie i wielka cisza, sprawiały nieprzyjemne odczucie zagrożenia.
- No leć! Sikaj i wracaj! Ja nie idę!
Schowała się za ścianą przy drzwiach wejściowych
do klatki schodowej i wtuliła głowę w kołnierz palta,
bo zapomniała o czapce. Ciszę przerwał najpierw delikatny, potem coraz głośniejszy odgłos kroków.
Ktoś stanął niedaleko niej, ale za ścianą domu. Chyba się obrócił, bo piasek zachrzęścił. Po krótkiej chwili usłyszała szept:
- Ja do pani... pani Mario. Tak. Nie myli się Pani. Dziesięć minut temu, pomyślała pani, ze chciałaby znów być młoda, zgadza się?
Maria nie odpowiedziała z przerażenia. Sytuacja wydała się jej tak absurdalna, że poszukała wzrokiem psa. Suczka z rozpłaszczonym zadem, właśnie sikała w najlepsze.
- Co to?! Kim jesteś? Pokaż się!
Nieznajomy zrobił dwa kroki i ukazał się w świetle padającym z klatki schodowej. Miał gęste, czarne włosy, na których perliły się kropelki rosy, jakby wyszedł z mgły, długi, czarny płaszcz. Trzymał niedbale ręce w kieszeniach.
- Skąd możesz wiedzieć, co ja tam sobie pomyślałam! Magik jakiś! Panie odczep się i idź sobie swoją drogą! Sunia do mnie!
- Co pani da, kiedy się przedstawię. Każde imię
i nazwisko nic pani nie powie. Mogę powiedzieć, że mam metr dziewięćdziesiąt wzrostu i to będzie sprawdzalne, ale poza tym nic innego. Może pani nie wierzyć, ale ja wiem wszystko, co jest w pani głowie. Teraz pomyślała pani, czy mąż się obudził i patrzy na nas przez okno.
Nie, nie obudził się i nadal chrapie. To jak, chce pani być znów młoda?
Zapragnęła natychmiast znaleźć się w domu.
- Tak? I pan to zrobi? A ja mam uwierzyć?
- Proszę, coś pani pokażę!
Podszedł do niej trochę bliżej, aby mogła lepiej zobaczyć efekt. Był w średnim wieku, nawet przystojny, trochę podobny do wizerunków Jezusa. Jego czarne, lśniące oczy nagle zmieniły się w matowo czarne, wpadnięte głębiej, otoczone siecią zmarszczek. Reszta twarzy również zmieniła się w oblicze starca. Nawet jego sylwetka pochyliła się i skurczyła. Przed nią stał słaby staruszek i wydawało się, że potrzebuje jakiegoś podparcia, inaczej się przewróci. Po chwili postać odzyskała dawny wygląd.
- I co? Teraz pani wierzy? Jego twarz znów przybrała wygląd młodego mężczyzny.
Maria stała jak sparaliżowana. Sytuacja nadal była nierealna, jakby wyrwana w całości z niedobrego snu.
Jej absurdalność kłóciła się ze zdrowym rozsądkiem, jakim była zawsze obdarzona. Cuda się nie zdarzają
w realnym świecie. Czyżby z powodu psiego sikania przedostała się do innego świata, w którym można dowolnie manipulować rzeczywistością?
- Rany boskie! To nie może być prawda! Sunia do nogi!
Pies rzeczywiście podbiegł do niej i zaczął przymilnie lizać jej rękę. Spojrzała na niego jak na kosmitę.
- A ty? Ty też to potrafisz?
Pies zaszczekał z radości, czując, że to jego o coś pytają.
- No i co? Nie będę proponował po raz drugi. Decyduje się pani?
- A jak się sobie nie spodobam, to co? Odczaruje mnie pan?
- Ta magia działa w jedną stronę. Aby pani pomóc, powiem tylko,
że mąż dożyje osiemdziesięciu pięciu lat, czyli piętnaście lat przed nim, a pani za dwa lata złamie nogę w biodrze
i operacja się nie powiedzie. Umrze pani na zakrzepicę pooperacyjną. Po przemianie ma pani jeszcze dużo lat przed sobą.
Maria przypomniała sobie swoje piękne wąskie stopy, ładne ręce i długie blond włosy. Pamiętała łąkę
za domem, bieganie po niej nie sprawiało żadnego kłopotu. Mogła biegać cały dzień i nie wiedziała,
 że oddycha. W ogóle nie czuła, że żyje. Wszystko było naturalne, jedno wynikało z drugiego bez żadnych trudności i bólu. Każda doba dzieliła się na czas snu
i przygody dnia. Świat pachniał słońcem, był słońcem. Jeśli zgodzi się na niedorzeczną propozycję, kim będzie?
Będzie na powrót młodą dziewczyną, ale musi wrócić
do domu, gdzie śpi pochrapując, siedemdziesięcioletni mąż. Co powie na jej zmianę? Może po chwili szoku nawet mu się znów spodoba.
Od dłuższego czasu, może lat, byli przyjaciółmi wspólnie znosili wszelkie niedostatki. Już nie czuli potrzeby dotyku innego niż pogłaskanie po głowie, lub pocałunku w policzek. A ona będzie młoda! Młoda z mężem - staruszkiem. Lepiej przeżyć swoje życie w naturalny sposób. Oddalenie śmierci nie zlikwiduje jej nadejścia,
za to ją oddali od swoich bliskich, a z nimi czuła się najlepiej.
 Co powie na to jej syn i synowa? Nie. To niemożliwe. Chyba, że wróci do domu, spakuje się weźmie kartę bankową i ruszy w świat.
Tylko z czym? Mają na koncie zaledwie trzydzieści tysięcy. Wystarczy na jedną daleką podróż, a co potem?
- Hej, ty... jak ci tam! Pewnie proponowałeś to już nie raz komuś. I co? Zgodził się?
- Tak, wielokrotnie. Zgadzają się raczej, ale czy są szczęśliwsi? Nie wiem. Nie wracam do nich i nie śledzę dalszych losów.
- To ja podziękuję. Nie chcę. Dziękuję, nie skorzystam.
- Jak chcesz. Po czym dotknął ręką niewidzialnego daszka i z gestem pożegnania dłonią rozpłynął się
w chłodzie.
- Sunia... a jesteś! Chodź wracamy do domu.
W sypialni z okien przesączało się światło poranka. Maria usiadła na łóżku, patrząc na twarz śpiącego męża. Leżał na wznak cicho posapując. Odgarnęła mu z czoła kosmyk siwych włosów i pocałowała w policzek.
Henryk powoli otworzył oczy.
- Co kochanie, znowu nie śpisz? Dobrze się czujesz? Tylko nie bierz tych pastylek na spanie, bo od tego ma się zwidy. Połóż się, pomasuję ci plecy. Dobrze?

- Tak kochanie.

sobota, 26 grudnia 2015

Świąteczna magia

Marta Hanna Precht
słowo: upominek



Świąteczna magia

W małym miasteczku w mroźny dzień, nieliczni ludzie przemykali się, niosąc siatki z zakupami. Niektórzy wstępowali do budynku poczty,
aby nadać, z pewnością już spóźnione, kartki świąteczne.
Urzędnicy w granatowych fartuchach, siedzący pod portretami Bieruta
i Stalina jeszcze mieli do przepracowania dwie godziny,
aby potem zająć się przygotowaniami do świąt. Za oknem śnieg padał równo, wolno i dostojnie.
Przypomniał mi się tamten klimat tych dni. Wiem, to sentyment do swojej młodości, tak mówią. Chociaż nie tylko. Widzę różnice, jakie istnieją
w tym, co pamiętam a tym, co widzę teraz.
Przede wszystkim było cicho. Zimy były normalne, białe, czasem mroźne, śniegowo-tunelowe, skrzypiące szronem, kłujące bielą w oczy.
Na rynek zajeżdżały furmanki. Konie parskały parą z pobielonych szronem nozdrzy. Woźnice okutani baranicą sadzali obok siebie
na koźle okutane w chusty żony. To był dojeżdżający do miasteczka „supermarket” świąteczny.
W koszach, w otulonych sianem konwiach, czekały na sprzedaż: wiejski chleb, śmietana i masło, jajka, cielęcina i schab, bez pozwoleń, kontroli, systemów podatkowych i kar.
Miasteczkowe gospodynie, jeszcze w jesionkach z codziennymi chustkami na głowach, kupowały to, co jak mówiły: jest lepsze niż to w sklepie „Społem”.
W tych sklepach kupowało się karpie, które potem beznadziejnie pływały „w kółko” w baliach do prania lub innych większych misach. Można było palcem pogłaskać je po zimnym i śliskim grzbiecie. Sprzedaż trwała do zmierzchu. Potem jak codziennie noc brała w posiadanie miasteczko,
ludzi i śpiące wrony na drzewach.
Furmanki już lżejsze zawracały do swoich domów, a zmarznięte konie jakby szybciej przebierały kopytami, wiedząc, że jadą do swoich ciepłych stajni.
Delikatnie odczuwało się jakieś podniecenie zbliżającymi się świętami.  W oknach kuchni dłużej niż zwykle, paliło się światło. Dzieci zasypiały w piernikowym zapachu. Za oknem panowała noc i cisza.

Właściwie to Wigilia następowała gwałtownie. Jeszcze poprzedniego dnia zapachy z kuchni mieszały się z zapachem pasty do podłogi, a już następnego, koło południa, nakrywano stół białym obrusem, ustawiano talerze, na których codziennie się nie jadało.
Potem stawiano półmiski z karpiem w galarecie, sałatką jarzynową, chrzanem, masłem i chlebem. 
Makaronów w sklepach jeszcze nie było. Gospodynie robiły je same wałkując ciasto do prawie przeźroczystej cienkości, a potem suszyły wielkie placki na stole przykrytym ściereczkami. Potem zwijały w długie rulony i cięły cienkie kluseczki do rosołu na pierwszy dzień świąt. Wtedy już można było jeść potrawy z mięsa.
W piekarniku dochodziła gęś lub indyk. To było cudowne świąteczne, „wypasione” jak powiedziałabym dzisiaj, jedzenie.
Odświętny stół czekał na sygnał. Dzieciom kazano wybiegać na dwór
i patrzeć w niebo, wypatrując pierwszej gwiazdki.
- Jest! Jest! Jest gwiazdka! – wołały dzieci.

Wtedy magia osiągała swoje apogeum. Jako dziecko stawałam się kimś ważnym, do kogo podchodzą starsi, łamiemy się opłatkiem, i wszyscy
po kolei życzą mi abym była grzeczna i nie chorowała.
Przyjmowałam te hołdy z powagą i radością, odurzona chwilą, zapachem jodłowej choinki i podniecona tym, co tam pod jej spodem widziałam.
Jakieś upominki, paczuszki owinięte w pakowy szary papier
i przewiązane wstążeczką.
Mieliśmy wtedy po kilka lat. Wierzyliśmy w Mikołaja, który nagradzał tylko grzeczne dzieci, a te, które nabroiły, bały się, że pod choinka znajdą rózgę.
Mnie jakoś się udawało.  Zazwyczaj już sam kształt pakunku zdradzał jego zawartość. Prezentem mogła być czekolada, albo kredki, czasem kapcie lub pończochy bawełniane w prążki.
W wyjątkowych wypadkach, kiedy przyjechał ktoś bogatszy z rodziny dostawałam lalkę z celuloidu ze sztucznymi włosami i namalowanymi oczami. Nie mogłam sobie wyobrazić, co stałoby się ze mną gdybym 
po rozpakowaniu paczuszki, znalazła tylko rózgę!  To byłaby wściekła rozpacz!
Co powiedziałabym koleżance, gdyby zapytała, co dostałam od Świętego Mikołaja! Tego bałam się najbardziej.  Kiedy zmrożony śnieg chrupał
pod butami, a wszystkie gwiazdy usadowiły sie na granatowym niebie,
ta wigilijna noc stawała się magiczną, niepowtarzalną chwilą w roku.
Wolno było nie spać aż do północy.
Z sąsiednich domów słychać było kolędy. Niosły się w poświacie
z okien, toczyły po białym śniegu, bo gdzieś tam, daleko w świecie urodziło się maleństwo, zbawiciel, król naszych dziecięcych duszy. Bardzo było
mi go żal, że tylko pieluszką przykryty, w stajence,
w drodze urodzony, leży i chyba mu zimno. Zawsze tak wyglądał
w stajence, którą ustawiał ktoś w kościele. Miałam ochotę, aby przykryć
go choćby moim szalikiem a na wyciągnięte rączki nałożyć rękawiczki.
Kolędy już nie snuły się delikatnie, a wybuchały gromko w kościele zwielokrotnione załomami murów, złotem rzeźb postaci, łukami sufitu, dźwiękami organów. Ludzie jakby natchnieni, niektórzy z wilgotnymi oczami, nie wiadomo czy ze wzruszenia czy zimna, śpiewali, jak kto potrafił.

Stawaliśmy się jednym gardłem, jedną wolą, jednym sercem.
Czułam podniosłość tej chwili, bo nazajutrz wszyscy szarzeli, znowu byli jak zwykle. W Wigilię „dostawali” skrzydeł.
Następne dni, to było jedzenie, jedzenie, gadanie, nowi goście, odwiedzanie się wzajemne i jedzenie, gadanie, jedzenie… i tak przez dwa kolejne dni.
Choinka stała dumnie i pachniała, rozsiewała las, szyszki i żywicę, pyszniła się anielskimi włosami, kusiła cukierkami w kolorowym „sreberku”, błyszczała uśmiechami bombek i kusiła dzieci, które czasem kładły się pod nią by chwilkę pobyć w zaczarowanym lesie. Dzieci musiały bawić się swoją fantazją. Radio było dla nich zbyt poważne i niezrozumiałe, a nie istniały inne bodźce, które zajęłyby ich umysły. Można było porozmawiać z lalką lub kotem, a czasem z samą z sobą patrząc na białe czyste podwórko przed oknem.

Za oknem śnieg ustępował wiośnie, całe lata trwał ten spektakl, niezmiennie, nieuchronnie. Wszystkim przybyło lat, tzw. życiowych doświadczeń, niektórym wzrok zmatowiał, niektórym się wyostrzył.
Właśnie ci zwrócili uwagę na to jak bardzo zmienił się ten magiczny dzień świąt. 
Zatarło się oczekiwanie, nagrodzone chwilą, kiedy udało się kupić karpia, szynkę albo, kiedy statek z cytrusami dopłynął do Gdyni, i już za kilka dni będą pomarańcze i cytryny…
Przede wszystkim jest głośno i jazgotliwie. „Przedświęta” zaczynają się w połowie listopada. Supermarkety stroją się w choinki, Mikołaje, Coca Cola śpiewa „Jingle bells” głośno, nachalnie.
Dzieci, z wyjątkiem tych najmniejszych, już wiedzą, że Mikołaj jest w każdym sklepie, ma sztuczna brodę, więc chyba jest z nim coś nie w porządku.
Nie wiedzą, że to pracownik, pocący się w czerwonym uniformie,
który za pieniądze rozdaje prezenty i że pracuje do trzeciej a potem przyjdzie jego zmiennik. Przy kasach ustawia się kosze dla biednych, 
aby i oni mieli jakiś upominek na święta.
My czujemy się lepiej tego dnia. Nasza szczodrość koi nasze sumienie… tylko ci biedni, muszą na nią czekać znowu cały rok…
Panienki przebrane w anioły chodzą po sklepie sprzedając… opłatek!
Po opłatek chodziło się do kościoła. Sprzedawała je zakonnica, były jakieś bardziej święte niż ten sztuczny od sztucznego anioła.

Półki uginają się pod ozdobami choinkowymi.
Wszystkie wyprodukowano w Chinach. Sprzedaż, sprzedaż, zysk.
Tylko to się liczy. Zysk i reklama. Reklama w sklepie, na billboardzie,
w telewizji w Internecie, wszędzie, gdzie spojrzysz. Kup to!
Zobacz, to okazja! Świetny pod choinkę… a ta choinka to chyba dodatek
do prezentu, który kupisz, a najlepiej kilka. 
Zamykam oczy i przez moment widzę tamten świat w zimowej ciszy, gdzie jedyną akcją reklamową jest wołanie sąsiadki, że przywieźli cytryny.
Dzieci trudno odciągnąć od komputera, aby poszły z nami na spacer
do supermarketu, no chyba, żeby sobie wybrać nowego IPada,
albo grę pod konsolę, bo to im się należy. Przecież muszą to mieć, wszyscy to mają w szkole.
W samochodzie duży bagażnik pomieści wszystkie pragnienia.
Radio samochodowe nadaje „Jingle bell” w jakimś innym wykonaniu. Wieczorem w telewizji będą zapowiedzi programu na wigilijny wieczór. Wspomogą nas gwiazdy estrady, śpiewające za nas kolędy. Przyjemnie jest jak wraz
z dźwiękiem sztućców o talerze, przedrze się „Lulajże Jezuniu”.
W lodówkach już czekają odebrane z restauracji brzydkie półmiski
z rybami, śledzie ze słoika, reszta ze sklepu. Tylko sałatkę z rukoli zrobiła osobiście Pani domu. Jeszcze tylko ktoś akurat wolny w tej chwili,
bo dzieci grają w gry komputerowe, ubierze choinkę i można zaczynać święta. Z telewizora mruczy kolęda, choinka czasem sztuczna, nie pachnie, chińskie ozdoby jakoś nie pasują do słowiańszczyzny, a prezenty?
Każdy wie, co dostanie, wiec tylko rozrywamy ozdobne papiery, opakowania z wielkimi kokardami, i sztucznie zachwycamy się sztucznymi upominkami pod sztuczna choinką, ze sztucznymi kolędami w tle.
Świat stał się sztuczny. 

A co będą miały w pamięci dzisiejsze dzieci?
Przedsiębiorcy liczą kasę, bo teraz będzie zastój, do Walentynek,
a zaraz po nich znowu Wielkanoc… jakoś się przeżyje. Tylko ta reklama taka droga, gdyby nie to można by się reklamować więcej, zwłaszcza
w telewizji tak, aby programy stały się przerywnikami w blokach reklamowych. Posprzątają sklep z bombek, przygotują walentynkowe serduszka, a potem kurczaczki i baranki.
Interes się kręci.

Tylko gwiazdka na niebie jakoś przybladła, niebo pojaśniało od reklam, które tę gwiazdkę reklamują, śnieg albo jest albo go nie ma, bez ładu i składu.  Płaczą górale, bo szlag trafił świąteczne dutki. Powycinane choinki leżą w hałdach poświątecznych, ocalałe karpie wrzucą do stawu, niech podrosną do następnego roku!
Tylko ja, szczęśliwa, mam za oknem wierzbę, czekam spokojnie na śnieg i patrzę, jak sikorki z karmnika biorą w dziobek ziarno słonecznika i jedzą go na przystrojonym lampkami wiązie w moim ogródku. Dlaczego szczęśliwa?
Bo mam w oczach tamten obraz, nastrój i nikt mi go nie odbierze.


wtorek, 22 grudnia 2015

Portret

Nasz znajomy Józio, rok emu stracił żonę. Zgłosił sie do mnie z prośbą aby narysować jej portret ze zdjęcia. Spróbowałam. Wyszło mi tak:




Jest książka "Bajki ze śniegu"!!!!

Jest piękna. Ma twardą prawę i kredowy papier. Nie wiem czym zasłużyłam sobie w poprzednim życiu na taki rozwój wypadków!
A to zaproszenie - plakat na wieczór autorski! To dzięki Bibliotece w Piasecznie.
Placówka wyraźnie mnie lubi a szczególnie Jola Kraszka, sedce i dusza biblioteki.

niedziela, 15 listopada 2015

akceptacja

Kilka dni temu zaakceptowałam ostateczną formę książki "Bajki ze śniegu". Nie jestem zadowolona z niektórych ilustracji, ale trudno już tak musi być.Na pczątku grudnia powinna się ukazać, A oto okładka:




niedziela, 18 października 2015

opowiadanko na słowo: epitafium. Spacer Pauliny. ( uwaga na duże litery w tekście)

Marta Hanna Precht
słowo: epitafium


SPACER PAULINY


Paulina właśnie kończyła chować resztę do portfelika, kiedy jakaś wielka postać w futrze pachnącym naftaliną, wepchnęła się przed nią pytając sprzedawcę:
- A po ile ten wieniec z gerberami?
- Pani, opanuj się trochę, ja tu jeszcze jestem!
- O rzeczywiście można jej nie zauważyć! - zaśmiała się kolubryna.
- Za to chamstwo widać dobrze - odgryzła się Paulina.
Już podenerwowana odeszła od stoiska. Kupiła jeszcze kilka zniczy i skierowała się do bramy cmentarnej.
Tłum ludzi sunął w jednym kierunku i gęstniał przy samej bramie. Niektórzy podnosili wyżej wieńce i chryzantemy, a wtedy orszak poprzetykany głowami i kwiatami wyglądał jak wielka szklarnia sunąca w jednym kierunku i tempie.
Ludzie ubrani świątecznie dreptali, niosąc obijające się o łydki znicze w plastikowych torbach.
Niektórzy panowie wkładali kurtki, palta i pelisy a panie futra, aby podkreślić swój niewątpliwy, dobry status społeczny. Parada powtarzała się corocznie i miała świadczyć o nieustającej pamięci i żalu do umarłych, nawet, jeśli przez cały rok nikt, nawet przez chwilę o nich nie pomyślał.
Paulina jak zawsze ubrała się w wyjściowy mundur, lecz zamiast moherowego beretu włożyła kapelusik z piórkiem, który chyba służył jeszcze jej matce.
Przebrnąwszy przez wąską gardziel bramy, szła najpierw prosto a potem skręciła w prawo, w prawie pustą alejkę, która wydawała się opuszczona, z niewielką ilością palących się światełek. Tamtego roku tu kolejno chowano umarłych w tym jej męża Edwarda. Chyba przypadkowo zgromadziła się tutaj grupka nieboszczyków mniejszej rangi, bo nie było okazałych pomników, drogich kwiatów i feeri świateł. Ale też, tego roku zmarło wiele osób z jej dzielnicy i traf chciał, że leżeli niedaleko siebie.
Omijając stertę zgrabionych liści przystanęła przed grobem męża.  Tydzień przedtem była tutaj i posprzątała skromny nagrobek z lastryko. Przetarła płytę i tablicę z nazwiskiem.
Edward Kowalik, urodzony, zmarł... i tyle. Komu ta informacja potrzebna? Chyba tylko jej. Byli sami. Nikt oprócz niej tu nie przyjdzie i nie zapali znicza. A po jej śmierci grób będzie ciemny, bez jedynego światełka. No chyba, że ktoś litościwy zapali jakąś lampkę.
Przezorna, jak każda kobieta, kazała tekst na płycie podzielić na dwie części. Po lewej był Edward, a po prawej jej dane:
Paulina Kowalik, urodzona i zmarła, zostawiono puste. Opłaciła u kamieniarza wyrycie tych dwóch dat. Ten rok zapowiadał się znośnie. Dokuczał jej tylko wzrok i kolana, ale na to się nie umiera, więc chyba jeszcze nie teraz dołączy do małżonka. Zresztą nigdy nie czuła jakiejś wielkiej tragedii po jego stracie. Byli zżyci, ale nic ponadto. Jej psychika nigdy nie burzyła się od uczuć, pomysłów, emocji i smutku.  Sprzątała bardzo dokładnie, krochmaliła firanki i robiła dobre pierogi, które Edward połykał nie gryząc ich nawet.
Posiedziała kilka minut na ławeczce sąsiada, zapaliła lampkę, położyła mały wianuszek i poszła dalej tą samą alejką, aby odwiedzić znajomych.
Irena Balanek.
- O tak! Tę cholerę będę pamiętać! Ona chyba też mnie zapamiętała!
Edward przystawiał się do niej, jakieś sześć lat po ślubie.  Poznała ja na zieleniaku. Najpierw przychodziła do nich rzadko, ale latem, wkrótce po pierwszym maja, kiedy byli razem na majówce, zaczęła ich nachodzić niemal codziennie. Siedziała do późna, więc Edward odprowadzał ją do domu. Wracał coraz później, aż Paulina nabrawszy podejrzeń zadała mu tylko jedno pytanie, czy woli jej pierogi, czy wdzięki Irenki,
albo - albo. Edward nic nie odpowiedział, ale przestał odprowadzać Irenkę, a ta nieodprowadzana, przestała przychodzić. Po kilku latach, Paulina poszła na jej pogrzeb. Po śmierci się wybacza.
- A niech tam! Zapalę jej świeczkę! - Wspaniałomyślnie szepnęła sama do siebie.
Tuż obok niej pochowano jej męża. Nie wiadomo, dlaczego nie chciał leżeć po śmierci z małżonką.
Tadeusz Balanek. Taki cichy „wiewiórek”, jak nazywała go Paulina. Miał wadę zgryzu i dwa górne siekacze niemal wystawały do przodu. Wyglądał jak gryzoń. Niczym się nie wyróżniał. Był szewcem. Pracując nad butem ciągle podtrzymywał tymi ząbkami jakieś gwoździki, które potem wbijał w podeszwę buta. Taka poczciwina, ciągle w tym samym skórzanym fartuchu, o który opierał obcasy.
Paulina miała jeszcze trzy znicze, więc i jemu postawiła światełko. Kilka grobów dalej, natknęła się na mogiłę kilku osób, których nazwisko rodowe wydało się jej znajome:
Alina Maciążek, Andrzej i Aleksy, obaj Maciążkowie.
- To chyba ta Alina, co ciągle chodziła w fioletach i zadzierała nosa jakby była lepsza od innych. Paulina nie znała jej osobiście. Czuła, że tamta ją ma w głębokim poważaniu i nie chcąc się narazić na jakiś afront, zawsze odwracała się tyłem na jej widok. Odwracała się, ale na tyle by kącikiem oka zerknąć, w co też tamta się wystroiła, i jaki kapelusz w swoim kolorze założyła. Nie lubiła jej. Może dlatego, że podświadomie czuła swoją szarość i nijakość, podczas gdy Alina była zauważalna i co tu dużo mówić ładna
- Ładna, ale małpa! - Nie zapalę jej światełka. Niech palą jej adoratorzy!
- O! Feluś! Śliczny chłopczyk, pamiętam.
Feluś Obarek, biedne dziecko, które urodziło się słabe i słabe umarło. Jego rodzice dotąd żyją, ale wydają się jakby umarli. Szczególnie jego matka. Od tamtej pory chodzi w czerni, z nikim prawie nie rozmawia i wiecznie chodzi na cmentarz. Mogiłka była wypielęgnowana, zawsze z jakimś żywym kwiatkiem we wkopanej do połowy butelce. Na lastrykowej płycie widniało jego zdjęcie. Mały, śliczny chłopczyk ze słońcem we włosach.
- Feluś, jak mogłabym ci aniołku nie zapalić światełka!
Idąc dalej, poczuła się trochę zmęczona. Często korzystała z przygrobowych ławeczek. Niektóre z nich były głęboko zanurzone w betonie, aby ktoś ich nie ukradł, ale ta, na której przysiadła, miała dodatkowo łańcuch, łączący ją z grobowcem. Miało się wrażenie, że to sam zmarły trzyma jego drugi koniec.
- I któż to taki ostrożny? - Spytała znowu samą siebie.
Mogiła przykryta płytą z piaskowca, zdążyła już pokryć się glonami. Część napisów przykrywały jeszcze zeszłoroczne zeschłe wianuszki, ale pierwszy był czytelny:
Urszula Pająk.
- Ciekawe, kto jej ten napis kazał zrobić, bo podobno niczego rodzinie nie zostawiła. Wszystko przepisała na hospicjum, w którym umarła, tak mówili na zieleniaku. Podobno rodzinka zzieleniała ze złości u notariusza, jak odczytali testament. Jakiś tam zachowek dostał jej trzeci syn. Może to on? Albo hospicjum?
To była ciekawa kobieta. Podobno mieszkała jakiś czas w Ameryce. Przywiozła dolary. Rodzina rzuciła się na nią jak wilki, ale ona szybko zrozumiała, czym jest ta ich gwałtowna miłość do niej. Ponieważ wyglądała świetnie, była zdrowa jak rydz i nic nie zapowiadało jej rychłego końca, z czasem wizyty stawały się rzadsze, a miłość przybrała twarz cierpliwego oczekiwania. Jedynie trzeci syn - Jurek, do niej często wpadał, bo ją chyba autentycznie lubił. Niestety, kiedy dostała wylewu, nikt z rodziny nie mógł się nią zająć. Jurek załatwił jej to hospicjum i nadal ją odwiedzał.
Teraz już chyba nikt już tu nie przyjdzie.
Paulina posprzątała grób i zapaliła światełko.
- Światełko dla nieznajomej, samotnej duszy - Pomyślała.
Nastrój chwili, zmierzch, zapach opadłych liści i palących się zniczy, migocąca złota poświata na czarnych pniach drzew, tworzyły magiczny klimat, jedyny w roku. Dla tego klimatu Paulina lubiła tu być.
- Oby tylko bywać tu jeszcze jak najwięcej razy. Pamiętać, o kim tylko się da. Bo człowiek żyje tak długo, jak żyje pamięć o nim. Kto o mnie będzie pamiętać? - Znowu spytała samą siebie.
Idąc z powrotem do bramy zwróciła uwagę na jeszcze jeden grób. Zarośnięty, z połamaną piaskowcową płytą, na której leżał pęknięty i przewrócony krzyż, przysłaniając jakiś napis. Odgarnęła liście i pojawił się tylko ten jeden:

Memento mori.

opowiadanko na słowo - koło. Zdarzenie.

Marta Hanna Precht

słowo: koło

ZDARZENIE



Padał deszcz. Samochód szumiał oponami, rozpryskując na boki wodę zebraną w koleinach asfaltu.
Zmierzch to nieprzyjazna pora dla kierowców. Wszystko staje się płaskie, drzewa na horyzoncie tracą swoją wymiarowość, szosa wydaje się krótsza
a pęd samochodu wolniejszy, niż w rzeczywistości.
Julian był dobrym kierowcą. Prowadził spokojnie i pewnie. Pozwalał sobie na duże szybkości tam, gdzie było to absolutnie bezpieczne. Nora lubiła, jadąc w fotelu pasażera, patrzeć na jego spokojną, wpatrzoną w drogę twarz.
Wracali z okolic mazurskich, szukając miejsca na dom. Ich wspólny dom wybudowany według projektu Juliana, na wzgórzu Nory, z jeziorem Juliana, usytuowanym względem stron świata, jakie poda Nora.
Potem Julian zasadzi dąb i razem wezmą z sierocińca dziecko, którego nikt nie chciał. Oboje byli spełnieni.
- Chłodno mi w nogi - powiedziała Nora - mamy jakiś kocyk w bagażniku?
- Chyba tak.
Julian powoli zjechał na pobocze i zatrzymał samochód. Wysiadłszy, przeciągnął się i zawołał:
- Lepiej wysiądź i pogimnastykujmy się parę minut. Zaraz się rozgrzejesz!
- Daj mi kocyk i jedźmy, chcę jak najszybciej zobaczyć to miejsce.
Jak opisywał je ich przyjaciel dojazd był dobry. Od głównej szosy prowadziła wąska wybrukowana „kocimi łbami” droga. Działka była ogrodzona tymczasowo, więc łatwo było ocenić jej dużą powierzchnię. Centralne położenie na wzniesieniu, od razu sugerowało miejsce na dom.
To jedna z piękniejszych działek budowlanych na Mazurach, z widokiem na jezioro.
- Jeśli wybierzemy ten projekt z oknami na cztery strony świata, będziemy mieć wrażenie, że mieszkamy na dachu świata! - marzyła głośno Nora.
- I ściągniemy ze Stanów mamę. Nie może tam długo być sama. Może nam pomóc w urządzaniu się.
- Lubi dzieci... zatem będzie mieć dziecko. Po powrocie do Warszawy trzeba się tym zająć. Procedury wiesz ile trwają.
- Musimy znaleźć na wszystko czas - podsumował Julian.
- Czy są tam drzewa? Wiesz, takie już duże, żeby nie trzeba było czekać, aż urosną. Tuż przed domem urządziłabym duży klomb, taki z objazdem dookoła dla samochodu. I kwiaty, dużo kwiatów.
Nora chyba już widziała ten dom, siebie z małym dzieckiem na ręku, wśród kwiatów, ptaków i słońca.
Teraz słońca było niewiele. Październik jest kapryśny jak marzec. Dozuje słońce jak lekarstwo na depresję, która przyjdzie w listopadzie.
- Przyjdzie albo nie przyjdzie... - pomyślała Nora - Przy takim nawale przyjemnych obowiązków jak urządzanie na nowo swojego życia, nie będzie jej łatwo się przedrzeć, a może nawet nie zdoła...
Na chwilę zapomniała o szosie, Julianie i deszczu, który padał coraz mocniej. Wycieraczki skrzypiały rytmicznie.
Julian wydawał się być podobnie zamyślony. Ruch wycieraczek hipnotyzował.
– Co się dzieje? – spytała Nora. – Dlaczego wycinają takie piękne drzewa?
Rzeczywiście, pobocze wyglądało, jakby przeszedł przez nie tajfun. Wielkie drzewa leżały pocięte na kilkumetrowe odcinki, a karpy z korzeniami w ziemi krwawiły sokiem. Czekały na swojego grabarza.
 – To pewnie dla bezpieczeństwa ruchu – podsumował Julian. – A może chcą poszerzyć drogę…
 Milczeli, jadąc między martwymi drzewami. Nora posmutniała.
– Popatrz, Julian, wszystkie ptaki są bezdomne, prawda? – Co ty opowiadasz, kochanie? Ptaki są wolne, mają dom wszędzie, gdzie zechcą. – uśmiechnął się.
Opuścili przygnębiającą porębę. Wjechali znów w normalny, piękny mazurski las, przez który wiodła wstążka wąskiej asfaltowej drogi. Deszcz padał coraz większymi kroplami. Głuchy miarowy dźwięk, jaki wydawały, działał usypiająco. Julian włączył długie światła, w których ulewa pozornie zwiększyła swój rozmiar.
Dudnienie kropel o dach, spotęgowane odgłosami pracujących wycieraczek i szumem opon rozchlapujących wodę, tworzyło muzykę idealną do filmu grozy.
Oboje pomyśleli o radiu. On sięgnął, aby je włączyć, i wtedy jakiś błyszczący obiekt wysunął się z prawej strony ściany lasu. Julian chwycił mocno kierownicę i zdecydowanym ruchem odbił w lewo.
Niestety tamten samochód parł do przodu jakby był nieświadomy zagrożenia.
Był już w połowie jezdni, gdy poczuli uderzenie i wstrząs.Samochód wykonał obrót, przesuwając się nieubłaganie w lewo, wpadł w głębię rowu po lewej stronie sunąc bokiem, i uderzył dachem w pień drzewa. Prawa strona była zgnieciona, a koło nadal kręciło się w niezdarnym mimośrodowym ruchu.
Trzask gałęzi zmieszał się z odgłosami dachowania samochodu, który spowodował katastrofę, i dźwiękiem delikatnej muzyki z radia Juliana. To kompozycja Satie.
Smutna, natchniona muzyka mogła towarzyszyć im w tym kilometrze drogi i w następnych, gdyby tamten kierowca spóźnił się choć, o kilka sekund… albo oni nie przystanęli na chwilkę po kocyk... Nora była wciśnięta w poduszkę i fotel skręcony w swojej osi.
Julian nadal tkwił nieruchomo, zgięty między dachem a kierownicą.

Na jego poduszce powiększała się plama krwi. W oddali ktoś krzyczał przeraźliwie. Deszcz padał dalej miarowo spokojnie, w coraz większej ciszy.

Mój tomik wierszy " Słowa na wiatr"

Ponieważ moja choroba oczu jakoś się nie cofa, postanowiłam sama zrobić swój tomik wierszy, ilustrując każdy wiersz. Mój, wydawałoby sie przyjaciel, obiecał mi za ilustracje do "Cosika" autorki z Wielkiej Brytanii, wydać w swoim wydawnictwie kilka tomików mojej poezji, ale jakoś po oddaniu moich rysunków, przestał sie ze mną kontaktować... Po raz pierwszy coś takiego mnie spotyka. Przecież moje rysunki miały wartość komercyjną a wydanie choćby dziesięsięciu tomików już by mnie zadowoliło.
No tak bywa. Nawet nie dostałam ksiązeczki z moimi Cosikami... Zdumiewające.
Kładę na to zasłonę milczenia. Wydrukuję go sama, zaniosę do jakiegoś introligatora i będę go mieć! A kiedy Zosia skończy osiemnastkę dam go Jej.

Pokażę kilka ilustracji z tekstem wierszy:
To okładka.

:
Wstęp:

Od autorki:


Wybrałam trzydzieści cztery wiersze


spośród ponad stu.

Jako deser dorzuciłam miniaturki i haiku.

Myślę, że tyle wystarczy.

Po co zanudzać siebie i innych.

Pisałam je przez trzydzieści lat, 


tylko wtedy, gdy była taka potrzeba.


Pewnego dnia postanowiłam „wydać” tomik sama, rysując ilustracje do 

każdego wiersza, drukując na mojej drukarce i pomocy introligatora 

złożyć tomik w jedyny egzemplarz, jedyny tomik, do którego zajrzy 

tylko ten, kto tego pragnie.


Marta Hanna Precht





Niech więc dmuchawiec - brat wiatru,

poprowadzi Was przez moje wiersze.





Druga strona ciszy
 Ucichłam trochę
za pomocą czasu
razem z jesienią
popłynęłam w ciszę
ku mgielnej bieli
z drzewem oniemiałym
 nie płonę już tak silnie
 przygasłam jak jesienne słońce
grzejące tylko z jednej strony
 odwrócę się i poczuję chłód     

Posłuchaj

Posłuchaj mej prośby
zanim wszystkie kamienie pustyni
uraczą się winem
i tańczyć będą pijane

zanim jaszczurka spłoszona
przycupnie z boku
patrząc na ten bal

zanim słońce zdziwione
cienie w czerwień zamieni
kładąc kres tej zabawie

posłuchaj mej prośby
bo gdy to się stanie
nie będę już prosić

 Zapachy

 Wiosna pachniała ziemią
rozmrożona
budząc żaby
 zapachem wody w stawie
 cudownie pachniał
ołówek KOH I NOOR
jak już nic potem
 miękkim grafitem
oddzielił gruba linią
ciężko upalny zapach floksów
i zdziwienie szarych oczu
potem już tylko szukasz
szczeliny w płocie lat 

Cukrowe szczęście
To błąd
Flamenco
Beton i mgła
Rejs
Odbicie
Niewiedza
Konstatacja
W sieci
Przed burzą
Odsłona
Czasami kot
Przedwiosna
Krótko o aniołach
Nic sie nie stało
Nie opuszczaj mnie
Przedwieczorne opisanie
Bagno
Długa noc
Modlitwa


Razem jest 49 wierszy.