środa, 19 lipca 2017

ZEZNANIE słowo: scena


ZEZNANIE




Podkomisarz Zieliński miał właśnie kończyć dyżur, gdy do jego pokoju zajrzała Magda, niedawno przyjęta aspirantka. Bardzo chciała udowodnić, że jest wspaniałą policjantką, bo nie znała terminu „koniec pracy”. 
Dla niej służba kończyła się wtedy, gdy(wbrew swojej woli) zasypiała w panieńskim pokoiku u rodziców. Wiedziała, że jest ładną dziewczyną i chyba dlatego, aby upodobnić się do chłopaków, nigdy się nie malowała, a włosy ścięła króciutko „na zapałkę”.
- Panie komisarzu, mam to zeznanie Styczka, o które pan prosił.
- Daj spokój z tym komisarzem. My tu mówimy sobie po imieniu, chyba, że chcemy kogoś ochrzanić to go tytułujemy. Wiesz jak mam na imię?
- Wiem panie… Jacku.
- No to załatwione. Pokaż ten papier, chociaż… właśnie miałem wychodzić. Trafiłaś w sam raz!
Kiedy zamknęły się drzwi Jacek sięgnął po dokument.
- Kuźwa jak ja tego nie lubię! Protokół z przesłuchania świadka…ble, ble, … Janusz Styczek, osoby uczestniczące w czynności, tak, tak, tak. Przebieg czynności będzie utrwalany za pomocą… Styczek, pesel, oświadczenie, tutu rutu, data i miejsce urodzenia… gdzie? Mój rodak!
Zajęcie, oczywiście, zajmował się jednym. Świadka uprzedzono (dobrze, że on się nie uprzedził i zaczął spiewać) art.182 k.p.k. Treść zeznania. No dawaj!

„Bo to było tak coś koło piętnastego czerwca,… chyba, nie pamiętam dokładnie, ale było już ciepło i można było iść ze ziomkami na piwo.
Był Marek Socha, Patryk Golek, Maniek Turecki no i ja.
A w budce była Violeta Maciągówna, bo jej ojciec zapił wieczorem i się do tej pory kiwał. No to my stali z kuflami bo ławka była obsrana przez ptaki a Violeta nie miała ścierki na to. Powiedziała, że czeka na deszcz to zmyje.
-Ha, ha! zaśmiał się Maniek i dodał, żeby dupę też wystawiła na deszcz to ją umyje.
No to Violeta się wku… rzyła i powiedziała mu, że jak nie zamknie mordy to mu piwa nie sprzeda.
- Ty Maniek, wyluzuj, albo sam se łeb wsadź do cebrzyka, to ci pała ostygnie.
No to Maniek się wkurzył i dawaj z łapami do Marka. Ledwośmy go odciągnęli. A on stał na tym wydeptanym, okrągłym placyku przed budką i darł mordę jeszcze głośniej. Jak w teatrze dla ubogich. Violeta wyleciała z budki i trzymała w ręce duży kufel.
 I tym kuflem jak nie przypieprzy Mańkowi w łeb!
A on się tak zakiwał ze dwa razy i padł na morde.
- Aleś mu przywaliła! Żyje?
- Nie jednemu po takiej scenie przypieprzyłam i żaden nie umarł!
Rzeczywiście Maniek się grzebał do wstania jak kret na betonie! Ze łba ciekła mu krew. Siedział nieruchomo na środku placyku jakby się w pomnik zamienił. Jakoś cicho się zrobiło. Nawet Violeta znieruchomiała patrząc na Mańka. Po chwili Maniek wstał, podniósł ręce do nieba i powiedział, albo i nie, bo to nie było słowami, ale wiedziałem co mówi:
-Pomoc, pomoc. Tu Secundor 212. Wzywam pomoc, jestem ranny. Tracę kontakt. Moja pozycja to 52’05’49N 21’03’23E.Czekam.
- Co jemu? - spytał Marek.
Maniek wysrebrzał. Tak, taki się srebrny zrobił, a krew była niebieska. Żeśmy zgłupieli. Violeta spieprzyła do budki. Ja,  Marek i Patryk staliśmy jak słupy przy drodze. A droga nagle się zakurzyła, niebo ściemniało. W tym kurzu było jakieś światło i buczący, jak u trzmiela, dźwięk. Taki buuu buuuu! Coś wylądowało na polu kurz opadł i zrobiło się tak cicho jak czasami w kościele. W pszenicy widać było taki płaski, metalowy balon.
Maniek, nie przebierając nogami sunął w kierunku tego balona, a potem zniknął w pszenicy.
Balon zabuczał, a pszenica zaczęła się układać w taki wir. Potem polatał jeszcze nad polem i robił różne wiry i placki, aż wzbił się i poleciał cha go wie gdzie!
- Oż, kuźwa, w moim polu urzędował! Zobacz co mi zrobił z zasiewem! Ja cię! – darł się Patryk.
- Co ty mi tu z polem chrzanisz! Co to było i gdzie jest Maniek!
- Nie wiesz? To kuźwa jakiś kosmita był! – wyjaśnił Marek.
Ale Patryk już wyrwał kołek z obsranej ławki i dawaj w pole pszenicy gonić, nie wiem co.
Nagle z budki rozległ się pisk wystraszonej Violety. Dopiero teraz zassała i zaczęła się bać.
- Zostaw ją! – zawołałem do Marka  - Niech się drze.
Co za sprawa, wylałem pól piwa na piasek, bo mi się już wszystkiego odechciało. Maniek… Maniek też nigdy bym nie pomyślał. Głupia Violeta. Rozwaliła cały plan kuflem po piwie. A to pipa nawalona!
Pisk z budki ucichł, Violeta oparta o bufet, stukała coś w telefonie.
- Policja? Tak, proszę przyjechać tu się cuda dzieją! Mańka szlag trafił. Nie piorun tylko UFO go trafiło! Co? Tak mówię! Fru i go nie ma! Poliiiiicja!
- Co ona robi, jaka policja, po co? – piszczał tym razem Marek, bo Patryk nadal szalał w pszenicy.
- Bo to głupia kobieta jest- wyjaśniłem, ale czułem, że stało się coś dziwnego, niecodziennego i że ja rozumiem tego Mańka
Czekaliśmy nie wiem na co, bo policja, wiadomo i za godzinę może przyjechać. I co im powiemy? Że był i go nie ma? A może poszedł się odpryskać?
Powoli zapadał zmierzch, a ja czułem, że coś się kończy, coś czego nie byłem w stanie zrozumieć. Nie było mi żal Mańka… głupie co?
- Violka uspokój się! Co widziałaś?
- Bzyk, pstryk i Mańka nie ma! Co za cholera?!
No i policja przyjechała i mnie zabrali. Marka i Patryka i Violettę też. Jużeśmy się potem nie widzieli. Nie wiem co oni zeznają. Ja zeznaję szczerze. To wszystko się zdarzyło.”

Czynność zakończono, godzina minuta rok…. przeczytał komisarz Jacek.
- Ale nie podpisał!.... to durnie jedne! Nie wzięli podpisu Styczka! To niepodobne do Magdy. Gdzie ona? Aaaa poszła.
Komisarz Jacek Zieliński wyszedł ze swojego kantorka i skierował się do pokoju przesłuchań. Był pusty.
- Co jest? Nie ma nikogo?

Pobiegł do dyżurki, gdzie na wpół siedział na wpół spał posterunkowy.
 - Macie zarejestrowane przesłuchanie Styczka?- spytał funkcjonariusza.
Kamera, która zapisała całe przesłuchanie nadal pracowała.
- Karol, pokaż mi ostatnie pół godziny.
Przesłuchanie kończyło się. Wszyscy obecni wstali i wyszli. 

Przy stole siedział Janusz Styczek. Naprzeciwko niego siedziała Magda.
- Tylko ona z nim została?
Magda zaczęła zbierać z biurka jakieś papiery. Potem wyszła.
Styczek siedział nieruchomo. Po chwili wstał i wyciągnął ręce do nieba. Chyba coś szeptał, bo poruszał ustami… i nagle go nie było! Zniknął.





wtorek, 6 czerwca 2017

GRAWITACJA - słowo "upadek"

Tak sobie myślę, że nic nie zastąpi tradycyjnych narzędzi grafika.
Te tablety do rysowania komputerem, gdzie patrzysz w ekran, a rysujesz gdzieś z boku. Mechanicznie wybierasz narzędzie, siłę i intensywność rysunku. Mechanicznie, czyli bez emocji, jakie towarzyszą pracy. Kiedyś ręka i oko stanowiły całość warsztatu rysownika. Nacisk na papier tworzył słabszą lub mocniejszą kreskę. Giętkość nadgarstka, sposób trzymania piórka, jakość papieru i zapach tuszu, to elementy nieznane grafikom komputerowym.
Owszem, czasem wspomagałem się tym wynalazkiem, ale raczej dla wykończenia gotowej pracy. Dokładałem barwne plamy, albo usuwałem brudy, ale zawsze traktowałem Photoshop jak narzędzie do wykończenia prawdziwego rysunku.
Wypiłem łyk wina, myśląc co mnie naszło na dywagacje twórcze i właśnie odstawiając kieliszek, potrąciłem leżące na blacie piórko.
Spadło na podłogę wbijając się malutką stalówką w drewno. Cenne piórko. Prawdziwe, jeszcze mojego ojca, z drewnianą obsadką i stalóweczką, która starła się z jednej strony od częstego rysowania, ale za to cudownie rysowała kaligraficzne zawijasy. Ten upadek mógł zakończyć jej żywot.
- Cholera! – syknąłem schylając się z nadzieją, że nic złego się nie stało.
- Cholera! – powtórzyłem, bowiem schylając się walnąłem łukiem brwiowym w podstawę przykręconej do blatu lampy. Między palcami poczułem coś ciepło-lepkiego.
- Basiu, ratuj! – krzyknąłem w kierunku sypialni.
- O Boże co ci się znowu stało?!
- Daj jakiś ręcznik albo co, bo rozwaliłem sobie chyba głowę!
Przyciskając ręcznik do twarzy, skierowałem się do łazienki, mając nadzieję, że krwawienie ustanie i skończy się tylko na przyklejeniu plastra i umyciu krwawego oblicza. Otóż nie!
Strąciłem z umywalki pojemnik z mydłem. Był nieszczelny i upadając na posadzkę chlusnął mydłem w kierunku drzwi, w które właśnie wchodziła Basia.
Ta, pojechała jak na łyżwach, do środka, podcinając mnie przy okazji. Teraz już oboje leżeliśmy na podłodze, patrząc na siebie z niedowierzaniem i przerażeniem jednocześnie. Siedzieliśmy w krwawej pianie, nie bardzo wiedząc co dalej robić. Basia po chwili skrzywiła się i prawie płacząc, pokazała swój nadgarstek. Wyglądał jakoś dziwnie.
- Co teraz zrobimy? – spytała.
-  Boli cię?
- Tak, coś mi się stało w nadgarstku… chyba musimy zadzwonić po karetkę. A ty krwawisz jak ranny łoś!
- To ja zadzwonię.
Wygrzebałem się spod Basi i na czworaka, przyciskając ręcznik do twarzy, wydostałem się z łazienki. Basia siedziała oparta o wannę pochlipując żałośnie.
- Halo, prozę przyjechać na ratunek mnie i mojej żonie. Mieliśmy taki domowy wypadek…
Tu musiałem podać dane, określenie obrażeń obojga i przyjąć do wiadomości, że czas oczekiwania może być dłuższy, bo mają wiele zgłoszeń.
Siedliśmy więc na kanapie, otworzywszy przedtem drzwi, w razie gdybyśmy oboje stracili przytomność, czekając  na wybawicieli. Milczeliśmy. Pewnie myśleliśmy to samo: jak to możliwe, że w ciągu jednej minuty nasze życie się wykoleiło i nie byliśmy w stanie przewidzieć co będzie dalej! Jak dzieci, uzależnieni od dwóch facetów z karetki, wylądujemy gdzieś, gdzie nas zawiozą. Będą traktować nas jak żyjące preparaty, podlegające procedurom. Nikt nie zapyta, czy nas coś boli, jak się czujemy psychicznie, albo pogładzi po ramieniu ze współczuciem.
Kiedy weszli pomarańczowo-czarni ratownicy, odczułem, że opowiadając im tę historię, byli prawie rozbawieni. Stwierdzili, że ja muszę mieć założone szwy, a Basia pewnie wyląduje na ortopedii. Teraz już wiedzieliśmy oboje, że nie wiadomo, kiedy się zobaczymy. Musimy zamknąć mieszkanie i wyruszyć na spotkanie ku nieznanemu.
Pierwszym przystankiem okazała się poczekalnia w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym. Miękkie kanapy zachęcały do długiego czekania, aż pani w białym fartuszku wywoła nas z nazwiska. Ciężej ranni oczywiście mają pierwszeństwo. Nigdy tego nie negowałem, ale kiedy się czeka, guz podpływa krwiakiem, jedno oko już schowało się pod siną poduchą, a drugie, oczywiście też próbuje zrobić to samo. Krew mimo opatrunku płynie sobie po policzku, człowiek zaczyna się zastanawiać ile tej krwi jeszcze mu zostało…
Basia ze zbolałą miną podtrzymywała zdrową ręką tę chorą. Opuchlizna miękko obejmowała jej dłoń, kolor już uzyskiwał sinawy odcień skóry, a w jej oczach, od samego początku zdarzenia, tkwiło niedowierzanie. Przytuliłem jej głowę do piersi.
- Nie bój Basieńko! wygrzebiemy się, zobaczysz.
W tym momencie recepcjonistka, najprawdopodobniej, wygrzebała nasze karty zgłoszeń, bo gromkim głosem wywołała nasze nazwisko, nie mogąc się zorientować czy to jeden czy dwóch pacjentów.
Oszczędzę opisu działań lekarskich.
Pytań, niekończących się numerów dowodów, ubezpieczeń, peseli czyli wszystkich gwarantów konieczności leczenia za darmo. Na szczęście byliśmy w gabinecie razem i, jako chodzący, zostaliśmy wysłani „na rentgen”, który znajdował się w podziemiach.
Podtrzymując się wzajemnie wyruszyliśmy w podróż, po korytarzach szpitalnych, w poszukiwaniu windy, która zawiezie nas na poziom minus jeden.
Wreszcie znaleźliśmy odpowiednią windę. Obok było duże okno wychodzące na park.
W oczekiwaniu na jej przybycie, wpatrzyliśmy się we wschodzące słońce, przebijające się przez świeżą zieleń drzew. Świt, jakby nigdy nic się nie stało, wykonywał swoje rutynowe czynności. Pomyślałem, że to niesprawiedliwe, bo jednak ten świt został zakłócony.
Z głośnym turkotem kółek podjechało do windy szpitalne łóżko. Leżała na nim ogromna, otyła kobieta. Pchała je równie wielka pielęgniarka, a na dodatek kroplówkę pacjentki trzymał potężnie zbudowany pielęgniarz.
Kiedy otworzyły się drzwi windy, w środku już znajdowało się inne łóżko z pacjentem i obsługą. Ci odsunęli się ze swoim trochę w bok, co umożliwiło wjazd łóżka z naszego piętra. Kiedy już wszyscy umiejscowili się w windzie, pielęgniarz niosący kroplówkę skinął na nas zachęcająco:
- Proszę, jeszcze się państwo zmieszczą…
- Nie, dziękujemy, poczekamy… - odparłem.
Metalowe drzwi zasunęły się, i winda ruszyła. Nagle rozległ się huk. Coś wielkiego uderzyło w szklane podłużne okno windy, potem rozległ się ni to wrzask ni pisk, potem wielki drugi huk i cisza.
Odsunęliśmy się pod ścianę, bo nagle zrobił się szalony ruch na schodach, krzyki i wołanie o pomoc, pogotowie, straż i policję!
Ze strzępków okrzyków zrozumiałem, że winda uległa zerwaniu.
Tak sobie pomyślałem, że ta moja zła passa właśnie się zakończyła. Wystarczy się nie poddać, powiedzieć – nie! A tak w ogóle to poruszać się wolniej, patrzeć pod nogi, przewidywać złe zakończenia, dbać o siebie i swoje jutro.

Piórko, które upadło na podłogę nie ucierpiało. Solidna robota przedwojennego rzemieślnika. 

poniedziałek, 8 maja 2017

DZIWNA HISTORIA.

Jak co miesiąc jestem zmuszona do napisania pracy domowej, czyli "opowiadania na wyraz". Dzisiaj na słowo "skrzydła". Poproszę o komentarz :)

 DZIWNA

HISTORIA





Kiedy byłem małym chłopcem, różne głupoty przychodziły mi do głowy.
Często obrywałem od rodziców, ale w wielu przypadkach uchodziło mi9 na sucho. Miałem ten dar robienia niewinnej minki ze szczerymi oczami, nierozumiejącymi o co chodzi. To nie byłem ja!
Atutem był mój wygląd, moje ciemne kręcone włosy, orzechowe oczy, włoskie bambino, nieznające grzechu, śliczny chłopczyk.
Mieszkaliśmy na przedmieściach Rzymu. Duży dom, duża Mamma i dużo pysznego jedzenia, które nam przygotowywała.
Ja, czyli Roberto i syn naszego sąsiada Guido stanowiliśmy nierozłączną grupę badawczą. A mieliśmy do zbadania wiele obiektów.
Pod kamieniami można było znaleźć krocionogi. Twarde, długie z tysiącem nóg. Woleliśmy ich nie dotykać, tylko patykiem wprawialiśmy je w lot, po którym zwijały się w krążek i udawały trupa. Ciężko było z nimi nawiązać jakiś kontakt.
Co innego osioł, który mieszkał w zagrodzie Stefano. Kiedy nas widział, natychmiast zaczynał wydawać te swoje ośle dźwięki, jakby coś go piłowało w tę i z powrotem. Myślę, że się nas bał, bo kiedyś chcieliśmy z niego zrobić pegaza, żeby poleciał do nieba. Przyczepiliśmy mu papierowe skrzydła, otworzyliśmy zagrodę i waliliśmy go po zadzie,  żeby poleciał. Nie umiał chyba, a nam znudziła się to nauczanie.
Na jakiś czas zapomniałem o możliwości latania, ale kiedy miałem jakieś dziesięć lat, przeczytałem mit o Dedalu i Ikarze. Chodziłem często na brzeg piaszczystej skarpy, wysokiej chyba na jakieś cztery metry i rozpościerałem ręce.
Czułem, że tylko odrobinę podskoczę, a porwie mnie wiatr i polecę jak ptak. Podskakiwałem, ale zawsze spadałem na grunt. Patrzyłem na moje stopy w sandałkach i byłem na nie zły, że tak kurczowo trzymają się ziemi.
Pomyślałem, że zrobię sobie skrzydła, i chociaż na chwilę poczuję się jak ptak, skacząc z tej właśnie skarpy.
Owszem, zrobiłem coś na kształt dwóch latawców, przypiąłem je do rąk i ruszyłem w przygodę.
Oczywiście po oderwaniu się od brzegu skarpy, skrzydła się połamały, nie mogąc udźwignąć mojego ciężaru, a ja pupskiem zjechałem ze skarpy na sam dół.
Musiałem wypłoszyć żołny, które mieszkały w skarpie, bo przerażone wyleciały ze swoich gniazd w kolorowej szalonej gromadzie.
Nic mi się nie stało. Tylko spodenki ucierpiały. Wytłumaczyłem Mammie, że się ześlizgnąłem ze skarpy spacerując po jej brzegu… ona machnęła tylko ręką, dając tym samym dowód na moją niezdarność.
Pewnej zimy, kiedy nie wiadomo dlaczego we Włoszech pojawił się w nocy mróz, na pobliskim jeziorku zauważyłem nieruchomego łabędzia. Tkwił w lodzie tuż przy brzegu. Wiedziałem co u się przydarzyło. Próbował się uwolnić machając bezskutecznie skrzydłami.
Zrobiło mi się go żal. Podczołgałem się do niego i wtedy zobaczyłem, że ma przymarznięte łapy. Najpierw próbowałem go wyszarpnąć, ale wyrywał mi się krzycząc z bólu. Postanowiłem ogrzać lód przy jego łapach. Chuchałem, palcami rozwierałem kawałki lodu, położyłem się obok jego brzucha i grzałem, grzałem swoim ciałem zamarznięte łapki, aż w pewnej chwili ptak zerwał się do lotu. Byłem jego wybawcą.
Nie wiem, czy to przeznaczenie, czy zaczarował mnie łabędź, albo te  żołny, ale całe dalsze moje życie potoczyło się ku jednemu celowi - oderwaniu się od ziemi i na wzór ptaków, locie ku niebu.
Najpierw byłem żołnierzem. Oczywiście w formacji lotniczej. Tu wreszcie, za pomocą maszyny, nauczyłem się latać. I byłem w tym dobry.
Potem już w cywilu, zacząłem pracę w Towarzystwie Lotniczym Air Italia. Moim ptakiem był Boeing 747. Musiałem go poznać od podstaw, choć niewiele różnił się od moich samolotów w Aeronautica Militare.
Tylko, że tam byłem panem samego siebie i maszyny. Tutaj nie byłem sam. Miałem drugiego pilota i nawigatora, ale co najważniejsze -   czasem kilkuset pasażerów i ich nadzieje na szczęśliwy lot.
Tego wieczoru, jeszcze w jakiejś kawiarence, siedziałem z Angeliką popijając kawę, a kilka godzin później już siedziałem w fotelu drugiego pilota. To był nocny lot do Oslo.
Zaraz po starcie Marco, który był pierwszym, włączył autopilota i stwierdził:
- No to lecimy. Możesz się zdrzemnąć.
Silniki szumiały jednostajnie. Pod spodem widać było chmury oświetlone blaskiem księżyca, a ponad nami już tylko czarne niebo, usiane punkcikami gwiazd.
Była północ, ale nie czułem się senny. Rozmawialiśmy więc o takich różnych męskich sprawach. Marco był w trakcie rozwodu. Chyba chciał o tym pogadać ze mną, bo wiedział, że nie będę zadawać zbyt wielu pytań.
Nie powinien tego robić podczas lotu. Uczono mnie, że nie wolno przenosić swoich osobistych spraw do kokpitu. Tu trzeba się skupić tylko i wyłącznie na czynnościach pilota. Kokpit powinien być „czysty”, czyli bez wszystkiego co osobiste, zakłócające przebieg lotu. To ogromna odpowiedzialność, a każde odstępstwo od tej zasady może skończyć się katastrofą.
Tak myślałem, podczas kiedy Marco mówił i mówił.
Nie był zdenerwowany, chciał pewnie wyrzucić z siebie żal i pozbyć się choćby małej jego części.
Nagle, poczuliśmy duży wstrząs. Jakby coś wielkiego uderzyło w jego prawą stronę. W tej samej sekundzie przeleciał przed szybą jakiś fragment czegoś nierozpoznawalnego. Samolot gwałtownie przechylił się w prawo.
Marco chwycił za wolant, wyłączając tym samym autopilota i z wielkim wysiłkiem, usiłował doprowadzić lot znowu do poziomu.
- Idź, zobacz co się dzieje! – krzyknął.
Rozpiąłem pasy i wyskoczyłem z kabiny. Ludzie pospadali z foteli krzycząc w panice. Spojrzałem w iluminator, i z przerażeniem zobaczyłem, że nie mamy połowy skrzydła.
Marco walczył o utrzymanie samolotu.
A potem w ciągu sekundy, stała się rzecz niemożliwa.
Metalowe, uszkodzone skrzydło samolotu zmieniło się w ogromne, białe, rozpostarte szeroko łabędzie skrzydło.
Samolot powoli wyrównywał. Ludzie pozbierali się jakoś, sadowiąc się na swoich fotelach. Pytali co się stało.
- Nic takiego – powiedziałem – czasem to się zdarza, ale już wszystko w porządku.
Byli wpatrzeni we mnie. Nikt nie wyjrzał przez okienko, na szczęście.
Wróciłem do kokpitu. Marco spokojnie trzymał wolant.
- Co to było!
- Nie wiem jak ci to powiedzieć… oberwaliśmy w prawe skrzydło. Poszła połowa. Czym? Nie wiem. Ale to chyba inny samolot.
- No rozumiem, ale teraz…
- Teraz już mamy nowe skrzydło, łabędzie, albo ja zwariowałem. Opowiedziałem mu co zobaczyłem. Marco trzymał wolant milcząc. Pewnie analizował, czy ja coś brałem, czy on się przesłyszał, czy cuda się zdarzają. Ale
ponieważ  lot przebiegał normalnie, trzymał tylko mocniej niż zwykle wolant.
Nie odzywaliśmy się do siebie, jakbyśmy nie chcieli zburzyć tej sytuacji. W kabinie panowała idealna cisza, przerywana jedynie rozmowami z wieżą kontrolną i zwyczajowymi dialogami Marco i lotniskiem w Oslo.
Samolot wylądował. Po chwili obaj staliśmy na płycie i patrzyliśmy na wyszarpane przewody i pogięte kawałki blachy z prawego skrzydła.
Brakowało jego połowy.
Usłyszeliśmy syreny wozów strażackich i ambulansów. Obsługa właśnie  dojeżdżała ze sprzętem ratunkowym.
- Jak to możliwe, że udało się nam dolecieć i wylądować?! – spytał Marco.
- Siła wyższa! – odpowiedziałem.

środa, 12 kwietnia 2017

KROPLA

Stoję z rękami opartymi o brzeg zlewu. Patrzę przez okno. Drzewo jak zwykle stoi w miejscu. Między gałęziami widoczne jest okno sąsiada. Ciemne. Puste. Bez życia, firanek, jakiegokolwiek odbicia w szybie. Martwe okno. Czuję jakąś więź z tym oknem. Tajemnicze partnerstwo tak, jak z przypadkowym pasażerem w pociągu. Można mu powiedzieć wszystko, co mi się zamarzy. Mroczny przyjaciel, akceptujący nawet najbardziej dziwne zwierzenia. Pustka w szybach, to tylko przejście dalej, poza dom, miasto, poza Ziemię.
W moim mieszkaniu też
jest ciemno, ale chyba moja twarz odbija się w szybie. Moje okno żyje, … a może nie.

Za to z pewnością żyje kran nad zlewem. Rytmicznie wypuszcza kroplę po kropli, w tym samym, równym tempie. Kap, kap, kap.
Jakby płakał, albo się ze mną przedrzeźniał, bo moje oczy pozostają suche.
Od chwili, kiedy otrzymałam list od Piotra, nie uroniłam ani jednej łzy. Zupełnie jakbym zmieniła się w beton. Coś zapadło się we mnie głęboko, przygniotło wszelkie emocje i tylko czekało na sygnał, znak, aby wybuchnąć. Na razie, to coś pozostawało ciche i ciężkie.

Marysia już śpi. Miała w przedszkolu próbę występu z okazji Dnia Matki. Bardzo chce być aktorką, dała więc z siebie wszystko, co w małej dziewczynce zmieścić się mogło. To była „mówiona rola” , jako jedna z pięciu dziewczynek powiedziała:
- Kocham cię mamo jak lato i słońce...”
Druga dziewczynka mówiła następną frazę, ale już nie tak wyraźnie jak ona.
Niektóre mamy miały szklane oczy. Tak niewiele trzeba. Co się będzie działo, na premierze występu, wolę nie myśleć.

2
Dziwne, na próbie był tylko jeden jedyny mężczyzna. Zupełnie jakby dzieci powstawały w wyniku dzieworództwa.
Złapałam się na tym, że ja też jestem sama, i taką pozostanę dla Marysi, która tylko raz zapytała, gdzie jest jej tata. Jeszcze wtedy powiedziałam prawdę.
- Jest w innym kraju, Marysiu. Pracuje tam dla nas, abyśmy miały domek z ogródkiem i psa.
To było tak przekonywujące i barwne, że mała już zobaczyła swoją wyobraźnią zieloną trawę i białego pieska, który po niej biega. Dla niej to była tak radosna perspektywa, że przestała (na razie) pytać o Piotra. Teraz musiałabym jej jakoś powiedzieć to, co z pewnością się jej nie spodoba.
Myślę jakie będą tego skutki. Dziewczynka właściwie jest półsierotą. Ojciec nic nie chce o niej wiedzieć. Nie odezwał się od trzech lat.

To było w sierpniu. Z małą Marysią, śpiącą w wózeczku, szliśmy w kierunku dworca autobusowego. Dwa dni przedtem padał deszcz, a dzisiaj od rana świeciło ostre, świeże słońce. To był dobry znak.
- Musi się nam udać. Jemu i nam. Piotr to silny, zdrowy mężczyzna. Wielu kolegów od dawna pracuje w Wielkiej Brytanii.
Przysyłają pieniądze rodzinom. Będzie dobrze. Ja też pracuję, a to co zarobi Piotr, odłożymy na naszą przyszłość. Będzie dobrze.

Szłam, wspierając się tymi myślami. Piotr dźwigał ciężką torbę, bo oprócz swoich rzeczy, wiózł dla znajomych z miasteczka, jakieś słoiki z domowymi przetworami.
- To kawałki domu, rodzinnej miłości i pamięci, zamknięte szczelnie pokrywką – pomyślała.
Piotr milczał. Chyba liczył kroki do nowego życia, a może takie, które oddalają go od teraźniejszego?

3
Objęłam jego ramię tylko po to, aby się przytulić jeszcze raz, na chwilkę. Spojrzał na mnie tak smutno, że się przestraszyłam. Resztę drogi szłam przytulona, jakbym chciała wrosnąć w to
ramię i nie dać się od niego oderwać. Miałam tylko jego i malutką Marysię.
Kiedy już siedział w środku autobusu, byłam oddzielona od niego tylko szybą. Miał miejsce przy oknie. Kierowca zamknął drzwi i autobus ruszył.
Stałam tam, z wciąż śpiącą Marysią. Dworzec opustoszał. Żwir chrzęścił pod kółkami wózka. Obudzona Marysia rozglądała się dookoła swoimi wielkimi, niebieskimi oczami.
- A gdzie tata?
- Właśnie pojechał wielkim niebieskim autobusem, daleko, do innego kraju.
- Po pieska?- spytała klaszcząc w dłonie.
- Być może tak, ale i po piękne sukienki dla ciebie. Cieszysz się?
- Może tak… ale i żeby był tutaj też.
- Tak się nie da, obie czekamy na niego. Prawda?

I czekałyśmy na każdy zwyczajny list, bo jeszcze nie miałyśmy komputera. Listonosz przyniósł tylko pięć listów. W jednym z nich Piotr napisał:
Mam szansę na dobrą pracę. Sam wyremontuje dom takiej jednej wdowie. Dobrze płaci. Dam radę sam albo wezmę do pomocy Jarka. Przyślę ci trochę grosza pod koniec miesiąca. Jak tam Marysia?”
- Ani słowa, że tęskni… może to z przepracowania. Gdzie mu tam w głowie serdeczności. To walka o byt, a każda wojna nie jest romantyczna - pomyślałam.
Potem przesłał list przez kumpla powracającego z Anglii, Pawełka - ”złotą rączkę” z naszego miasteczka. Krótki list.
- Może się spieszył, aby wykorzystać okazję.


4
Haruję jak wół, od rana do nocy. Remont idzie mi dobrze. Zobaczysz jak szybko się odkujemy! Uściskaj Marysię!”

Potem nastąpiła dwumiesięczna przerwa. Tłumaczyłam sobie to zmęczeniem, brakiem okazji aby pojechać na pocztę, bo dom wdowy był na przedmieściu Londynu.
Codziennie stałam tu, w tym samym miejscu przy zlewie i patrzyłam na drogę. Listonosz przyjeżdżał na rowerze do innych domów. Zatrzymywał się na chwilę, aby wrzucić list albo ulotkę.
Marysia zasypiała dopiero wtedy, gdy mówiłam jej, że tato tez ją kocha, tylko bardzo ciężko pracuje.
Tuliła do siebie zająca, którego podarował jej Piotr. Nie miał jednego oczka, przez co wyglądał jakby porozumiewawczo mrugał do mnie wiedząc, że oboje oszukujemy Marysię.

W pracy Dorota spytała, czy mam jakieś wieści od Piotra. Nie sądzę aby była naprawdę tym zainteresowana, bo jednocześnie zerkała w półotwarte drzwi dyrektora, ciekawa kogo ten ma w gabinecie.
Ja też się nie wysiliłam i powiedziałam:
- Wszystko w porządku. Pracuje.

Okłamałam nie tylko ją, ale i siebie. Od pewnego czasu zdarzało mi się to często. Nie mogłam przecież powiedzieć, że nie wiem.

Minęły jeszcze dwa miesiące i pewnego dnia, wracając z Marysią z przedszkola, zauważyłam przez dziurki w skrzynce pocztowej, białą kopertę.
- No, nareszcie! - odetchnęłam.
Rozebrałam małą, umyłyśmy rączki, dostała ode mnie banana i poszła do swojego pokoiku.
Koperta leżała na blacie kuchennym.
- Nie. Poczekam. Najpierw wyładuję zakupy. Potem zrobię sobie herbatę i spokojnie, nareszcie, przeczytam.

5
Martyna, nie wiem jak zacząć. Zbierałem się do tego listu od miesiąca. Boję się napisać to co muszę, bo muszę… Nie jestem sam. Mam kobietę. Tak, tą wdowę, której remontuję dom. Najpierw dojeżdżałem z drugiego końca Londynu, a potem ona zaproponowała, abym zamieszkał w pokoju gościnnym. No wiesz… zgodziłem się. To duża oszczędność na wynajmie mieszkania. Ale potem wszystko się przewaliło. Teraz jestem z nią, a ona jest w ciąży. Chyba ją kocham, tak… kocham ją. Nie wrócę.
Nie mogę. Proszę o rozwód. Załatwimy wszelkie formalności. Nie chcę aby Marysia się o tym dowiedziała. Ile ona już ma? Skończone pięć lat? Jeszcze jest mała, a ty na pewno ułożysz sobie życie. Ja już sobie ułożyłem. Wybacz. Piotr”

Od tej pory żyję jak w transie. Dobrze, że mam pracę i obowiązki. Mam Marysię. Jestem jak zombi, bez uczuć. Przerażona nagłą zmianą życia, zachowałam odruch poddania się codzienności, rytmowi dnia. Nocą patrzę w sufit i czekam na sen. Czasem przychodzi. Ciężka gruda spadła z gardła i opadła na piersi. Teraz walczy z nią serce. Jak długo musi walczyć? Kiedy to oczy przejmą żal i po prostu się rozpłaczą, tak po babsku, boleśnie? Czy to nastąpi?

Stoję przed kapiącym kranem nad zlewem. Przed pustym, ciemnym oknem sąsiada. Kap, kap, kap…
To nie ma sensu. Zakręcam niedokręcony kran. Woda milknie. W oknie zapala się światło.
A ja czuję jakieś drganie w gardle, jakąś nie do opanowania żałość i ściskanie w sercu. Płaczę najprawdziwszymi łzami. Dodaję do tego szloch, tłumiony ryk i opadam na kolana. W kuchni. Przed zlewem.


wtorek, 14 marca 2017

ŚLADEM ŻYCIA słowo schody

Herbata z cytryną była jeszcze zbyt gorąca, aby ją pić. Na dworze już drugi dzień padał deszcz. Siąpił i siąpił beznadziejnie, równomiernie, mocząc wszystko do cna, jakby chciał zamienić beton w gąbkę.
Stary człowiek siedział przy kuchennym stole, patrząc przez okno. Na przybrudzonym obrusie leżała deska do krojenia, na niej kawałek bagietki w otoczeniu mnóstwa okruchów.
- Hania już by na pewno dłonią zmiatała te okruchy. Nie lubiła nieporządku. – pomyślał.
Jemu nie chciało się sprzątać. Gdyby to robił, czułby na sobie uważne spojrzenia swojej żony, a tego nie chciał. Musiałby robić wszystko tak, jak ona chciała, i wtedy musiałby się kontrolować. Odeszła, umarła i teraz ma być sam ze sobą. Miał do niej żal, że go opuściła, skazując go na samotność.
Czasem przychodziła sąsiadka, koleżanka Hani od plotek i robótek ręcznych, gderając zupełnie jak Hania, sprzątała kuchnię. Wyrzucała zepsute jedzenie, robiła mu niezbędne zakupy, a było ich bardzo mało. Mleko, bułka, płatki kukurydziane, mógł to jeść „na okrągło”. Czasem przyniosła mu miseczkę zupy i wtedy była uczta, jak za czasów Hani.
Od czasu pogrzebu, nie dotknął niczego, co do niej należało,
a minął już rok. Stawał przed jej sekretarzykiem i patrzył na kartki pocztowe i fotografie od córki, które skrzętnie zbierała całymi latami. Grażynka wyjechała do Kanady z mężem Kanadyjczykiem. Mieli dwoje dzieci, ale nigdy nie odwiedzili rodziców w Polsce. Hania popłakiwała sobie od czasu do czasu, ale starała się jakoś trzymać, nie okazując bólu.
Zawsze taka była. Poważna i zabawna, mądra i dziecinna zarazem. Była jak pogoda, a Piotr nauczył się ją rozumieć w każdym z tych wcieleń. Chyba dlatego byli ze sobą czterdzieści osiem lat.
- Panie Piotrze pomogę panu, pozbyć się tych pamiątek po Hani. Najwyższa pora! – powiedziała pewnego dnia sąsiadka. – Tylko niech pan oddzieli to, co ważne od niepotrzebnych rzeczy. Nie wolno tak długo trzymać jej w tych przedmiotach! Niech pan pozwoli jej odlecieć!
- Łatwo jej mówić!
Krążył więc w te deszczowe dni po mieszkaniu i szukał jakiegoś bodźca, impulsu, który pozwoli mu na dotknięcie tego co po niej zostało.
W szafie wisiały jej ubrania. Już po jej otwarciu poczuł jej zapach. Zamknął ją, ale po chwili otworzył i wtulił twarz w wiszące sukienki. Poczuł przyjemną woń i to był właśnie ten impuls, który wyzwolił chęć poznania jej przez przedmioty, których dotykała. W szufladce biurka znalazł jej spinki do włosów, z jednym siwym, uwięzionym, włosem. Pogładził go palcem jakby gładził jej głowę.
Od dawna miał wrażenie, że ubyło przestrzeni razem z odejściem Hani. Chodził po mieszkaniu tak, aby jej nie szturchnąć w kuchni, fizycznie czując jej obecność. Może sąsiadka ma rację, pozwalając jej odlecieć?
Cały tydzień oglądał „skarby” Hani, a każdy z nich zawierał jej maleńką cząstkę.
 - Jeszcze kilka dni i odtworzę ją z tych rzeczy… - pomyślał, ale czuł się lepiej, to co robił miało sens.
W malutkim pudełeczku, w które pakowane są pierścionki, znalazł perłę barocco – kupił ją we Włoszech, podczas ich miodowego miesiąca. Niekształtną, a przez to inną od tych lubianych pereł, których  blasku można się spodziewać, a w tej światło odbija się inaczej. Perła ogrzana jego dłońmi ożyła.
Ożyły wspomnienia, bliskość, czułość, miłość.
Jakby na zamówienie, z przegródki na listy, wystawała fotografia z ich podróży poślubnej do Rzymu.
Ich dwoje, siedzących na słynnych Schodach Hiszpańskich, zrobione o świcie.
- Dlaczego wszyscy turyści, jak stadne barany, będąc w Rzymie muszą koniecznie usadzić się na Hiszpańskich schodach? – zapytał Piotr, patrząc na kolorowy tłum. Gdzieniegdzie widać było skrawki schodów między siedzącymi ludźmi.
Hania nie odpowiedziała. Pewnie myślała tak samo, ale przecież oni także siedzieli na tych schodach i patrzyli jak w dole połyskuje woda w fontannie. Łódeczka… rzeczywiście była. Teraz z marmuru a kiedyś w czasie powodzi, zwykłą drewnianą łódkę osadziła na tym miejscu powódź. Piękna nazwa: Barcaccia,  czyli właśnie łódeczka. Tyle wyczytała z przewodnika. Odgarnęła włosy z czoła. W tej sukience w kwiatki wyglądała prześlicznie.
- Wiesz… przyjdźmy tu o świcie. Nie będzie tylu ludzi, będzie chłodniej.
Tak, właśnie tak zrobili. To było ich miejsce. Chyba wszyscy ludzie na świecie mają takie swoje miejsca. Niektórzy ciągle w nich są, a inni o nich marzą.
Poprosili sprzątacza, aby zrobił im zdjęcie. Objęci i uśmiechnięci. Skondensowane szczęście, aureola miłości, i czegoś na co brakuje słów.
- Przecież nie muszę marzyć – pomyślał. – Mogę tam być. Sam, i nie sam. Przeżyć to jeszcze raz. To będzie wspaniałe zakończenie, a potem już „normalne”, zwykłe życie wdowca.
W biurze podróży kupił weekendową wycieczkę do Rzymu.
Było lato. Ubrał się podobnie jak wtedy, choć już nie w to samo. Starość jest paskudna i z całą pewnością gruba!
Już na Fiumicino poczuł się tak, jakby Hania szła za nim. Nie oglądał się za siebie, bo nie chciał zniszczyć to wrażenie.
Malutki hotelik, malutki pokoik i noc. Rzymska noc. Okno wychodziło tak jak wtedy na ciasną uliczkę, pełną stolików, turystów i restauracyjek. Pachniało pizzą, pomidorami i winem. Gwar aż do późnych godzin nocnych. Nareszcie trochę chłodu i głodu. Chłód był pożądany, głód nie. Tak łatwo go zaspokoić w Rzymie. Piotr zjadł kolację, napił się wina z okolicznych winnic i leżąc już w łóżku myślał o poranku, kiedy wstanie i pójdzie do Hiszpańskich Schodów. Siądzie w tym samym miejscu i poczuje ją obok.
Kiedy zadzwonił telefon, że już pora wstawać, tak jak wtedy, wziął prysznic i wyszedł. Rzym jeszcze spał, poza kilkoma niedobitkami, którzy też pewnie wkrótce padną.
Poranek jest błękitny. Błękitna jest łódeczka, z której dziobu płyną dwa błękitne strumienie wody. Turystów jeszcze nie ma. Słychać chlupot wody i czasem klakson samochodu. Tak jak wtedy sprzątacz zamiata okolice fontanny. Robi to codziennie, od lat. Może to syn sprzątacza, który wtedy zrobił im zdjęcie?
Piotr usiadł w tym samym miejscu. Nie czuł niczego szczególnego. Patrzył jak miotła rytmicznie szura po bruku. Zamknął oczy, aby pod powiekami poczuć tamtą chwilę. Nic się nie pojawiło.
Kiedy rozczarowany otworzył oczy, zobaczył ją.
Stała obok fontanny. Odgarnęła, tak jak wtedy, włosy z czoła. W tej samej sukience, tak samo młoda i piękna pomachała mu dłonią. Może nie pomachała, ale jakby kiwnęła na niego…
Tak, zapraszała go do siebie.
Piotr zerwał się na równe nogi. Zbyt szybko. Poczuł lekki zawrót głowy, ale wiedział, że musi zbiec ze schodów jak najszybciej, żeby jej nie stracić.
Wtedy nogi odmówiły współpracy, w klatce piersiowej odezwał się ból, jak rekin wpił się w jego serce i już nie puścił.

Sprzątacz rzucił miotłę i zaczął biec w jego kierunku. Piotr toczył się po schodach w dół, ale już nie czuł niczego. Tylko uśmiech zastygł mu na twarzy.

wtorek, 7 marca 2017

ZŁOTE GODY

Leon odszedł od okna. Za nim nic ciekawego się nie działo. Oparty na kuli, kuśtykał w stronę kuchni. Z  sypialni słychać było miarowe sapanie. To Grażyna, jego odwieczna żona, postanowiła odzyskać dawną, wątpliwą doskonałość formy. Na rozłożonej macie do yogi, właśnie była w pozycji psa z głową w dół.
- Żeby szlag nie trafił pani! – dowcipkował zaczepnie Leon. – Bo ciśnienie ci skoczy, wylew i po krzyku! – kontynuował.
- Martw się o siebie! Bo prędzej ciebie szlag trafi! Ja płakać nie będę!
Kiedyś przed wieloma laty, Leon nagle zapragnął jeszcze raz w życiu doświadczyć gorącej miłości. Pracował z panną Anną, do której ślinili się wszyscy panowie,
od kierownika Mazurka począwszy.
To było dość ryzykowne, bowiem od tegoż to Mazurka zależał jego awans w hierarchii urzędniczej, ale pomyślał, że jak sprytnie to urządzi, no i Ania się zgodzi to diabeł z kusą nogą się nie dowie.
Ania widocznie badała swoje i kandydatów możliwości, bo zakochiwała się często i nawet nieźle na tym wychodziła. Miała swoje malutkie mieszkanko, niezły biust i trzepoczące rzęsy, które potrafiły zdziałać cuda.
Leon zaczął podchody. Zajęło mu to tydzień. Być może  właśnie wstrzelił się w lukę towarzyską u panny Ani, bo w windzie zatrzepotała rzęsami, obdarzając Leona śmiechem wybłyszczykowanych usteczek.
- Pani Aniu służe parasolem i ramieniem, bo właśnie zaczęło padać! A może pozwoli się pani podwieźć do domu? Mam trochę wolnego czasu.
- A żona nie czeka z obiadem?- spytała przewrotnie.
- Och tam zaraz żona! Poczeka.
Tym samym zostały ustalone zasady i priorytety.
Romans trwał w najlepsze, do czasu kiedy w urzędzie, ktoś życzliwy mniej niż inni, odebrał telefon od Grażyny.
- Oj, pan Leon dzisiaj pracuje z panią Anią i robią inspekcję placówki. Będzie za jakieś dwie godziny.
Grażynie nie trzeba było dwa razy powtarzać. Włożyła palto i kapelusik i pognała niczym rącza klacz, do urzędu Leona. Usiadła w foteliku w recepcji i zza gazety obserwowała otoczenie. Po jakimś czasie pojawił się Leon, trzymając w talii pannę Anię. Drzwi windy właśnie się za nimi zamykały jak Grażyna zobaczyła ich pocałunek.
Od tej pory jego życie wykonało ostry zwrot. Zazwyczaj kłótliwa i zrzędliwa Grażyna stała się skąpa, złośliwa i jędzowata bardziej niż zwykle. Każdy dzień przypominał walkę dwóch jeżozwierzów. To ona by ła górą, wypominając mu zdradę i bezduszność.
Na Leona spadło jeszcze jedno nieszczęście, poza małżonką – konieczność wymiany stawu biodrowego. Nie ponosząc kosztów tej operacji musiał czekać dwa lata na jej przeprowadzenie. Wprawdzie ich oszczędności pozwalały na natychmiastowy zabieg, ale Grażyna nawet nie chciała o tym słyszeć. Chodził więc o kuli, starzejąc się w zastraszającym tempie. Klął pod nosem dzień, w którym ujrzał Grażynę po raz pierwszy, ale cóż to można wiedzieć jak będzie w przyszłości!
- Musisz cierpieć! Bo to kara boża za twoją zdradę! A może i za zdrady! Któż to wie, co jeszcze taka kreatura jak ty mogła zrobić!
- A ty taka święta byłaś? Pamiętam na wakacjach w Łebie tak kręciłaś tyłkiem do tego kaowca, że aż się inni śmiali! Skąd mogę wiedzieć, że się z nim nie przespałaś!?
Tak to mijały dni na wspomnieniach z przeszłości. Dzień za dniem, rok za rokiem, a oni jak dwa psy w osobnych, ale niedaleko usytuowanych od siebie budach, szczekali na siebie, zupełnie zatracając się we wzajemnym dokuczaniu sobie i jednoczesnym trwaniu w tym klinczu z braku możliwości rozstania się.
Jako emeryci, całe dnie przebywali ze sobą. Nie dało się uciec chyba, że po bułki, ale i tak zawsze to drugie zauważało natychmiast:
- Ileż to czasu można kupować bułki! Może gadasz z kimś bez sensu godzinę i zanudzasz innych swoimi sprawami!
Cichli tylko wtedy, gdy w telewizorze pojawiał się jej lub jego ulubiony serial. Ale nawet wtedy Grażyna skrupulatnie odnotowywała czas na jej i jego program, zarzucając mu, że przez niego nie może oglądać tego co lubi. Ponieważ pamięć ostatnio zaczęła ją zawodzić zapisywała wszystkie żale, statystyki w zeszyciku, do okładki którego przypinała długopis, aby szybko zanotować ważny fakt.
Perfekcyjność Grażyny sięgała nawet światła w łazience, czasu palenia się żarówek i zużycia wody.
- Ile można siedzieć w wannie! To wszystko kosztuje, woda, gaz i prąd!
- A odnotowałaś jak długo byłem? Może ja też zacznę notować, to ciekawe rzeczy z tego wyjdą!
Nawet wszystkie finansowe sprawy dzielili na pół, bowiem dysponowali oddzielnymi kontami. Niejednokrotnie Leon musiał oddać Grażynie sześć pięćdziesiąt, po rozliczeniu tygodniowym. Rzadziej ona oddawała jemu, bo nie przywiązywał tak wielkiej wagi do pieniędzy.
Pewnego dnia zadzwoniła do Grażyny sąsiadka Krystyna.
- Czy wy też w tym roku obchodzicie złote gody, tak jak my? Bo wiesz, trzeba pojechać do urzędu stanu cywilnego i zgłosić ten fakt. Przyjadą po was umundurowani urzędnicy Straży Miejskiej i zabiorą was ze sobą na uroczyste wręczenie dyplomu, kwiatków i szampana! My się zapisujemy. To może razem tam pojedziemy jutro?
Oczywiście Grażyna dostała skrzydeł. Razem z Krystyną pojechały załatwić formalności. Obaj mężowie siedzieli cichutko w domu, przeczuwając dramat.
Wyznaczono termin czerwcowy, aby pogoda była ładna, dla zorganizowania tej uroczystości dla czterdziestu dwóch par w gminie, które dożyły złotych godów. 
W domu Leona panowała cisza rozejmowa. Grażyna z Krystyną szukały jakiejś stosownej kreacji. Nawet garderoba Leona została przetrzepana i dostarczyła negatywnych wniosków. Kupiła mu w sieciówce granatowy garnitur.
- Przyda się na tą imprezę a nawet i na pogrzeb. Trzeba myśleć o wszystkim!
Dokupiła jeszcze buty i białą koszulę. Leon był zatem wyposażony. Sama w jakimś sklepie z używaną odzieżą kupiła sobie granatową sukienkę w białe groszki, która ostro mijała się z modą, ale przecież nie to było ważne! Cena - piętnaście złotych – wynagrodziła wątpliwości.
Właśnie zaczynał kwitnąć jaśmin przed ich drzwiami, kiedy listonosz przyniósł ozdobną kopertę z Urzędu Gminy.
- No proszę! Grażyna zatarła ręce z radości – na dwudziestego czerwca o czternastej będzie uroczyste wręczenie dyplomów! Słyszysz Leon?
- Słyszę, słyszę – cicho odpowiedział.
Tego dnia, rzeczywiście, przyjechali po nich jacyś dwaj urzędnicy, może nie w galowych mundurach, ale jakoś tak zwyczajnie i zawieźli ich do Urzędu Gminy.
W Sali Ślubów było już sporo osób. Siedzieli w krzesełkach dla świadków. Krystyna ze swoim wiecznie skwaszonym małżonkiem siedziała na pierwszych krzesłach.  Po kwadransie, jacyś dostojnicy weszli, i stanęli frontem do zgromadzonych. Za nimi weszła młoda dziewczyna z dyplomami i ułożyła je na stole. Obok w wielkiej donicy stał pęk kwiatów.
Zaczęto wyczytywać po nazwisku. Dawano dyplom, kilka słów, kwiatek i uścisk rąk.
Wreszcie wywołano Grażynę i Leona Krawczyków. Kiedy podeszli, panienka podała im dyplom a urzędnik z kwiatem w ręku uścisnął im dłonie i powiedział:
- Serdecznie gratuluję, tak długiego pożycia! To wielki sukces! Niech jeszcze ten sukces rozciągnie się na jak najwięcej lat!

Leon opuścił głowę, mruknął dziękuję i podreptał podpierając się kulą, do swojego krzesła.

środa, 18 stycznia 2017

TROPICIELKA




 słowo: ślady



Przez mgłę snu przedarł się jakiś dźwięk. Coś jak skrzypnięcie a potem stukanie drewnem o drewno. Majka otworzyła oczy i z przerażeniem stwierdziła, że jest w samym środku nocy. Była sama w pokoju.
Przez okno wpadał promień księżycowej poświaty, tworząc na podłodze jasny kwadrat okna.
To nieprzyjazna scenografia dla małej pięcioletniej dziewczynki z ogromną wyobraźnią i wrażliwością, jaką została obdarzona.

Z pokoju rodziców dobiegało rytmiczne sapanie taty. Głośno oddychał. Mama kiedyś wytłumaczyła jej, że tak oddychają ludzie, którzy ciężko pracują fizycznie. Ich sen jest tak ciężki jak ich praca. Nie wolno im przerywać, bo mogą umrzeć na zawał serca.
Majka przejęta tym, co mogłoby się zdarzyć, gdyby obudziła tatę, nocą starała się być cichutko jak myszka.
Księżyc świecił coraz jaśniej, albo oczy Majki otwierały się coraz szerzej, a sen gdzieś uleciał w tę zimową noc,
i ukrył się pewnie pod chmurką. Co robić wtedy, gdy powinno się spać, a w głowie myśli plączą się ze strachem?
Wsunęła pod kołdrę lewą stopę. Zawsze bała się, że z tej czerni pod łóżkiem jakaś łapa chwyci ją za piętę. To coś, znikało zawsze razem z zapaleniem światła. Włączyła więc dziecinną lampeczkę przy łóżku.
- Już lepiej. – powiedziała – Teraz nic się nie stanie. Oby tylko tata się nie obudził! Ale będę cichutko.

Rozejrzała się po swoim malutkim pokoju. Mama ładnie złożyła jej dzienne ubranie na stołeczku. Jutro nie idzie do przedszkola, więc będzie cały dzień z mamą i tatą.
- Zaraz, a gdzie jest miś i lalka? – spytała samą siebie. – Oj, zostawiłam je na sofie w dolnym pokoju!
Pewnie zostawiła je na dole, oglądając filmik dla dzieci przed pójściem spać. Zawsze spały razem z nią po obu stronach poduszki. Miś był kiedyś biały, teraz trochę się przybrudził.
Oczy lalki zamykały się plastikowymi powiekami, kiedy się ją kładło Miała prawdziwe włosy splecione w dwa warkoczyki. To była lalka jej mamy. Trochę staruszka, ale nie było tego widać po jej twarzy.  Miała takie śliczne usteczka i rzęsy na końcu powiek. Majka pokochała ją bardziej od tych rozlicznych Barbie, które dostały rolę służących dla Elizy. Tak ją nazwała, bo nie znała żadnej Elizy, a chciała aby jej królewna miała jedyne imię na świecie.
Miś miał śmiesznie skrzywiony pyszczek. Jednym kącikiem się uśmiechał a drugim płakał. Dostał imię Emil bo był milutki. Majka czasem zasypiała na jego miękkim brzuszku, dziwiąc się, że w nim nic nie burczy.
-No tak, przecież on je tylko miodzik, a miód jest zdrowy!
A teraz ich nie było razem z nią! Bez swoich nocnych towarzyszy poczuła się bardzo samotnie. Postanowiła, że cichutko, na paluszkach, zejdzie na dół i przyniesie je do swojego łóżka. Pewnie wtedy zaśnie bez problemów.

Wsunęła stopy w miękkie kapcie i krok za krokiem, pomalutku zeszła ze schodów. W salonie też rozgościł się księżyc oświetlając wszystko srebrnym światłem. Nie musiała włączać lampy, aby stwierdzić, że na sofie nie ma jej przyjaciół.
Nie ma ich na fotelach, ani na stoliku, nie spadły na podłogę. Nie ma ich na komodzie, ani w kuchni.

Chwilę stała zdziwiona odkryciem, kiedy za dużym tarasowym oknem, na białej poduszce śniegu zobaczyła parę śladów, oddalających się od okna w stronę ogrodu.
Podeszła bliżej szyby, i w księżycowym świetle zobaczyła wyraźnie ślady łapek misia i bosych stópek Elizy. Zdumiona swoim odkryciem, przez chwilę nie wiedziała co ma z tym zrobić, ale jako rezolutna dziewczynka, pomyślała, że musi ich odnaleźć i sprowadzić z powrotem do domu!
Włożyła swoją błękitną kurteczkę z kapturem, białe kalosze i czerwony szalik. W takim ubraniu z trudem otworzyła drzwi tarasowe i wyszła na zewnątrz. Powiew zimnego powietrza kazał jej owinąć się szczelniej szalikiem.
Szła obok śladów, brnąc w śniegu.

Ogród nie miał ogrodzenia, po prostu zlewał się trawnikiem z łąką i lasem. Ich ogród sięgał linii lasu, a więc płot nie miał większego sensu. Pozwalało to na odwiedziny saren i zajęcy, które podchodziły pod same okna domu. Ślady prowadziły chyba prosto do lasu. Majka zobaczyła światło na granicy lasu i łąki. Starała się iść szybciej, ale brnięcie w śniegu było dość wyczerpujące.
- Gdzie one poszły! I dlaczego poszły? Przecież nie było im źle! Byłam dla nich dobra.
Wreszcie dotarła na skraj łąki. Za krzakami, w głębi  lasu, paliło się małe ognisko. Jeszcze kilka kroków i dziewczynka ujrzała swoją lalkę i misia Emila, jak tańczą wesoło z… bałwankiem! Zając stukał patykiem w pień drzewa a wiewiórka piszczała jakąś melodię do tego rytmu.
- Hej! Co wy tu robicie! – krzyknęła Majka.
- To bałwanek zawołał nas do zabawy! Ty nie słyszałaś a my tak! Jutro jest koniec roku. Musimy się bawić, tańczyć i cieszyć się, że mamy jeszcze rok życia przed sobą!- odparła rezolutna Eliza.
- Taaak? a skąd wiecie, że macie jeszcze jeden rok życia?
- Wiemy. Bo jesteśmy wieczne, albo prawie wieczne. Czasem żyjemy przez wasze dwa życia! – ciągnęła Eliza przytupując bosą nóżką do rytmu.
- Co ty taka przemądrzała się zrobiłaś! Zimno działa ci dobrze na głowę, chyba. A teraz koniec. Ja nie chcę zamarznąć. Natychmiast wracać mi do domu!
- Jeszcze minutkę i wracamy. -prosił Emil. Wprawdzie ja mam futerko, ale Eliza może się przeziębić.
- Dobrze. Wrócimy, ale z bałwankiem!
Majka czuła, że za chwilę mokre stopy przymarzną jej do kaloszy. Zimno wdzierało się każdą szczeliną kurtki. Gołe ręce już traciły czucie.
- Dobrze. = Zgodziła się Eliza. Wracamy, ale szybciutko! Tylko, ja nie będę spać z bałwankiem! Niech śpi z wami na sofie!.

Mama Majki lubiła rano, zanim wszyscy wstaną, napić się kawy z mlekiem. Siadała sobie na sofie i obejmując kubek, patrzyła na zimowy ogród i ptaki uwijające się przy karmniku. Odsunęła leżące na sofie lalkę i misia i powoli, zadowolona ze swojego niezmąconego rytuału usiadła na sofie.
Nagle wyskoczyła do góry. Kawa wylała się jej z kubka.
- Co to?! Skąd tyle wody na kanapie! Oj cała jestem mokra!

Szklane oczka misia popatrzyły na lalkę, ale ta zamknęła oczy.