środa, 3 czerwca 2015

Nowe opowiadanko (zczerwca 2015 na słowo PUSTKA)

PUSTYNNY KRZEW

Pecos, Texas, 20 czerwca 1989

Droga Lilly,
Nigdy nie sądziłem, że napiszesz do mnie list. Wprawdzie to już nie ten adres, bo zmienili numeracje domów, ale znajomy listonosz wiedział, gdzie mnie szukać. Pisząc do mnie byłaś jeszcze w tamtej epoce. Rozumiem, to prawie trzydzieści lat. Trzydzieści suchych, wietrznych lat. Niewiele zmieniło się w moim...  naszym miasteczku.
Pamiętasz, stacja benzynowa mojego ojca. Za nią już koniec świata. Stanową dwudziestką do Abilene, a potem dalej i dalej toczył się Twój Dodge, jakby wiedział, że już tu nie wróci. Zakurzył drogę za sobą, puszczając w niepamięć to małe, ciche i trochę gnuśne miasteczko. Pamiętam, stałem na poboczu i nie mogłem uwierzyć.
Kurz się rozwiał, droga świeciła pustką, a ja wróciłem do domu, który po części był stacją benzynową a zarazem, gdyby zasłonić dystrybutory, gotowym elementem scenografii dla westernu.
Ojciec krzątał się jak zwykle tu i tam, w swoim niebieskim kombinezonie, stwarzając wrażenie ruchu w interesie, który jednak drzemał sobie spokojnie z braku chętnych na benzynę. Ci, którzy startowali z El Paso i jechali do Dallas, wiedzieli, że w taką podróż trzeba mieć pełny bak już na starcie. Przemykali przez Pecos jak ścigające się konie, nie racząc spojrzeć w bok, gdzie stary, siwy człowiek w kombinezonie, gotów był nalać paliwa, pogadać a może nawet umyć szybę.
Lubił cię bardzo. Cieszył się jak dziecko, kiedy mógł poczęstować Cię własnoręcznie zrobioną lemoniadą, a Ty piłaś ją łapczywie ocierając potem usta wierzchem dłoni. Mam ten obraz przed oczyma. Ten i wiele innych. Przed moimi oczami przewijają się króciutkie filmiki z Tobą w roli głównej. Wiele i niewiele zarazem. Zacznę od naszej stacji. Pamiętasz, obok domu była huśtawka na dwie osoby. Kiedyś tato zrobił ją dla mamy. Lubili huśtać się patrząc na zachód słońca nad Teksasem. Pamiętasz jeszcze te zachody? Jakby niebo krwawiło idąc ku nocy. Potem już my razem, na tej huśtawce, podziwialiśmy je, w ciszy. Powiedziałaś wtedy, że niebo chyba płacze krwawymi łzami za dniem, który utraciło, ale jak się prześpi, odżyje.
Tak też myślałem o nas. Myślałem, że odjedziesz, ale przecież musisz kiedyś wrócić, bo życie kołem się toczy.
Przecież byliśmy sobie najpierw jak brat i siostra, potem oboje dotknęliśmy swoich rąk jakoś inaczej i przeraziłem się. Ty chyba też, że coś się zaczęło, coś dziwnego i pociągającego zarazem. Twoje włosy nie były mi już obojętne. One pachniały. Twoja sukienka mieniła się kwiatkami, które tańczyły dookoła Ciebie, a ja coraz częściej stałem jak idiota, nie wiedząc, co począć z tym odkryciem.
Pomogliśmy sobie oboje. Tego lata Pecos River była wyjątkowo piękna. Chłodna woda, piasek plaży i pustka dookoła. Zmęczeni bieganiem w wodzie, usiedliśmy w cieniu drzew. Rzeka szumiała, pluskała, przekomarzała się z piaskiem brzegu.
Dotknęłaś mojego ramienia i spojrzałaś mi w oczy. Potem już wszystko potoczyło się jak ta woda w rzece. Nieubłaganie narzuciła nam nasz nurt, dała bezzwrotną pożyczkę czułego dotyku pierwszej miłości.
Jestem już starym człowiekiem. Mam czterdzieści trzy lata i nadal czerpię z kapitału, jaki ofiarowała nam Pecos River. Ona ciągle udziela mi następnych kredytów, nie pozwala zapomnieć tego popołudnia nad rzeką.
Czasami miałem chwilę zwątpienia. Zwłaszcza po śmierci ojca. Od jakiegoś czasu narzekał, że się zbyt męczy. Wstawał coraz później a i za dnia przysypiał w różnych dziwnych miejscach. A to na ławeczce przed stacją, albo za domem w dawnej stajni, znajdywałem go śpiącego na beli słomy, albo przy stole w kuchni.
Tego wieczoru, kiedy przygotowałem już dla nas kolację, zauważyłem, że znowu zniknął.  Znalazłem go na huśtawce. Siedział w jej rogu, oplótłszy ręką sznur, zachował pozycję siedzącą. Tylko głowa opadła mu nisko na pierś. Myślałem, że znowu zasnął.
Dopiero po jego śmierci, poczułem, czym jest samotność. Coraz bardziej bladł Twój obraz. Zacierał się, niszczał jak farba z okien, o których wiesz, że kiedyś były białe. Traciłem nadzieję, wiarę, że kiedyś jeszcze Cię zobaczę. Przyjedziesz już z pewnością innym samochodem, drogą, którą odjechałaś i powiesz:
- Wiesz widziałam już wszystko, a teraz chciałabym się pohuśtać na twojej huśtawce!
Takie i inne głupie scenariusze plotła moja wyobraźnia, kiedy siedziałem na ławeczce przed stacją i patrzyłem na toczące się, koziołkujące po naszej drodze krzewy biegacza pustynnego. Splątane gałązki swoją gmatwaniną tworzą idealną figurę, kształt znany w kosmosie - kulę. Jak nikt w miasteczku, lubiłem je za spryt, wytrwałość i godną podziwu umiejętność wędrowania.  Gdybym nie był tak bardzo przywiązany do tego miejsca, pewnie porwałby mnie wiatr z wołaniem:
- Hej Panie Tumbleweed, do roboty, toczcie się, zatarasujcie tę drogę, aby już nikt nią nie wyjechał!
Nie mogłem opuścić tego skrawka ziemi nieprzyjaznej. To przecież jedyne miejsce na ziemi, w kosmosie, do którego istnieje szansa, że wrócisz.
Sprzedałem stację benzynową. Wydawało mi się, że idiota, który ją kupi, będzie przędł tak cienko jak my z ojcem. Myliłem się. Dokupił jeszcze kawałek ziemi i wybudował wielką stację Exxon. Z barem szybkiej obsługi, toaletą i wiecznie brzęczącą muzyką. Dom zostawił mnie. Widocznie stwierdził, że dom jest zabytkiem, ja też, więc przyciągniemy turystów. Jak niedźwiedzie w Yellowston.
Siedzę więc, jak skamielina na naszej huśtawce i patrzę w przestrzeń. Słońce zachodzi tak samo, jakby nic się nie stało. Noc nie przynosi ochłody. Opuszczam rondo kapelusza niżej i spod niego patrzę przed siebie.
Nic tylko szeleszcząca cisza, żar lejący się z nieba i pustka. Chrzęszczący w zębach piasek, kojący cień kapelusza i piekący skwar poza nim.  Namacalnie czujesz pustkę.  Jest jak nieznośny smród, ale z czasem się przyzwyczajasz.
Wtedy siedzisz, wpatrujesz się w drzewo i nie chcesz, nie możesz nic zrobić i... nic nie robisz. Po prostu siedzisz, patrzysz i nic nie czujesz.
I tak sobie trwam w beznadziei z wielką pustką w sercu.
Ehhh... ale, co ja będę więcej Ci pisać... przecież wiesz, o co chodzi. Doskonale wiesz.
Pytasz, co u mnie? - Wszystko ok! Pewnie to chciałaś usłyszeć.

Zawsze Twój Ben






opowiadanie powstało dla słowa PUSTKA 

czwartek, 21 maja 2015

WÓZKARZ

WÓZKARZ

Kółka wózka sklepowego terkotały na spojeniach kostki brukowej. Wiozły całe dwa złote, które Józiek wyjmie, wsuwając w otworek blaszkę poprzedniego wózka. Różnie się trafia, ale przeważają złotówki.
- Dzisiaj jakiś urodzaj na dwójki -pomyślał z zadowoleniem.
Ludzie niechętnie oddają wózki takim jak on. Starsi, pewnie z oszczędności, wolą drałować do składu, utykając albo kolebiąc swoje tłuste ciała. Tylko bogatsi i rozleniwieni zakupami, bez słowa popychają pusty wózek ku żebrakowi. Tak. Tak odbierają takich jak Józiek. A przecież to, co robią jest jakimś rodzajem pracy. Deszcz nie deszcz, w mrozie i w upale, chodzą po wielkim parkingu, wypatrując klienta. To niepisana umowa. Nie siedzą za ziemi z wyciągniętą ręką.
Wózkarze zaliczają się do tych całkiem wolnych zawodówtakich jak grajkowie, uliczni cyrkowcy, a nawet prostytutki. Każde z nich przecież coś oferuje.
Józiek ma zdrowe silne nogi, stare, miękkie trampki i lubi spacerować. Uwalnia ludzi od zbędnego wysiłku i ciężaru monet w portfelu.
Józiek ma nawet kumpli pod Auchanem. Jeden z nich - Robert wygląda nienajlepiej. Ma zbyt fioletową twarz i lekko śmierdzi ale jest fajnym kumplem. Jak widzi, że Józiek już kieruje się do jakiegoś wypasionego Opla, nawet gdy jest bliżej samochodu, udaje, że nic nie widzi. Wie, że może sobą zrazić klienta i wtedy obaj nie zarobią. Robert poluje na podobnych do siebie. Tacy bardziej rozumieją jego potrzeby.
Mają też wspólny klub, do którego zaglądają aby kapkę odpocząć i ugasić pragnienie. Za ogromnym pojemnikiem na śmieci, z tyłu kompleksu Auchan, gdzie wyrzuca sie niechciane jedzenie, jest mała przestrzeń pod daszkiem. Tam kilka kartonów tworzy podłogę, trzy palety są meblami a w jednym solidnym kartonie zawsze jest butelka wody, butelka wódy i bułki, które po dwóch dniach są przez sklep wyrzucane do śmieci. A czego tam jeszcze nie ma! Przeterminowane, choć jeszcze dobre sery, wędliny, mleko! Żyć nie umierać! Sypialnia i jadalnia obok. Toaleta jest w środku budynku. Późnym wieczorem, kiedy mały ruch, można się jako tako ochlapać. Zimą jest gorzej, ale zawsze trzeba jakoś zaradzić.
Mają swoje mety i swoich przyjaciół. Stanowią zwartą, niedostępną grupę, jak rotarianie o innej orientacji majątkowej i światopoglądowej. Na swój sposób Józiek był szczęśliwy.
Dziś Józiek stał przy wejściu,  w słonecznej plamie, delektując się ciepłem na twarzy i brzękiem monet w kieszeni, którymi się bawił przewracając je palcami. Niedawno spadł krótki, ciepły, majowy deszczyk i powietrze pachniało kurzem i asfaltem.
Ruch był niewielki, a więc nieśpiesznie podreptał przed siebie wzdłuż nielicznych, zaparkowanych samochodów.  Coś białego, leżącego na ziemi w pustym miejscu dla pojazdów, zwróciło jego uwagę. Była to zadresowana i zaklejona koperta, tylko trochę zmoczona deszczem.
- Barbara Warak, ul. Tulipanowa 33, Józefosław - przecztał na głos. - To niedaleko, pod 22 w garażu, kwaterowaliśmy w zimie. Józefosław. Na drugie mam Sławek. To jak list do mnie i do Barbarki... ciekawe jak wygląda. - pomyślał Józiek.
Naszła go przemożna ochota, aby pójść i oddać list Barbarze. Może coś się wydarzy?
Szedł rażnym krokiem jak człowiek idący załatwić jakieś ważne sprawy.  Kiedyś był przystojnym facetem i gdyby nie to okropne ubranie i brak fryzjera, każdy by się nabrał, że jest jakimś urzędnikiem, od którego coś zależy. Niósł kopertę w ręku niby urzędowy dokument.  Mijał zielone ogrody. Bzy pachniały jak oszalałe.
Słońce wyjrzało na chwilę, ale nagle zachmurzyło twarz, zapowiadając deszcz. Lunęło z nieba, bez ostrzeżenia. Do Barbary jeszcze było kawałek drogi, więc schował kopertę pod kurtkę i postawił kołnierz. Nigdzie nie było miejsca, aby się schować. Same domy za ogrodzeniem, jeden obok drugiego. Trudno, może ubranie trochę upierze się na nim!
Zadzwonił do domu guziczkiem przy furtce. Stał chwilę moknąc niemiłosiernie, zły na swój nagły pomysł, już chciał się odwrócić, gdy uchyliły się drzwi wejściowe.
- Tak? - spytała drobna blondynka.
- Znalazłem na parkingu list do pani. Postanowiłem go pani przynieść. Wpuści mnie pani? Bo nie chciałbym aby Pani zmokła! Wystarczy, że ja jestem jak gąka!
- No... chyba nie powinnam, ale proszę..
Furtka zaćwierkała i pchnięta wpuściła Józka o środka. Blondynka wyszła na zewnątrz, gdzie pod daszkiem ganku, mogła bez obaw przyjąć doręczyciela.
- Rzeczywiście, do mnie. Dziękuję. Ale pan zmókł. Proszę, niech pan wejdzie i choć trochę się osuszy. Dam panu herbatę.
Siedział przy kuchennym stole, przy którym siedziała mała dziewczynka i jakby wogóle go niezauważając, rysowała jakiś dziecinny rysunek kredkami. Barbara nalewała wodę do szklanki. Rzeczywiście była drobna, wyrażnie zmęczona i trochę zaniedbana. Przepychu w domu nie było. Bardzo skromna kuchnia ze smutną dziewczynką i jej smutną matką.
 Postawiła przed nim herbatę i talerzyk z drożdżowym, jeszcze ciepłym ciastem.
- Sama piekłam. Nie stać nas na kupne, a poza tym nie lubię przepłacać. Za taki kawałek policzyliby sobie z pięć złotych. A mnie cały placek kosztował najwyżej siedem!
Siadła naprzeciwko Józka i otworzyła list.
- O! Kupon totolotka „na chybił trafił”! Nic więcej nie ma. Nie wiadomo od kogo... chociaż, domyślam się. Pewnie zamiast pieniędzy! No cóż, lepiej nie będzie. - powiedziała i przez chwilę patrzyła na bilet losu w milczeniu.
Józiek niedowierzał temu co widzi. Był gościem. Pachniała drożdżowa babka. Herbta była gorąca, z cukrem i cytryną. Obok ładna i dzielna kobieta. Świat, który utracił i już zapomniał jak wygląda.
Wracał do swojego kartonowego królestwa ciągle mając przed oczami Barbarę i jej milczącą córeczkę. Pomyślał nawet, że za jakiś czas mógłby ją odwiedzić przynosząc jakiś kwiatek.
- Hej, Józiek, gdzieś ty był - zawołał Robert. - Ruch jak cholera! bierz się do roboty, ja spadam do Klubu.
Pracował zawieszony we mgle wspomnień. Jak dotąd wszystko było przewidywalne. Każdy dzień jednakowy, wśród tych samych ludzi, bo klienci nie byli ludźmi tylko masą dostarczającą pieniędzy. Był piątek.
Wszyscy chyba wybierali się na majówkę. Teraz wyjeżdżali z koszami pełnymi zakupów. Dwuzłotówki dosłownie same pchały się do kieszeni.
Po tygodniu Józiek z bukiecikiem konwalii, znowu nacisnął dzwonek przy furtce. Nikt nie otworzył.  Zatknął więc bukiecik w metalowy fragment ogrodzenia.
Po paru tygodniach znowu poszedł na ulicę Tulipanową myśląc, że wtedy po prostu gdzieś poszły i wróciły.
Uschnięty bukiecik konwalii nadal tkwił w ogrodzeniu. Teraz już nie miał wątpliwości, pewnie gdzieś wyjechały. Zniknęły z jego ledwo co nakreślonej nadziei. Jakie życie - taka nadzieja. Jego nadzieja stopniała zamieniając się w małą grudkę smutku. Sam postanowił, że nie pozwoli jej urosnąć.
Koniec lata niósł tę miepotrzebną myśl o przemijaniu i kolejnej zimie. Dlatego ludzie mówią: przeżył osiemdziesiąt wiosen. Dlaczego nie zim albo jesieni? Bo tylko dla wiosny chce się żyć, a umierać najlepiej w listopadzie. Takie i inne rozważania dopadały go w stanie bezczynności zawodowej.
Szukał muzyki w skrzypieniu kółek wózkowych, czasem podsłuchiwał rozmowy klientów, karmił kawki bułką. Bardzo lubił ich głosy a pokochał, kiedy ktoś mu powiedział, że dobierają się w pary ma całe życie.
Posmutniał,bo Robert chyba się rozchorował na dobre. Ochrona Auchan znalazła go w składzie na wózki, prawie nieprzytomnego z gorączki. Pogotowie zabrało go do jakiegoś szpitala. Minął już miesiąc a on nie wracał.
Tego dnia było dość ciepło jak na pażdziernik. Józiek jak zwykle obserwował parking. Nos zawodowca przeważnie dobrze prowadził go do klienta z wózkiem. Ten był wypasiony ponad miarę. Terenowe srebrne Porsche z pełnym wózkiem   i jakaś kobieta sadowiąca dziecko na tylnym siedzeniu samochodu. Szedł w jej stronę. Stanął nieopodal, czekając aż wypakuje zakupy. Przypięła dziecko i wychyliła się na zewnątrz.
Józiek zamarł. Przestał rozumieć cokolwiek. To była ona - Barbara. Jeszcze ładniejsza niż przedtem. Ubrana chyba w najlepsze ciuchy na świecie. Wszystkie eleganckie i na oko bardzo drogie. Wypakowała zakupy i zaczęła się rozglądać za kimś, kto odbierze wózek, bo nie mogłaby wycofać samochodu. Zrezygnowana sama poszła go odstawić na miejsce.

Józiek nie drgnął. Jeszcze długo stał w jednym miejscu. Tylko serce biło mu szybciej niż zwykle. Potem podreptał w stronę klubu, ciepłe październikowe słońce było takie przyjazne. Na swój sposób Józiek był szczęśliwy.

czwartek, 7 maja 2015

Nowe zajęcie!

Frederick wyda mój tomik wierszy, który zatytułowałam "Słowa na wiatr".
Zaproponował abym zawodowo ilustrowała niektóre książki, które wydaje. Przede wszystkim poezję.
Zaciekawił mnie dmuchawiec. Słowa i wiatr, wiatr i dmuchawiec, ptaki i wiatr, bo jak można narysować wiatr? Może tak:
do wiersza "Czas zawieszony"

Zamknęłam oczy 
wstrzymałam oddech 
czas zawieszony w oczekiwaniu 
 list się napisał do połowy 
znaki na bieli usiadły 
czarnym szeregiem 
rozwiane liście szalonym stadem 
zamarły uwięzione 
między niebem a ziemią 
 chcę tak w oczekiwaniu trwać 
zastygnąć w nadziei 
 nigdy nie poczuć 

jak twarda jest ziemia

do wiersza "Prawo jesiennego liścia"

Zadrżeć leciutko na wietrze
w porozumieniu z wiatrem
wolnością odurzony
lecieć wąsko krążyście
upaść na trawę mech

pojechać asfaltem szorstko
zakręcić się wokół przycupnąć
poderwać się za nóżkami
w ciepłych bucikach

zawołać wiatr do gonitwy
a tych co spacerują
naznaczyć muśnięciem
do kałuży wpaść
popłynąć z wodą
jak wielki żaglowiec
dumnie
            do kratki ściekowej
do wiersza "Perfect moment"

Trąbka skarży się smutno
ogrodowe krzesło
w koralach kropel
zasłuchane

dźwięk płacząc
ociera się o kocie futerko
miękki płynie wzdłuż ścian
ku oknu

wraz z dzwonkiem szkła
strąca krople
kilkoma nutkami jazzu
rozpryskują się w rytmie samby
z dotykiem słońca
w pamięci

do wiersza "Współczucie"

Współczuję uwięzionemu
w puszce samochodu
w oczach zastygł mu obraz
pękającego szkła

ptakom rozbitym
o bariery przy szosie
z nieostrym kształtem
przestrzeni w oczach

jej która czas mierzyła
ilością kwitnień magnolii
a tej wiosny dla jej oczu skamieniały

drzewom szpitalnym
ciężkim od spojrzeń ostatnich

i współczuję sobie
że dane jest mi współczucie
do wiersza "Odbicie"

To był piękny pogrzeb
sentymentów, przyzwyczajeń
starych mebli
wszystkiego co napisane
westchnieniem zdziwieniem

jak mumie schowałam je
w małym otworku
wygrzebanym w ziemi
przykryłam lusterkiem

może kiedyś będę sroką ?
odgrzebię, przejrzę się
będę mieć wątpliwości
skąd wiem o lusterku
i dlaczego pokazuje mnie w tej postaci ?
do wiersza "Poranne piekło"


Splątanymi zależnościami
utkano dzień i noc.

O świcie supły wydaja się większe.
O czwartej nad ranem
mówią ludzkim głosem
szepczą, otwierają okna wyobraźni,
podsuwają rozwiązanie.
białe kuleczki mieszczą się w dłoni –
ilość zmieniona w czyn niedopełniony,
a w filiżance czegoś pół lub ćwierć
O piątej ptaki dziobami wykuwają
ciężkie wrota do piekła stłumienia.
W południe jaszczurka w rozgrzanej
szparze podłogi zamarła
uspokojona ciszą
do wiersza "Nie opuszczaj mnie"

Kot udał, że nic nie rozumie
tylko tchu brakło, aby to powiedzieć
końcem ogona powiedział - nie
chcę żyć
by ona to zrozumiała dobrze
powinna koci czas odwrócić
by dalej było
ptaszkowo motylnie i zielonotrawnie
wiotczejąc w jej ramionach
przez przymknięte winogronowe oczy
dawał jej dowody
niezniszczalności mruczenia

a ona szepcze słonymi słowami
- będzie ci tam dobrze, na zawsze…
czekaj na mnie na tęczowym moście




Jak Wam się podoba mój pomysł? Może doczekam się jakiegoś komentarza?


niedziela, 26 kwietnia 2015

Nie czytaj

Nie czytaj, jeśli nie chcesz się "zdołować".

Jeden z pięknych i koszmarnych poranków.
Wyszłam na ganek, usłyszałam gwizd kosów. Nerwowy, ale może ponaglający... Poprzedniego dnia na parapecie okna kuchennego wylądował podlotek kosa. Spojrzał na mnie ciekawskim oczkiem i wykonał niezdarny lot w dół.Tata kos był obok. Nadzorował. To było piękne. Mały... spory ptaszek z żółtymi boczkami dzioba, kompletem brązowawych piórek i czarnym okrągłym oczkiem, wpatrzonym we mnie za szybą. To był chyba jego pierwszy lot.
Dzisiaj wyszłam na ganek. Tak, to był krzyk kosa - taty, A ja odebrałam to jako zabawę z małym podlotkiem. Mały kos biegał sobie po podjeździe sąsiada, Tata wrzeszczał, nie rozumiałam dlaczego. I wtedy zobaczyłam srokę. Mignęła mi między krzewami. Włożyłam buty i wybiegłam na zewnątrz... na malutkim pagórku piasku zauważyłam jakieś ciałko. Wzięłam je do ręki. Było bardzo ciepłe. Częściowo obdarte z piórek. Sroka uciekła poganiana wrzaskiem kosa. Ptaszek był ciepły... stało się to przed chwilą. Główka zwisała bezwładnie.Oczko jeszcze błyszczące, przyłożyłam ucho do ciepłego ciałka. Nie słyszałam serca. Ptaszek nie żył. Piękny, śpiewający, elegancki kos, nie żył.
Czułam się winna, bo odebrałam krzyki jako zabawę, a to była śmierć. Mogłam temu zapobiec. Mój ptaszek nigdy nie zaśpiewa. Przez jeden dzień poczuł wiatr w skrzydłach, jeden dzień życia. Pochowałam go pod miniaturowym bzem, który kwitnie wiosną, tak jak on powinien, na liściu tulipana - wiosennego kwiatu.
Paskudny dzień.

czwartek, 2 kwietnia 2015

Nowa umiejętność?

Przyjaciel zaproponował mi zilustrowanie wierszowanej bajeczki Grażyny Winniczuk p.t. "Cosik". Wahałam się. bo bałam sie, że nie podołam. Chyba się udało. Będzie książeczka dla małych dzieci o piciu mleczka, z moimi ilustracjami. A moją korzyścią będzie mój tomik wierszy. Ale mam dobrze!!!!!
A Cosik się do Was uśmiecha! Jest ich jedenaście. 



piątek, 20 marca 2015

ilustracje

Dzisiaj zakonczyłam rysowanie!!!! Koniec poprawek!! Ryzykuję, trudno, lepiej nie potrafię, a Wydawnictwu daje prawo nawet do ich odrzucenia, albo zminimalizowania.









sobota, 14 marca 2015

Następne opowiadanko na słowo CISZA

PRÓBA ORKIESTRY

Widownia była pogrążona w całkowitym mroku. Na scenie wśród rozstawionych instrumentów, krzątała się z mopem i wiadrem przysadzista kobieta narzekając na muzyków, że śmiecą, zostawiają swoje instrumenty na pastwę losu, a nawet niektórym nie chce się pozbierać nut, które pospadały ze stojaków.
- Teraz pewnie siedzą w bufecie i plotkują, jeden na drugiego. A za piętnaście minut ma tu być dyrygent. On im pokaże, kto tu rządzi! O proszę! Obój leży po prostu na podłodze! Czy mam go tym mopem przejechać?! Obmyję go dookoła, bo mi go żal. Nie ruszę go, bo jeszcze coś przestawię. A temu francowi co go tu rzucił, tym mopem łeb bym zmyła!
Więcej się nie odezwała. Lekko zgarbiona myła dalej podłogę, a im bliżej drzwi wejściowych dla orkiestry, było jej łatwiej, bo tu już nie było instrumentów i krzesełek. Kiedy skończyła, odwróciła się ku środkowi sceny i podparłszy się na kiju od mopa, patrzyła na opustoszałą scenę.
Trwało to chwilę. Potem wykonała jakiś dziwny gest, jakby chciała kijem wskazać coś lub kogoś na środku. Na środku stał fortepian.
Trzymając poziomo kij, stała kilka sekund, a potem odwróciła się i drepcząc wyszła zamykając drzwi dla orkiestry.
Pierwszy odezwał się Fortepian:
- Widzieliście ją?  Normalna? Czego ode mnie chce? Co ja jej zrobiłem? To ona nie wytarła mi klapy, bo podobno jest od konserwacji powierzchni poziomych, a moja klapa jest pod kątem. Dyrygent na pewno to zauważy.
- Ej tam, zaraz zauważy! – powiedziała Waltornia. – Przecież to na kilometr widać jak wlepia gały w Pierwsze Skrzypce! A one aż piszczą z rozkoszy!
- No, no hamuj się! Bo widzę aż cię skręciło z zazdrości! Szlag cię trafia, że beczycz dopiero w trzeciej części, razem z fagotem! – zachichotały Pierwsze Skrzypce.
- Ale trzecia część sonaty jest najważniejsza, a ty piszczysz cały czas i jesteś jak podkład dźwiękowy! – odcięła się Waltornia.
Na chwilę zapadła wroga cisza, którą przerwał Kontrabas.
- No dobrze, przestańcie, bo struny bolą! Lepiej powiedzcie co z tym Dyrygentem! Nie lubię go. Cały czas się mnie czepia.
- Jak to co! – zatrąbiła Waltornia z ochotą. – Ja wszystko wiem najlepiej. Kiedy jechaliśmy na poprzedni koncert leżałam obok Pierwszych Skrzypiec i słyszałam każde słówko, które mówiły do Altówki.
- Co mówiły, co mówiły? – z wielkim zainteresowaniem zapytał Flet.
- Jak to co! – Że nie wie co robić, bo tak się podoba Dyrygentowi ich gra, że zorganizuje im osobny koncert w Wiedniu. Rozumiecie? Tylko one, same na scenie, Pierwsze Skrzypce, jedyne na świecie!
- Wszędzie to kumoterstwo. – podsumował  wiecznie niezadowolony Puzon.
- Jakie kumoterstwo, ty rozciągana tubo! – odgryzły się Pierwsze Skrzypce. Lepiej się skul do zera i siedź cicho, bo ci ustnik wypadnie. Jesteśmy po prostu rewelacyjne i to was boli, bo jesteście tylko orkiestrą. My mamy indywidualność, precyzję, doskonałość brzmienia i … i urodę!
- Urodę?! Hihihi …- zaśmiały się sardonicznie Klarnety. Przypominacie nam tę babę, którą piłują w cyrku. Piłują, piłują a ona wcale nie zdycha! Taka jest wasza uroda! O!
- Czy wy wszyscy się powściekaliście? Przecież dziś gramy sonatę a nie jakieś wariacje! Nie musicie się nakręcać, obrażać i pleść głupoty – zaterkotał Saksofon. – Lepiej popatrzcie jak ten biedny Obój leży na gołej podłodze. Nie zdziwię się jak w solówce da popalić temu… jak go nazwała? Francowi. Może nawet Dyrygent go wyrzuci ze składu. Należy mu się jak nic!
- Oj tak!  Popatrzcie jak Obój cierpi – zawtórowały Pierwsze Skrzypce, szczęśliwe, że już ich temat się skończył.
Rzeczywiście Wiedeń był w ich zasięgu, bowiem nie tylko One same były w jakiś sposób szczególne, ale ta skrzypaczka… piękna jak jesień, z długą, gładką szyją. Opierały się o nią wielokrotnie, a jej piękne kasztanowe loki lekko muskały je po gryfie.
- Hej! Obój, żyjesz? – zawołał Saksofon.
Nie było odpowiedzi.
- Chyba zemdlał! No to Franc ma załatwione!
- Nie, nie zemdlałem, tylko nie jest mi wygodnie, bo jedna z klapek mi się nie domyka, a na dodatek ten Franc tak napluł mi na trzcinkę, że aż spuchła. Dlatego trudno mi mówić. No cóż! Nikt nie może mi pomóc.
- No ja ci na pewno nie pomogę, choć mam trzy nogi. – brzdęknął Fortepian w tonacji De-moll.
- Nikomu nigdy nie pomożesz, bo taką wredną masz naturę! – westchnął Rożek Angielski.
- Coś ci się nie podoba? – zapytał glissandem jeden z Klarnetów.
- O aleś zaczął rapsodycznie! – odgryzł się Fortepian. Uważaj bo ci się to glissando w indycze gulgotanie zamieni. A to będzie heca jak w adagio zagulgoczesz! Mój kompan Drugi Klarnet skicha się ze śmiechu!
- Nie śmiej się tak szeroko, Fortepianie, bo wyglądasz jakbyś się najadł maku! Jesteś nieapetyczny!
- A ty cham! - Warknął Fortepian i zamknął klapę nad klawiszami.
Przy takiej dawce agresji, przez chwilę żaden z instrumentów nie odważył się pisnąć. Tylko mikrofony, zawieszone pod sufitem lekko się kołysały z rozbawienia.
Burza jednak wisiała w powietrzu. Bębny odezwały się pierwsze swoim głuchym, niskim dźwiękiem, jakby chciały powiedzieć, że właśnie burza trwa w najlepsze.
- Bum, bum, bum! W kogo walniecie teraz? Kto tu siedzi jak mysz pod miotłą, chociaż nagrzeszył najwięcej? Tuba nie udawaj, że cię nie ma! Nie uda Ci się! Nażarłaś się metalu za wszystkich i stąd ta twoja wielkość. Jesteś wielgaśnym nierobem. Grasz tylko pięć dźwięków, a najlepiej cię widać!
- Mnie się czepiasz, Bębnie jeden? Popatrz na swoje brzuszysko! Pierwsze i Drugie Skrzypce tam by się zmieściły!
- Tylko nie Pierwsze Skrzypce! – zapiszczały Pierwsze Skrzypce. – Znowu strzępicie sobie dźwięki na nasz temat? Tak was boli ten nasz Wiedeń? No to niech was boli! Tak, gramy i to w Operze Wiedeńskiej! Niech wam się nuty poplączą!
- O, uderz w stół! – metalicznie zapiała Waltornia. Wiemy, wiemy, co Dyrygent zrobił z waszą skrzypaczką! W jej sypialni oprócz skrzypiec leżała również viola d’amore. Uf!!! Ale było amoroso! Tkliwe, z uczuciem, na punkcie albo na strunie… G!
- Wstrętna plotkara!
- Jaka plotkara! Plotka to nieprawda, a tu? Sama, czysta prawda! Może nie?
- No i co z tego? Dyrygent nas najbardziej ceni.
- Ceni? Wycenia raczej. Sam nieźle zarobi na tym koncercie w Wiedniu. Was za to ma i w łóżku i na scenie. A wy co z tego macie? Lepsze, nowe struny, albo super kalafonię? – rechotała Waltornia.
- Zamilcz ty skręcona z zazdrości, zapluta Waltornio! Szkoda każdego dźwięku na twoje chamstwo i wścibstwo. My już nic nie powiemy. Olewamy cię równo!
- O matko! Co tu się dzieje! Gdzie ta zgoda, która musi zapanować jak wejdzie Dyrygent. Po co strzępicie sobie dźwięki, zamiast pianissimo wychwalać całą orkiestrę, całą waszą, jedyną rodzinę. -Zaszumiała miotełką perkusja.
Fortepian pomału otworzył klapę, jakby chciał swymi klawiszami uśmiechnąć się w stronę perkusji.
- O to jest mądre! Popatrzcie stare zgredy, perkusja tak zgodnie pracuje ze swoimi wszystkimi bębenkami, czynelami, miotełkami. Zobaczcie jak można żyć i jakie są tego dobre efekty. Ja się dziwię, że Dyrygent jeszcze nie zwariował z Wami! Same indywidualności, zero skromności i poddania się muzyce. Ciekaw jestem jak wyglądała by sonata w waszym wykonaniu, bez Dyrygenta! Albo nie, nie jestem ciekaw.
W tym momencie otworzyły się drzwi dla orkiestry. Jak zwykle pierwsza weszła ta Ruda Jesień, od Pierwszych Skrzypiec. Ujęła je prawą ręką i położyła na swoim cudownym udzie. Powoli sięgnęła po smyczek.
Za nią szybkim krokiem wparował Franc, który nie pieszcząc się zanadto, podniósł z podłogi obój. Potem wszyscy kolejni muzycy zajmowali swoje miejsca, sadowiąc się wygodnie na niewygodnych krzesełkach. Układali nuty, szukając właściwej strony.
Niektórzy z nich zaczynali ćwiczyć swoje partie, zupełnie nie przejmując się sąsiadem, który na innym instrumencie ćwiczył swój fragment. Poprawiali naciąg strun, jeśli dźwięk odbiegał od ideału.
W sali koncertowej, rozlegała się kakofonia, kompletne pomieszanie, jakby instrumenty walczyły ze sobą, przekrzykiwały się z nienawiścią.
Czyżby z tej mieszanki wybuchowej miała się narodzić sonata? Co spowoduje, że nagle wszystko, każdy dźwięk znajdzie swoją kolejność, swoje brzmienie i posłusznie popłynie w stronę uszu odbiorcy, oddając mu to co, w muzyce najpiękniejsze: ukojenie i morze wyobraźni.
Ruda Jesień przestała ćwiczyć. Zawiesiła smyczek w powietrzu i spojrzała w stronę drzwi dla orkiestry. Pojawił się on – Dyrygent.
Wiodła za nim oczami od samych drzwi aż na podest dyrygencki. On też spojrzał na nią z malutką iskierką w oczach.
Postukał batutą, aby uspokoić tych, którzy jeszcze go nie zauważyli, a następnie podniósł obie ręce do góry.
Zapanowała cisza.



Opowiadanie powstało na temat słowa CISZA.

czwartek, 5 marca 2015

rysowanie ilustracji

Narysowałam 39 całkiem nowych ilustracji na papierze. Potem je zeskanowałam i próbuję obrabiać, dodając to i owo albo poprawiając to i owo. Męka twórcza trwa w najlepsze. Widzę, że ilustracje są niezłe, ale nie jestem do końca zadowolona. Dzisiaj miałam bezsenną noc i wymyśliłam inną technikę - tylko kredki. ico? mam znowu rysowa wszystko od nowa, czy pozostawić te, które już mam? Teraz tak to wygląda:








i tak dalej. Zostawić, czy spróbować czegoś innego? Może ktoś podpowie?

Nowe opowiadanko na hasło "noc" ( raz w miesiącu wybieramy w klubie słowo, na które trzeba coś napisać)

NOCNA ZMIANA

Mężczyzna w średnim wieku stukając białą laską w płyty chodnika, ostrożnie ale ze zdecydowaniem szedł w kierunku sklepu spożywczego. Można było mieć pewność, że pokonywał tę trasę wielokrotnie i być może był to jego jedyny spacer w ciągu dnia.
Wiedziony zapachem albo nieosiągalnym dla widzących instynktem, skierował laskę w lewo, stukając w szklaną ścianę drzwi wejściowych. Te już za pomocą fotokomórki otworzyły się na cała szerokość, wpuszczając mężczyznę do środka.
- Dzień dobry panie Villard! – powitał go właściciel niewielkiego sklepiku, gdzie można było kupić lub zamówić niemal wszystko. – Co mam włożyć dzisiaj do torby? – dopytywał, otwierając sporą torbę z papieru.
- To co zwykle… ale jeszcze jakiś szampon do włosów i płatki kukurydziane. – Chyba dzisiaj ładna pogoda, bo czułem słońce na twarzy… Trzeba wyciągnąć wiosenną kurtkę.
- Najwyższa pora! Już kwitną prymule i tulipany! Zima w tym roku nam nie dokuczyła!- zapewnił pakując do torby sprawunki.
- A interes idzie dobrze, panie Bouchard?
- Trochę się ruszyło, ale przesytu nie ma. Jak zwykle koło się kręci wolniutko.
 Po chwili Paul Villard szedł w odwrotną stronę, identycznie, ale już obarczony papierową torbą z jedzeniem na trzy dni, jak na jego samotne potrzeby.
Musiał liczyć albo czuł liczbę kroków jakie zrobiły jego nogi, bo tak jak poprzednio postukał laską tym razem w prawą stronę i znalazł brązowe drewniane drzwi. Wszedł do wąskiej bramy.
Zjadł miskę płatków z mlekiem, a potem włączył radio i usiadł na fotelu tuż przy oknie, jakby chciał obserwować to co za nim. Gdyby miał wzrok, zobaczyłby szarą uliczkę na przedmieściach Paryża, która niczym nie przypominała uliczek w centrum miasta. Takie domy jak tu, były wszędzie tam, gdzie dopiero rodziło się prawdziwe miasto. Przeważnie dwupiętrowe kamieniczki, z małymi sklepikami, stacja benzynowa, niewiele reklam i gdzieniegdzie odpadający tynk.
Kilka ławek stojących pod kilkoma drzewami, zapraszały do siebie staruszków w południe a wieczorami nieznanej maści młodych, zajętych z pewnością tym, co niedozwolone. Gdyby jeszcze ta działalność odbywała się w ciszy, byłoby znośnie, ale te ryki szczęścia i zaczepki innych ludzi, były chwilami nie do zniesienia.
To dlatego Paul Villard postanowił spacerować, a raczej posiedzieć na ławeczce przed domem po północy, kiedy noc sprowadzała na uliczkę ciszę, lub prawie ciszę, bo niedaleko była jedna z obwodnic miasta, a stamtąd dochodził jednostajny szum, buczenie silników, czasem syrena policyjna ale jak się uprzeć to był dźwięk krwiobiegu metropolii, znośny, zbyt daleki, a więc spoza otoczenia.
Kiedy deszcz nie szumiał na parapecie okna, Paul Villard wkładał kurtkę, brał laskę i wychodził z domu, aby naprzeciwko wejścia  do domu usiąść na ławce i oddychać lepszym powietrzem niż w pokoju, chłonąć miasto skórą, węchem i słuchem.
Wzrok stracił jako ośmioletni chłopiec, gdy w noc poprzedzającą święto narodowe, postanowił odpalić petardy, które jeden z kumpli „zwinął” jakiemuś handlarzowi. Jego świat rozpłynął się w bieli wybuchu i bólu, który bardzo długo trwał pod opatrunkami. Ból ustąpił, rany się zagoiły, ale odtąd jego świat był uboższy o najważniejszy zmysł, który pozwala na ocenę tego co piękne, lub nie, daje miliony doznań, których nie zastąpią inne zmysły.
Skończyły się wypady z kolegami na pobliskie tereny upadłej fabryki, która w ich oczach stawała się polem wojny z niewidzialnym wrogiem, albo sami dzielili się rolami i walczyli do upadłego, przynosząc do domu pokrwawione kolana i łokcie, jako rany wojenne. Zdarzył się nawet nieszczęśliwy wypadek, kiedy jedna z dziewczynek wdrapała się na pozostałość ceglanego muru i razem z nim spadła, a cegły ją przysypały. Długo nie mógł zapomnieć jej buzi umazanej pyłem ceglanym i krwawą rzeczkę płynącą z jej ust. Miała na imię Louise. Do tej pory pamiętał jej imię.
Rodzice zabronili mu tam chodzić, a więc znalazł sobie inne miejsce. Nieczynną stację benzynową, która udawała budowle kosmiczne na innej planecie.
Tamtego dnia, kiedy oglądali fajerwerkowe trofea, całe jego życie legło w gruzach jak ta mała, odważna kumpelka.

Tej nocy, Paul znów wybrał się aby posiedzieć na ławce przed domem. Było ciepło i mgliście, przez co hałas obwodnicy zanurzał się w mgielnej bieli i cichł nieco stając się szumem rzeki aut. Wydawało się, że siedzi zamyślony, ale on na odwrót, starał się nie myśleć o niczym. Nie zdawał sobie sprawy, że jest to czysta medytacja. Po niej czuł się lepiej, zasypiał lekko i lekko się budził rankiem. Samotność wydawała mu się darem a nie przekleństwem.
W pewnym momencie, usłyszał pracujący silnik ciężarówki. Zza zakrętu wyłoniła się śmieciarka.
- A! – pomyślał sprzątają dodatkowo, przed jutrzejszym świętem.
Śmieciarka zatrzymywała się co chwilę, ładując w swoje wnętrze torby z odpadkami albo wytrząsając z metalowych pojemników ich zawartość. Jeden z kubłów odpadł od chwytaka i z koszmarnym jazgotem potoczył się po jezdni. Zanim został schwytany przez pracowników, dźwięk wdarł się w uszy Paula, na chwilę go ogłuszając.
Zatkał je dłońmi i cierpliwie czekał, aż samochód odjedzie.
Wtedy właśnie poczuł lekkie dotknięcie na ramieniu. Odwrócił się odruchowo, jakby chciał zobaczyć tego, kto go dotyka.
- Kim jesteś? Jestem niewidomy…
- Paul.
- Jesteś chłopcem? Co robisz tu nocą?
- Wymknąłem się z domu, bo mnie mama nie chce puścić.
- A gdzie mieszkasz?
- A tu, naprzeciwko pod dziewiętnastką.
- To jesteśmy sąsiadami. I jesteś moim imiennikiem. Dlaczego mama nie chce cię wypuścić z domu?
- Bo się boi. Kobiety są tchórzliwe. Nie to co moja koleżanka Louise!
Była tak odważna, że weszła na mur wysoki na metry!

Paul Villard zaniemówił. Zrobiło mu się jakoś dziwnie, jakby słyszał samego siebie, ale czterdzieści lat temu. Poczuł pulsowanie w dolnej części głowy. Chyba skoczyło mu ciśnienie.
- To przecież niemożliwe! Głupie! To niemożliwe do cholery! Co się dzieje! – pomyślał.
- Hej chłopcze, chodź, siądź tutaj ze mną i opowiedz, co stało się tej odważnej.
Chłopak trochę nieufnie usiadł obok Paula i przez chwilę milczał, nawet westchnął.
- Spadła, bo mur się zawalił i ją przygniótł!
- I co było dalej?
- Normalnie, odgrzebali ją, pojechała karetką do szpitala, ale potem
Mama powiedziała mi, że Louise umarła.
Przez chwilę siedzieli nieruchomo. Mały Paul z obrazem twarzy dziewczynki w oczach, a duży Paul z kompletnym pomieszaniem myśli i przerażeniem. Przecież nie można cofnąć się w czasie, a on tego właśnie doświadczał. Zupełnie jakby to było normalne zjawisko, choć zdarzało się nielicznym. Cofnięcie się w czasie może całkowicie zmienić przyszłość w nieskończonej liczbie kombinacji a więc z gruntu jest niemożliwością. Może to jest halucynacja, wywołana zbyt silnym dźwiękiem pojemnika na śmieci, a ten głos i jego historia, dziwną projekcją mózgu?
- Jesteś? – skierował pytanie w miejsce, gdzie prawdopodobnie siedział chłopiec.
- Tak, ale muszę lecieć. Umówiłem się z chłopakami, bo chcemy odpalić trochę petard na tej starej stacji benzynowej.
- Co?! Nie radzę! Paul nie możesz tam iść!
- Muuuszę!
- Słuchaj, masz rower?
- Nie.
- Dostaniesz go jutro, ode mnie! Daję Ci słowo honoru! Tylko nie idź.
- A co ja im powiem?
- Powiesz, że matka zamknęła ci drzwi na klucz, i go schowała.
- Nie uwierzą, bo nigdy nie zamyka drzwi. To lecę!
-  Paul, jeśli pójdziesz, stracisz wzrok. Jestem czarodziejem. Widzisz moja laskę? To nie jest laska niewidomego. To czarodziejska różdżka. Popatrz.
Paul dotknął rączką laski czoła. Przez chwilę udawał, że coś wewnątrz z niego chce się wydostać na zewnątrz. Trząsł się, mamrotał aż wreszcie zesztywniał i zawołał:
- Louise miała buzię brudną od cegieł i strużkę krwi z ust?
- Tttak… wyszeptał Mały. – Skąd wiesz?
- Mówiłem, jestem czarodziejem. Jeśli nie pójdziesz odpalać petard dam ci tę różdżkę.
- Dobrze, a co ona jeszcze umie?
- Może znajdować złoto pod ziemią. Wtedy cichutko piszczy.
- Dobrze, biorę.
- Obiecujesz słowem rycerskim, że dzisiaj nie pójdziesz?
- Obiecuję – powiedział Mały, sięgając po laskę.
- Ostrożnie, nie może upaść na ziemię.

Paul słyszał kroki chłopca, który skierował się do ich domu. Drzwi skrzypnęły jak zawsze. Zapanowała cisza, inna niż dotychczas. To była dziwna magiczna, drżąca, żywa cisza. Zawieszona nad uliczką nie ocierała się o gałęzie drzew. Zanurzona we mgle płynęła tam i z powrotem jakby kręciła się wokół Paula zwiastując coś nowego i równie niezrozumiałego jak wizyta Małego.
Niedaleko, kilka domów na północ od miejsca gdzie siedział Paul, coś wybuchło. Głuchy, przytłoczony mgłą dźwięk przetoczył się echem po uliczce.

Paul wstał z ławki. Przez chwilę czuł zawrót głowy. Pomyślał, że zbyt szybko przybrał pionową postawę, ale zawrót nie ustępował. Chwycił się oparcia i usiadł. Zdjął okulary i przetarł oczy. Kiedy je odruchowo otworzył, zobaczył jakiś cień, a właściwie bladą plamę, kilka plam. Latarnie rzucały blade światło, a mgła rozpraszała je miękko. Po chwili obraz zaczął się wyostrzać.