Niby nic...a może jednak coś w tym jest? Nawet jeśli jest to odrobina, to już dobrze, bo to znaczy, że warto było.
piątek, 24 lipca 2015
korekta
Dziś odesłałam do wydawnictwa pierwszą korektę tekstu "Bajek ze śniegu". To znaczy, że lada moment ujrzy świat moja trzecia książka!
poniedziałek, 6 lipca 2015
Dla zainteresowanych początek książki "Bajki ze śniegu"
Noce polarne w Rovaniemi
są smutne i szare. Jedyną kolorową ozdobą bywają zorze, ale są rzadkim
zjawiskiem i niechętne pokazują się ludziom.
Dziś, dzień i noc zlały się
w jedno atakując wszystko, co bardziej kolorowe i ożywione. Ulice zbiegające
się w szarych punktach, starały się ukryć ruch aut i barwę reklam, zmniejszając
wszystko im bliżej było do horyzontu.
Nawet cisza była tu
szara, wydawało się, że ludzie mówią szeptem, muzyka brzmi dyskretniej,
a kontrast światła i cienia zawarły małżeństwo doskonałe.
a kontrast światła i cienia zawarły małżeństwo doskonałe.
Jarmo siedział przy dużym
oknie, jakie mają pracownie grafików i popijając wino niechętnie zabierał się
do pracy. Na stole leżał papier, piórka, tusz, pędzelki – wszystko, co
niezbędne, aby stworzyć komiks. Tchnąć weń obrazki, akcję i dźwięk. Stworzyć
postaci, stroje, powtarzalność osób, czyli całą formę opowiadań spod piórka.
Było mu trochę zimno, a
nie chciało mu się sięgnąć po sweter, musiałby wstać. Patrzył więc, przez okno na niebo wyglądające jak szary
koc, rozciągnięty po horyzont. Migocące żółte światełka okien, nieco ożywiały
tę szarość. Wydawnictwo, które zamówiło u niego tę pracę, było jednym z
najbardziej znanych w Finlandii. Niestety scenariusz, który napisał jego
przyjaciel był dość nudny i bez polotu. Zmagał się więc z problemem: chcieć to
móc.
Pijąc już drugi
kieliszek, doszedł do wniosku, że jeśli tworzywo nie to, to i produkt wymyka
się i zaczyna żyć kalekim życiem.
Pomyślał o domu dziadków
i poczuł pod powiekami rozleniwiające ciepło. Najpierw ołówkiem, potem piórkiem
narysował wnętrze domku, dodał kominek, ogień, położył poduszkę obok kominka,
postawił fotel, stół i krzesła. Zadowolony, dorysował dwa koty na poduszce,
dwie myszki wyglądające zza kominka i właściciela – malutkiego człowieczka w
czerwonym kubraczku, który siedział jak król na malutkim fotelu w
malusieńkim domku.
Został mu jeszcze łyk wina. Pochylił kieliszek,
zmrużył oko i spojrzał na swoje dzieło przez szkło. Odniósł wrażenie, że ogień
na kominku lekko drgnął.
Odstawił niedopite wino i spojrzał
jeszcze raz... Tak! Ogień mrugał radośnie, a istotka w czerwonym kubraczku
zeskoczyła z fotela. Koty obudziły się, a myszy umknęły do dziurki.
- Kim jestem?- spytała
istotka.
- Hmm... Jesteś po prostu
krasnoludkiem... Tak będzie najlepiej, bo ludzie będą cię rozpoznawać. Masz na
imię …Kapturek, jak bohater mojego komiksu.
- Po co jestem?
- Hm…po to, abym wreszcie
poszedł spać i nie odpowiadał na dziwne pytania! – powiedział trochę przerażony
Jarmo sądząc, że to efekt wina i braku snu.
- Żegnam cię do rana,
siedź tu cichutko – dodał.
Krasnoludek posmutniał. Pierwsze chwile w życiu, zabrał mu
sen jego stwórcy. Pierwsze pytania pozostaną bez odpowiedzi, aż do rana.
Spojrzał na koty, które już uspokojone, wtuliły mordki we własne futerka i
zaczęły dalej śnić o motylach.
środa, 3 czerwca 2015
Nowe opowiadanko (zczerwca 2015 na słowo PUSTKA)
PUSTYNNY KRZEW
Pecos,
Texas, 20 czerwca 1989
Droga Lilly,
Nigdy nie sądziłem, że napiszesz do mnie list. Wprawdzie to
już nie ten adres, bo zmienili numeracje domów, ale znajomy listonosz wiedział,
gdzie mnie szukać. Pisząc do mnie byłaś jeszcze w tamtej epoce. Rozumiem, to
prawie trzydzieści lat. Trzydzieści suchych, wietrznych lat. Niewiele zmieniło
się w moim... naszym miasteczku.
Pamiętasz, stacja benzynowa mojego ojca. Za nią już koniec
świata. Stanową dwudziestką do Abilene, a potem dalej i dalej toczył się Twój
Dodge, jakby wiedział, że już tu nie wróci. Zakurzył drogę za sobą, puszczając
w niepamięć to małe, ciche i trochę gnuśne miasteczko. Pamiętam, stałem na
poboczu i nie mogłem uwierzyć.
Kurz się rozwiał, droga świeciła pustką, a ja wróciłem do
domu, który po części był stacją benzynową a zarazem, gdyby zasłonić
dystrybutory, gotowym elementem scenografii dla westernu.
Ojciec krzątał się jak zwykle tu i tam, w swoim niebieskim
kombinezonie, stwarzając wrażenie ruchu w interesie, który jednak drzemał sobie
spokojnie z braku chętnych na benzynę. Ci, którzy startowali z El Paso i
jechali do Dallas, wiedzieli, że w taką podróż trzeba mieć pełny bak już na
starcie. Przemykali przez Pecos jak ścigające się konie, nie racząc spojrzeć w
bok, gdzie stary, siwy człowiek w kombinezonie, gotów był nalać paliwa, pogadać
a może nawet umyć szybę.
Lubił cię bardzo. Cieszył się jak dziecko, kiedy mógł
poczęstować Cię własnoręcznie zrobioną lemoniadą, a Ty piłaś ją łapczywie
ocierając potem usta wierzchem dłoni. Mam ten obraz przed oczyma. Ten i wiele
innych. Przed moimi oczami przewijają się króciutkie filmiki z Tobą w roli
głównej. Wiele i niewiele zarazem. Zacznę od naszej stacji. Pamiętasz, obok
domu była huśtawka na dwie osoby. Kiedyś tato zrobił ją dla mamy. Lubili huśtać
się patrząc na zachód słońca nad Teksasem. Pamiętasz jeszcze te zachody? Jakby
niebo krwawiło idąc ku nocy. Potem już my razem, na tej huśtawce, podziwialiśmy
je, w ciszy. Powiedziałaś wtedy, że niebo chyba płacze krwawymi łzami za dniem,
który utraciło, ale jak się prześpi, odżyje.
Tak też myślałem o nas. Myślałem, że odjedziesz, ale przecież
musisz kiedyś wrócić, bo życie kołem się toczy.
Przecież byliśmy sobie najpierw jak brat i siostra, potem
oboje dotknęliśmy swoich rąk jakoś inaczej i przeraziłem się. Ty chyba też, że
coś się zaczęło, coś dziwnego i pociągającego zarazem. Twoje włosy nie były mi
już obojętne. One pachniały. Twoja sukienka mieniła się kwiatkami, które
tańczyły dookoła Ciebie, a ja coraz częściej stałem jak idiota, nie wiedząc, co
począć z tym odkryciem.
Pomogliśmy sobie oboje. Tego lata Pecos River była wyjątkowo
piękna. Chłodna woda, piasek plaży i pustka dookoła. Zmęczeni bieganiem w
wodzie, usiedliśmy w cieniu drzew. Rzeka szumiała, pluskała, przekomarzała się
z piaskiem brzegu.
Dotknęłaś mojego ramienia i spojrzałaś mi w oczy. Potem już
wszystko potoczyło się jak ta woda w rzece. Nieubłaganie narzuciła nam nasz
nurt, dała bezzwrotną pożyczkę czułego dotyku pierwszej miłości.
Jestem już starym człowiekiem. Mam czterdzieści trzy lata i
nadal czerpię z kapitału, jaki ofiarowała nam Pecos River. Ona ciągle udziela
mi następnych kredytów, nie pozwala zapomnieć tego popołudnia nad rzeką.
Czasami miałem chwilę zwątpienia. Zwłaszcza po śmierci ojca.
Od jakiegoś czasu narzekał, że się zbyt męczy. Wstawał coraz później a i za
dnia przysypiał w różnych dziwnych miejscach. A to na ławeczce przed stacją,
albo za domem w dawnej stajni, znajdywałem go śpiącego na beli słomy, albo przy
stole w kuchni.
Tego wieczoru, kiedy przygotowałem już dla nas kolację,
zauważyłem, że znowu zniknął. Znalazłem
go na huśtawce. Siedział w jej rogu, oplótłszy ręką sznur, zachował pozycję
siedzącą. Tylko głowa opadła mu nisko na pierś. Myślałem, że znowu zasnął.
Dopiero po jego śmierci, poczułem, czym jest samotność. Coraz
bardziej bladł Twój obraz. Zacierał się, niszczał jak farba z okien, o których
wiesz, że kiedyś były białe. Traciłem nadzieję, wiarę, że kiedyś jeszcze Cię
zobaczę. Przyjedziesz już z pewnością innym samochodem, drogą, którą odjechałaś
i powiesz:
- Wiesz widziałam już wszystko, a teraz chciałabym się
pohuśtać na twojej huśtawce!
Takie i inne głupie scenariusze plotła moja wyobraźnia, kiedy
siedziałem na ławeczce przed stacją i patrzyłem na toczące się, koziołkujące
po naszej drodze krzewy
biegacza pustynnego. Splątane gałązki swoją gmatwaniną tworzą idealną figurę,
kształt znany w kosmosie - kulę. Jak nikt w miasteczku, lubiłem je za spryt,
wytrwałość i godną podziwu umiejętność wędrowania. Gdybym nie był tak bardzo przywiązany do tego
miejsca, pewnie porwałby mnie wiatr z wołaniem:
- Hej Panie Tumbleweed, do roboty, toczcie się, zatarasujcie
tę drogę, aby już nikt nią nie wyjechał!
Nie mogłem opuścić tego skrawka ziemi nieprzyjaznej. To
przecież jedyne miejsce na ziemi, w kosmosie, do którego istnieje szansa, że
wrócisz.
Sprzedałem stację benzynową. Wydawało mi się, że idiota,
który ją kupi, będzie przędł tak cienko jak my z ojcem. Myliłem się. Dokupił
jeszcze kawałek ziemi i wybudował wielką stację Exxon. Z barem szybkiej
obsługi, toaletą i wiecznie brzęczącą muzyką. Dom zostawił mnie. Widocznie
stwierdził, że dom jest zabytkiem, ja też, więc przyciągniemy turystów. Jak
niedźwiedzie w Yellowston.
Siedzę więc, jak skamielina na naszej huśtawce i patrzę w
przestrzeń. Słońce zachodzi tak samo, jakby nic się nie stało. Noc nie przynosi
ochłody. Opuszczam rondo kapelusza niżej i spod niego patrzę przed siebie.
Nic tylko szeleszcząca cisza, żar lejący się z nieba i
pustka. Chrzęszczący w zębach piasek, kojący cień kapelusza i piekący skwar
poza nim. Namacalnie czujesz pustkę. Jest jak nieznośny smród, ale z czasem się
przyzwyczajasz.
Wtedy siedzisz, wpatrujesz się w drzewo i nie chcesz, nie
możesz nic zrobić i... nic nie robisz. Po prostu siedzisz, patrzysz i nic nie
czujesz.
I tak sobie trwam w beznadziei z wielką pustką w sercu.
Ehhh... ale, co ja będę więcej Ci pisać... przecież wiesz, o
co chodzi. Doskonale wiesz.
Pytasz, co u mnie? - Wszystko ok!
Pewnie to chciałaś usłyszeć.
Zawsze Twój Ben
opowiadanie powstało dla słowa PUSTKA
czwartek, 21 maja 2015
WÓZKARZ
WÓZKARZ
Kółka wózka sklepowego terkotały na
spojeniach kostki brukowej. Wiozły całe dwa złote, które Józiek wyjmie,
wsuwając w otworek blaszkę poprzedniego wózka. Różnie się trafia, ale
przeważają złotówki.
- Dzisiaj jakiś
urodzaj na dwójki -pomyślał z zadowoleniem.
Ludzie niechętnie
oddają wózki takim jak on. Starsi, pewnie z oszczędności, wolą drałować do
składu, utykając albo kolebiąc swoje tłuste ciała. Tylko bogatsi i rozleniwieni
zakupami, bez słowa popychają pusty wózek ku żebrakowi. Tak. Tak odbierają
takich jak Józiek. A przecież to, co robią jest jakimś rodzajem pracy. Deszcz nie
deszcz, w mrozie i w upale, chodzą po wielkim parkingu, wypatrując klienta. To
niepisana umowa. Nie siedzą za ziemi z wyciągniętą ręką.
Wózkarze zaliczają
się do tych całkiem wolnych zawodówtakich jak grajkowie, uliczni cyrkowcy, a
nawet prostytutki. Każde z nich przecież coś oferuje.
Józiek ma zdrowe silne nogi, stare, miękkie trampki i lubi spacerować. Uwalnia ludzi od zbędnego wysiłku i ciężaru monet w portfelu.
Józiek ma zdrowe silne nogi, stare, miękkie trampki i lubi spacerować. Uwalnia ludzi od zbędnego wysiłku i ciężaru monet w portfelu.
Józiek ma nawet
kumpli pod Auchanem. Jeden z nich - Robert wygląda nienajlepiej. Ma zbyt
fioletową twarz i lekko śmierdzi ale jest fajnym kumplem. Jak widzi, że Józiek
już kieruje się do jakiegoś wypasionego Opla, nawet gdy jest bliżej samochodu,
udaje, że nic nie widzi. Wie, że może sobą zrazić klienta i wtedy obaj nie
zarobią. Robert poluje na podobnych do siebie. Tacy bardziej rozumieją jego
potrzeby.
Mają też wspólny
klub, do którego zaglądają aby kapkę odpocząć i ugasić pragnienie. Za ogromnym
pojemnikiem na śmieci, z tyłu kompleksu Auchan, gdzie wyrzuca sie niechciane
jedzenie, jest mała przestrzeń pod daszkiem. Tam kilka kartonów tworzy podłogę,
trzy palety są meblami a w jednym solidnym kartonie zawsze jest butelka wody,
butelka wódy i bułki, które po dwóch dniach są przez sklep wyrzucane do śmieci.
A czego tam jeszcze nie ma! Przeterminowane, choć jeszcze dobre sery, wędliny,
mleko! Żyć nie umierać! Sypialnia i jadalnia obok. Toaleta jest w środku
budynku. Późnym wieczorem, kiedy mały ruch, można się jako tako ochlapać. Zimą
jest gorzej, ale zawsze trzeba jakoś zaradzić.
Mają swoje mety i
swoich przyjaciół. Stanowią zwartą, niedostępną grupę, jak rotarianie o innej
orientacji majątkowej i światopoglądowej. Na swój sposób Józiek był szczęśliwy.
Dziś Józiek stał
przy wejściu, w słonecznej plamie, delektując
się ciepłem na twarzy i brzękiem monet w kieszeni, którymi się bawił
przewracając je palcami. Niedawno spadł krótki, ciepły, majowy deszczyk i
powietrze pachniało kurzem i asfaltem.
Ruch był niewielki,
a więc nieśpiesznie podreptał przed siebie wzdłuż nielicznych, zaparkowanych
samochodów. Coś białego, leżącego na
ziemi w pustym miejscu dla pojazdów, zwróciło jego uwagę. Była to zadresowana i
zaklejona koperta, tylko trochę zmoczona deszczem.
- Barbara Warak, ul.
Tulipanowa 33, Józefosław - przecztał na głos. - To niedaleko, pod 22 w garażu,
kwaterowaliśmy w zimie. Józefosław. Na drugie mam Sławek. To jak list do mnie i
do Barbarki... ciekawe jak wygląda. - pomyślał Józiek.
Naszła go przemożna
ochota, aby pójść i oddać list Barbarze. Może coś się wydarzy?
Szedł rażnym krokiem
jak człowiek idący załatwić jakieś ważne sprawy. Kiedyś był przystojnym facetem i gdyby nie to
okropne ubranie i brak fryzjera, każdy by się nabrał, że jest jakimś
urzędnikiem, od którego coś zależy. Niósł kopertę w ręku niby urzędowy dokument.
Mijał zielone ogrody. Bzy pachniały jak
oszalałe.
Słońce wyjrzało na
chwilę, ale nagle zachmurzyło twarz, zapowiadając deszcz. Lunęło z nieba, bez
ostrzeżenia. Do Barbary jeszcze było kawałek drogi, więc schował kopertę pod
kurtkę i postawił kołnierz. Nigdzie nie było miejsca, aby się schować. Same
domy za ogrodzeniem, jeden obok drugiego. Trudno, może ubranie trochę upierze się na nim!
Zadzwonił do domu
guziczkiem przy furtce. Stał chwilę moknąc niemiłosiernie, zły na swój nagły pomysł,
już chciał się odwrócić, gdy uchyliły się drzwi wejściowe.
- Tak? - spytała
drobna blondynka.
- Znalazłem na
parkingu list do pani. Postanowiłem go pani przynieść. Wpuści mnie pani? Bo nie
chciałbym aby Pani zmokła! Wystarczy, że ja jestem jak gąka!
- No... chyba nie
powinnam, ale proszę..
Furtka zaćwierkała i
pchnięta wpuściła Józka o środka. Blondynka wyszła na zewnątrz, gdzie pod
daszkiem ganku, mogła bez obaw przyjąć doręczyciela.
- Rzeczywiście, do
mnie. Dziękuję. Ale pan zmókł. Proszę, niech pan wejdzie i choć trochę się
osuszy. Dam panu herbatę.
Siedział przy
kuchennym stole, przy którym siedziała mała dziewczynka i jakby wogóle go
niezauważając, rysowała jakiś dziecinny rysunek kredkami. Barbara nalewała wodę
do szklanki. Rzeczywiście była drobna, wyrażnie zmęczona i trochę zaniedbana. Przepychu
w domu nie było. Bardzo skromna kuchnia ze smutną dziewczynką i jej smutną
matką.
Postawiła przed nim herbatę i talerzyk z
drożdżowym, jeszcze ciepłym ciastem.
- Sama piekłam. Nie
stać nas na kupne, a poza tym nie lubię przepłacać. Za taki kawałek policzyliby
sobie z pięć złotych. A mnie cały placek kosztował najwyżej siedem!
Siadła naprzeciwko
Józka i otworzyła list.
- O! Kupon totolotka
„na chybił trafił”! Nic więcej nie ma. Nie wiadomo od kogo... chociaż, domyślam
się. Pewnie zamiast pieniędzy! No cóż, lepiej nie będzie. - powiedziała i przez
chwilę patrzyła na bilet losu w milczeniu.
Józiek niedowierzał
temu co widzi. Był gościem. Pachniała drożdżowa babka. Herbta była gorąca, z
cukrem i cytryną. Obok ładna i dzielna kobieta. Świat, który utracił i już
zapomniał jak wygląda.
Wracał do swojego
kartonowego królestwa ciągle mając przed oczami Barbarę i jej milczącą
córeczkę. Pomyślał nawet, że za jakiś czas mógłby ją odwiedzić przynosząc jakiś
kwiatek.
- Hej, Józiek,
gdzieś ty był - zawołał Robert. - Ruch jak cholera! bierz się do roboty, ja
spadam do Klubu.
Pracował zawieszony
we mgle wspomnień. Jak dotąd wszystko było przewidywalne. Każdy dzień
jednakowy, wśród tych samych ludzi, bo klienci nie byli ludźmi tylko masą
dostarczającą pieniędzy. Był piątek.
Wszyscy chyba wybierali
się na majówkę. Teraz wyjeżdżali z koszami pełnymi zakupów. Dwuzłotówki
dosłownie same pchały się do kieszeni.
Po tygodniu Józiek z
bukiecikiem konwalii, znowu nacisnął dzwonek przy furtce. Nikt nie otworzył. Zatknął więc bukiecik w metalowy fragment
ogrodzenia.
Po paru tygodniach
znowu poszedł na ulicę Tulipanową myśląc, że wtedy po prostu gdzieś poszły i
wróciły.
Uschnięty bukiecik
konwalii nadal tkwił w ogrodzeniu. Teraz już nie miał wątpliwości, pewnie gdzieś
wyjechały. Zniknęły z jego ledwo co nakreślonej nadziei. Jakie życie - taka
nadzieja. Jego nadzieja stopniała zamieniając się w małą grudkę smutku. Sam
postanowił, że nie pozwoli jej urosnąć.
Koniec lata niósł tę
miepotrzebną myśl o przemijaniu i kolejnej zimie. Dlatego ludzie mówią: przeżył
osiemdziesiąt wiosen. Dlaczego nie zim albo jesieni? Bo tylko dla wiosny chce
się żyć, a umierać najlepiej w listopadzie. Takie i inne rozważania dopadały go
w stanie bezczynności zawodowej.
Szukał muzyki w skrzypieniu
kółek wózkowych, czasem podsłuchiwał rozmowy klientów, karmił kawki bułką.
Bardzo lubił ich głosy a pokochał, kiedy ktoś mu powiedział, że dobierają się w
pary ma całe życie.
Posmutniał,bo Robert
chyba się rozchorował na dobre. Ochrona Auchan znalazła go w składzie na wózki,
prawie nieprzytomnego z gorączki. Pogotowie zabrało go do jakiegoś szpitala.
Minął już miesiąc a on nie wracał.
Tego dnia było dość
ciepło jak na pażdziernik. Józiek jak zwykle obserwował parking. Nos zawodowca
przeważnie dobrze prowadził go do klienta z wózkiem. Ten był wypasiony ponad
miarę. Terenowe srebrne Porsche z pełnym wózkiem i jakaś kobieta sadowiąca dziecko na tylnym
siedzeniu samochodu. Szedł w jej stronę. Stanął nieopodal, czekając aż wypakuje
zakupy. Przypięła dziecko i wychyliła się na zewnątrz.
Józiek zamarł.
Przestał rozumieć cokolwiek. To była ona - Barbara. Jeszcze ładniejsza niż
przedtem. Ubrana chyba w najlepsze ciuchy na świecie. Wszystkie eleganckie i na
oko bardzo drogie. Wypakowała zakupy i zaczęła się rozglądać za kimś, kto
odbierze wózek, bo nie mogłaby wycofać samochodu. Zrezygnowana sama poszła go
odstawić na miejsce.
Józiek nie drgnął.
Jeszcze długo stał w jednym miejscu. Tylko serce biło mu szybciej niż zwykle.
Potem podreptał w stronę klubu, ciepłe październikowe słońce było takie
przyjazne. Na swój sposób Józiek był szczęśliwy.
czwartek, 7 maja 2015
Nowe zajęcie!
Frederick wyda mój tomik wierszy, który zatytułowałam "Słowa na wiatr".
Zaproponował abym zawodowo ilustrowała niektóre książki, które wydaje. Przede wszystkim poezję.
Zaciekawił mnie dmuchawiec. Słowa i wiatr, wiatr i dmuchawiec, ptaki i wiatr, bo jak można narysować wiatr? Może tak:
Zaproponował abym zawodowo ilustrowała niektóre książki, które wydaje. Przede wszystkim poezję.
Zaciekawił mnie dmuchawiec. Słowa i wiatr, wiatr i dmuchawiec, ptaki i wiatr, bo jak można narysować wiatr? Może tak:
do wiersza "Czas zawieszony"
Zamknęłam oczy
wstrzymałam oddech
czas zawieszony w oczekiwaniu
list się napisał do połowy
znaki na bieli usiadły
czarnym szeregiem
rozwiane liście szalonym stadem
zamarły uwięzione
między niebem a ziemią
chcę tak w oczekiwaniu trwać
zastygnąć w nadziei
nigdy nie poczuć
jak twarda jest ziemia
wstrzymałam oddech
czas zawieszony w oczekiwaniu
list się napisał do połowy
znaki na bieli usiadły
czarnym szeregiem
rozwiane liście szalonym stadem
zamarły uwięzione
między niebem a ziemią
chcę tak w oczekiwaniu trwać
zastygnąć w nadziei
nigdy nie poczuć
jak twarda jest ziemia
do wiersza "Prawo jesiennego liścia"
Zadrżeć leciutko na wietrze
w porozumieniu z wiatrem
wolnością odurzony
lecieć wąsko krążyście
upaść na trawę mech
pojechać asfaltem szorstko
zakręcić się wokół przycupnąć
poderwać się za nóżkami
w ciepłych bucikach
zawołać wiatr do gonitwy
a tych co spacerują
naznaczyć muśnięciem
do kałuży wpaść
popłynąć z wodą
jak wielki żaglowiec
dumnie
do kratki ściekowej
do wiersza "Perfect moment"
Trąbka skarży się smutno
ogrodowe krzesło
w koralach kropel
zasłuchane
dźwięk płacząc
ociera się o kocie futerko
miękki płynie wzdłuż ścian
ku oknu
wraz z dzwonkiem szkła
strąca krople
kilkoma nutkami jazzu
rozpryskują się w rytmie samby
z dotykiem słońca
w pamięci
do wiersza "Współczucie"
Współczuję uwięzionemu
w puszce samochodu
w oczach zastygł mu obraz
pękającego szkła
ptakom rozbitym
o bariery przy szosie
z nieostrym kształtem
przestrzeni w oczach
jej która czas mierzyła
ilością kwitnień magnolii
a tej wiosny dla jej oczu skamieniały
drzewom szpitalnym
ciężkim od spojrzeń ostatnich
i współczuję sobie
że dane jest mi współczucie
do wiersza "Odbicie"
To był
piękny pogrzeb
sentymentów,
przyzwyczajeń
starych
mebli
wszystkiego
co napisane
westchnieniem
zdziwieniem
jak mumie
schowałam je
w małym
otworku
wygrzebanym
w ziemi
przykryłam
lusterkiem
może kiedyś
będę sroką ?
odgrzebię,
przejrzę się
będę mieć
wątpliwości
skąd wiem o
lusterku
i dlaczego
pokazuje mnie w tej postaci ?
do wiersza "Poranne piekło"
Splątanymi
zależnościami
utkano dzień i
noc.
O świcie supły wydaja się większe.
O czwartej nad ranem
mówią ludzkim
głosem
szepczą, otwierają
okna wyobraźni,
podsuwają
rozwiązanie.
białe kuleczki
mieszczą się w dłoni –
ilość zmieniona w
czyn niedopełniony,
a w filiżance
czegoś pół lub ćwierć
O piątej ptaki dziobami wykuwają
ciężkie wrota do
piekła stłumienia.
W południe jaszczurka w rozgrzanej
szparze podłogi zamarła
uspokojona ciszą
do wiersza "Nie opuszczaj mnie"
Kot udał, że nic
nie rozumie
tylko tchu brakło,
aby to powiedzieć
końcem ogona
powiedział - nie
chcę żyć
by ona to
zrozumiała dobrze
powinna koci czas
odwrócić
by dalej było
ptaszkowo motylnie
i zielonotrawnie
wiotczejąc w jej
ramionach
przez przymknięte
winogronowe oczy
dawał jej dowody
niezniszczalności
mruczenia
a ona szepcze
słonymi słowami
- będzie ci tam
dobrze, na zawsze…
czekaj na mnie na
tęczowym moście
Jak Wam się podoba mój pomysł? Może doczekam się jakiegoś komentarza?
niedziela, 26 kwietnia 2015
Nie czytaj
Nie czytaj, jeśli nie chcesz się "zdołować".
Jeden z pięknych i koszmarnych poranków.
Wyszłam na ganek, usłyszałam gwizd kosów. Nerwowy, ale może ponaglający... Poprzedniego dnia na parapecie okna kuchennego wylądował podlotek kosa. Spojrzał na mnie ciekawskim oczkiem i wykonał niezdarny lot w dół.Tata kos był obok. Nadzorował. To było piękne. Mały... spory ptaszek z żółtymi boczkami dzioba, kompletem brązowawych piórek i czarnym okrągłym oczkiem, wpatrzonym we mnie za szybą. To był chyba jego pierwszy lot.
Dzisiaj wyszłam na ganek. Tak, to był krzyk kosa - taty, A ja odebrałam to jako zabawę z małym podlotkiem. Mały kos biegał sobie po podjeździe sąsiada, Tata wrzeszczał, nie rozumiałam dlaczego. I wtedy zobaczyłam srokę. Mignęła mi między krzewami. Włożyłam buty i wybiegłam na zewnątrz... na malutkim pagórku piasku zauważyłam jakieś ciałko. Wzięłam je do ręki. Było bardzo ciepłe. Częściowo obdarte z piórek. Sroka uciekła poganiana wrzaskiem kosa. Ptaszek był ciepły... stało się to przed chwilą. Główka zwisała bezwładnie.Oczko jeszcze błyszczące, przyłożyłam ucho do ciepłego ciałka. Nie słyszałam serca. Ptaszek nie żył. Piękny, śpiewający, elegancki kos, nie żył.
Czułam się winna, bo odebrałam krzyki jako zabawę, a to była śmierć. Mogłam temu zapobiec. Mój ptaszek nigdy nie zaśpiewa. Przez jeden dzień poczuł wiatr w skrzydłach, jeden dzień życia. Pochowałam go pod miniaturowym bzem, który kwitnie wiosną, tak jak on powinien, na liściu tulipana - wiosennego kwiatu.
Paskudny dzień.
Jeden z pięknych i koszmarnych poranków.
Wyszłam na ganek, usłyszałam gwizd kosów. Nerwowy, ale może ponaglający... Poprzedniego dnia na parapecie okna kuchennego wylądował podlotek kosa. Spojrzał na mnie ciekawskim oczkiem i wykonał niezdarny lot w dół.Tata kos był obok. Nadzorował. To było piękne. Mały... spory ptaszek z żółtymi boczkami dzioba, kompletem brązowawych piórek i czarnym okrągłym oczkiem, wpatrzonym we mnie za szybą. To był chyba jego pierwszy lot.
Dzisiaj wyszłam na ganek. Tak, to był krzyk kosa - taty, A ja odebrałam to jako zabawę z małym podlotkiem. Mały kos biegał sobie po podjeździe sąsiada, Tata wrzeszczał, nie rozumiałam dlaczego. I wtedy zobaczyłam srokę. Mignęła mi między krzewami. Włożyłam buty i wybiegłam na zewnątrz... na malutkim pagórku piasku zauważyłam jakieś ciałko. Wzięłam je do ręki. Było bardzo ciepłe. Częściowo obdarte z piórek. Sroka uciekła poganiana wrzaskiem kosa. Ptaszek był ciepły... stało się to przed chwilą. Główka zwisała bezwładnie.Oczko jeszcze błyszczące, przyłożyłam ucho do ciepłego ciałka. Nie słyszałam serca. Ptaszek nie żył. Piękny, śpiewający, elegancki kos, nie żył.
Czułam się winna, bo odebrałam krzyki jako zabawę, a to była śmierć. Mogłam temu zapobiec. Mój ptaszek nigdy nie zaśpiewa. Przez jeden dzień poczuł wiatr w skrzydłach, jeden dzień życia. Pochowałam go pod miniaturowym bzem, który kwitnie wiosną, tak jak on powinien, na liściu tulipana - wiosennego kwiatu.
Paskudny dzień.
czwartek, 2 kwietnia 2015
Nowa umiejętność?
Przyjaciel zaproponował mi zilustrowanie wierszowanej bajeczki Grażyny Winniczuk p.t. "Cosik". Wahałam się. bo bałam sie, że nie podołam. Chyba się udało. Będzie książeczka dla małych dzieci o piciu mleczka, z moimi ilustracjami. A moją korzyścią będzie mój tomik wierszy. Ale mam dobrze!!!!!
A Cosik się do Was uśmiecha! Jest ich jedenaście.
A Cosik się do Was uśmiecha! Jest ich jedenaście.
piątek, 20 marca 2015
ilustracje
Dzisiaj zakonczyłam rysowanie!!!! Koniec poprawek!! Ryzykuję, trudno, lepiej nie potrafię, a Wydawnictwu daje prawo nawet do ich odrzucenia, albo zminimalizowania.
sobota, 14 marca 2015
Następne opowiadanko na słowo CISZA
PRÓBA ORKIESTRY
Widownia była pogrążona w całkowitym mroku. Na scenie wśród
rozstawionych instrumentów, krzątała się z mopem i wiadrem przysadzista kobieta
narzekając na muzyków, że śmiecą, zostawiają swoje instrumenty na pastwę losu,
a nawet niektórym nie chce się pozbierać nut, które pospadały ze stojaków.
- Teraz pewnie siedzą w bufecie i plotkują, jeden na drugiego.
A za piętnaście minut ma tu być dyrygent. On im pokaże, kto tu rządzi! O
proszę! Obój leży po prostu na podłodze! Czy mam go tym mopem przejechać?!
Obmyję go dookoła, bo mi go żal. Nie ruszę go, bo jeszcze coś przestawię. A
temu francowi co go tu rzucił, tym mopem łeb bym zmyła!
Więcej się nie odezwała. Lekko zgarbiona myła dalej podłogę, a
im bliżej drzwi wejściowych dla orkiestry, było jej łatwiej, bo tu już nie było
instrumentów i krzesełek. Kiedy skończyła, odwróciła się ku środkowi sceny i
podparłszy się na kiju od mopa, patrzyła na opustoszałą scenę.
Trwało to chwilę. Potem wykonała jakiś dziwny gest, jakby
chciała kijem wskazać coś lub kogoś na środku. Na środku stał fortepian.
Trzymając poziomo kij, stała kilka sekund, a potem odwróciła
się i drepcząc wyszła zamykając drzwi dla orkiestry.
Pierwszy odezwał się Fortepian:
- Widzieliście ją?
Normalna? Czego ode mnie chce? Co ja jej zrobiłem? To ona nie wytarła mi
klapy, bo podobno jest od konserwacji powierzchni poziomych, a moja klapa jest
pod kątem. Dyrygent na pewno to zauważy.
- Ej tam, zaraz zauważy! – powiedziała Waltornia. – Przecież
to na kilometr widać jak wlepia gały w Pierwsze Skrzypce! A one aż piszczą z
rozkoszy!
- No, no hamuj się! Bo widzę aż cię skręciło z zazdrości!
Szlag cię trafia, że beczycz dopiero w trzeciej części, razem z fagotem! –
zachichotały Pierwsze Skrzypce.
- Ale trzecia część sonaty jest najważniejsza, a ty piszczysz
cały czas i jesteś jak podkład dźwiękowy! – odcięła się Waltornia.
Na chwilę zapadła wroga cisza, którą przerwał Kontrabas.
- No dobrze, przestańcie, bo struny bolą! Lepiej powiedzcie co
z tym Dyrygentem! Nie lubię go. Cały czas się mnie czepia.
- Jak to co! – zatrąbiła Waltornia z ochotą. – Ja wszystko
wiem najlepiej. Kiedy jechaliśmy na poprzedni koncert leżałam obok Pierwszych
Skrzypiec i słyszałam każde słówko, które mówiły do Altówki.
- Co mówiły, co mówiły? – z wielkim zainteresowaniem zapytał
Flet.
- Jak to co! – Że nie wie co robić, bo tak się podoba
Dyrygentowi ich gra, że zorganizuje im osobny koncert w Wiedniu. Rozumiecie?
Tylko one, same na scenie, Pierwsze Skrzypce, jedyne na świecie!
- Wszędzie to kumoterstwo. – podsumował wiecznie niezadowolony Puzon.
- Jakie kumoterstwo, ty rozciągana tubo! – odgryzły się
Pierwsze Skrzypce. Lepiej się skul do zera i siedź cicho, bo ci ustnik
wypadnie. Jesteśmy po prostu rewelacyjne i to was boli, bo jesteście tylko
orkiestrą. My mamy indywidualność, precyzję, doskonałość brzmienia i … i urodę!
- Urodę?! Hihihi …- zaśmiały się sardonicznie Klarnety.
Przypominacie nam tę babę, którą piłują w cyrku. Piłują, piłują a ona wcale nie
zdycha! Taka jest wasza uroda! O!
- Czy wy wszyscy się powściekaliście? Przecież dziś gramy
sonatę a nie jakieś wariacje! Nie musicie się nakręcać, obrażać i pleść głupoty
– zaterkotał Saksofon. – Lepiej popatrzcie jak ten biedny Obój leży na gołej
podłodze. Nie zdziwię się jak w solówce da popalić temu… jak go nazwała?
Francowi. Może nawet Dyrygent go wyrzuci ze składu. Należy mu się jak nic!
- Oj tak! Popatrzcie
jak Obój cierpi – zawtórowały Pierwsze Skrzypce, szczęśliwe, że już ich temat
się skończył.
Rzeczywiście Wiedeń był w ich zasięgu, bowiem nie tylko One
same były w jakiś sposób szczególne, ale ta skrzypaczka… piękna jak jesień, z
długą, gładką szyją. Opierały się o nią wielokrotnie, a jej piękne kasztanowe
loki lekko muskały je po gryfie.
- Hej! Obój, żyjesz? – zawołał Saksofon.
Nie było odpowiedzi.
- Chyba zemdlał! No to Franc ma załatwione!
- Nie, nie zemdlałem, tylko nie jest mi wygodnie, bo jedna z
klapek mi się nie domyka, a na dodatek ten Franc tak napluł mi na trzcinkę, że
aż spuchła. Dlatego trudno mi mówić. No cóż! Nikt nie może mi pomóc.
- No ja ci na pewno nie pomogę, choć mam trzy nogi. –
brzdęknął Fortepian w tonacji De-moll.
- Nikomu nigdy nie pomożesz, bo taką wredną masz naturę! –
westchnął Rożek Angielski.
- Coś ci się nie podoba? – zapytał glissandem jeden z
Klarnetów.
- O aleś zaczął rapsodycznie! – odgryzł się Fortepian. Uważaj
bo ci się to glissando w indycze gulgotanie zamieni. A to będzie heca jak w
adagio zagulgoczesz! Mój kompan Drugi Klarnet skicha się ze śmiechu!
- Nie śmiej się tak szeroko, Fortepianie, bo wyglądasz jakbyś
się najadł maku! Jesteś nieapetyczny!
- A ty cham! - Warknął Fortepian i zamknął klapę nad
klawiszami.
Przy takiej dawce agresji, przez chwilę żaden z instrumentów
nie odważył się pisnąć. Tylko mikrofony, zawieszone pod sufitem lekko się
kołysały z rozbawienia.
Burza jednak wisiała w powietrzu. Bębny odezwały się pierwsze
swoim głuchym, niskim dźwiękiem, jakby chciały powiedzieć, że właśnie burza
trwa w najlepsze.
- Bum, bum, bum! W kogo walniecie teraz? Kto tu siedzi jak
mysz pod miotłą, chociaż nagrzeszył najwięcej? Tuba nie udawaj, że cię nie ma!
Nie uda Ci się! Nażarłaś się metalu za wszystkich i stąd ta twoja wielkość.
Jesteś wielgaśnym nierobem. Grasz tylko pięć dźwięków, a najlepiej cię widać!
- Mnie się czepiasz, Bębnie jeden? Popatrz na swoje
brzuszysko! Pierwsze i Drugie Skrzypce tam by się zmieściły!
- Tylko nie Pierwsze Skrzypce! – zapiszczały Pierwsze
Skrzypce. – Znowu strzępicie sobie dźwięki na nasz temat? Tak was boli ten nasz
Wiedeń? No to niech was boli! Tak, gramy i to w Operze Wiedeńskiej! Niech wam się
nuty poplączą!
- O, uderz w stół! – metalicznie zapiała Waltornia. Wiemy,
wiemy, co Dyrygent zrobił z waszą skrzypaczką! W jej sypialni oprócz skrzypiec
leżała również viola d’amore. Uf!!! Ale było amoroso! Tkliwe, z uczuciem, na
punkcie albo na strunie… G!
- Wstrętna plotkara!
- Jaka plotkara! Plotka to nieprawda, a tu? Sama, czysta
prawda! Może nie?
- No i co z tego? Dyrygent nas najbardziej ceni.
- Ceni? Wycenia raczej. Sam nieźle zarobi na tym koncercie w
Wiedniu. Was za to ma i w łóżku i na scenie. A wy co z tego macie? Lepsze, nowe
struny, albo super kalafonię? – rechotała Waltornia.
- Zamilcz ty skręcona z zazdrości, zapluta Waltornio! Szkoda
każdego dźwięku na twoje chamstwo i wścibstwo. My już nic nie powiemy. Olewamy
cię równo!
- O matko! Co tu się dzieje! Gdzie ta zgoda, która musi
zapanować jak wejdzie Dyrygent. Po co strzępicie sobie dźwięki, zamiast
pianissimo wychwalać całą orkiestrę, całą waszą, jedyną rodzinę. -Zaszumiała
miotełką perkusja.
Fortepian pomału otworzył klapę, jakby chciał swymi klawiszami
uśmiechnąć się w stronę perkusji.
- O to jest mądre! Popatrzcie stare zgredy, perkusja tak
zgodnie pracuje ze swoimi wszystkimi bębenkami, czynelami, miotełkami.
Zobaczcie jak można żyć i jakie są tego dobre efekty. Ja się dziwię, że Dyrygent
jeszcze nie zwariował z Wami! Same indywidualności, zero skromności i poddania
się muzyce. Ciekaw jestem jak wyglądała by sonata w waszym wykonaniu, bez
Dyrygenta! Albo nie, nie jestem ciekaw.
W tym momencie otworzyły się drzwi dla orkiestry. Jak zwykle
pierwsza weszła ta Ruda Jesień, od Pierwszych Skrzypiec. Ujęła je prawą ręką i
położyła na swoim cudownym udzie. Powoli sięgnęła po smyczek.
Za nią szybkim krokiem wparował Franc, który nie pieszcząc się
zanadto, podniósł z podłogi obój. Potem wszyscy kolejni muzycy zajmowali swoje
miejsca, sadowiąc się wygodnie na niewygodnych krzesełkach. Układali nuty,
szukając właściwej strony.
Niektórzy z nich zaczynali ćwiczyć swoje partie, zupełnie nie
przejmując się sąsiadem, który na innym instrumencie ćwiczył swój fragment.
Poprawiali naciąg strun, jeśli dźwięk odbiegał od ideału.
W sali koncertowej, rozlegała się kakofonia, kompletne
pomieszanie, jakby instrumenty walczyły ze sobą, przekrzykiwały się z
nienawiścią.
Czyżby z tej mieszanki wybuchowej miała się narodzić sonata?
Co spowoduje, że nagle wszystko, każdy dźwięk znajdzie swoją kolejność, swoje
brzmienie i posłusznie popłynie w stronę uszu odbiorcy, oddając mu to co, w
muzyce najpiękniejsze: ukojenie i morze wyobraźni.
Ruda Jesień przestała ćwiczyć. Zawiesiła smyczek w powietrzu i
spojrzała w stronę drzwi dla orkiestry. Pojawił się on – Dyrygent.
Wiodła za nim oczami od samych drzwi aż na podest dyrygencki.
On też spojrzał na nią z malutką iskierką w oczach.
Postukał batutą, aby uspokoić tych, którzy jeszcze go nie
zauważyli, a następnie podniósł obie ręce do góry.
Zapanowała cisza.
Opowiadanie powstało na temat słowa CISZA.
czwartek, 5 marca 2015
rysowanie ilustracji
Narysowałam 39 całkiem nowych ilustracji na papierze. Potem je zeskanowałam i próbuję obrabiać, dodając to i owo albo poprawiając to i owo. Męka twórcza trwa w najlepsze. Widzę, że ilustracje są niezłe, ale nie jestem do końca zadowolona. Dzisiaj miałam bezsenną noc i wymyśliłam inną technikę - tylko kredki. ico? mam znowu rysowa wszystko od nowa, czy pozostawić te, które już mam? Teraz tak to wygląda:
i tak dalej. Zostawić, czy spróbować czegoś innego? Może ktoś podpowie?
i tak dalej. Zostawić, czy spróbować czegoś innego? Może ktoś podpowie?
Nowe opowiadanko na hasło "noc" ( raz w miesiącu wybieramy w klubie słowo, na które trzeba coś napisać)
NOCNA
ZMIANA
Mężczyzna w średnim wieku stukając białą laską w płyty
chodnika, ostrożnie ale ze zdecydowaniem szedł w kierunku sklepu spożywczego.
Można było mieć pewność, że pokonywał tę trasę wielokrotnie i być może był to
jego jedyny spacer w ciągu dnia.
Wiedziony zapachem albo nieosiągalnym dla widzących
instynktem, skierował laskę w lewo, stukając w szklaną ścianę drzwi
wejściowych. Te już za pomocą fotokomórki otworzyły się na cała szerokość,
wpuszczając mężczyznę do środka.
- Dzień dobry panie Villard! – powitał go właściciel
niewielkiego sklepiku, gdzie można było kupić lub zamówić niemal wszystko. – Co
mam włożyć dzisiaj do torby? – dopytywał, otwierając sporą torbę z papieru.
- To co zwykle… ale jeszcze jakiś szampon do włosów i płatki
kukurydziane. – Chyba dzisiaj ładna pogoda, bo czułem słońce na twarzy… Trzeba
wyciągnąć wiosenną kurtkę.
- Najwyższa pora! Już kwitną prymule i tulipany! Zima w tym
roku nam nie dokuczyła!- zapewnił pakując do torby sprawunki.
- A interes idzie dobrze, panie Bouchard?
- Trochę się ruszyło, ale przesytu nie ma. Jak zwykle koło się
kręci wolniutko.
Po chwili Paul Villard
szedł w odwrotną stronę, identycznie, ale już obarczony papierową torbą z
jedzeniem na trzy dni, jak na jego samotne potrzeby.
Musiał liczyć albo czuł liczbę kroków jakie zrobiły jego nogi,
bo tak jak poprzednio postukał laską tym razem w prawą stronę i znalazł brązowe
drewniane drzwi. Wszedł do wąskiej bramy.
Zjadł miskę płatków z mlekiem, a potem włączył radio i usiadł
na fotelu tuż przy oknie, jakby chciał obserwować to co za nim. Gdyby miał
wzrok, zobaczyłby szarą uliczkę na przedmieściach Paryża, która niczym nie
przypominała uliczek w centrum miasta. Takie domy jak tu, były wszędzie tam,
gdzie dopiero rodziło się prawdziwe miasto. Przeważnie dwupiętrowe kamieniczki,
z małymi sklepikami, stacja benzynowa, niewiele reklam i gdzieniegdzie
odpadający tynk.
Kilka ławek stojących pod kilkoma drzewami, zapraszały do
siebie staruszków w południe a wieczorami nieznanej maści młodych, zajętych z
pewnością tym, co niedozwolone. Gdyby jeszcze ta działalność odbywała się w
ciszy, byłoby znośnie, ale te ryki szczęścia i zaczepki innych ludzi, były
chwilami nie do zniesienia.
To dlatego Paul Villard postanowił spacerować, a raczej
posiedzieć na ławeczce przed domem po północy, kiedy noc sprowadzała na uliczkę
ciszę, lub prawie ciszę, bo niedaleko była jedna z obwodnic miasta, a stamtąd
dochodził jednostajny szum, buczenie silników, czasem syrena policyjna ale jak
się uprzeć to był dźwięk krwiobiegu metropolii, znośny, zbyt daleki, a więc
spoza otoczenia.
Kiedy deszcz nie szumiał na parapecie okna, Paul Villard
wkładał kurtkę, brał laskę i wychodził z domu, aby naprzeciwko wejścia do domu usiąść na ławce i oddychać lepszym
powietrzem niż w pokoju, chłonąć miasto skórą, węchem i słuchem.
Wzrok stracił jako ośmioletni chłopiec, gdy w noc
poprzedzającą święto narodowe, postanowił odpalić petardy, które jeden z kumpli
„zwinął” jakiemuś handlarzowi. Jego świat rozpłynął się w bieli wybuchu i bólu,
który bardzo długo trwał pod opatrunkami. Ból ustąpił, rany się zagoiły, ale
odtąd jego świat był uboższy o najważniejszy zmysł, który pozwala na ocenę tego
co piękne, lub nie, daje miliony doznań, których nie zastąpią inne zmysły.
Skończyły się wypady z kolegami na pobliskie tereny upadłej fabryki,
która w ich oczach stawała się polem wojny z niewidzialnym wrogiem, albo sami
dzielili się rolami i walczyli do upadłego, przynosząc do domu pokrwawione
kolana i łokcie, jako rany wojenne. Zdarzył się nawet nieszczęśliwy wypadek,
kiedy jedna z dziewczynek wdrapała się na pozostałość ceglanego muru i razem z
nim spadła, a cegły ją przysypały. Długo nie mógł zapomnieć jej buzi umazanej
pyłem ceglanym i krwawą rzeczkę płynącą z jej ust. Miała na imię Louise. Do tej
pory pamiętał jej imię.
Rodzice zabronili mu tam chodzić, a więc znalazł sobie inne
miejsce. Nieczynną stację benzynową, która udawała budowle kosmiczne na innej
planecie.
Tamtego dnia, kiedy oglądali fajerwerkowe trofea, całe jego
życie legło w gruzach jak ta mała, odważna kumpelka.
Tej nocy, Paul znów wybrał się aby posiedzieć na ławce przed
domem. Było ciepło i mgliście, przez co hałas obwodnicy zanurzał się w mgielnej
bieli i cichł nieco stając się szumem rzeki aut. Wydawało się, że siedzi
zamyślony, ale on na odwrót, starał się nie myśleć o niczym. Nie zdawał sobie
sprawy, że jest to czysta medytacja. Po niej czuł się lepiej, zasypiał lekko i
lekko się budził rankiem. Samotność wydawała mu się darem a nie przekleństwem.
W pewnym momencie, usłyszał pracujący silnik ciężarówki. Zza
zakrętu wyłoniła się śmieciarka.
- A! – pomyślał sprzątają dodatkowo, przed jutrzejszym
świętem.
Śmieciarka zatrzymywała się co chwilę, ładując w swoje wnętrze
torby z odpadkami albo wytrząsając z metalowych pojemników ich zawartość. Jeden
z kubłów odpadł od chwytaka i z koszmarnym jazgotem potoczył się po jezdni.
Zanim został schwytany przez pracowników, dźwięk wdarł się w uszy Paula, na
chwilę go ogłuszając.
Zatkał je dłońmi i cierpliwie czekał, aż samochód odjedzie.
Wtedy właśnie poczuł lekkie dotknięcie na ramieniu. Odwrócił
się odruchowo, jakby chciał zobaczyć tego, kto go dotyka.
- Kim jesteś? Jestem niewidomy…
- Paul.
- Jesteś chłopcem? Co robisz tu nocą?
- Wymknąłem się z domu, bo mnie mama nie chce puścić.
- A gdzie mieszkasz?
- A tu, naprzeciwko pod dziewiętnastką.
- To jesteśmy sąsiadami. I jesteś moim imiennikiem. Dlaczego
mama nie chce cię wypuścić z domu?
- Bo się boi. Kobiety są tchórzliwe. Nie to co moja koleżanka
Louise!
Była tak odważna, że weszła na mur wysoki na metry!
Paul Villard zaniemówił. Zrobiło mu się jakoś dziwnie, jakby
słyszał samego siebie, ale czterdzieści lat temu. Poczuł pulsowanie w dolnej
części głowy. Chyba skoczyło mu ciśnienie.
- To przecież niemożliwe! Głupie! To niemożliwe do cholery! Co
się dzieje! – pomyślał.
- Hej chłopcze, chodź, siądź tutaj ze mną i opowiedz, co stało
się tej odważnej.
Chłopak trochę nieufnie usiadł obok Paula i przez chwilę
milczał, nawet westchnął.
- Spadła, bo mur się zawalił i ją przygniótł!
- I co było dalej?
- Normalnie, odgrzebali ją, pojechała karetką do szpitala, ale
potem
Mama powiedziała mi, że Louise umarła.
Przez chwilę siedzieli nieruchomo. Mały Paul z obrazem twarzy
dziewczynki w oczach, a duży Paul z kompletnym pomieszaniem myśli i
przerażeniem. Przecież nie można cofnąć się w czasie, a on tego właśnie
doświadczał. Zupełnie jakby to było normalne zjawisko, choć zdarzało się
nielicznym. Cofnięcie się w czasie może całkowicie zmienić przyszłość w
nieskończonej liczbie kombinacji a więc z gruntu jest niemożliwością. Może to
jest halucynacja, wywołana zbyt silnym dźwiękiem pojemnika na śmieci, a ten
głos i jego historia, dziwną projekcją mózgu?
- Jesteś? – skierował pytanie w miejsce, gdzie prawdopodobnie
siedział chłopiec.
- Tak, ale muszę lecieć. Umówiłem się z chłopakami, bo chcemy
odpalić trochę petard na tej starej stacji benzynowej.
- Co?! Nie radzę! Paul nie możesz tam iść!
- Muuuszę!
- Słuchaj, masz rower?
- Nie.
- Dostaniesz go jutro, ode mnie! Daję Ci słowo honoru! Tylko
nie idź.
- A co ja im powiem?
- Powiesz, że matka zamknęła ci drzwi na klucz, i go schowała.
- Nie uwierzą, bo nigdy nie zamyka drzwi. To lecę!
- Paul, jeśli
pójdziesz, stracisz wzrok. Jestem czarodziejem. Widzisz moja laskę? To nie jest
laska niewidomego. To czarodziejska różdżka. Popatrz.
Paul dotknął rączką laski czoła. Przez chwilę udawał, że coś
wewnątrz z niego chce się wydostać na zewnątrz. Trząsł się, mamrotał aż
wreszcie zesztywniał i zawołał:
- Louise miała buzię brudną od cegieł i strużkę krwi z ust?
- Tttak… wyszeptał Mały. – Skąd wiesz?
- Mówiłem, jestem czarodziejem. Jeśli nie pójdziesz odpalać
petard dam ci tę różdżkę.
- Dobrze, a co ona jeszcze umie?
- Może znajdować złoto pod ziemią. Wtedy cichutko piszczy.
- Dobrze, biorę.
- Obiecujesz słowem rycerskim, że dzisiaj nie pójdziesz?
- Obiecuję – powiedział Mały, sięgając po laskę.
- Ostrożnie, nie może upaść na ziemię.
Paul słyszał kroki chłopca, który skierował się do ich domu.
Drzwi skrzypnęły jak zawsze. Zapanowała cisza, inna niż dotychczas. To była
dziwna magiczna, drżąca, żywa cisza. Zawieszona nad uliczką nie ocierała się o
gałęzie drzew. Zanurzona we mgle płynęła tam i z powrotem jakby kręciła się
wokół Paula zwiastując coś nowego i równie niezrozumiałego jak wizyta Małego.
Niedaleko, kilka domów na północ od miejsca gdzie siedział
Paul, coś wybuchło. Głuchy, przytłoczony mgłą dźwięk przetoczył się echem po
uliczce.
Paul wstał z ławki. Przez chwilę czuł zawrót głowy. Pomyślał,
że zbyt szybko przybrał pionową postawę, ale zawrót nie ustępował. Chwycił się
oparcia i usiadł. Zdjął okulary i przetarł oczy. Kiedy je odruchowo otworzył,
zobaczył jakiś cień, a właściwie bladą plamę, kilka plam. Latarnie rzucały
blade światło, a mgła rozpraszała je miękko. Po chwili obraz zaczął się
wyostrzać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






























