Popatrzcie co narysowałam chchory okiem... chciałam ozdobić jej książeczkę. Na ile potrafię oczywiście. A poza tym miałam zajęcie i nie myślałam za wiele o tym co mnie czeka.
Jej książeczka to "Błękitny domek nad strumykiem" - opowiada o jej i jej siostry wakacjach u Dziadków na wsi. Jest śliczna (książeczka), i to Bożkowy debiut prozy.
Uwielbiam czarno-biale ilustracje ołóweczkiem.
Niby nic...a może jednak coś w tym jest? Nawet jeśli jest to odrobina, to już dobrze, bo to znaczy, że warto było.
wtorek, 1 września 2015
czwartek, 27 sierpnia 2015
oczy
Nie chcę myśleć o tym co może się zdarzyć. Grozi mi ślepota. Jak żyć odbierając świat wechem, słuchem i dotykiem? Mam bardzo złe chwile. To wystarczy.
Następnego dnia. Szybko dochodzę do siebie choć strach i smutek wierci mi dziury w oczach. Może to coś pomoże mojemu wysiękowemu zwyrodnieniu plamki żółtej?
Następnego dnia. Szybko dochodzę do siebie choć strach i smutek wierci mi dziury w oczach. Może to coś pomoże mojemu wysiękowemu zwyrodnieniu plamki żółtej?
Kiedyś narysowałam w photoshopie za pomocą elektronicznego pędzelka takie oko.
Czarujmy więc, szamańmy, zaklinajmy, szeptujmy, może się uda!
niedziela, 23 sierpnia 2015
niedziela, 9 sierpnia 2015
nowe opowiadanko: Bonsai
Opowiadanie
na słowo „Drzewo”
Bonsai
Za oknem
padał deszcz. Po przeciwnej stronie
ulicy, na przystanku autobusowym stała kobieta osłonięta różowym parasolem.
Była sobota. Autobusy jeździły rzadziej niż w dni powszednie. Parasol chronił jej
głowę, ale deszcz zacinał po nogach. Stała w kałuży.
Marmurowy
parapet boleśnie uciskał stare kości Adeli, która postanowiła zobaczyć jak
kobieta z przystanku wreszcie wsiada do autobusu. Razem z nią niecierpliwiła
się, że to tak długo trwa. Mijały nudne minuty... wreszcie jest! Z piskiem
otworzył drzwi, kobieta zwinęła parasol i wsiadła do środka.
Skończyła
się filmowa scena, rozgrywająca się tuż pod oknem starej, samotnej kobiety.
Wszystko, co było ruchem, życiem zniknęło z kadru. Pozostały jedynie skurczone
krzewy i migocząca woda w kałużach.
Zadzwonił
telefon.
- No i co,
Mamo coś ci kupić w sklepie? Masz chleb i masło? A może biały serek? Jedziemy
do sklepu.
Pytanie
córki zburzyło zastygły spokój. Przez chwilę Adela zbierała myśli w jakąś
konkretną formę, aby jednocześnie pomyśleć, czego brakuje i odpowiedzieć w
logiczny sposób. Spodziewała się jakiegoś pozdrowienia, co łagodniej
sprowadziłoby ją na ziemię.
- Jesteś
tam? Mamo! Jak się czujesz? Dobrze?
Pytania
padały jak krople wody z kranu w zlewie.
- Tak,
córeczko, dobrze... chyba wszystko mam.
Wiesz jak mało potrzebuję.
- No to sami
popatrzymy, co ci kupić! No to pa!
Ciągły
sygnał dał znać, że rozmowa została zakończona. Adela powoli odłożyła
słuchawkę. Podeszła znów do parapetu. Za oknem nic się nie zmieniło.
- Popatrz
Mareczku, jak się tutaj żyje. Nic się nie dzieje. W naszym domu, nawet jak
padał deszcz, było ciekawiej. Te trzy topole za oknem z dziuplą wiewiórki,
która tylko wystawiała nosek i tak jak my nie miała ochoty wychodzić na
zewnątrz. Dym z komina w domu sąsiada i plusk wody w rynnach... pamiętasz?
Co ja mówię... odszedłeś sobie i ot tak, mnie zostawiłeś, samą z twoim drzewkiem. Mogę tylko do niego pogadać. Tak samo nie doczekam się odpowiedzi.
Co ja mówię... odszedłeś sobie i ot tak, mnie zostawiłeś, samą z twoim drzewkiem. Mogę tylko do niego pogadać. Tak samo nie doczekam się odpowiedzi.
Przy drugim
skrzydle okna stało bonsai. Duma jej męża, który trzydzieści lat temu natknął
się na opis hodowli takiego drzewka. Sam znalazł okaz samosiejki wiśni. Rosła
tuż przy ścieżce i chyba wielokrotnie została zdeptana, bo pień zgarbił się i
wykręcił w osi. Jej wola życia zdecydowała o tym, że Marek przyniósł ją do
domu, znalazł płaską podstawkę do doniczki i rozpoczął swoje dzieło.
Miał cały
zestaw narzędzi tortur, drut, sprężynki, malutkie grabki i łopatkę. Dobierał
podłoże, przycinał korzonki i gałązki. Zmuszał drzewko, aby dalej było małe, pokrzywione
ale jak każda wiśnia, jesienią zrzucała liście a wiosną kwitła maleńkimi
kwiatami, cała w różowej mgle płatków.
To był
najpiękniejszy etap życia Adeli. Marek pracował, jako zawiadowca stacji,
niedaleko od domu. Jagienka chodziła do pobliskiej szkoły. Nie potrzebowali
niczego specjalnego do życia. Mieli dom, trochę zbyt duży na ich troje, i ogród
ze starymi drzewami. Pewnego dnia Jagienka wyfrunęła na studia, a dom nagle się
powiększył, spuchł pustką po niej. Tak to jest, że jesteśmy świadomi takiego
rozwoju wypadków, ale gdy to nastąpi, jesteśmy zaskoczeni. Ze zdziwieniem
oglądamy puste kąty, jakby osoba, która odeszła zabrała ze sobą część dźwięków,
zapachów i przestrzeni.
Kiedy Jagienka
odwiedzała ich w przerwach semestralnych, nagle wszystko wracało na swoje
miejsce. Byli poruszeni szczęściem, jakie dawała ta głupiutka jeszcze, ale ich
ukochana córeczka. Mijały lata i odwiedziny stawały się rzadsze, a ta dotąd
szczebiotka, zamieniła się w kobietę pewną siebie i tego, co mówi. W końcu
studia prawnicze uczą mówić w sposób kategoryczny, nieznoszący sprzeciwu.
Kazała ściąć
topole. Podobno zagrażały domowi sąsiadów, a czym to grozi poinformowała ich zwięźle
i przerażająco. Załatwiła pozwolenie na ścinkę i tuż przed wyjazdem położyła je
na stole.
Jesienią,
kiedy opadły już wszystkie liście, a drzewo szykuje się do zimowego snu,
przyjechał samochód z trzema ludźmi i jedną wielką piłą mechaniczną. Adela
miała nadzieję, że wiewiórka wyprowadziła się wcześniej, słysząc wyrok na jej
dom.
Topole
upadały dokładnie wyznaczone miejsce. Najpierw usiłowały się zahaczyć
gałęziami, ale ich ciężar łamał je jak zapałki i w końcu z głuchym dźwiękiem
upadły na ziemię. Ziemia zadrżała z oburzenia. Z kikutów uciętych pni wypłynęła
woda. Z topoli wypłynęło życie.
Nic nie
zastąpi smutku, jaki zagościł w ich domu. Wprawdzie Marek z wystających z ziemi
pni zrobił małe ławeczki i stolik, ale Adela ciągle widziała topole, jak
wysokie, gięły się podczas burzy, sypiąc swoimi blaszanymi liśćmi dookoła.
Nie
rozmawiali ze sobą tak często jak dawniej. Każde spojrzenie w okno, przynosiło
obraz padających drzew. Nic nie dawało zmiany obrazu. Wreszcie Adela zrobiła na
szydełku zazdrostki, które w oknie zamazywały tamto wspomnienie.
Trzy lata
temu Jagienka przyjechała z mężczyzną.
- To Dawid,
mój narzeczony. Chciał was poznać.
Dawid okazał
się miłym, niezbyt wysokim, ale serdecznym człowiekiem.
Z zaciekawieniem oglądał dom, podziwiał piękny wysoki kamienny fundament, taras okolony ozdobnym płotkiem i ogród: prawdziwy, trochę zaniedbany,
ale przez to tajemniczy.
Z zaciekawieniem oglądał dom, podziwiał piękny wysoki kamienny fundament, taras okolony ozdobnym płotkiem i ogród: prawdziwy, trochę zaniedbany,
ale przez to tajemniczy.
- To na
dachu to gont?
- Tak -
odpowiedział Marek - proszę sobie wyobrazić, że ten dębowy gont ma już
siedemdziesiąt lat i wytrzyma drugie tyle!
- Piękna
posiadłość - powiedział Dawid.
Adela nawet
w najśmielszych myślach nie przypuszczała, że on ten ich dom wyceniał,
szacował, liczył, jaką ma wartość...
zrozumiała to trochę później. Parę lat później, kiedy bezradna, została
sama.
Ludzie nie
powinni umierać wiosną. Śmierć powinna zarezerwować sobie wszystkie listopadowe
terminy, albo zimne, deszczowe dni. Wtedy, gdy rodzą się wichury, tornada i
cyklony. Ale nie w kwietniu, kiedy kwitną drzewa.
Marek
chorował tylko jeden rok. Jagienka, bardzo przejęta chorobą ojca, wraz z
Dawidem, zabierali Adelę do szpitala. Finansowali jej taksówki tam i z
powrotem. Adela tak bardzo przejęła się stanem męża, że nie zauważyła
zbliżającej się samotności. Była potrzebna Markowi, bonsai i kotu, który miał
na imię Baron.
Drzewko
zaczynało kwitnąć. Chciała nawet zawieźć je i pokazać Markowi, ale nie
przypuszczała, że jest tak ciężkie, a poza tym mogła je przecież uszkodzić!
Pojechała jak zwykle około czternastej. W jego sali zastała puste łóżko. Przez
chwilę pomyślała, że pomyliła pokoje, ale numer się zgadzał. Pielęgniarka
dotknęła jej ramienia.
Cisza
rozgościła się w jej domu. Rozpierała się na fotelach i kanapie, wyglądała z
kuchennych szafek, wsuwała się pod kołdrę w sypialni. Baron czasem czujnie
nastawiał główkę i rozszerzonymi źrenicami wpatrywał się w jakiś punkt w
przestrzeni. Adela też patrzyła w ten sam punkt i miała pewność, że oboje widzą
niewidzialnego Marka, który tak jak oni, nie może zrozumieć, co się stało.
Jagienka i
Dawid, po tygodniu od pogrzebu, wzięli dwa tygodnie urlopu i przyjechali do Adeli.
Przez pierwsze dni, byli dla niej bardzo mili. Nawet rozmawiali z nią na
tarasie domu, pocieszali, snuli różne opcje jej przyszłości, a przede wszystkim
stwierdzili, że nie może tu pozostać sama, bo rozchoruje się z samotności.
- Mamo,
przecież nie dasz rady palić w piecach, nosić drewno, odśnieżać zimą. Nie
jesteś już młoda. Za ten dom możesz mieć przytulne mieszkanko w Warszawie,
niedaleko naszego mieszkania. Nic nie musisz robić. Będziesz mieć sklep za
rogiem i ogrzane, ciepłe mieszkanie.
- Nie musi
się mama męczyć przeprowadzką - dorzucił Dawid - Sami się wszystkim zajmiemy.
Mama tylko wsiądzie do samochodu z kotem i torebką. A my już wszystko mamie
urządzimy. Będzie wygodniej... a poza tym łatwiej będzie mamie przeżyć stratę
ojca.
Ten dwugłos
zabrzmiał Adeli jak słodki wyrok sądowy. Wiedziała, że każde słowo sprzeciwu
odbije się od zimnego szkła rozsądku swojej córki. W końcu miała tylko ją.
Nowe
mieszkanie znajdowało się na drugim piętrze czteropiętrowego budynku, w nowej
dzielnicy mieszkaniowej nieopodal pałacu w Wilanowie. Składało się z malutkiej
sypialni, salonu, kuchni i łazienki. Zamiast ogrodu był taras. Niewielki, ale
ozdobiony tujami w donicach, które jak noże kaleczyły niebo.
Nikt jej nie
pytał, jak chciałaby je urządzić, więc kupili jej nowe mele z IKEI, a dla
osłody dorzucili serwantkę z porcelaną i sekretarzyk. Parę obrazków, firanki,
które sama zrobiła na szydełku i albumy ze zdjęciami dodały wnętrzu tego czegoś,
ze starego domu. Nie zapomnieli o bonsai.
Ze specjalna
troską zapakowali drzewko do kartonu pilnując, żeby tak je zabezpieczyć, aby
się nie przesuwało.
W dzień
przeprowadzki zabrano ją samochodem zięcia do Warszawy. Była w ich domu po raz
pierwszy. Po raz pierwszy widziała mieszkanie, do którego wjeżdżała winda. Wszystko błyszczało stalą, marmurem i
wszechobecną szarością przetykaną bielą. Trochę kojarzyło się to z poczekalnią
u dentysty, ale widocznie tak powinno być.
Jej domowe
wnętrze nie było tak bezosobowe, bezduszne, dzięki tym kilku drobiazgom
przeniesionym z przeszłości. Kot Baron, był przez tydzień obrażony, próbował
wymknąć się na dwór, ale nie pasowała mu klatka schodowa z windą naprzeciwko. Zaakceptował
jedynie taras, gdzie siedział skulony obok doniczki z tują.
Okazuje się,
że cisza przywędrowała tu razem z nią. Miała
mniej miejsca, aby się kokosić, ale za to była bliżej Adeli z powodu
szczupłości metrażu. Na dodatek bonsai chyba poczuło się gorzej. Może woda,
inna niż ta, do której był przyzwyczajony? Adela opiekowała si nim tak samo jak
Marek. Nie przesadzała go, bo przecież stare drzewa tego nie lubią...
Kiedy spadł
ostatni listek, a ogołocone drzewko zamiast kwitnąć zostało dotknięte podmuchem
śmierci, Adela zastygła w niezrozumiałym przerażeniu, przeczuciu czegoś
ostatecznego, bezlitośnie ucinającym czas przyszły.
Tego dnia, po
źle przespanej nocy, Adela zadzwoniła do Jagienki. Chciała ją usłyszeć,
zobaczyć, poczuć. Uspokojona usiadła na fotelu, obróciwszy go do okna, na
którym stało bonsai.
Podobno
niektóre drzewa mają zapasowy komplet liści. Postanowiła, że będzie tak
siedzieć i czekać, aż je wypuści.
Zachodzące
słońce podświetliło drzewko na pomarańczowo. Najpierw pojawiła się szara
delikatna mgiełka. Potem zmieniła kolor na różową i gęściejszą, zacierając
smutne gołe gałązki. Znów zmieniła barwę na zieloną i wtedy pojawiły się
pierwsze liście, które rosły w oczach. Kiedy pojawiły się pierwsze bladoróżowe
kwiaty, Adela chciała wyciągnąć ręce, aby ich dotknąć i... już nie mogła. Jakby
była po innej stronie obrazu.
niedziela, 2 sierpnia 2015
piątek, 24 lipca 2015
korekta
Dziś odesłałam do wydawnictwa pierwszą korektę tekstu "Bajek ze śniegu". To znaczy, że lada moment ujrzy świat moja trzecia książka!
poniedziałek, 6 lipca 2015
Dla zainteresowanych początek książki "Bajki ze śniegu"
Noce polarne w Rovaniemi
są smutne i szare. Jedyną kolorową ozdobą bywają zorze, ale są rzadkim
zjawiskiem i niechętne pokazują się ludziom.
Dziś, dzień i noc zlały się
w jedno atakując wszystko, co bardziej kolorowe i ożywione. Ulice zbiegające
się w szarych punktach, starały się ukryć ruch aut i barwę reklam, zmniejszając
wszystko im bliżej było do horyzontu.
Nawet cisza była tu
szara, wydawało się, że ludzie mówią szeptem, muzyka brzmi dyskretniej,
a kontrast światła i cienia zawarły małżeństwo doskonałe.
a kontrast światła i cienia zawarły małżeństwo doskonałe.
Jarmo siedział przy dużym
oknie, jakie mają pracownie grafików i popijając wino niechętnie zabierał się
do pracy. Na stole leżał papier, piórka, tusz, pędzelki – wszystko, co
niezbędne, aby stworzyć komiks. Tchnąć weń obrazki, akcję i dźwięk. Stworzyć
postaci, stroje, powtarzalność osób, czyli całą formę opowiadań spod piórka.
Było mu trochę zimno, a
nie chciało mu się sięgnąć po sweter, musiałby wstać. Patrzył więc, przez okno na niebo wyglądające jak szary
koc, rozciągnięty po horyzont. Migocące żółte światełka okien, nieco ożywiały
tę szarość. Wydawnictwo, które zamówiło u niego tę pracę, było jednym z
najbardziej znanych w Finlandii. Niestety scenariusz, który napisał jego
przyjaciel był dość nudny i bez polotu. Zmagał się więc z problemem: chcieć to
móc.
Pijąc już drugi
kieliszek, doszedł do wniosku, że jeśli tworzywo nie to, to i produkt wymyka
się i zaczyna żyć kalekim życiem.
Pomyślał o domu dziadków
i poczuł pod powiekami rozleniwiające ciepło. Najpierw ołówkiem, potem piórkiem
narysował wnętrze domku, dodał kominek, ogień, położył poduszkę obok kominka,
postawił fotel, stół i krzesła. Zadowolony, dorysował dwa koty na poduszce,
dwie myszki wyglądające zza kominka i właściciela – malutkiego człowieczka w
czerwonym kubraczku, który siedział jak król na malutkim fotelu w
malusieńkim domku.
Został mu jeszcze łyk wina. Pochylił kieliszek,
zmrużył oko i spojrzał na swoje dzieło przez szkło. Odniósł wrażenie, że ogień
na kominku lekko drgnął.
Odstawił niedopite wino i spojrzał
jeszcze raz... Tak! Ogień mrugał radośnie, a istotka w czerwonym kubraczku
zeskoczyła z fotela. Koty obudziły się, a myszy umknęły do dziurki.
- Kim jestem?- spytała
istotka.
- Hmm... Jesteś po prostu
krasnoludkiem... Tak będzie najlepiej, bo ludzie będą cię rozpoznawać. Masz na
imię …Kapturek, jak bohater mojego komiksu.
- Po co jestem?
- Hm…po to, abym wreszcie
poszedł spać i nie odpowiadał na dziwne pytania! – powiedział trochę przerażony
Jarmo sądząc, że to efekt wina i braku snu.
- Żegnam cię do rana,
siedź tu cichutko – dodał.
Krasnoludek posmutniał. Pierwsze chwile w życiu, zabrał mu
sen jego stwórcy. Pierwsze pytania pozostaną bez odpowiedzi, aż do rana.
Spojrzał na koty, które już uspokojone, wtuliły mordki we własne futerka i
zaczęły dalej śnić o motylach.
środa, 3 czerwca 2015
Nowe opowiadanko (zczerwca 2015 na słowo PUSTKA)
PUSTYNNY KRZEW
Pecos,
Texas, 20 czerwca 1989
Droga Lilly,
Nigdy nie sądziłem, że napiszesz do mnie list. Wprawdzie to
już nie ten adres, bo zmienili numeracje domów, ale znajomy listonosz wiedział,
gdzie mnie szukać. Pisząc do mnie byłaś jeszcze w tamtej epoce. Rozumiem, to
prawie trzydzieści lat. Trzydzieści suchych, wietrznych lat. Niewiele zmieniło
się w moim... naszym miasteczku.
Pamiętasz, stacja benzynowa mojego ojca. Za nią już koniec
świata. Stanową dwudziestką do Abilene, a potem dalej i dalej toczył się Twój
Dodge, jakby wiedział, że już tu nie wróci. Zakurzył drogę za sobą, puszczając
w niepamięć to małe, ciche i trochę gnuśne miasteczko. Pamiętam, stałem na
poboczu i nie mogłem uwierzyć.
Kurz się rozwiał, droga świeciła pustką, a ja wróciłem do
domu, który po części był stacją benzynową a zarazem, gdyby zasłonić
dystrybutory, gotowym elementem scenografii dla westernu.
Ojciec krzątał się jak zwykle tu i tam, w swoim niebieskim
kombinezonie, stwarzając wrażenie ruchu w interesie, który jednak drzemał sobie
spokojnie z braku chętnych na benzynę. Ci, którzy startowali z El Paso i
jechali do Dallas, wiedzieli, że w taką podróż trzeba mieć pełny bak już na
starcie. Przemykali przez Pecos jak ścigające się konie, nie racząc spojrzeć w
bok, gdzie stary, siwy człowiek w kombinezonie, gotów był nalać paliwa, pogadać
a może nawet umyć szybę.
Lubił cię bardzo. Cieszył się jak dziecko, kiedy mógł
poczęstować Cię własnoręcznie zrobioną lemoniadą, a Ty piłaś ją łapczywie
ocierając potem usta wierzchem dłoni. Mam ten obraz przed oczyma. Ten i wiele
innych. Przed moimi oczami przewijają się króciutkie filmiki z Tobą w roli
głównej. Wiele i niewiele zarazem. Zacznę od naszej stacji. Pamiętasz, obok
domu była huśtawka na dwie osoby. Kiedyś tato zrobił ją dla mamy. Lubili huśtać
się patrząc na zachód słońca nad Teksasem. Pamiętasz jeszcze te zachody? Jakby
niebo krwawiło idąc ku nocy. Potem już my razem, na tej huśtawce, podziwialiśmy
je, w ciszy. Powiedziałaś wtedy, że niebo chyba płacze krwawymi łzami za dniem,
który utraciło, ale jak się prześpi, odżyje.
Tak też myślałem o nas. Myślałem, że odjedziesz, ale przecież
musisz kiedyś wrócić, bo życie kołem się toczy.
Przecież byliśmy sobie najpierw jak brat i siostra, potem
oboje dotknęliśmy swoich rąk jakoś inaczej i przeraziłem się. Ty chyba też, że
coś się zaczęło, coś dziwnego i pociągającego zarazem. Twoje włosy nie były mi
już obojętne. One pachniały. Twoja sukienka mieniła się kwiatkami, które
tańczyły dookoła Ciebie, a ja coraz częściej stałem jak idiota, nie wiedząc, co
począć z tym odkryciem.
Pomogliśmy sobie oboje. Tego lata Pecos River była wyjątkowo
piękna. Chłodna woda, piasek plaży i pustka dookoła. Zmęczeni bieganiem w
wodzie, usiedliśmy w cieniu drzew. Rzeka szumiała, pluskała, przekomarzała się
z piaskiem brzegu.
Dotknęłaś mojego ramienia i spojrzałaś mi w oczy. Potem już
wszystko potoczyło się jak ta woda w rzece. Nieubłaganie narzuciła nam nasz
nurt, dała bezzwrotną pożyczkę czułego dotyku pierwszej miłości.
Jestem już starym człowiekiem. Mam czterdzieści trzy lata i
nadal czerpię z kapitału, jaki ofiarowała nam Pecos River. Ona ciągle udziela
mi następnych kredytów, nie pozwala zapomnieć tego popołudnia nad rzeką.
Czasami miałem chwilę zwątpienia. Zwłaszcza po śmierci ojca.
Od jakiegoś czasu narzekał, że się zbyt męczy. Wstawał coraz później a i za
dnia przysypiał w różnych dziwnych miejscach. A to na ławeczce przed stacją,
albo za domem w dawnej stajni, znajdywałem go śpiącego na beli słomy, albo przy
stole w kuchni.
Tego wieczoru, kiedy przygotowałem już dla nas kolację,
zauważyłem, że znowu zniknął. Znalazłem
go na huśtawce. Siedział w jej rogu, oplótłszy ręką sznur, zachował pozycję
siedzącą. Tylko głowa opadła mu nisko na pierś. Myślałem, że znowu zasnął.
Dopiero po jego śmierci, poczułem, czym jest samotność. Coraz
bardziej bladł Twój obraz. Zacierał się, niszczał jak farba z okien, o których
wiesz, że kiedyś były białe. Traciłem nadzieję, wiarę, że kiedyś jeszcze Cię
zobaczę. Przyjedziesz już z pewnością innym samochodem, drogą, którą odjechałaś
i powiesz:
- Wiesz widziałam już wszystko, a teraz chciałabym się
pohuśtać na twojej huśtawce!
Takie i inne głupie scenariusze plotła moja wyobraźnia, kiedy
siedziałem na ławeczce przed stacją i patrzyłem na toczące się, koziołkujące
po naszej drodze krzewy
biegacza pustynnego. Splątane gałązki swoją gmatwaniną tworzą idealną figurę,
kształt znany w kosmosie - kulę. Jak nikt w miasteczku, lubiłem je za spryt,
wytrwałość i godną podziwu umiejętność wędrowania. Gdybym nie był tak bardzo przywiązany do tego
miejsca, pewnie porwałby mnie wiatr z wołaniem:
- Hej Panie Tumbleweed, do roboty, toczcie się, zatarasujcie
tę drogę, aby już nikt nią nie wyjechał!
Nie mogłem opuścić tego skrawka ziemi nieprzyjaznej. To
przecież jedyne miejsce na ziemi, w kosmosie, do którego istnieje szansa, że
wrócisz.
Sprzedałem stację benzynową. Wydawało mi się, że idiota,
który ją kupi, będzie przędł tak cienko jak my z ojcem. Myliłem się. Dokupił
jeszcze kawałek ziemi i wybudował wielką stację Exxon. Z barem szybkiej
obsługi, toaletą i wiecznie brzęczącą muzyką. Dom zostawił mnie. Widocznie
stwierdził, że dom jest zabytkiem, ja też, więc przyciągniemy turystów. Jak
niedźwiedzie w Yellowston.
Siedzę więc, jak skamielina na naszej huśtawce i patrzę w
przestrzeń. Słońce zachodzi tak samo, jakby nic się nie stało. Noc nie przynosi
ochłody. Opuszczam rondo kapelusza niżej i spod niego patrzę przed siebie.
Nic tylko szeleszcząca cisza, żar lejący się z nieba i
pustka. Chrzęszczący w zębach piasek, kojący cień kapelusza i piekący skwar
poza nim. Namacalnie czujesz pustkę. Jest jak nieznośny smród, ale z czasem się
przyzwyczajasz.
Wtedy siedzisz, wpatrujesz się w drzewo i nie chcesz, nie
możesz nic zrobić i... nic nie robisz. Po prostu siedzisz, patrzysz i nic nie
czujesz.
I tak sobie trwam w beznadziei z wielką pustką w sercu.
Ehhh... ale, co ja będę więcej Ci pisać... przecież wiesz, o
co chodzi. Doskonale wiesz.
Pytasz, co u mnie? - Wszystko ok!
Pewnie to chciałaś usłyszeć.
Zawsze Twój Ben
opowiadanie powstało dla słowa PUSTKA
czwartek, 21 maja 2015
WÓZKARZ
WÓZKARZ
Kółka wózka sklepowego terkotały na
spojeniach kostki brukowej. Wiozły całe dwa złote, które Józiek wyjmie,
wsuwając w otworek blaszkę poprzedniego wózka. Różnie się trafia, ale
przeważają złotówki.
- Dzisiaj jakiś
urodzaj na dwójki -pomyślał z zadowoleniem.
Ludzie niechętnie
oddają wózki takim jak on. Starsi, pewnie z oszczędności, wolą drałować do
składu, utykając albo kolebiąc swoje tłuste ciała. Tylko bogatsi i rozleniwieni
zakupami, bez słowa popychają pusty wózek ku żebrakowi. Tak. Tak odbierają
takich jak Józiek. A przecież to, co robią jest jakimś rodzajem pracy. Deszcz nie
deszcz, w mrozie i w upale, chodzą po wielkim parkingu, wypatrując klienta. To
niepisana umowa. Nie siedzą za ziemi z wyciągniętą ręką.
Wózkarze zaliczają
się do tych całkiem wolnych zawodówtakich jak grajkowie, uliczni cyrkowcy, a
nawet prostytutki. Każde z nich przecież coś oferuje.
Józiek ma zdrowe silne nogi, stare, miękkie trampki i lubi spacerować. Uwalnia ludzi od zbędnego wysiłku i ciężaru monet w portfelu.
Józiek ma zdrowe silne nogi, stare, miękkie trampki i lubi spacerować. Uwalnia ludzi od zbędnego wysiłku i ciężaru monet w portfelu.
Józiek ma nawet
kumpli pod Auchanem. Jeden z nich - Robert wygląda nienajlepiej. Ma zbyt
fioletową twarz i lekko śmierdzi ale jest fajnym kumplem. Jak widzi, że Józiek
już kieruje się do jakiegoś wypasionego Opla, nawet gdy jest bliżej samochodu,
udaje, że nic nie widzi. Wie, że może sobą zrazić klienta i wtedy obaj nie
zarobią. Robert poluje na podobnych do siebie. Tacy bardziej rozumieją jego
potrzeby.
Mają też wspólny
klub, do którego zaglądają aby kapkę odpocząć i ugasić pragnienie. Za ogromnym
pojemnikiem na śmieci, z tyłu kompleksu Auchan, gdzie wyrzuca sie niechciane
jedzenie, jest mała przestrzeń pod daszkiem. Tam kilka kartonów tworzy podłogę,
trzy palety są meblami a w jednym solidnym kartonie zawsze jest butelka wody,
butelka wódy i bułki, które po dwóch dniach są przez sklep wyrzucane do śmieci.
A czego tam jeszcze nie ma! Przeterminowane, choć jeszcze dobre sery, wędliny,
mleko! Żyć nie umierać! Sypialnia i jadalnia obok. Toaleta jest w środku
budynku. Późnym wieczorem, kiedy mały ruch, można się jako tako ochlapać. Zimą
jest gorzej, ale zawsze trzeba jakoś zaradzić.
Mają swoje mety i
swoich przyjaciół. Stanowią zwartą, niedostępną grupę, jak rotarianie o innej
orientacji majątkowej i światopoglądowej. Na swój sposób Józiek był szczęśliwy.
Dziś Józiek stał
przy wejściu, w słonecznej plamie, delektując
się ciepłem na twarzy i brzękiem monet w kieszeni, którymi się bawił
przewracając je palcami. Niedawno spadł krótki, ciepły, majowy deszczyk i
powietrze pachniało kurzem i asfaltem.
Ruch był niewielki,
a więc nieśpiesznie podreptał przed siebie wzdłuż nielicznych, zaparkowanych
samochodów. Coś białego, leżącego na
ziemi w pustym miejscu dla pojazdów, zwróciło jego uwagę. Była to zadresowana i
zaklejona koperta, tylko trochę zmoczona deszczem.
- Barbara Warak, ul.
Tulipanowa 33, Józefosław - przecztał na głos. - To niedaleko, pod 22 w garażu,
kwaterowaliśmy w zimie. Józefosław. Na drugie mam Sławek. To jak list do mnie i
do Barbarki... ciekawe jak wygląda. - pomyślał Józiek.
Naszła go przemożna
ochota, aby pójść i oddać list Barbarze. Może coś się wydarzy?
Szedł rażnym krokiem
jak człowiek idący załatwić jakieś ważne sprawy. Kiedyś był przystojnym facetem i gdyby nie to
okropne ubranie i brak fryzjera, każdy by się nabrał, że jest jakimś
urzędnikiem, od którego coś zależy. Niósł kopertę w ręku niby urzędowy dokument.
Mijał zielone ogrody. Bzy pachniały jak
oszalałe.
Słońce wyjrzało na
chwilę, ale nagle zachmurzyło twarz, zapowiadając deszcz. Lunęło z nieba, bez
ostrzeżenia. Do Barbary jeszcze było kawałek drogi, więc schował kopertę pod
kurtkę i postawił kołnierz. Nigdzie nie było miejsca, aby się schować. Same
domy za ogrodzeniem, jeden obok drugiego. Trudno, może ubranie trochę upierze się na nim!
Zadzwonił do domu
guziczkiem przy furtce. Stał chwilę moknąc niemiłosiernie, zły na swój nagły pomysł,
już chciał się odwrócić, gdy uchyliły się drzwi wejściowe.
- Tak? - spytała
drobna blondynka.
- Znalazłem na
parkingu list do pani. Postanowiłem go pani przynieść. Wpuści mnie pani? Bo nie
chciałbym aby Pani zmokła! Wystarczy, że ja jestem jak gąka!
- No... chyba nie
powinnam, ale proszę..
Furtka zaćwierkała i
pchnięta wpuściła Józka o środka. Blondynka wyszła na zewnątrz, gdzie pod
daszkiem ganku, mogła bez obaw przyjąć doręczyciela.
- Rzeczywiście, do
mnie. Dziękuję. Ale pan zmókł. Proszę, niech pan wejdzie i choć trochę się
osuszy. Dam panu herbatę.
Siedział przy
kuchennym stole, przy którym siedziała mała dziewczynka i jakby wogóle go
niezauważając, rysowała jakiś dziecinny rysunek kredkami. Barbara nalewała wodę
do szklanki. Rzeczywiście była drobna, wyrażnie zmęczona i trochę zaniedbana. Przepychu
w domu nie było. Bardzo skromna kuchnia ze smutną dziewczynką i jej smutną
matką.
Postawiła przed nim herbatę i talerzyk z
drożdżowym, jeszcze ciepłym ciastem.
- Sama piekłam. Nie
stać nas na kupne, a poza tym nie lubię przepłacać. Za taki kawałek policzyliby
sobie z pięć złotych. A mnie cały placek kosztował najwyżej siedem!
Siadła naprzeciwko
Józka i otworzyła list.
- O! Kupon totolotka
„na chybił trafił”! Nic więcej nie ma. Nie wiadomo od kogo... chociaż, domyślam
się. Pewnie zamiast pieniędzy! No cóż, lepiej nie będzie. - powiedziała i przez
chwilę patrzyła na bilet losu w milczeniu.
Józiek niedowierzał
temu co widzi. Był gościem. Pachniała drożdżowa babka. Herbta była gorąca, z
cukrem i cytryną. Obok ładna i dzielna kobieta. Świat, który utracił i już
zapomniał jak wygląda.
Wracał do swojego
kartonowego królestwa ciągle mając przed oczami Barbarę i jej milczącą
córeczkę. Pomyślał nawet, że za jakiś czas mógłby ją odwiedzić przynosząc jakiś
kwiatek.
- Hej, Józiek,
gdzieś ty był - zawołał Robert. - Ruch jak cholera! bierz się do roboty, ja
spadam do Klubu.
Pracował zawieszony
we mgle wspomnień. Jak dotąd wszystko było przewidywalne. Każdy dzień
jednakowy, wśród tych samych ludzi, bo klienci nie byli ludźmi tylko masą
dostarczającą pieniędzy. Był piątek.
Wszyscy chyba wybierali
się na majówkę. Teraz wyjeżdżali z koszami pełnymi zakupów. Dwuzłotówki
dosłownie same pchały się do kieszeni.
Po tygodniu Józiek z
bukiecikiem konwalii, znowu nacisnął dzwonek przy furtce. Nikt nie otworzył. Zatknął więc bukiecik w metalowy fragment
ogrodzenia.
Po paru tygodniach
znowu poszedł na ulicę Tulipanową myśląc, że wtedy po prostu gdzieś poszły i
wróciły.
Uschnięty bukiecik
konwalii nadal tkwił w ogrodzeniu. Teraz już nie miał wątpliwości, pewnie gdzieś
wyjechały. Zniknęły z jego ledwo co nakreślonej nadziei. Jakie życie - taka
nadzieja. Jego nadzieja stopniała zamieniając się w małą grudkę smutku. Sam
postanowił, że nie pozwoli jej urosnąć.
Koniec lata niósł tę
miepotrzebną myśl o przemijaniu i kolejnej zimie. Dlatego ludzie mówią: przeżył
osiemdziesiąt wiosen. Dlaczego nie zim albo jesieni? Bo tylko dla wiosny chce
się żyć, a umierać najlepiej w listopadzie. Takie i inne rozważania dopadały go
w stanie bezczynności zawodowej.
Szukał muzyki w skrzypieniu
kółek wózkowych, czasem podsłuchiwał rozmowy klientów, karmił kawki bułką.
Bardzo lubił ich głosy a pokochał, kiedy ktoś mu powiedział, że dobierają się w
pary ma całe życie.
Posmutniał,bo Robert
chyba się rozchorował na dobre. Ochrona Auchan znalazła go w składzie na wózki,
prawie nieprzytomnego z gorączki. Pogotowie zabrało go do jakiegoś szpitala.
Minął już miesiąc a on nie wracał.
Tego dnia było dość
ciepło jak na pażdziernik. Józiek jak zwykle obserwował parking. Nos zawodowca
przeważnie dobrze prowadził go do klienta z wózkiem. Ten był wypasiony ponad
miarę. Terenowe srebrne Porsche z pełnym wózkiem i jakaś kobieta sadowiąca dziecko na tylnym
siedzeniu samochodu. Szedł w jej stronę. Stanął nieopodal, czekając aż wypakuje
zakupy. Przypięła dziecko i wychyliła się na zewnątrz.
Józiek zamarł.
Przestał rozumieć cokolwiek. To była ona - Barbara. Jeszcze ładniejsza niż
przedtem. Ubrana chyba w najlepsze ciuchy na świecie. Wszystkie eleganckie i na
oko bardzo drogie. Wypakowała zakupy i zaczęła się rozglądać za kimś, kto
odbierze wózek, bo nie mogłaby wycofać samochodu. Zrezygnowana sama poszła go
odstawić na miejsce.
Józiek nie drgnął.
Jeszcze długo stał w jednym miejscu. Tylko serce biło mu szybciej niż zwykle.
Potem podreptał w stronę klubu, ciepłe październikowe słońce było takie
przyjazne. Na swój sposób Józiek był szczęśliwy.
czwartek, 7 maja 2015
Nowe zajęcie!
Frederick wyda mój tomik wierszy, który zatytułowałam "Słowa na wiatr".
Zaproponował abym zawodowo ilustrowała niektóre książki, które wydaje. Przede wszystkim poezję.
Zaciekawił mnie dmuchawiec. Słowa i wiatr, wiatr i dmuchawiec, ptaki i wiatr, bo jak można narysować wiatr? Może tak:
Zaproponował abym zawodowo ilustrowała niektóre książki, które wydaje. Przede wszystkim poezję.
Zaciekawił mnie dmuchawiec. Słowa i wiatr, wiatr i dmuchawiec, ptaki i wiatr, bo jak można narysować wiatr? Może tak:
do wiersza "Czas zawieszony"
Zamknęłam oczy
wstrzymałam oddech
czas zawieszony w oczekiwaniu
list się napisał do połowy
znaki na bieli usiadły
czarnym szeregiem
rozwiane liście szalonym stadem
zamarły uwięzione
między niebem a ziemią
chcę tak w oczekiwaniu trwać
zastygnąć w nadziei
nigdy nie poczuć
jak twarda jest ziemia
wstrzymałam oddech
czas zawieszony w oczekiwaniu
list się napisał do połowy
znaki na bieli usiadły
czarnym szeregiem
rozwiane liście szalonym stadem
zamarły uwięzione
między niebem a ziemią
chcę tak w oczekiwaniu trwać
zastygnąć w nadziei
nigdy nie poczuć
jak twarda jest ziemia
do wiersza "Prawo jesiennego liścia"
Zadrżeć leciutko na wietrze
w porozumieniu z wiatrem
wolnością odurzony
lecieć wąsko krążyście
upaść na trawę mech
pojechać asfaltem szorstko
zakręcić się wokół przycupnąć
poderwać się za nóżkami
w ciepłych bucikach
zawołać wiatr do gonitwy
a tych co spacerują
naznaczyć muśnięciem
do kałuży wpaść
popłynąć z wodą
jak wielki żaglowiec
dumnie
do kratki ściekowej
do wiersza "Perfect moment"
Trąbka skarży się smutno
ogrodowe krzesło
w koralach kropel
zasłuchane
dźwięk płacząc
ociera się o kocie futerko
miękki płynie wzdłuż ścian
ku oknu
wraz z dzwonkiem szkła
strąca krople
kilkoma nutkami jazzu
rozpryskują się w rytmie samby
z dotykiem słońca
w pamięci
do wiersza "Współczucie"
Współczuję uwięzionemu
w puszce samochodu
w oczach zastygł mu obraz
pękającego szkła
ptakom rozbitym
o bariery przy szosie
z nieostrym kształtem
przestrzeni w oczach
jej która czas mierzyła
ilością kwitnień magnolii
a tej wiosny dla jej oczu skamieniały
drzewom szpitalnym
ciężkim od spojrzeń ostatnich
i współczuję sobie
że dane jest mi współczucie
do wiersza "Odbicie"
To był
piękny pogrzeb
sentymentów,
przyzwyczajeń
starych
mebli
wszystkiego
co napisane
westchnieniem
zdziwieniem
jak mumie
schowałam je
w małym
otworku
wygrzebanym
w ziemi
przykryłam
lusterkiem
może kiedyś
będę sroką ?
odgrzebię,
przejrzę się
będę mieć
wątpliwości
skąd wiem o
lusterku
i dlaczego
pokazuje mnie w tej postaci ?
do wiersza "Poranne piekło"
Splątanymi
zależnościami
utkano dzień i
noc.
O świcie supły wydaja się większe.
O czwartej nad ranem
mówią ludzkim
głosem
szepczą, otwierają
okna wyobraźni,
podsuwają
rozwiązanie.
białe kuleczki
mieszczą się w dłoni –
ilość zmieniona w
czyn niedopełniony,
a w filiżance
czegoś pół lub ćwierć
O piątej ptaki dziobami wykuwają
ciężkie wrota do
piekła stłumienia.
W południe jaszczurka w rozgrzanej
szparze podłogi zamarła
uspokojona ciszą
do wiersza "Nie opuszczaj mnie"
Kot udał, że nic
nie rozumie
tylko tchu brakło,
aby to powiedzieć
końcem ogona
powiedział - nie
chcę żyć
by ona to
zrozumiała dobrze
powinna koci czas
odwrócić
by dalej było
ptaszkowo motylnie
i zielonotrawnie
wiotczejąc w jej
ramionach
przez przymknięte
winogronowe oczy
dawał jej dowody
niezniszczalności
mruczenia
a ona szepcze
słonymi słowami
- będzie ci tam
dobrze, na zawsze…
czekaj na mnie na
tęczowym moście
Jak Wam się podoba mój pomysł? Może doczekam się jakiegoś komentarza?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























