Niby nic...a może jednak coś w tym jest? Nawet jeśli jest to odrobina, to już dobrze, bo to znaczy, że warto było.
środa, 4 lutego 2015
ilustracje
Wydawnictwo, chce 40 ilustracji. Oczywiście te, które pokazałam juz mi się przestały podobać i robię nowe. Coraz lepsze. Co to znaczy rozrysować rękę. Jak narysuję to pokażę.
czwartek, 29 stycznia 2015
Nowa książka!!!!!
Dostałam wiadomość z Wydawnicta Bernardinum, że bardzo chętnie wydadzą moje "Bajki ze śniegu"!!!!
Czy to nie szczęście? Trzecia książka, a druga prawdziwa, bo "Cień ważki" chętnie wydałabym w innym wydawnictwie. Tamto wydanie jest rozpaczliwe!
W Bajkach mogę umieścić SWOJE ilustracje! Ks. Wojciech Węckowski wybrał wersje kolorową, Ponieważ to już nie takie tam, zaczęłam na nowo rysować, tak, aby ilustracje stanowiły osobną kartkę, a więc były w pionie. Nad jedną meczę się nieraz cały dzień, ale zależy mi aby były jak najlepsze.
Czekam teraz na korektę wydawnictwa, potem moja korekta i jeszcze raz aż tekst będzie w porządku.
"Opowiadania" były idealne, ani jednego błędu,dobre Wydawnictwo, teraz pod koniec stycznia będzie rozliczenie sprzedaży za te cztery miesiące. Nozobaczymy o ile się wzbogcę!
Czy to nie szczęście? Trzecia książka, a druga prawdziwa, bo "Cień ważki" chętnie wydałabym w innym wydawnictwie. Tamto wydanie jest rozpaczliwe!
W Bajkach mogę umieścić SWOJE ilustracje! Ks. Wojciech Węckowski wybrał wersje kolorową, Ponieważ to już nie takie tam, zaczęłam na nowo rysować, tak, aby ilustracje stanowiły osobną kartkę, a więc były w pionie. Nad jedną meczę się nieraz cały dzień, ale zależy mi aby były jak najlepsze.
Czekam teraz na korektę wydawnictwa, potem moja korekta i jeszcze raz aż tekst będzie w porządku.
"Opowiadania" były idealne, ani jednego błędu,dobre Wydawnictwo, teraz pod koniec stycznia będzie rozliczenie sprzedaży za te cztery miesiące. Nozobaczymy o ile się wzbogcę!
niedziela, 18 stycznia 2015
szukamy słowa
Należę do piaseczyńskiego Klubu Poszukiwaczy Słowa.
Podeszliśmy do tego poważnie. Szukamy słów na następne (comiesięczne) spotkanie... jak? co?
No właśnie, To jest praca domowa. Wybieramy słowo i każdy MUSI coś napisać z tym słowem. Może to być wiersz, fraszka, opowiadanie, złota myśl, cokolwiek, ale z TYM słowem.
To jest już od trzech miesięcy. Najpierw był KLUCZ. Moją odpowiedzia było opowiadanie "Przesyłka", potem SZKŁO i napisałam "Szklanego aniołka". Oststnio była MASKA - efekt to opowiadanie "Inna twarz". Teraz mamy POCZĄTEK - okropnie trudne na opowiadanie, ale wymyśliłam pięć limeryków. Nad opowiadaniem pomyślę, mam czas do 19 lutego!
A oto jeszcze gorące limeryki:
Podeszliśmy do tego poważnie. Szukamy słów na następne (comiesięczne) spotkanie... jak? co?
No właśnie, To jest praca domowa. Wybieramy słowo i każdy MUSI coś napisać z tym słowem. Może to być wiersz, fraszka, opowiadanie, złota myśl, cokolwiek, ale z TYM słowem.
To jest już od trzech miesięcy. Najpierw był KLUCZ. Moją odpowiedzia było opowiadanie "Przesyłka", potem SZKŁO i napisałam "Szklanego aniołka". Oststnio była MASKA - efekt to opowiadanie "Inna twarz". Teraz mamy POCZĄTEK - okropnie trudne na opowiadanie, ale wymyśliłam pięć limeryków. Nad opowiadaniem pomyślę, mam czas do 19 lutego!
A oto jeszcze gorące limeryki:
Amant z miejscowości Zakątek
gromadził kolekcję dziewczątek.
Dzięki tej predylekcji
dochrapał się lekcji,
i miał wstydliwej choroby początek.
***
Raz mądry kaczor na stawie pod Stoczkiem
kaczuszkę śliczną wypatrzył swym oczkiem.
Lecz amorów początek
mógł dać stadko kaczątek.
Odpłynął więc szybko, boczkiem.
***
Pewien księgowy z firmy Psi Kątek
bilans sprawdzał solidnie, co piątek.
Lecz jego mądra kochanka
wybrała kredyt we frankach.
Ten fakt to był krachu początek.
***
Cwany urzędnik z Łodzi, Emil Początek
pracując w urzędzie, zgromadził majątek.
Miast darmo przybijać pieczątki
zaczął pobierać wziątki.
Sumiennie od poniedziałku po piątek.
***
Kucharka z Ełku, Aneta Wyjątek
miała już kilka swoich dzieciątek.
Na targu poznała Zenona
przytuliła go raz do łona
i to był nowych dzieciątek początek.
sobota, 3 stycznia 2015
Nowe opowiadanka.
Mam wielką frajdę gdy piszę krótkie formy. Znów napisalam dwa opowiadanka, takie po 5-6 stron A4. Nie wiem co zrobię, gdy powrócę do pisania "Mrowiska", bo tam założyłam sobie ze trzysta stron :(
Proszę przedstawiam "Szklany aniołek", "Przesyłka" i nowiuśkie "Inna twarz". Gdybym jeszcze doczekała się jakiegoś komentarza...
Proszę przedstawiam "Szklany aniołek", "Przesyłka" i nowiuśkie "Inna twarz". Gdybym jeszcze doczekała się jakiegoś komentarza...
PRZESYŁKA
- Kogo tam
niesie! Cholera obudził mnie.– pytał sam siebie potargany, zaspany, starszy
mężczyzna wsuwając na stopy kapcie. Szurając zszedł ze schodów i zerknął przez
judasz w drzwiach.
- A, to
listonosz! – stwierdził, naciskając guzik domofonu, który otwierał furtkę. Dość
potężny listonosz ledwo zmieścił się ze swoją torbą w jej prześwicie. Wgramolił
się na ganek trzymając w ręku gruby, niewielki list albo przesyłkę.
- No
wreszcie mam coś dla pana, panie Hope. Nigdy, oprócz rachunków, nie przyniosłem
panu przesyłki! To coś nowego – plótł jakby chciał nawiązać jakiś dialog.
Hope
pozostawał jednak niewzruszony. Nigdy nie chciał nawiązywać z nim kontaktu.
Drażnił go jego wygląd i nachalność. Niezrażony niczym listonosz, ponawiał
próby w nieskończoność.
- To od
kogoś z rodziny? – zapytał – bo nie wygląda na urzędową przesyłkę? – mówił,
cały czas trzymając kopertę w ręku.
- Nie wiem,
przecież jej nie widzę ! – odburknął Hope.
- A!
oczywiście! Proszę!
Przez
bąbelkową folię wyczuwał jakiś przedmiot. Twardy i podłużny.
- No i co to
jest? - zapytał listonosz.
- Nie wiem,
to nie pana sprawa. Dziękuję.
Speszony
listonosz kilkakrotnie przytaknął, i przeprosił za wścibstwo. Odchodząc, niemal tyłem wycofał się na ulicę.
Hope stał
chwilę z kopertą w ręce, jakby nie wiedział, co dalej robić. Rzeczywiście, od
lat dostawał tylko rachunki. Nigdy listu, jakiejś kartki z wakacji albo nawet
ulotki reklamowej, jakby nie istniał. Podreptał w stronę otwartych drzwi.
Położył
przesyłkę na stoliku w przedpokoju, i zabrał się za przygotowanie śniadania.
Kuchnia niewiele odbiegała estetyką wnętrza od jej właściciela. Jakieś puszki, niedomyte
blaty, otwarte opakowanie po płatkach kukurydzianych, okruchy i brud wyglądały
jak śmieci. Często samotni mężczyźni, przestają koncentrować się na sprzątaniu.
Nikt ich nie odwiedza, z czasem bałagan
przestaje być dla nich widoczny.
Smużka pary
unosiła się z miski z płatkami. Hope podszedł do przedpokoju. Rozerwał
delikatnie kopertę. Wyjął klucz. Zajrzał do środka sprawdzając, czy to już
wszystko. Była pusta. Położył ją na stoliku.
Usiadł przy
stole i położył przed sobą spory, staroświecki, żelazny klucz. Jedząc płatki,
wpatrywał się w niego, jakby był żywym stworzeniem, a nie metalowym narzędziem
do otwierania drzwi.
- Klucz jak
klucz. – powiedział – Ale czyj? Co to znaczy? Do mnie? Od kogo? Co jest?!
Całe
popołudnie zerkał, co chwilę na leżący na stole klucz.
- To taki do
starej szuflady, albo szafy… Czy ja go zgubiłem? To mój klucz czy kogoś innego?
Ale po co ktoś mi go przysłał? To jakiś szyfr? Mam pamiętać?
I właśnie,
kiedy otwierał szufladę komody, aby go tam schować, skojarzył klucz z szufladą.
Ze znaną kiedyś szufladą, w domu Emilly.
- Nie… to
niemożliwe, nie chcę o tym myśleć!
- Nie
chcesz, ale musisz, nie zapomnisz tego nigdy. Umrzesz, a twoja pamięć będzie
latać koło twojego grobu, przez wieczność! Takie czyny nie ulegają zatarciu.
Może w jurysdykcji, ale nie w sumieniu. Twoim sumieniu – usłyszał jakiś głos w
swojej głowie. A może to był jego głos?
Siadł na
krześle przy oknie i gapiąc się niewidzącymi oczami w przestrzeń, pocierał ręką
czoło, jakby chciał wyczyścić tę myśl, przegnać precz pamięć faktu, odrzucić
obraz kobiety i jej chorego dziecka.
Lato tamtego
roku było upalne i bezlitosne. Hope wracał z pracy do domu czując cieknący po
plecach pot i suchość w ustach. Spóźniał się do domu już dwie godziny. Emilly
znowu zagada go wymówkami. Był wściekły.
Przegrał w pokera całą tygodniówkę. Nie miał nic na usprawiedliwienie. Od
jakiegoś czasu spotykał się po pracy z trójką kumpli, którzy tak jak on grali w
pokera.
Raz wygrywał
drobne kwoty, raz przegrywał, ale tak dostać w dupę jak dzisiaj, nie dostał
nigdy. Kto mógł przypuszczać, że z karetą nie wygra tego rozdania? Powinien
wiedzieć, że jest jeszcze street i to ten ze szczurzą twarzą zgarnął jego
tygodniówkę! Nie lubił go. Miał mysie oczka i usta jak szczelina a na głowie
trzy włosy na krzyż. Teraz go nienawidził. Pragnął zemsty. Postanowił, że się
odegra bo będzie już uważniejszy. Myszowaty dobrał tylko jedną kartę i to już
było podejrzane. Powinien wiedzieć, co to znaczy.
Wstał z
krzesła i wyszedł na ganek. Stał z rękami w kieszeniach i patrzył w stronę
furtki, która przyniosła wraz z listonoszem to paskudne wspomnienie.
Właściwie to
trochę kochał tę kobietę. Poznał ją będąc na ostrym zakręcie życiowym. Kiedy
zaczął sprzedawać jej ciuchy, nie wytrzymała. Wystawiła mu walizki przed drzwi, właśnie za
jego upodobanie do hazardu. Tej nocy udawał podróżnego i spał na ławce w rogu
poczekalni dworcowej. Przegonili go, więc włożył dwie walizki do skrytki i
zadzwonił do kumpla, żeby go przenocował. Pracował jako robotnik budowlany, pił,
bawił się w knajpie kiedy wygrywał, a kiedy przegrywał, wpadał w ciąg i tylko
pił. W końcu wywalili go z roboty.
Emilly była
przedszkolanką. Drobna jak ptaszek, opiekowała się dwójką dzieci na placu
zabaw, a on właśnie siedział na ławce. Była niedziela, słońce przedzierało się
przez liście tworząc formy cienia na piasku. Jedno z dzieci siedziało na brzegu
piaskownicy i rytmicznie poruszało patykiem. Zdawało się niczego nie widzieć
ani nie słyszeć. Emilly mówiła tylko do drugiego dziecka, które reagowało jak
inne dzieci.
Hope
podszedł do niej i zapytał, dlaczego odtrąca tego chłopca.
- Proszę
pana! Ja go nie odtrącam! To mój synek. Jest chory na autyzm. Nie ma możliwości
aby do niego dotrzeć. Myślałam, że synek sąsiadki coś w nim otworzy, ale jak
widać – nie. Już nie wiem, co mam zrobić. Kocham go, mam, ale to tak jakbym
miała pluszowego misia. Czasem mnie poznaje, nawet na mnie patrzy i wtedy mam
nadzieję, że zaraz powie – mama, ale to tylko sekunda uwagi i zaraz potem
odlot. Gdzie on przebywa? Podobno w swojej wyobraźni świata – tak powiedział mi
lekarz.
-
Przepraszam – wydusił z siebie Hope. Wszystkiego by się spodziewał. Nawet, że
powie mu – A co to pana obchodzi, spadaj! A tu tak szczera i tragiczna
opowieść… - To może ja spróbuję. A jego tata? Nie pomaga?
- Nie –
krótko tym razem podsumowała jego pytanie.
- To może ja
spróbuję – powtórzył i usiadł obok chłopczyka. Ten przestał stukać patykiem i
znieruchomiał. Potem wolno obrócił głowę w stronę Hope i patrzył mu prosto w
oczy. Przez kilka sekund patrzył, a potem znów powrócił do patyka.
- Widzi
pani? Widział mnie!
- Nic nie
wiadomo, może tak, a może nie… -odpowiedziała.
Tak, to od
tej chwili stali się sobie bliscy. Hope postanowił już nie pić ( no, może
mniej, tak, aby nikt tego nie zauważył). Emilly zaprosiła go do swojego
mieszkania. Opowiedział jej o niektórych momentach swojego życia, pomijając
jednak wątek pokera.
Spragniona
matkowania Emilly, przygarnęła go, jak jeszcze jednego nieszczęśliwego
człowieka, któremu należy pomóc. Kiedyś ten dobry uczynek, być może zaowocuje
zmianą w psychice jej chłopca.
Hope znalazł
dorywczą pracę, miał dom i kobietę z synem, którego on nie miał i poczuł, czym
jest dobrodziejstwo stabilności. Chłopiec trochę się wyciszył. Już nie krzyczał
bez powodu patrząc się w pustkę, jakby widział tam potwora. Pozwalał się
głaskać delikatnie po głowie. Emilly widząc to, coraz bardziej utwierdzała się
w przekonaniu, że to anioł zesłał jej tego mężczyznę. Nocą tuliła się do niego,
kiedy spał głęboko, jakby była mała dziewczynką. Kiedy nie spał oddawała mu się
z przyjemnością.
Poker, jak
potwór, wampir, kiedy zakosztuje krwi, nie opuści człowieka już nigdy. Z początku Hope, widząc swoich kompanów do
gry, machał im ręką na powitanie, i przyspieszał kroku, słysząc ich śmiech i
komentarze. Któregoś dnia podszedł do nich i wypił piwo w ich towarzystwie.
Potem tylko jedną partyjkę, potem dwie, a potem znowu wpadł w kołowrót
przegranych, wygranych i tego podniecenia, które towarzyszy każdej partii
pokera.
Kiedy
przegrał tygodniowe wynagrodzenie, a na dodatekbył winien dość sporą jak na
jego dochody kwotę, po raz pierwszy pomyślał o szufladzie, w której Emilly
zbierała pieniądze na prawdziwego lekarza od autyzmu. Suma nie była imponująca,
ale pokrywała dług. Potem mógłby się odegrać i nawet nie zauważyłaby podmiany
banknotów. Przez kilka dni nie mógł znaleźć sobie miejsca. Myślał o szufladzie
w pracy, przed snem, patrząc i rozmawiając z Emilly i bawiąc jej synka.
Pewnego dnia
nie wytrzymał. Otworzył szufladę, klucz zostawił w zamku. Wygarnął pieniądze i
schował je do plastikowej torby. Oddał dług, ale jeszcze tego samego dnia
postanowił się odegrać. Nie zdołał. Przegrał jeszcze więcej.
Teraz
pozostała mu tylko ucieczka. Nawet nie wrócił do domu. Za jakieś drobne z
kieszeni pojechał do sąsiedniego miasteczka, aby zacząć jeszcze raz nowe życie.
Klucz jak
wyrzut sumienia leżał bezczelnie na stole. Niedojedzone płatki wystygły a te z
brzegu miski nawet wyschły. Hope stracił chyba poczucie czasu. Podreptał do
kredensu po puszkę piwa.
- Skąd ona
znalazła mój adres? – zapytał sam siebie. – Wyśledziła mnie? I co nie zażądałaby
oddania tych pieniędzy? – coś nie pasowało w tym rozumowaniu. Pił już któreś z
rzędu piwo. Miał mętlik w głowie i obrzydzenie do siebie. To co zrobił, było
obrzydliwym, najgorszym z możliwych uczynków, zwłaszcza w stosunku do tego
biednego chłopca.
- Może
powinienem do niej pojechać, sprzedać tę ruderę, samochód i oddać jej te
pieniądze? – bełkotał już, aby po chwili zwalić się ciężko na łóżko.
Rankiem,
znowu obudził go listonosz.
- Dzień
dobry panie Hope! Przepraszam, że znowu pana nachodzę, ale nie wziąłem od pana
pokwitowania za doręczony wczoraj list… i dzisiaj zauważyłem w moim spisie, że
to nie była przesyłka dla pana. Nie wiem jak mam pana przeprosić. Czy ma pan
jeszcze ją u siebie?
- Mam. –
odpowiedział Hope. – ale rozerwałem kopertę.
- To nic,
skleję i powiem, że uszkodziła się w transporcie. Czy mógłby pan mi ją zwrócić?
Zaniosę ją sąsiadowi naprzeciwko. Pewnie na nią czeka!
SZKLANY
ANIOŁEK
Krystyna
oparta na parapecie, wyglądała przez okno. Nieprzyjemnie odczuwała jego zimno i
twardość. Nawet chciała sięgnąć i zabrać z fotela poduszkę, aby było wygodniej,
ale wtedy stanął jej w oczach obraz z młodości, kiedy to Ślązaczki oparte na
poduszkach, całymi godzinami potrafiły gapić się bezmyślnie, ciągle w ten sam
fragment ulicy. Z tego okresu życia zapamiętała również biedę i jakąś
zapyziałość, do których nie chciała wracać. Wyprostowała się i poprawiając
odsuniętą firankę, odeszła od okna.
Była dumna
ze swego obecnego statusu materialnego. Miała dwa futra i biżuterię, kilka
kapeluszy i męża, który jej nie przeszkadzał, ale też nie pomagał w niczym. Popatrzyła
na niego, siedzącego w fotelu. Spał z brodą opuszczoną nisko na gors flanelowej
koszuli. Starzał się w ekspresowym tempie.
Potargane, rzadkie, siwe włosy nie były czesane od rana, był to
przygnębiający widok. Mimo wszystko pogłaskała go troskliwie po głowie.
- Ej, nie
śpij w dzień, bo w nocy nie zaśniesz.
Małżonek, aż
podskoczył na fotelu. Pewnie wyrwała go z mocnego snu.
Był starym,
zmęczonym człowiekiem. Całe życie pracował, dorobił się własnej piekarni, w
której zatrudniał dwadzieścia osób. Teraz już tylko mógł spokojnie patrzeć jak
rośnie jego konto bankowe. Męczyło go mieszkanie w bloku. Wprawdzie tylko
trzypiętrowym, ale bez windy. Kiedy był młody nawet nie zauważał wysiłku, jaki
należało włożyć w pokonanie schodów.
Mieszkanie
pod nimi, zostało wynajęte chyba jakimś imprezowiczom, bo często musieli
zatykać uszy, aby zasnąć. Krystyna była coraz bardziej rozdrażniona i zmęczona
życiem w tych warunkach. Któregoś wieczoru to ona wymyśliła, że na starość
powinno się mieć wygody i spokój. Nawet nie konsultując tego z synem, którego
nie obchodziło ich życie, wyszukała agencję kupna-sprzedaży mieszkań w ich
rejonie.
- Ale po co
to wszystko – sarkał Małżonek – a co tu źle? Przeprowadzać się na starość? Ty
wiesz, jakie to zamieszanie? No cóż zrobisz jak zwykle, co chcesz!
- Żebyś
wiedział, że zrobię! – odpowiedziała Krystyna i podniosła słuchawkę telefonu.
- Halo, tu
Agencja Nieruchomości Szczęśliwy Kącik, Bartosz Krapik, czym możemy służyć?
- Dzień
dobry, proszę Pana mamy mieszkanie na Mokotowie, 85 metrów, chcielibyśmy je
albo zamienić albo sprzedać i kupić domek na przedmieściach, ale ze sklepem,
apteką, lekarzem, ogródkiem i kominkiem. Czy ma Pan takie oferty?
-
Oczywiście, proszę przyjechać, porozmawiamy, na pewno państwo coś znajdą. My
pośredniczymy we wszystkim, będziecie państwo zadowoleni.
Tu podał
adres, i jeszcze raz zapraszając rozłączył się.
- Mam
nadzieję, że pojedziesz ze mną – powiedziała Krystyna – żeby nie było, ze to
tylko ja wybrałam ofertę!
Po tygodniu
pojechali taksówką do Agencji. Krapik pokazał im domek szeregowy, w cichej,
ślepej uliczce, w osiedlu oddalonym o pół kilometra od granic Warszawy.
Sprzedaż ich mieszkania i kupno domku zostawiało im całkiem pokaźną kwotę na
koncie.
Po
załatwieniu wstępnych formalności, pojechali z agentem, zobaczyć nowy, nabytek.
Był początek
jesieni, ganek domu, skąpany w słońcu, przywitał ich kolorowym dywanem . Ciszę
przerywał jedynie szmer liści przesuwanych wiatrem po asfalcie i dalekie
szczekanie psa.
Krystyna już
wiedziała, że pierwsza ocena jest celująca. Wnętrze domu było proste,
niewyszukane. Drewno i kamień zawsze stanowią idealną parę. Kominek ogrzewał
salon, sypialnie i łazienkę na górze. Na parterze z salonu, przez duże szklane
drzwi, można było zobaczyć niewielki ogródek, ogrodzony kilkoma dużymi tujami,
przypominającymi cyprysy.
Od tego dnia
Krystyna już o niczym innym nie mówiła. Małżonek był trochę zmęczony tym
ciągłym gadaniem o zaletach nowego lokum, ale nie chciało mu się wdawać z nią w
dyskusję. Było to bezcelowe. Mogło tylko prowadzić do sprzeczki. Wiedział, że
będzie tak jak ona chce. Daremny wysiłek.
- Dobrze,
masz rację – powiedział – Ale to ty organizujesz wszystko, ja się źle czuję.
-
Naturalnie, że ja! Jak zwykle ja!
Małżonek
zamilkł i sięgnął po pilota do telewizora.
Po dwóch
tygodniach pod ich blok podjechał duży samochód firmy od przeprowadzek. Cały
domowy dorobek znikał w jego wnętrzu, jak w paszczy potwora, aż w końcu
pracownik zamknął tylne drzwi. Oboje zostali przygarnięci do samochodu Bartosza
Krapika, który wykazał się wielkim zrozumieniem dla dwojga starszych ludzi w
trakcie przeprowadzki.
Jechali za
ciężarówką, wiozącą ich cały ruchomy majątek. Małżonek czuł się nieswojo.
- Krystyna…
– zaczął nieśmiało – popatrz jesteśmy jak bezdomni, albo zawieszeni nad
miejscem naszego gniazdowania..
- Oj,
pleciesz jak zwykle! Jakiego gniazdowania! Jedziemy do domu! Dobrze się
czujesz?
- Dobrze,
ale mi smutno.
- Będzie ci
wesoło, zobaczysz. A teraz nie kracz!
Bartosz
Krapik towarzyszył im do samego domu. Firma przeprowadzkowa zaczęła wyładowywać
pudła i meble. Kiedy wniesiono pierwsze fotele, zaproponował gospodarzom, aby
usiedli i nic nie robili. Wszystko zrobi firma. Postawi meble i pudła tam,
gdzie sobie życzą.
- Mam dla państwa
prezent. Taki od siebie. Na szczęście w nowym domu.
Pogrzebał
chwilkę w teczce i wyjął małego szklanego aniołka, z kółeczkiem nad głową,
które umożliwiało powieszenie go na gwoździku.
- Proszę,
jak już wszystko będzie na swoim miejscu, powieście go państwo nad drzwiami
wejściowymi. Będzie was strzegł i przyniesie wam szczęście i spokój.
Krystyna
uniosła brwi i rozszerzyła usta w uśmiechu. Rzadko kto, dawał im jakiekolwiek prezenty.
Nawet od
syna nigdy nie dostali zwyczajnych życzeń imieninowych. Nie informowała go
zatem o zmianie adresu. Tylko notariusz wiedział o ich decyzji i zmianie
miejsca pobytu. Krystyna pożegnała się wylewnie z Bartoszem Krapikiem, życząc mu
powodzenia w pracy.
Wieczorem
zrobiła obojgu herbatę, zjedli kanapki zrobione na drogę i zmęczeni położyli
się spać. Ranek obudził ich słońcem i śpiewem ptaków. Chwilę leżeli
niedowierzając swemu szczęściu, a potem wstali, chodzili po domu jakby
sprawdzając, czy to ich nowy dom. Po południu wybrali się na spacer, aby
dokładniej obejrzeć otoczenie. Byli zadowoleni.
W takim
zadowoleniu minął im pierwszy rok. Sąsiedzi jakoś nie kwapili się do ich
poznania. Nikt na tej uliczce nie przyjaźnił się ze sobą. W dzień było pusto.
Wszyscy pracowali, tylko oni tkwili codziennie jak stróże osiedlowi.
Krystyna już
zamiast wyglądać przez okno, siadała w fotelu na ganku i obserwowała przede
wszystkim sroki i okoliczne koty. Dopiero wieczorem „zjeżdżali się” sąsiedzi.
Wtedy dopiero dowiadywała się, kto z kim, jakie dzieci, jakie zakupy.
Była późna
jesień, listopad. Małżonek zaczął nieładnie kaszleć. Kiedy pojawiła się wysoka
temperatura, Krystyna wezwała pogotowie.
Było
południe. Erka na tej małej uliczce wyglądała jak obce ciało. Małżonek okryty
kocem zniknął w jej wnętrzu, aby już nigdy nie wrócić na spokojną uliczkę z
szeregowym domkiem. Krystyna starała się nim opiekować jak umiała. Codziennie
jeździła do szpitala. Zawoziła mu rosół z kury w słoiku zawiniętym w kilka
gazet, aby był gorący. Rozmawiała z lekarzem, obiecywała honorarium za
uratowanie Małżonka, ale nic to nie dało. Pewnego ranka odebrała smutną
wiadomość ze szpitala.
Pogrzeb
odbył się w zimny, deszczowy i wietrzny dzień końca listopada. Syn nie mógł
przyjechać. Miał kontrakt za granicą. Za trumną szła Krystyna w norkach i
kapeluszu z woalem, oraz troje sąsiadów z bloku, w którym przedtem mieszkali.
Śnieg spadł
w połowie grudnia. W cichym domu Krystyna stwierdziła, że chyba traci głos od
jego nieużywania. Całymi dniami milczała, bo cóż! - mówić sama do siebie? To
głupie! Chrypka pogłębiała się, a więc tym bardziej Maria oszczędzała głos.
Piła mleko z miodem, syrop na kaszel, poszła nawet do lekarza pierwszego
kontaktu. Zajrzał do gardła, kazał powiedzieć AAA i przepisał… syrop.
Kiedy wypiła
już trzy syropy a chrypka jak trwała tak trwała, wybrała się prywatnie do
laryngologa.
- Dlaczego Pani
nie przyszła wcześniej? – zapytał. – Teraz to musi Pani być w szpitalu i nie
wiem, co tam postanowią. Daję Pani skierowanie do szpitala i proszę żeby Pani
tego nie zlekceważyła.
Krystyna
trafiła do szpitala. Tam dano jej chemię, potem drugą, a ponieważ była samotna,
zatrzymano ją odpłatnie na oddziale onkologicznym, z pełna opieką lekarską i
pielęgniarską.
Pół roku później, syn był zmuszony przyjechać
na pogrzeb matki, a przede wszystkim zakończyć sprawy spadkowe i majątkowe.
Postanowił sprzedać dom, a jego wyposażenie za grosze jakiemuś oszustowi
kupującemu antyki.
Było lato.
Ptaki śpiewały jak oszalałe. Wszystko rosło, pachniało, brzęczało i pyszniło
się letnia urodą. Ogródek czekał aż jego pani siądzie na foteliku wśród floksów
i wszystko będzie trwać tak jak zawsze, na zawsze. Ptaki były zdziwione, że w
poidełku ciągle panowała susza, więc aby ugasić pragnienie, leciały do pobliskiego
oczka wodnego u sąsiada.
Południową
ciszę uliczki przerwał dźwięk silnika samochodu. Syn podszedł do furtki, otworzył
ją, potem lekko wbiegł na ganek, otworzył drzwi wejściowe i wszedł do środka.
Chciał sprawdzić czy wszystko w porządku, bo po jutro mieli przyjść chętni do
kupna domu. Stwierdził, że Roksana posprzątała pusty dom, nawet umyła okna i
taras. Wychodząc, trochę zbyt mocno trzasnął drzwiami.
Szklany
aniołek podskoczył na gwoździu, chwilę zawisł w powietrzu, jakby chciał się czegoś
złapać, i spadł na posadzkę przedpokoju, rozbijając się w drobne diamenty,
odbijające zielone światło glicynii, rosnącej na ganku.
Wieczorem Bartosz
Krapik jako drugi, przyszedł do pustego domu, aby sprawdzić, czy jest
przygotowany do sprzedaży. W progu wdepnął w potłuczonego aniołka. Butem
zgarnął szkło w róg przedpokoju, aby nikt się nie pokaleczył.
- O! szkoda
– powiedział – ale to nic, mam jeszcze dużo takich aniołków, dla następnych
transakcji. - Uśmiechnął się jakoś dziwnie.
INNA TWARZ
Wiał silny
wiatr. Drobny deszcz zacinał, rozmazując obraz na niewielkiej szybie, w małym
oknie. Przed nim, otulona kocem, siedziała kobieta. Słabe światło dnia
podświetlało jej rzadkie rude włosy. Nieruchomo wpatrywała się w to, co było
widoczne albo w to, czego nie można zobaczyć.
W
pomieszczeniu, które nie mogło mieć więcej niż 10 metrów kwadratowych, w
piecyku „kozie” palił się ogień. Światło z okna rozświetlało zaledwie pół metra
podłogi, dalej panował półmrok. Pod ścianą stała stara wersalka zawalona
tobołem z koców. Tuż przy niej znajdował się stolik turystyczny i dwa składane krzesełka.
Na piecyku, w zdezelowanym czajniku, bulgotała woda. Z dziobka unosiła się
para. Woda zawrzała. Kobieta ciężko wstała, wzięła kubek ze stolika i zaczęła
powoli nalewać wodę.
- Stało się
coś złego. Po prostu. – powiedziała do siebie, tak, jakby odpowiadała na czyjeś
pytanie. – Tak się stało. Jedno po drugim. Samo zło. Mogłam inaczej? Może tak,
ale… nie umiałam. A czyja to wina, że wylądowałam tu, w ogródkach działkowych i
w każdej chwili ktoś mnie stąd wyrzuci? Czyja to wina?
Popijając
gorącą herbatę, przewracała kartki jednego z kilku zeszytów leżących na stole.
- O! Proszę!
Moje wiersze. Kto to przeczyta? Nikt!
Patrzyła na
kartkę, brudną od ciągłego dotykania niezbyt czystymi palcami. Najpierw
bezgłośnie poruszała ustami, a potem cicho przeczytała fragment wiersza:
- Zamknie się nad tobą cicha przyjaciółka
oplecie mackami z mchu
zwiąże dłonie wstęgą bagiennej
czerni
pogłaszcze przyjaźnie paprocią
wciągnie w ciszę, wilgoć i mrok.
na
piersi pozostanie szkielet orchidei… - to są wiersze?
***
Była zwykła dziewczynką, z mamą i tatą. Mieszkali w skromnym
mieszkaniu w bloku. Mieli „malucha”. Tata lubił łowić ryby a ona bawiła się na
brzegu stawu. Kiedyś, we trójkę, pojechali na wycieczkę podmiejską. Mama wzięła
nawet ich kundelka, aby sobie pobiegał.
Wracali wieczorem.
W porze, kiedy światło gubi perspektywę. Szarość spłaszcza wymiary drogi i
odległości. Dziewczynka zmęczona spała skulona na tylnym siedzeniu, przytulona
do psiaka. Kto zawinił, nie wiadomo. Obudził ją huk i pisk psa. Potem blask
ognia. Pies wyskoczył skowycząc, a dziewczynka skulona w foteliku mogła tylko
krzyczeć. Potem czyjeś ręce wyrwały ją z samochodu. Nadal krzyczała z bólu.
Jechała karetką, która wyła rozpaczliwie, tak samo jak rozpaczliwy był jej
płacz. Potem już nic nie słyszała i nie czuła. Była w śpiączce
farmakologicznej.
Kiedy zaczęła
odbierać fale rzeczywistości, ruch, dźwięki, swoje imię, które wymawiała jakaś
inna kobieta a nie mama, poczuła panikę i znów płakała bardzo długo, aż usnęła
ze zmęczenia.
Oszukiwali ją.
Mówili, że mama i tata też są chorzy, ale wyzdrowieją.
Czekała na nich bardzo długo. Zdjęto jej opatrunki, skóra już sama musiała się zregenerować, a czy to nastąpi to zależy od stopnia jej uszkodzenia. Pod palcami czuła jakieś twarde rzeki blizn na twarzy. Mogła mówić, ale jakoś inaczej, jakoś trudniej. W lustrze zobaczyła maszkarę, z czerwonymi pręgami na twarzy, Babę Jagę, której tak bardzo się bała. I ciągle nie było mamy, która na pewno mogła ją wyleczyć. Wierzyła, że płacz ją przywoła.
Czekała na nich bardzo długo. Zdjęto jej opatrunki, skóra już sama musiała się zregenerować, a czy to nastąpi to zależy od stopnia jej uszkodzenia. Pod palcami czuła jakieś twarde rzeki blizn na twarzy. Mogła mówić, ale jakoś inaczej, jakoś trudniej. W lustrze zobaczyła maszkarę, z czerwonymi pręgami na twarzy, Babę Jagę, której tak bardzo się bała. I ciągle nie było mamy, która na pewno mogła ją wyleczyć. Wierzyła, że płacz ją przywoła.
W domu dziecka,
wreszcie ktoś powiedział jej prawdę. Oszołomiona kucnęła pod ścianą w rogu
szafy na akta, i zamknęła oczy. Już nie chciała więcej płakać, skoro tamte łzy
niczego nie zmieniły.
Wśród innych
dzieci była najsamotniejszym i najbardziej przerażonym dzieckiem. To tu po raz
pierwszy koleżanka Ala powiedziała jej, że wygląda jak maska. Szybko rozeszło
się jej nowe imię. Wszyscy wołali na nią Maska, nie dając jej szansy na
zapomnienie swojego wyglądu nawet podczas zabawy. Kiedy nie było przed nią
lustra, zapominała jak wygląda i przez te chwile była normalną tamtą
dziewczynką.
Rosła, zmieniała
się w kobietę, a jej twarz nie wyglądała lepiej. Jakby spętano ją powrósłami na
zawsze. Nie miała przyjaciół. Nikt nie wytrzymywał jej wyglądu.
Jako osoba dorosła
musiała zrobić sobie zdjęcie do dowodu osobistego. Widziała jak fotograf męczył
się ustawiając światło. W końcu przestał szukać światłocienia i zaświecił jej
zbyt mocno w twarz uzyskując efekt bledszych blizn.
Dom dziecka
niektórym sierotom, z funduszu Skarbu Państwa, fundował małą kawalerkę, jako
pierwsze mieszkanie. Dopiero tu poczuła, że coś zależy od niej samej. Musi więc
dać sobie radę sama.
Nie mogła znaleźć
pracy. Dom dziecka też jej nie pomógł. Pewnie byli szczęśliwi, że nie muszą już
jej oglądać. W końcu sama znalazła pracę w sortowni mrożonek, gdzie jej twarz
stawała się coraz bardziej purpurowa od mrozu.
Pewnego zimnego
dnia, pod blokiem, spotkała grupkę facetów, oberwańców, jakby powiedziała jej
matka.
- Hej, ślicznotko,
jesteś ziomalą, jak masz na imię? – spytał jeden z nich
z fioletowym nosem.
z fioletowym nosem.
- Maska –
odpowiedziała obojętnie.
- Grzeją u ciebie?
Bo mnie wyłączyli c.o.
- Grzeją, bo płacę
- A nie dałabyś
się trochę pogrzać u siebie? Zrób dobry uczynek bliźniemu.
- Tylko tobie? Czy
i tym twoim kumplom też?
- No bez kumpli to
ja nie idę. Oni też są zmarznięci.
Maska przystanęła
na chwilę. Samotność jest złym doradcą.
- Chodźcie
chłopaki.
Ta decyzja
zaważyła na jej całym dalszym życiu. Chłopaki zadomowili się u niej. Dawali jej
alkohol, a ona nawet częściej się śmiała, jakby w tym otoczeniu ludzi
brzydkich, brudnych i często bezzębnych znalazła bratnie dusze, które nie
patrzyły na nią ze wstrętem. Byli bardzo zdziwieni, że jest jeszcze dziewicą,
ale jeden z nich wyzwolił ją z tego problemu. Potem już wszyscy ją kochali.
Zarabiała jakieś
marne grosze, ale było ją stać na prąd, gaz i czynsz. Jedzenie przynosili
kumple. Jak trzeba było kupić coś więcej, sprzedawali, co się dało z jej
mieszkania.
W pracy się
pogorszyło. Wezwał ją kierownik i powiedział, że jeszcze jedna nieobecność i wywali
ją z roboty.
Maska, która
dzięki przyjaciołom, poczuła się mocna w gębie, powiedziała mu żeby już teraz
się walił, rzuciła fartuch, gumowe
rękawice, i odchodząc zerwała z głowy idiotyczny czepek trafiając nim w głowę
kierownika.
Wtedy wszystko się
pogorszyło. Dzięki niezadowolonym sąsiadom i długowi w Spółdzielni
Mieszkaniowej, wyrzucono ją w lipcu na bruk. Było nawet fajnie, jak na obozie
harcerskim. Zuchy spały na ławkach, piły, co się dało, jedli ze śmietników, a
nocą jak udało im się przewrócić na plecy, widzieli nawet gwiazdy.
- Widzisz Maska,
jesteś wolna! Nic nie musisz! – zachwalał pierwszy obszarpaniec.
Mieli się nawet ku
sobie. Maska lubiła spać z nim, bo był duży i można było się w niego wtulić.
Wprawdzie trochę śmierdział i chrapał niemiłosiernie, ale do wszystkiego można
się przyzwyczaić.
We wrześniu jeden
z kompanów znalazł w parku pijanego. Dostatni był. Miał gruby portfel.
Oczywiście menelek uwolnił go od jego ciężaru, a nawet zawlekł faceta na ławkę,
bo od ziemi ciągnie chłodem.
Pili przez dwa
tygodnie. Jeden Ukrainiec sprzedał im jakąś berbeluchę. Maska na szczęście
wypiła bardzo mało, bo miała nieżyt żołądka. Wszyscy wylądowali w szpitalu. Ona
jedyna przeżyła.
Wspominała ten
pobyt w szpitalu jak sanatorium. Ciepłe jedzenie, łóżko, domyli ją, nawet
ostrzygli i nikt nie patrzył na nią z udawaną obojętnością albo z oczywistym wstrętem.
Nie takie okropieństwa widzieli.
Maska poleżała,
odżywiła się, uspokoiła, ale niestety musiała szpital opuścić.
Był już listopad.
Najgorszy miesiąc w roku. Wiało niemiłosiernie. W szpitalu dali jej jakieś
ciuchy z opieki społecznej, siatkę z bułkami, serkiem topionym i pomachali na
drogę.
Nie miała gdzie
wracać. Bez swoich kumpli czuła się znów jak opuszczony pies. Wiatr wdzierał
się do wnętrza jej kurtki, bo nie dali jej szalika. Zaciągnęła wełniana czapkę
na oczy i poszła w kierunku parku, wiedząc, że wśród starych drzew już nie
wieje tak silnie. Tam usiadła na ławce i zjadła jedną bułkę. Drugą zostawiła na
gorsze czasy.
O zmierzchu
dosiadła się do niej druga, podobna postać kobiety.
- Masz jakąś
chatę? Zamarzniemy tu obie w nocy. Słyszałam, że gdzieś tu są ogródki działkowe
i że da się tam przezimować. Wiesz gdzie to jest?
- Wiem –
odpowiedziała Maska – A ty co? Też tak jak ja?
- No.
- To chodźmy.
Wybrały mały
drewniany domek, z którego wystawała rura od piecyka. To był komfort. Wersalka,
koce, piecyk i czajnik, czyli wszystko, co potrzebne do życia.
Wystarczy za dnia
pójść pod jakąś restaurację i wybrać to, co tam wyrzucili. Albo pojęczeć pod
„Biedronką” i zawsze dadzą, co łaska. Drewno było wszędzie. Obie zbierały je o
zmierzchu i taszczyły w kocu do domku.
W styczniu mrozy
bywają bardzo dotkliwe. Samo zbieranie drewna też nie należało do przyjemności.
Przemarzało się do szpiku kości.
Maska źle się
czuła. Chyba miała zapalenie oskrzeli, bo kaszel rozrywał jej płuca.
Koleżanka sama
poszła na poszukiwanie drewna. Minęło ze dwie godziny, a ona nie wracała. I już
nie wróciła.
***
Maska resztką
patyków rozpaliła w piecyku. Potem połamała półeczkę kuchenną i ogień hucząc
buzował, dając więcej ciepła. Można było zagrzać wodę i napić się wrzątku a na
dodatek ogrzać ręce.
Zrobiło się
przyjemniej. Śnieg za okienkiem skrzył się bajkowo. Gdzieś daleko, słychać było
szum miasta, a choinka oprószona śniegiem wyglądała świątecznie.
Przez chwilę poczuła się znów małą wesołą dziewczynką, czekającą na prezenty.
Przez chwilę poczuła się znów małą wesołą dziewczynką, czekającą na prezenty.
Iskierka w oczach
zgasła równie szybko jak się pojawiła. Twarz przybrała swój codzienny wygląd. Sięgnęła
po jeden z zeszytów, przez chwilę trzymała go w drżącej dłoni a potem zaczęła
drzeć zeszycik, kartka po kartce i wsuwać je w otwartą szczelinę płonącego piecyka.
Wiersze paliły się
szybko, ale dawały dużo ciepła. Kiedy skończyła, zamknęła drzwiczki, żeby nie
spowodować pożaru. Owinęła się szczelniej chustą i wyszła na zewnątrz. Zamknęła
drzwi. Jej twarz w blasku księżycowej nocy już zaczęła wyglądać lepiej.
Szła przed siebie,
alejką działkową, którą latem chodzili szczęśliwi ludzie, biegały szczęśliwe
psy, kłaniały się kolorowe kwiaty.
Mróz chrzęścił pod
jej stopami, a śnieg mienił się srebrzyście.
Usiadła pod
topolą. Jej szeroki pień objął jej plecy, dając dobre podparcie. A potem Maska
zamknęła oczy.
Nad ranem trudno
było rozpoznać tę brzydką pooraną bliznami twarz. Mróz wygładził nierówności,
odbarwił ten odrażający różowy wzór.
Odzyskała swoją
gładką, białą cerę. Na dodatek skóra pokryła się cieniutką warstwą mieniącego
się srebrem pudru, który nadał jej jakiejś nieziemsko delikatnej powłoki. Miała
twarz anioła.
Maska spała głęboko.
poniedziałek, 15 grudnia 2014
Felieton:Magia świąt" w pełnej objętości.
Świąteczna
magia
W małym
miasteczku, nieliczni ludzie przemykali się w mroźny dzień, niosąc siatki z
zakupami. Niektórzy wstępowali do budynku poczty, aby nadać już z pewnością
spóźnione, kartki świąteczne. Urzędnicy
w granatowych fartuchach, siedzący pod portretami Bieruta i Stalina jeszcze
mieli do przepracowania dwie godziny, aby potem zająć się przygotowaniami do
świąt. Za oknem śnieg padał równo, wolno i dostojnie.
Przypomniał
mi się tamten klimat tych dni. Wiem, to sentyment do swojej młodości, tak
mówią. Chociaż nie tylko. Widzę różnice, jakie istnieją w tym, co pamiętam a
tym, co widzę teraz.
Przede
wszystkim było cicho. Zimy były normalne, białe, czasem mroźne,
śniegowo-tunelowe, skrzypiące szronem, kłujące bielą w oczy.
Na rynek
zajeżdżały furmanki. Konie parskały parą z pobielonych szronem nozdrzy. Woźnice
okutani baranicą sadzali obok siebie na koźle okutane w chusty żony. To był
dojeżdżający do miasteczka „supermarket” świąteczny. W koszach, w otulonych
sianem konwiach, czekały na sprzedaż: wiejski chleb, śmietana i masło, jajka,
cielęcina i schab, bez pozwoleń, kontroli, systemów podatkowych i kar.
Miasteczkowe
gospodynie, jeszcze w jesionkach z codziennymi chustkami na głowach, kupowały
to, co jak mówiły: jest lepsze niż to w sklepie „Społem”. W tych sklepach
kupowało się karpie, które potem beznadziejnie pływały „w kółko” w baliach do
prania lub innych większych misach. Można było palcem pogłaskać je po zimnym i
śliskim grzbiecie. Sprzedaż trwała do zmierzchu. Potem jak codziennie noc brała
w posiadanie miasteczko, ludzi i śpiące wrony na drzewach. Furmanki już lżejsze
zawracały do swoich domów, a zmarznięte konie jakby szybciej przebierały
kopytami, wiedząc, że jadą do swoich ciepłych stajni.
Delikatnie
odczuwało się jakieś podniecenie zbliżającymi się świętami. W oknach kuchni dłużej niż zwykle,
paliło się światło. Dzieci zasypiały w piernikowym zapachu. Za oknem panowała
noc i cisza.
Właściwie to
Wigilia następowała gwałtownie. Jeszcze poprzedniego dnia zapachy z kuchni
mieszały się z zapachem pasty do podłogi, a już następnego, koło południa
nakrywano stół białym obrusem, ustawiano talerze, na których codziennie się nie
jadło. Potem stawiano półmiski z karpiem w galarecie, sałatką jarzynową,
chrzanem, masłem i chlebem.
Makaronów w
sklepach jeszcze nie było. Gospodynie robiły je same wałkując ciasto do prawie
przeźroczystej cienkości, a potem suszyły wielkie placki na stole przykrytym
ściereczkami. Potem zwijały w długie rulony i cięły cienkie kluseczki do rosołu
na pierwszy dzień świąt. Wtedy już można było jeść potrawy z mięsa. W
piekarniku dochodziła gęś lub indyk. To było cudowne świąteczne „wypasione” jak
powiedziałabym dzisiaj, jedzenie.
Odświętny
stół czekał na sygnał. Dzieciom kazano wybiegać na dwór i patrzeć w niebo,
wypatrując pierwszej gwiazdki.
- Jest!
Jest! Jest gwiazdka! – wołały dzieci.
Wtedy magia
osiągała swoje apogeum. Jako dziecko stawałam się kimś ważnym, do kogo
podchodzą starsi, łamiemy się opłatkiem, i wszyscy po kolei życzą mi abym była
grzeczna i nie chorowała.
Przyjmowałam
te hołdy z powagą i radością, odurzona chwilą, zapachem jodłowej choinki i
podniecona tym, co tam pod jej spodem widziałam. Jakieś paczuszki owinięte w
pakowy szary papier i przewiązane wstążeczką.
Mieliśmy
wtedy po kilka lat. Wierzyliśmy w Mikołaja, który nagradzał tylko grzeczne
dzieci, a te, które nabroiły, bały się, że pod choinka znajdą rózgę. Mnie jakoś
się udawało. Prezentem mogła być czekolada, albo kredki, czasem kapcie lub
pończochy bawełniane w prążki. W wyjątkowych wypadkach, kiedy przyjechał ktoś
bogatszy z rodziny dostawałam lalkę z celuloidu ze sztucznymi włosami i
namalowanymi oczami.
Nie mogłam
sobie wyobrazić, co stałoby się ze mną gdybym po rozpakowaniu paczuszki, znalazła
tylko rózgę! To byłaby wściekła rozpacz!
Co powiedziałabym koleżance, gdyby zapytała, co dostałam od Świętego Mikołaja! Tego bałam się najbardziej. Ale zazwyczaj już sam kształt pakunku zdradzał jego zawartość.
Co powiedziałabym koleżance, gdyby zapytała, co dostałam od Świętego Mikołaja! Tego bałam się najbardziej. Ale zazwyczaj już sam kształt pakunku zdradzał jego zawartość.
Wolno było
nie spać aż do północy. Kiedy zmrożony śnieg chrupał pod butami, a wszystkie
gwiazdy usadowiły sie na granatowym niebie, ta wigilijna noc stawała się
magiczną, niepowtarzalną chwilą w roku.
Z sąsiednich
domów słychać było kolędy. Niosły się w poświacie z okien, toczyły po białym
śniegu, bo gdzieś tam, daleko w świecie urodziło się maleństwo, zbawiciel, król
naszych dziecięcych duszy. Bardzo było mi go żal, że tylko pieluszką przykryty,
w stajence, w drodze urodzony, leży i chyba mu zimno. Zawsze tak wyglądał w
stajence, którą ustawiał ktoś w kościele. Miałam ochotę, aby przykryć go choćby
moim szalikiem a na wyciągnięte rączki nałożyć rękawiczki.
Kolędy już
nie snuły się delikatnie, a wybuchały gromko w kościele zwielokrotnione
załomami murów, złotem rzeźb postaci, łukami sufitu, dźwiękami organów. Ludzie
jakby natchnieni, niektórzy z wilgotnymi oczami, nie wiadomo czy ze wzruszenia
czy zimna, śpiewali, jak kto potrafił. Staliśmy się jednym gardłem, jedną wolą,
jednym sercem.
Czułam
podniosłość tej chwili, bo nazajutrz wszyscy szarzeli, znowu byli jak zwykle. W
Wigilię „dostawali” skrzydeł.
Następne
dni, to było jedzenie, jedzenie, gadanie, nowi goście, odwiedzanie się wzajemne
i jedzenie, gadanie, jedzenie… i tak przez dwa kolejne dni.
Choinka
stała dumnie i pachniała, rozsiewała las, szyszki i żywicę, pyszniła się
anielskimi włosami, kusiła cukierkami w kolorowym „sreberku”, błyszczała
uśmiechami bombek i kusiła dzieci, które czasem kładły się pod nią by chwilkę
pobyć w zaczarowanym lesie. Dzieci musiały bawić się swoją fantazją. Radio było
dla nich zbyt poważne i niezrozumiałe, a nie istniały inne bodźce, które
zajęłyby ich umysły. Można było porozmawiać z lalką lub kotem, a czasem samym z
sobą patrząc na białe czyste podwórko przed oknem.
Za oknem
śnieg ustępował wiośnie, całe lata trwał ten spektakl, niezmiennie,
nieuchronnie. Wszystkim przybyło lat, tzw. życiowych doświadczeń, niektórym
wzrok zmatowiał, niektórym się wyostrzył.
Właśnie ci
zwrócili uwagę na to jak bardzo zmienił się ten magiczny dzień świąt. Zatarło
się oczekiwanie, nagrodzone chwilą, kiedy udało się kupić karpia, szynkę albo,
kiedy statek z cytrusami dopłynął do Gdyni, i już za kilka dni będą pomarańcze
i cytryny…
Przede
wszystkim jest głośno i jazgotliwie. „Przedświęta” zaczynają się w połowie
listopada. Supermarkety stroją się w choinki, Mikołaje, Coca Cola śpiewa „Jingle
bells” głośno, nachalnie.
Dzieci, z
wyjątkiem tych najmniejszych, już wiedzą, że Mikołaj jest w każdym Mall’u, ma
sztuczna brodę, więc chyba jest z nim coś nie w porządku. Nie wiedzą, że to
robotnik, pocący się w czerwonym uniformie, który za pieniądze rozdaje prezenty
i że pracuje do trzeciej a potem przyjdzie jego zmiennik. Przy kasach ustawia
się kosze dla biednych, aby i oni mieli coś na święta. My czujemy się lepiej tego
dnia. Nasza szczodrość koi nasze sumienie… tylko ci biedni, muszą na nią czekać
znowu cały rok…
Panienki
przebrane w anioły chodzą po sklepie sprzedając… opłatek! Po opłatek chodziło
się do kościoła. Sprzedawała je zakonnica, były jakieś bardziej święte niż ten sztuczny
od sztucznego anioła. Półki uginają się pod ozdobami choinkowymi. Wszystkie
wyprodukowano w Chinach. Sprzedaż, sprzedaż, zysk. Tylko to się liczy. Zysk i
reklama. Reklama w sklepie, na billboardzie, w telewizji w Internecie,
wszędzie, gdzie spojrzysz. Kup to! Zobacz to okazja! Świetny pod choinkę… a ta
choinka to chyba dodatek do prezentu, który kupisz, a najlepiej kilka. Zamykam
oczy i na moment widzę tamten świat w zimowej ciszy, gdzie jedyną akcją
reklamową jest wołanie sąsiadki, że przywieźli cytryny.
Dzieci
trudno odciągnąć od komputera, aby poszły z nami na spacer do supermarketu, no
chyba, żeby sobie wybrać nowego IPada, albo grę pod konsolę, bo to im się
należy. Przecież muszą to mieć, aby się nie śmiali w szkole.
W
samochodzie duży bagażnik pomieści wszystkie pragnienia. Radio samochodowe nadaje „Jingle bell” w
jakimś innym wykonaniu. Wieczorem w telewizji będą zapowiedzi programu na
wigilijny wieczór. Wspomogą nas gwiazdy estrady, śpiewające za nas kolędy.
Przyjemnie jest jak wraz z dźwiękiem sztućców o talerze, przedrze się „Lulajże
Jezuniu”.
W lodówkach
już czekają odebrane z restauracji brzydkie półmiski z rybami, śledzie ze
słoika, reszta ze sklepu. Tylko sałatkę z rukoli zrobiła osobiście Pani domu.
Jeszcze tylko ktoś akurat wolny w tej chwili, bo dzieci grają w gry komputerowe,
ubierze choinkę i można zaczynać święta. Z telewizora mruczy kolęda, choinka
czasem sztuczna, nie pachnie, chińskie ozdoby jakoś nie pasują do
słowiańszczyzny, a prezenty? Każdy wie, co dostanie, wiec tylko rozrywamy
ozdobne papiery, opakowania z wielkimi kokardami, i sztucznie zachwycamy się
sztucznymi prezentami pod sztuczna choinką, ze sztucznymi kolędami w tle. Świat
stał się sztuczny.
Przedsiębiorcy
liczą kasę, bo teraz będzie zastój, do Walentynek, a zaraz po nich znowu
Wielkanoc… jakoś się przeżyje. Tylko ta reklama taka droga, gdyby nie to można
by się reklamować więcej, zwłaszcza w telewizji tak, aby programy stały się
przerywnikami w blokach reklamowych. Posprzątają sklep z bombek, przygotują
serduszka, a potem kurczaczki i baranki. Interes się kręci.
Tylko
gwiazdka na niebie jakoś przybladła, niebo pojaśniało od reklam, które tę
gwiazdkę reklamują, śnieg albo jest albo go nie ma, bez ładu i składu – płaczą
Górale, bo szlag trafił świąteczne dutki. Powycinane choinki leżą w hałdach
poświątecznych, ocalałe karpie wrzucą do stawu, niech podrosną do następnego
roku!
Tylko ja,
szczęśliwa, mam za oknem wierzbę, czekam spokojnie na śnieg i patrzę, jak
sikorki z karmnika biorą w dziobek ziarno słonecznika i jedzą go na
przystrojonym lampkami wiązie w moim ogródku. Dlaczego szczęśliwa? Bo mam w
oczach tamten obraz, nastrój i nikt mi go nie odbierze.
A co będą miały
w pamięci dzisiejsze dzieci?
środa, 10 grudnia 2014
"Świąteczna magia" - opublikowany w grudniowym pisemku lokalnym "Sąsiedzi"
Świąteczna magia
W małym
miasteczku, w mroźny dzień, przemykali ulicą nieliczni ludzie, niosąc siatki z
zakupami. Za oknem śnieg padał równo, wolno i dostojnie.
Przypomniał mi się klimat tamtych dni. Widzę różnice, jakie istnieją między tym, co pamiętam a tym, co widzę teraz. Przede wszystkim było cicho. Zimy były normalne, białe, czasem mroźne, śniegowo-tunelowe, skrzypiące szronem, kłujące bielą w oczy.
Przypomniał mi się klimat tamtych dni. Widzę różnice, jakie istnieją między tym, co pamiętam a tym, co widzę teraz. Przede wszystkim było cicho. Zimy były normalne, białe, czasem mroźne, śniegowo-tunelowe, skrzypiące szronem, kłujące bielą w oczy.
Na rynek zajeżdżały furmanki. Konie parskały nozdrzami pobielonymi
szronem. Woźnice okutani baranicą, sadzali
obok siebie okutane w chusty żony. W koszach, w otulonych sianem konwiach,
czekały na sprzedaż wiejski chleb, śmietana i masło, cielęcina i schab, bez
pozwoleń i kontroli.
Miasteczkowe gospodynie, jeszcze w jesionkach, w
codziennymi chustkami na głowach, kupowały to, co jak mówiły, jest lepsze od
tego ze „Społem”. W tych sklepach kupowało się karpie, które beznadziejnie
pływały „w kółko” w baliach do prania. Sprzedaż w Społem wyjątkowo trwała do
zmierzchu. Furmanki już lżejsze zawracały do domów, a zmarznięte konie jakby
szybciej przebierały kopytami wiedząc, że jadą do swoich ciepłych stajni. Potem
jak codziennie, noc brała w posiadanie miasteczko, ludzi i śpiące wrony na
drzewach. Odczuwało się jakieś podniecenie zbliżającymi się świętami.
W oknach
kuchni dłużej niż zwykle, paliło się światło. Dzieci zasypiały w piernikowym
zapachu. Wigilia następowała zaskakująco szybko. Jeszcze poprzedniego dnia
zapachy z kuchni mieszały się z wonią pasty do podłogi, a już następnego, koło
południa nakrywano stół białym obrusem, ustawiano talerze, na których nie
jadało się codziennie. Stawiano półmiski z karpiem w galarecie, sałatką jarzynową,
chrzanem, masłem i chlebem.
Gospodynie robiły makaron, cienko wałkując ciasto.
Cięły cienkie kluseczki do rosołu na pierwszy dzień świąt. W piekarniku „dochodziła”
gęś lub indyk. Odświętny stół czekał na sygnał. Dzieciom kazano wybiegać na
dwór i patrzeć w niebo, aby wypatrywały pierwszej gwiazdki. Wraz z radością dzieci
magia świąt osiągała swój szczyt.
Kiedy byłam
mała, w momencie łamania się opłatkiem, stawałam się kimś ważnym, przyjmowałam
życzenia, abym była grzeczna i nie chorowała. Odbierałam te hołdy z powagą i
radością, odurzona chwilą, zapachem jodłowej choinki i podniecona tym, co tam pod
jej spodem widziałam. Jakieś paczuszki owinięte w pakowy szary papier i
przewiązane wstążeczką.
Mieliśmy wtedy po kilka lat. Wierzyliśmy w Mikołaja,
który nagradzał tylko grzeczne dzieci, a te, które nabroiły, bały się, że pod
choinka znajdą rózgę. Mnie się jakoś udawało.
Prezentem
mogła być czekolada, albo kredki, czasem kapcie lub pończochy bawełniane w
prążki. Szary papier skrywał tajemnicę, pobudzał wyobraźnię.
Dzieci nie spały
do północy, szły z dorosłymi na pasterkę. Z sąsiednich domów słychać było
kolędy. Niosły się w poświacie z okien, toczyły po białym śniegu, bo gdzieś
tam, daleko, kiedyś, urodziło się maleństwo, Zbawiciel, król naszych
dziecięcych dusz. Bardzo było mi go żal, że tylko pieluszką przykryty, w
stajence, leży i chyba mu zimno. Zawsze tak wyglądał, którą ustawiał ktoś w
kościele. Miałam ochotę, aby go przykryć, choćby moim szalikiem a na
wyciągnięte rączki nałożyć rękawiczki.
Kiedy
zmrożony śnieg chrupał pod butami, a wszystkie gwiazdy usadowiły się na
granatowym niebie, ta wigilijna noc stawała się magiczną, niepowtarzalną chwilą
w roku. W kościele kolędy już nie snuły się delikatnie, a wybuchały gromko zwielokrotnione
załomami murów, złotem rzeźb postaci, łukami sufitu, dźwiękami organów. Ludzie
jakby natchnieni, niektórzy z wilgotnymi oczami, nie wiadomo czy ze wzruszenia
czy zimna, śpiewali, jak kto potrafił. Byliśmy się jednym gardłem, jednym
sercem. Zwyczajni sąsiedzi stawali się uduchowionymi dorosłymi. Nazajutrz
wszyscy szarzeli, znowu byli tacy jak zwykle.
W Wigilię „dostawali” skrzydeł. W
domu choinka stała dumnie i pachniała, rozsiewała las, szyszki i żywicę,
pyszniła się anielskimi włosami, kusiła cukierkami w kolorowym „sreberku”,
błyszczała uśmiechami bombek i wołała dzieci, które czasem kładły się pod nią
by chwilkę pobyć w zaczarowanym lesie.
Dzieci
musiały bawić się swoją fantazją. Można było porozmawiać z lalką lub kotem, a
czasem samym z sobą patrząc na białe czyste podwórko przed oknem. Za oknem
śnieg zawsze ustępował wiośnie, całe lata trwał ten spektakl, niezmiennie,
nieuchronnie. Wszystkim przybyło lat, tzw. życiowych doświadczeń, niektórym
wzrok zmatowiał, niektórym się wyostrzył.
Właśnie ci
zwrócili uwagę na to jak bardzo zmienił się ten magiczny dzień świąt. Zatarło
się oczekiwanie, nagrodzone chwilą, kiedy udało się kupić karpia, szynkę albo,
kiedy statek z cytrusami dopłynął do Gdyni, i już za kilka dni będą pomarańcze
i cytryny…
Gwiazdka na
niebie jakoś przybladła, niebo pojaśniało od reklam, które tę gwiazdkę reklamują,
śnieg nie pada urokliwie, choinki umierają w hałdach poświątecznych, ocalałe
karpie wrzucą do stawu, niech podrosną do następnego roku!
Zamykam oczy i na
moment widzę tamten świat w zimowej ciszy, gdzie jedyną akcją reklamową jest
wołanie sąsiadki, że przywieźli cytrusy.
Tylko ja,
czekam spokojnie na śnieg i patrzę, jak sikorki z karmnika wybierają ziarna
słonecznika. Jestem szczęśliwa, bo mam w oczach tamten obraz, nastrój i nikt mi
go nie odbierze. A co będą miały w pamięci dzisiejsze dzieci?
wtorek, 2 grudnia 2014
Obrodziło w krótkie formy! Nowe opowiadanko "Przesyłka"
PRZESYŁKA
- Kogo tam
niesie! Cholera obudził mnie. Kogo niesie!? – pytał sam siebie potargany,
zaspany, starszy mężczyzna wsuwając na stopy kapcie. Szurając zszedł ze schodów
i zerknął przez judasz w drzwiach.
- A, to
listonosz! – stwierdził, naciskając guzik domofonu, który otwierał furtkę. Dość
potężny listonosz ledwo zmieścił się ze swoją torbą w jej prześwicie. Wgramolił
się na ganek trzymając w ręku gruby, niewielki list albo przesyłkę.
- No
wreszcie mam coś dla pana, panie Hope. Nigdy, oprócz rachunków, nie przyniosłem
panu przesyłki! To coś nowego – plótł jakby chciał nawiązać jakiś dialog.
Hope
pozostawał jednak niewzruszony. Nigdy nie chciał nawiązywać z nim kontaktu.
Drażnił go jego wygląd i nachalność. Niezrażony niczym listonosz, ponawiał
próby w nieskończoność.
- To od
kogoś z rodziny? – zapytał – bo nie wygląda na urzędową przesyłkę? – mówił,
cały czas trzymając kopertę w ręku.
- Nie wiem,
przecież jej nie widzę ! – odburknął Hope.
- A!
oczywiście! Proszę!
Przez
bąbelkową folię wyczuwał jakiś przedmiot. Twardy i podłużny.
- No i co to
jest? - zapytał listonosz.
- Nie wiem,
to nie pana sprawa. Dziękuję.
Speszony
listonosz kilkakrotnie przytaknął, i przeprosił za wścibstwo. Odchodząc, niemal tyłem wycofał się na ulicę.
Hope stał
chwilę z kopertą w ręce, jakby nie wiedział, co dalej robić. Rzeczywiście, od
lat dostawał tylko rachunki. Nigdy listu, jakiejś kartki z wakacji albo nawet
ulotki reklamowej, jakby nie istniał. Podreptał w stronę otwartych drzwi.
Położył
przesyłkę na stoliku w przedpokoju, i zabrał się za przygotowanie śniadania.
Kuchnia niewiele odbiegała estetyką wnętrza od jej właściciela. Jakieś puszki, niedomyte
blaty, otwarte opakowanie po płatkach kukurydzianych, okruchy i brud wyglądały
jak śmieci. Często samotni mężczyźni, przestają koncentrować się na sprzątaniu.
Nikt ich nie odwiedza, z czasem bałagan
przestaje być dla nich widoczny.
Smużka pary
unosiła się z miski z płatkami. Hope podszedł do przedpokoju. Rozerwał
delikatnie kopertę. Wyjął klucz. Zajrzał do środka sprawdzając, czy to już
wszystko. Była pusta. Położył ją na stoliku.
Usiadł przy
stole i położył przed sobą spory, staroświecki, żelazny klucz. Jedząc płatki,
wpatrywał się w niego, jakby był żywym stworzeniem, a nie metalowym narzędziem
do otwierania drzwi.
- Klucz jak
klucz. – powiedział – Ale czyj? Co to znaczy? Do mnie? Od kogo? Co jest?!
Całe
popołudnie zerkał, co chwilę na leżący na stole klucz.
- To taki do
starej szuflady, albo szafy… Czy ja go zgubiłem? To mój klucz czy kogoś innego?
Ale po co ktoś mi go przysłał? To jakiś szyfr? Mam pamiętać?
I właśnie,
kiedy otwierał szufladę komody, aby go tam schować, skojarzył klucz z szufladą.
Ze znaną kiedyś szufladą, w domu Emilly.
- Nie… to
niemożliwe, nie chcę o tym myśleć!
- Nie
chcesz, ale musisz, nie zapomnisz tego nigdy. Umrzesz, a twoja pamięć będzie
latać koło twojego grobu, przez wieczność! Takie czyny nie ulegają zatarciu.
Może w jurysdykcji, ale nie w sumieniu. Twoim sumieniu – usłyszał jakiś głos w
swojej głowie. A może to był jego głos?
Siadł na
krześle przy oknie i gapiąc się niewidzącymi oczami w przestrzeń, pocierał ręką
czoło, jakby chciał wyczyścić tę myśl, przegnać precz pamięć faktu, odrzucić
obraz kobiety i jej chorego dziecka.
Lato tamtego
roku było upalne i bezlitosne. Hope wracał z pracy do domu czując cieknący po
plecach pot i suchość w ustach. Spóźniał się do domu już dwie godziny. Emilly
znowu zagada go wymówkami. Był wściekły.
Przegrał w pokera całą tygodniówkę. Nie miał nic na usprawiedliwienie. Od
jakiegoś czasu spotykał się po pracy z trójką kumpli, którzy tak jak on grali w
pokera.
Raz wygrywał
drobne kwoty, raz przegrywał, ale tak dostać w dupę jak dzisiaj, nie dostał
nigdy. Kto mógł przypuszczać, że z karetą nie wygra tego rozdania? Powinien
wiedzieć, że jest jeszcze street i to ten ze szczurzą twarzą zgarnął jego
tygodniówkę! Nie lubił go. Miał mysie oczka i usta jak szczelina a na głowie
trzy włosy na krzyż. Teraz go nienawidził. Pragnął zemsty. Postanowił, że się
odegra bo będzie już uważniejszy. Myszowaty dobrał tylko jedną kartę i to już
było podejrzane. Powinien wiedzieć, co to znaczy.
Wstał z
krzesła i wyszedł na ganek. Stał z rękami w kieszeniach i patrzył w stronę
furtki, która przyniosła wraz z listonoszem to paskudne wspomnienie.
Właściwie to
trochę kochał tę kobietę. Poznał ją będąc na ostrym zakręcie życiowym. Kiedy
zaczął sprzedawać jej ciuchy, nie wytrzymała. Wystawiła mu walizki przed drzwi, właśnie za
jego upodobanie do hazardu. Tej nocy udawał podróżnego i spał na ławce w rogu
poczekalni dworcowej. Przegonili go, więc włożył dwie walizki do skrytki i
zadzwonił do kumpla, żeby go przenocował. Pracował jako robotnik budowlany, pił,
bawił się w knajpie kiedy wygrywał, a kiedy przegrywał, wpadał w ciąg i tylko
pił. W końcu wywalili go z roboty.
Emilly była
przedszkolanką. Drobna jak ptaszek, opiekowała się dwójką dzieci na placu
zabaw, a on właśnie siedział na ławce. Była niedziela, słońce przedzierało się
przez liście tworząc formy cienia na piasku. Jedno z dzieci siedziało na brzegu
piaskownicy i rytmicznie poruszało patykiem. Zdawało się niczego nie widzieć
ani nie słyszeć. Emilly mówiła tylko do drugiego dziecka, które reagowało jak
inne dzieci.
Hope
podszedł do niej i zapytał, dlaczego odtrąca tego chłopca.
- Proszę
pana! Ja go nie odtrącam! To mój synek. Jest chory na autyzm. Nie ma możliwości
aby do niego dotrzeć. Myślałam, że synek sąsiadki coś w nim otworzy, ale jak
widać – nie. Już nie wiem, co mam zrobić. Kocham go, mam, ale to tak jakbym
miała pluszowego misia. Czasem mnie poznaje, nawet na mnie patrzy i wtedy mam
nadzieję, że zaraz powie – mama, ale to tylko sekunda uwagi i zaraz potem
odlot. Gdzie on przebywa? Podobno w swojej wyobraźni świata – tak powiedział mi
lekarz.
-
Przepraszam – wydusił z siebie Hope. Wszystkiego by się spodziewał. Nawet, że
powie mu – A co to pana obchodzi, spadaj! A tu tak szczera i tragiczna
opowieść… - To może ja spróbuję. A jego tata? Nie pomaga?
- Nie –
krótko tym razem podsumowała jego pytanie.
- To może ja
spróbuję – powtórzył i usiadł obok chłopczyka. Ten przestał stukać patykiem i
znieruchomiał. Potem wolno obrócił głowę w stronę Hope i patrzył mu prosto w
oczy. Przez kilka sekund patrzył, a potem znów powrócił do patyka.
- Widzi
pani? Widział mnie!
- Nic nie
wiadomo, może tak, a może nie… -odpowiedziała.
Tak, to od
tej chwili stali się sobie bliscy. Hope postanowił już nie pić ( no, może
mniej, tak, aby nikt tego nie zauważył). Emilly zaprosiła go do swojego
mieszkania. Opowiedział jej o niektórych momentach swojego życia, pomijając
jednak wątek pokera.
Spragniona
matkowania Emilly, przygarnęła go, jak jeszcze jednego nieszczęśliwego
człowieka, któremu należy pomóc. Kiedyś ten dobry uczynek, być może zaowocuje
zmianą w psychice jej chłopca.
Hope znalazł
dorywczą pracę, miał dom i kobietę z synem, którego on nie miał i poczuł, czym
jest dobrodziejstwo stabilności. Chłopiec trochę się wyciszył. Już nie krzyczał
bez powodu patrząc się w pustkę, jakby widział tam potwora. Pozwalał się
głaskać delikatnie po głowie. Emilly widząc to, coraz bardziej utwierdzała się
w przekonaniu, że to anioł zesłał jej tego mężczyznę. Nocą tuliła się do niego,
kiedy spał głęboko, jakby była mała dziewczynką. Kiedy nie spał oddawała mu się
z przyjemnością.
Poker, jak
potwór, wampir, kiedy zakosztuje krwi, nie opuści człowieka już nigdy. Z początku Hope, widząc swoich kompanów do
gry, machał im ręką na powitanie, i przyspieszał kroku, słysząc ich śmiech i
komentarze. Któregoś dnia podszedł do nich i wypił piwo w ich towarzystwie.
Potem tylko jedną partyjkę, potem dwie, a potem znowu wpadł w kołowrót
przegranych, wygranych i tego podniecenia, które towarzyszy każdej partii
pokera.
Kiedy
przegrał tygodniowe wynagrodzenie, a na dodatekbył winien dość sporą jak na
jego dochody kwotę, po raz pierwszy pomyślał o szufladzie, w której Emilly
zbierała pieniądze na prawdziwego lekarza od autyzmu. Suma nie była imponująca,
ale pokrywała dług. Potem mógłby się odegrać i nawet nie zauważyłaby podmiany
banknotów. Przez kilka dni nie mógł znaleźć sobie miejsca. Myślał o szufladzie
w pracy, przed snem, patrząc i rozmawiając z Emilly i bawiąc jej synka.
Pewnego dnia
nie wytrzymał. Otworzył szufladę, klucz zostawił w zamku. Wygarnął pieniądze i
schował je do plastikowej torby. Oddał dług, ale jeszcze tego samego dnia
postanowił się odegrać. Nie zdołał. Przegrał jeszcze więcej.
Teraz
pozostała mu tylko ucieczka. Nawet nie wrócił do domu. Za jakieś drobne z
kieszeni pojechał do sąsiedniego miasteczka, aby zacząć jeszcze raz nowe życie.
Klucz jak
wyrzut sumienia leżał bezczelnie na stole. Niedojedzone płatki wystygły a te z
brzegu miski nawet wyschły. Hope stracił chyba poczucie czasu. Podreptał do
kredensu po puszkę piwa.
- Skąd ona
znalazła mój adres? – zapytał sam siebie. – Wyśledziła mnie? I co nie zażądałaby
oddania tych pieniędzy? – coś nie pasowało w tym rozumowaniu. Pił już któreś z
rzędu piwo. Miał mętlik w głowie i obrzydzenie do siebie. To co zrobił, było
obrzydliwym, najgorszym z możliwych uczynków, zwłaszcza w stosunku do tego
biednego chłopca.
- Może
powinienem do niej pojechać, sprzedać tę ruderę, samochód i oddać jej te
pieniądze? – bełkotał już, aby po chwili zwalić się ciężko na łóżko.
Rankiem,
znowu obudził go listonosz.
- Dzień
dobry panie Hope! Przepraszam, że znowu pana nachodzę, ale nie wziąłem od pana
pokwitowania za doręczony wczoraj list… i dzisiaj zauważyłem w moim spisie, że
to nie była przesyłka dla pana. Nie wiem jak mam pana przeprosić. Czy ma pan
jeszcze ją u siebie?
- Mam. –
odpowiedział Hope. – ale rozerwałem kopertę.
- To nic,
skleję i powiem, że uszkodziła się w transporcie. Czy mógłby pan mi ją zwrócić?
Zaniosę ją sąsiadowi naprzeciwko. Pewnie na nią czeka!
sobota, 8 listopada 2014
Mój występ w klubie Na dachu
Frederick zachwala moją książkę!
https://www.youtube.com/watch?v=G7rGUMqa4xQ
może trzeba przewinąć ale jest na youtube.
piątek, 7 listopada 2014
Nowiutkie świeżutkie opowiadanko.
SZKLANY
ANIOŁEK
Krystyna
oparta na parapecie, wyglądała przez okno. Nieprzyjemnie odczuwała jego zimno i
twardość. Nawet chciała sięgnąć i zabrać z fotela poduszkę, aby było wygodniej,
ale wtedy stanął jej w oczach obraz z młodości, kiedy to Ślązaczki oparte na
poduszkach, całymi godzinami potrafiły gapić się bezmyślnie, ciągle w ten sam
fragment ulicy. Z tego okresu życia zapamiętała również biedę i jakąś
zapyziałość, do których nie chciała wracać. Wyprostowała się i poprawiając
odsuniętą firankę, odeszła od okna.
Była dumna
ze swego obecnego statusu materialnego. Miała dwa futra i biżuterię, kilka
kapeluszy i męża, który jej nie przeszkadzał, ale też nie pomagał w niczym. Popatrzyła
na niego, siedzącego w fotelu. Spał z brodą opuszczoną nisko na gors flanelowej
koszuli. Starzał się w ekspresowym tempie.
Potargane, rzadkie, siwe włosy nie były czesane od rana, był to
przygnębiający widok. Mimo wszystko pogłaskała go troskliwie po głowie.
- Ej, nie
śpij w dzień, bo w nocy nie zaśniesz.
Małżonek, aż
podskoczył na fotelu. Pewnie wyrwała go z mocnego snu.
Był starym,
zmęczonym człowiekiem. Całe życie pracował, dorobił się własnej piekarni, w
której zatrudniał dwadzieścia osób. Teraz już tylko mógł spokojnie patrzeć jak
rośnie jego konto bankowe. Męczyło go mieszkanie w bloku. Wprawdzie tylko
trzypiętrowym, ale bez windy. Kiedy był młody nawet nie zauważał wysiłku, jaki
należało włożyć w pokonanie schodów.
Mieszkanie
pod nimi, zostało wynajęte chyba jakimś imprezowiczom, bo często musieli
zatykać uszy, aby zasnąć. Krystyna była coraz bardziej rozdrażniona i zmęczona
życiem w tych warunkach. Któregoś wieczoru to ona wymyśliła, że na starość
powinno się mieć wygody i spokój. Nawet nie konsultując tego z synem, którego
nie obchodziło ich życie, wyszukała agencję kupna-sprzedaży mieszkań w ich
rejonie.
- Ale po co
to wszystko – sarkał Małżonek – a co tu źle? Przeprowadzać się na starość? Ty
wiesz, jakie to zamieszanie? No cóż zrobisz jak zwykle, co chcesz!
- Żebyś
wiedział, że zrobię! – odpowiedziała Krystyna i podniosła słuchawkę telefonu.
- Halo, tu
Agencja Nieruchomości Szczęśliwy Kącik, Bartosz Krapik, czym możemy służyć?
- Dzień
dobry, proszę Pana mamy mieszkanie na Mokotowie, 85 metrów, chcielibyśmy je
albo zamienić albo sprzedać i kupić domek na przedmieściach, ale ze sklepem,
apteką, lekarzem, ogródkiem i kominkiem. Czy ma Pan takie oferty?
-
Oczywiście, proszę przyjechać, porozmawiamy, na pewno państwo coś znajdą. My
pośredniczymy we wszystkim, będziecie państwo zadowoleni.
Tu podał
adres, i jeszcze raz zapraszając rozłączył się.
- Mam
nadzieję, że pojedziesz ze mną – powiedziała Krystyna – żeby nie było, ze to
tylko ja wybrałam ofertę!
Po tygodniu
pojechali taksówką do Agencji. Krapik pokazał im domek szeregowy, w cichej,
ślepej uliczce, w osiedlu oddalonym o pół kilometra od granic Warszawy.
Sprzedaż ich mieszkania i kupno domku zostawiało im całkiem pokaźną kwotę na
koncie.
Po
załatwieniu wstępnych formalności, pojechali z agentem, zobaczyć nowy, nabytek.
Był początek
jesieni, ganek domu, skąpany w słońcu, przywitał ich kolorowym dywanem . Ciszę
przerywał jedynie szmer liści przesuwanych wiatrem po asfalcie i dalekie
szczekanie psa.
Krystyna już
wiedziała, że pierwsza ocena jest celująca. Wnętrze domu było proste,
niewyszukane. Drewno i kamień zawsze stanowią idealną parę. Kominek ogrzewał
salon, sypialnie i łazienkę na górze. Na parterze z salonu, przez duże szklane
drzwi, można było zobaczyć niewielki ogródek, ogrodzony kilkoma dużymi tujami,
przypominającymi cyprysy.
Od tego dnia
Krystyna już o niczym innym nie mówiła. Małżonek był trochę zmęczony tym
ciągłym gadaniem o zaletach nowego lokum, ale nie chciało mu się wdawać z nią w
dyskusję. Było to bezcelowe. Mogło tylko prowadzić do sprzeczki. Wiedział, że
będzie tak jak ona chce. Daremny wysiłek.
- Dobrze,
masz rację – powiedział – Ale to ty organizujesz wszystko, ja się źle czuję.
-
Naturalnie, że ja! Jak zwykle ja!
Małżonek
zamilkł i sięgnął po pilota do telewizora.
Po dwóch
tygodniach pod ich blok podjechał duży samochód firmy od przeprowadzek. Cały
domowy dorobek znikał w jego wnętrzu, jak w paszczy potwora, aż w końcu
pracownik zamknął tylne drzwi. Oboje zostali przygarnięci do samochodu Bartosza
Krapika, który wykazał się wielkim zrozumieniem dla dwojga starszych ludzi w
trakcie przeprowadzki.
Jechali za
ciężarówką, wiozącą ich cały ruchomy majątek. Małżonek czuł się nieswojo.
- Krystyna…
– zaczął nieśmiało – popatrz jesteśmy jak bezdomni, albo zawieszeni nad
miejscem naszego gniazdowania..
- Oj,
pleciesz jak zwykle! Jakiego gniazdowania! Jedziemy do domu! Dobrze się
czujesz?
- Dobrze,
ale mi smutno.
- Będzie ci
wesoło, zobaczysz. A teraz nie kracz!
Bartosz
Krapik towarzyszył im do samego domu. Firma przeprowadzkowa zaczęła wyładowywać
pudła i meble. Kiedy wniesiono pierwsze fotele, zaproponował gospodarzom, aby
usiedli i nic nie robili. Wszystko zrobi firma. Postawi meble i pudła tam,
gdzie sobie życzą.
- Mam dla państwa
prezent. Taki od siebie. Na szczęście w nowym domu.
Pogrzebał
chwilkę w teczce i wyjął małego szklanego aniołka, z kółeczkiem nad głową,
które umożliwiało powieszenie go na gwoździku.
- Proszę,
jak już wszystko będzie na swoim miejscu, powieście go państwo nad drzwiami
wejściowymi. Będzie was strzegł i przyniesie wam szczęście i spokój.
Krystyna
uniosła brwi i rozszerzyła usta w uśmiechu. Rzadko kto, dawał im jakiekolwiek prezenty.
Nawet od
syna nigdy nie dostali zwyczajnych życzeń imieninowych. Nie informowała go
zatem o zmianie adresu. Tylko notariusz wiedział o ich decyzji i zmianie
miejsca pobytu. Krystyna pożegnała się wylewnie z Bartoszem Krapikiem, życząc mu
powodzenia w pracy.
Wieczorem
zrobiła obojgu herbatę, zjedli kanapki zrobione na drogę i zmęczeni położyli
się spać. Ranek obudził ich słońcem i śpiewem ptaków. Chwilę leżeli
niedowierzając swemu szczęściu, a potem wstali, chodzili po domu jakby
sprawdzając, czy to ich nowy dom. Po południu wybrali się na spacer, aby
dokładniej obejrzeć otoczenie. Byli zadowoleni.
W takim
zadowoleniu minął im pierwszy rok. Sąsiedzi jakoś nie kwapili się do ich
poznania. Nikt na tej uliczce nie przyjaźnił się ze sobą. W dzień było pusto.
Wszyscy pracowali, tylko oni tkwili codziennie jak stróże osiedlowi.
Krystyna już
zamiast wyglądać przez okno, siadała w fotelu na ganku i obserwowała przede
wszystkim sroki i okoliczne koty. Dopiero wieczorem „zjeżdżali się” sąsiedzi.
Wtedy dopiero dowiadywała się, kto z kim, jakie dzieci, jakie zakupy.
Była późna
jesień, listopad. Małżonek zaczął nieładnie kaszleć. Kiedy pojawiła się wysoka
temperatura, Krystyna wezwała pogotowie.
Było
południe. Erka na tej małej uliczce wyglądała jak obce ciało. Małżonek okryty
kocem zniknął w jej wnętrzu, aby już nigdy nie wrócić na spokojną uliczkę z
szeregowym domkiem. Krystyna starała się nim opiekować jak umiała. Codziennie
jeździła do szpitala. Zawoziła mu rosół z kury w słoiku zawiniętym w kilka
gazet, aby był gorący. Rozmawiała z lekarzem, obiecywała honorarium za
uratowanie Małżonka, ale nic to nie dało. Pewnego ranka odebrała smutną
wiadomość ze szpitala.
Pogrzeb
odbył się w zimny, deszczowy i wietrzny dzień końca listopada. Syn nie mógł
przyjechać. Miał kontrakt za granicą. Za trumną szła Krystyna w norkach i
kapeluszu z woalem, oraz troje sąsiadów z bloku, w którym przedtem mieszkali.
Śnieg spadł
w połowie grudnia. W cichym domu Krystyna stwierdziła, że chyba traci głos od
jego nieużywania. Całymi dniami milczała, bo cóż! - mówić sama do siebie? To
głupie! Chrypka pogłębiała się, a więc tym bardziej Maria oszczędzała głos. Piła
mleko z miodem, syrop na kaszel, poszła nawet do lekarza pierwszego kontaktu.
Zajrzał do gardła, kazał powiedzieć AAA i przepisał… syrop.
Kiedy wypiła
już trzy syropy a chrypka jak trwała tak trwała, wybrała się prywatnie do
laryngologa.
- Dlaczego
Pani nie przyszła wcześniej? – zapytał. – Teraz to musi Pani być w szpitalu i
nie wiem, co tam postanowią. Daję Pani skierowanie do szpitala i proszę żeby
Pani tego nie zlekceważyła.
Krystyna
trafiła do szpitala. Tam dano jej chemię, potem drugą, a ponieważ była samotna,
zatrzymano ją odpłatnie na oddziale onkologicznym, z pełna opieką lekarską i
pielęgniarską.
Pół roku później, syn był zmuszony przyjechać
na pogrzeb matki, a przede wszystkim zakończyć sprawy spadkowe i majątkowe.
Postanowił sprzedać dom, a jego wyposażenie za grosze jakiemuś oszustowi
kupującemu antyki.
Było lato.
Ptaki śpiewały jak oszalałe. Wszystko rosło, pachniało, brzęczało i pyszniło
się letnia urodą. Ogródek czekał aż jego pani siądzie na foteliku wśród floksów
i wszystko będzie trwać tak jak zawsze, na zawsze. Ptaki były zdziwione, że w
poidełku ciągle panowała susza, więc aby ugasić pragnienie, leciały do pobliskiego
oczka wodnego u sąsiada.
Południową
ciszę uliczki przerwał dźwięk silnika samochodu. Syn podszedł do furtki,
otworzył ją, potem lekko wbiegł na ganek, otworzył drzwi wejściowe i wszedł do
środka. Chciał sprawdzić czy wszystko w porządku, bo po jutro mieli przyjść
chętni do kupna domu. Stwierdził, że Roksana posprzątała pusty dom, nawet umyła
okna i taras. Wychodząc, trochę zbyt mocno trzasnął drzwiami.
Szklany
aniołek podskoczył na gwoździu, chwilę zawisł w powietrzu, jakby chciał się czegoś
złapać, i spadł na posadzkę przedpokoju, rozbijając się w drobne diamenty,
odbijające zielone światło glicynii, rosnącej na ganku.
Wieczorem Bartosz
Krapik jako drugi, przyszedł do pustego domu, aby sprawdzić, czy jest
przygotowany do sprzedaży. W progu wdepnął w potłuczonego aniołka. Butem
zgarnął szkło w róg przedpokoju, aby nikt się nie pokaleczył.
- O! szkoda – powiedział – ale to nic, mam jeszcze dużo
takich aniołków, dla następnych transakcji. - Uśmiechnął się jakoś dziwnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)