Kilka dni temu zaakceptowałam ostateczną formę książki "Bajki ze śniegu". Nie jestem zadowolona z niektórych ilustracji, ale trudno już tak musi być.Na pczątku grudnia powinna się ukazać, A oto okładka:
Niby nic...a może jednak coś w tym jest? Nawet jeśli jest to odrobina, to już dobrze, bo to znaczy, że warto było.
niedziela, 15 listopada 2015
niedziela, 18 października 2015
opowiadanko na słowo: epitafium. Spacer Pauliny. ( uwaga na duże litery w tekście)
Marta
Hanna Precht
słowo: epitafium
SPACER PAULINY
Paulina właśnie kończyła chować resztę do portfelika, kiedy
jakaś wielka postać w futrze pachnącym naftaliną, wepchnęła się przed nią
pytając sprzedawcę:
- A po ile ten wieniec z gerberami?
- Pani, opanuj się trochę, ja tu jeszcze jestem!
- O rzeczywiście można jej nie zauważyć! - zaśmiała się
kolubryna.
- Za to chamstwo widać dobrze - odgryzła się Paulina.
Już podenerwowana odeszła od stoiska. Kupiła jeszcze kilka
zniczy i skierowała się do bramy cmentarnej.
Tłum ludzi sunął w jednym kierunku i gęstniał przy samej
bramie. Niektórzy podnosili wyżej wieńce i chryzantemy, a wtedy orszak
poprzetykany głowami i kwiatami wyglądał jak wielka szklarnia sunąca w jednym
kierunku i tempie.
Ludzie ubrani świątecznie dreptali, niosąc obijające się o
łydki znicze w plastikowych torbach.
Niektórzy panowie wkładali kurtki, palta i pelisy a panie
futra, aby podkreślić swój niewątpliwy, dobry status społeczny. Parada
powtarzała się corocznie i miała świadczyć o nieustającej pamięci i żalu do
umarłych, nawet, jeśli przez cały rok nikt, nawet przez chwilę o nich nie
pomyślał.
Paulina jak zawsze ubrała się w wyjściowy mundur, lecz zamiast
moherowego beretu włożyła kapelusik z piórkiem, który chyba służył jeszcze jej
matce.
Przebrnąwszy przez wąską gardziel bramy, szła najpierw prosto
a potem skręciła w prawo, w prawie pustą alejkę, która wydawała się opuszczona,
z niewielką ilością palących się światełek. Tamtego roku tu kolejno chowano
umarłych w tym jej męża Edwarda. Chyba przypadkowo zgromadziła się tutaj grupka
nieboszczyków mniejszej rangi, bo nie było okazałych pomników, drogich kwiatów
i feeri świateł. Ale też, tego roku zmarło wiele osób z jej dzielnicy i traf
chciał, że leżeli niedaleko siebie.
Omijając stertę zgrabionych liści przystanęła przed grobem
męża. Tydzień przedtem była tutaj i
posprzątała skromny nagrobek z lastryko. Przetarła płytę i tablicę z
nazwiskiem.
Edward Kowalik,
urodzony, zmarł... i tyle. Komu ta informacja potrzebna? Chyba tylko jej. Byli
sami. Nikt oprócz niej tu nie przyjdzie i nie zapali znicza. A po jej śmierci
grób będzie ciemny, bez jedynego światełka. No chyba, że ktoś litościwy zapali
jakąś lampkę.
Przezorna, jak każda kobieta, kazała tekst na płycie podzielić
na dwie części. Po lewej był Edward, a po prawej jej dane:
Paulina
Kowalik, urodzona i zmarła, zostawiono puste. Opłaciła u kamieniarza wyrycie
tych dwóch dat. Ten rok zapowiadał się znośnie. Dokuczał jej tylko wzrok i
kolana, ale na to się nie umiera, więc chyba jeszcze nie teraz dołączy do
małżonka. Zresztą nigdy nie czuła jakiejś wielkiej tragedii po jego stracie.
Byli zżyci, ale nic ponadto. Jej psychika nigdy nie burzyła się od uczuć,
pomysłów, emocji i smutku. Sprzątała
bardzo dokładnie, krochmaliła firanki i robiła dobre pierogi, które Edward
połykał nie gryząc ich nawet.
Posiedziała kilka minut na ławeczce sąsiada, zapaliła lampkę, położyła
mały wianuszek i poszła dalej tą samą alejką, aby odwiedzić znajomych.
Irena
Balanek.
- O tak! Tę cholerę będę pamiętać! Ona chyba też mnie
zapamiętała!
Edward przystawiał się do niej, jakieś sześć lat po ślubie. Poznała ja na zieleniaku. Najpierw
przychodziła do nich rzadko, ale latem, wkrótce po pierwszym maja, kiedy byli
razem na majówce, zaczęła ich nachodzić niemal codziennie. Siedziała do późna,
więc Edward odprowadzał ją do domu. Wracał coraz później, aż Paulina nabrawszy
podejrzeń zadała mu tylko jedno pytanie, czy woli jej pierogi, czy wdzięki
Irenki,
albo - albo. Edward nic nie odpowiedział, ale przestał odprowadzać Irenkę, a ta nieodprowadzana, przestała przychodzić. Po kilku latach, Paulina poszła na jej pogrzeb. Po śmierci się wybacza.
albo - albo. Edward nic nie odpowiedział, ale przestał odprowadzać Irenkę, a ta nieodprowadzana, przestała przychodzić. Po kilku latach, Paulina poszła na jej pogrzeb. Po śmierci się wybacza.
- A niech tam! Zapalę jej świeczkę! - Wspaniałomyślnie
szepnęła sama do siebie.
Tuż obok niej pochowano jej męża. Nie wiadomo, dlaczego nie
chciał leżeć po śmierci z małżonką.
Tadeusz
Balanek. Taki cichy „wiewiórek”, jak nazywała go Paulina. Miał wadę zgryzu i
dwa górne siekacze niemal wystawały do przodu. Wyglądał jak gryzoń. Niczym się
nie wyróżniał. Był szewcem. Pracując nad butem ciągle podtrzymywał tymi ząbkami
jakieś gwoździki, które potem wbijał w podeszwę buta. Taka poczciwina, ciągle w
tym samym skórzanym fartuchu, o który opierał obcasy.
Paulina miała jeszcze trzy znicze, więc i jemu postawiła
światełko. Kilka grobów dalej, natknęła się na mogiłę kilku osób, których
nazwisko rodowe wydało się jej znajome:
Alina
Maciążek, Andrzej i Aleksy, obaj Maciążkowie.
- To chyba ta Alina, co ciągle chodziła w fioletach i
zadzierała nosa jakby była lepsza od innych. Paulina nie znała jej osobiście.
Czuła, że tamta ją ma w głębokim poważaniu i nie chcąc się narazić na jakiś
afront, zawsze odwracała się tyłem na jej widok. Odwracała się, ale na tyle by
kącikiem oka zerknąć, w co też tamta się wystroiła, i jaki kapelusz w swoim
kolorze założyła. Nie lubiła jej. Może dlatego, że podświadomie czuła swoją
szarość i nijakość, podczas gdy Alina była zauważalna i co tu dużo mówić ładna
- Ładna, ale małpa! - Nie zapalę jej światełka. Niech palą jej
adoratorzy!
- O! Feluś! Śliczny chłopczyk, pamiętam.
Feluś
Obarek, biedne dziecko, które urodziło się słabe i słabe umarło. Jego rodzice
dotąd żyją, ale wydają się jakby umarli. Szczególnie jego matka. Od tamtej pory
chodzi w czerni, z nikim prawie nie rozmawia i wiecznie chodzi na cmentarz.
Mogiłka była wypielęgnowana, zawsze z jakimś żywym kwiatkiem we wkopanej do
połowy butelce. Na lastrykowej płycie widniało jego zdjęcie. Mały, śliczny
chłopczyk ze słońcem we włosach.
- Feluś, jak mogłabym ci aniołku nie zapalić światełka!
Idąc
dalej, poczuła się trochę zmęczona. Często korzystała z przygrobowych ławeczek.
Niektóre z nich były głęboko zanurzone w betonie, aby ktoś ich nie ukradł, ale
ta, na której przysiadła, miała dodatkowo łańcuch, łączący ją z grobowcem.
Miało się wrażenie, że to sam zmarły trzyma jego drugi koniec.
- I któż to taki ostrożny? - Spytała znowu samą siebie.
Mogiła przykryta płytą z piaskowca, zdążyła już pokryć się
glonami. Część napisów przykrywały jeszcze zeszłoroczne zeschłe wianuszki, ale
pierwszy był czytelny:
Urszula
Pająk.
- Ciekawe, kto jej ten napis kazał zrobić, bo podobno niczego
rodzinie nie zostawiła. Wszystko przepisała na hospicjum, w którym umarła, tak
mówili na zieleniaku. Podobno rodzinka zzieleniała ze złości u notariusza, jak
odczytali testament. Jakiś tam zachowek dostał jej trzeci syn. Może to on? Albo
hospicjum?
To była ciekawa kobieta. Podobno mieszkała jakiś czas w
Ameryce. Przywiozła dolary. Rodzina rzuciła się na nią jak wilki, ale ona
szybko zrozumiała, czym jest ta ich gwałtowna miłość do niej. Ponieważ
wyglądała świetnie, była zdrowa jak rydz i nic nie zapowiadało jej rychłego
końca, z czasem wizyty stawały się rzadsze, a miłość przybrała twarz
cierpliwego oczekiwania. Jedynie trzeci syn - Jurek, do niej często wpadał, bo
ją chyba autentycznie lubił. Niestety, kiedy dostała wylewu, nikt z rodziny nie
mógł się nią zająć. Jurek załatwił jej to hospicjum i nadal ją odwiedzał.
Teraz już chyba nikt już tu nie przyjdzie.
Paulina posprzątała grób i zapaliła światełko.
- Światełko dla nieznajomej, samotnej duszy - Pomyślała.
Nastrój chwili, zmierzch, zapach opadłych liści i palących się
zniczy, migocąca złota poświata na czarnych pniach drzew, tworzyły magiczny
klimat, jedyny w roku. Dla tego klimatu Paulina lubiła tu być.
- Oby tylko bywać tu jeszcze jak najwięcej razy. Pamiętać, o
kim tylko się da. Bo człowiek żyje tak długo, jak żyje pamięć o nim. Kto o mnie
będzie pamiętać? - Znowu spytała samą siebie.
Idąc z powrotem do bramy zwróciła uwagę na jeszcze jeden grób.
Zarośnięty, z połamaną piaskowcową płytą, na której leżał pęknięty i
przewrócony krzyż, przysłaniając jakiś napis. Odgarnęła liście i pojawił się
tylko ten jeden:
Memento mori.
opowiadanko na słowo - koło. Zdarzenie.
Marta
Hanna Precht
słowo: koło
ZDARZENIE
Padał deszcz. Samochód szumiał oponami, rozpryskując na boki
wodę zebraną w koleinach asfaltu.
Zmierzch to nieprzyjazna pora dla kierowców. Wszystko staje
się płaskie, drzewa na horyzoncie tracą swoją wymiarowość, szosa wydaje się
krótsza
a pęd samochodu wolniejszy, niż w rzeczywistości.
a pęd samochodu wolniejszy, niż w rzeczywistości.
Julian był dobrym kierowcą. Prowadził spokojnie i pewnie.
Pozwalał sobie na duże szybkości tam, gdzie było to absolutnie bezpieczne. Nora
lubiła, jadąc w fotelu pasażera, patrzeć na jego spokojną, wpatrzoną w drogę
twarz.
Wracali z okolic mazurskich, szukając miejsca na dom. Ich
wspólny dom wybudowany według projektu Juliana, na wzgórzu Nory, z jeziorem
Juliana, usytuowanym względem stron świata, jakie poda Nora.
Potem Julian zasadzi dąb i razem wezmą z sierocińca dziecko,
którego nikt nie chciał. Oboje byli spełnieni.
- Chłodno mi w nogi - powiedziała Nora - mamy jakiś kocyk w
bagażniku?
- Chyba tak.
Julian powoli zjechał na pobocze i zatrzymał samochód.
Wysiadłszy, przeciągnął się i zawołał:
- Lepiej wysiądź i pogimnastykujmy się parę minut. Zaraz się
rozgrzejesz!
- Daj mi kocyk i jedźmy, chcę jak najszybciej zobaczyć to
miejsce.
Jak opisywał je ich przyjaciel dojazd był dobry. Od głównej
szosy prowadziła wąska wybrukowana „kocimi łbami” droga. Działka była ogrodzona
tymczasowo, więc łatwo było ocenić jej dużą powierzchnię. Centralne położenie
na wzniesieniu, od razu sugerowało miejsce na dom.
To jedna z piękniejszych działek budowlanych na Mazurach, z
widokiem na jezioro.
- Jeśli wybierzemy ten projekt z oknami na cztery strony
świata, będziemy mieć wrażenie, że mieszkamy na dachu świata! - marzyła głośno
Nora.
- I ściągniemy ze Stanów mamę. Nie może tam długo być sama.
Może nam pomóc w urządzaniu się.
- Lubi dzieci... zatem będzie mieć dziecko. Po powrocie do
Warszawy trzeba się tym zająć. Procedury wiesz ile trwają.
- Musimy znaleźć na wszystko czas - podsumował Julian.
- Czy są tam drzewa? Wiesz, takie już duże, żeby nie trzeba
było czekać, aż urosną. Tuż przed domem urządziłabym duży klomb, taki z
objazdem dookoła dla samochodu. I kwiaty, dużo kwiatów.
Nora chyba już widziała ten dom, siebie z małym dzieckiem na
ręku, wśród kwiatów, ptaków i słońca.
Teraz słońca było niewiele. Październik jest kapryśny jak
marzec. Dozuje słońce jak lekarstwo na depresję, która przyjdzie w listopadzie.
- Przyjdzie albo nie przyjdzie... - pomyślała Nora - Przy
takim nawale przyjemnych obowiązków jak urządzanie na nowo swojego życia, nie
będzie jej łatwo się przedrzeć, a może nawet nie zdoła...
Na chwilę zapomniała o szosie, Julianie i deszczu, który padał
coraz mocniej. Wycieraczki skrzypiały rytmicznie.
Julian wydawał się być podobnie zamyślony. Ruch wycieraczek
hipnotyzował.
– Co się dzieje? – spytała Nora. – Dlaczego wycinają takie
piękne drzewa?
Rzeczywiście, pobocze wyglądało, jakby przeszedł przez nie
tajfun. Wielkie drzewa leżały pocięte na kilkumetrowe odcinki, a karpy z
korzeniami w ziemi krwawiły sokiem. Czekały na swojego grabarza.
– To pewnie dla
bezpieczeństwa ruchu – podsumował Julian. – A może chcą poszerzyć drogę…
Milczeli, jadąc między
martwymi drzewami. Nora posmutniała.
– Popatrz, Julian, wszystkie ptaki są bezdomne, prawda? – Co
ty opowiadasz, kochanie? Ptaki są wolne, mają dom wszędzie, gdzie zechcą. –
uśmiechnął się.
Opuścili przygnębiającą porębę. Wjechali znów w normalny,
piękny mazurski las, przez który wiodła wstążka wąskiej asfaltowej drogi.
Deszcz padał coraz większymi kroplami. Głuchy miarowy dźwięk, jaki wydawały,
działał usypiająco. Julian włączył długie światła, w których ulewa pozornie
zwiększyła swój rozmiar.
Dudnienie kropel o dach, spotęgowane odgłosami pracujących
wycieraczek i szumem opon rozchlapujących wodę, tworzyło muzykę idealną do
filmu grozy.
Oboje pomyśleli o radiu. On sięgnął, aby je włączyć, i wtedy
jakiś błyszczący obiekt wysunął się z prawej strony ściany lasu. Julian chwycił
mocno kierownicę i zdecydowanym ruchem odbił w lewo.
Niestety tamten samochód parł do przodu jakby był nieświadomy
zagrożenia.
Był już w połowie jezdni, gdy poczuli uderzenie i wstrząs.Samochód
wykonał obrót, przesuwając się nieubłaganie w lewo, wpadł w głębię rowu po
lewej stronie sunąc bokiem, i uderzył dachem w pień drzewa. Prawa strona była
zgnieciona, a koło nadal kręciło się w niezdarnym mimośrodowym ruchu.
Trzask gałęzi zmieszał się z odgłosami dachowania samochodu,
który spowodował katastrofę, i dźwiękiem delikatnej muzyki z radia Juliana. To
kompozycja Satie.
Smutna, natchniona muzyka mogła towarzyszyć im w tym
kilometrze drogi i w następnych, gdyby tamten kierowca spóźnił się choć, o
kilka sekund… albo oni nie przystanęli na chwilkę po kocyk... Nora była
wciśnięta w poduszkę i fotel skręcony w swojej osi.
Julian nadal tkwił nieruchomo, zgięty między dachem a
kierownicą.
Na jego poduszce powiększała się plama krwi. W oddali ktoś
krzyczał przeraźliwie. Deszcz padał dalej miarowo spokojnie, w coraz większej
ciszy.
Mój tomik wierszy " Słowa na wiatr"
Ponieważ moja choroba oczu jakoś się nie cofa, postanowiłam sama zrobić swój tomik wierszy, ilustrując każdy wiersz. Mój, wydawałoby sie przyjaciel, obiecał mi za ilustracje do "Cosika" autorki z Wielkiej Brytanii, wydać w swoim wydawnictwie kilka tomików mojej poezji, ale jakoś po oddaniu moich rysunków, przestał sie ze mną kontaktować... Po raz pierwszy coś takiego mnie spotyka. Przecież moje rysunki miały wartość komercyjną a wydanie choćby dziesięsięciu tomików już by mnie zadowoliło.
No tak bywa. Nawet nie dostałam ksiązeczki z moimi Cosikami... Zdumiewające.
Kładę na to zasłonę milczenia. Wydrukuję go sama, zaniosę do jakiegoś introligatora i będę go mieć! A kiedy Zosia skończy osiemnastkę dam go Jej.
Pokażę kilka ilustracji z tekstem wierszy:
Zapachy
Razem jest 49 wierszy.
No tak bywa. Nawet nie dostałam ksiązeczki z moimi Cosikami... Zdumiewające.
Kładę na to zasłonę milczenia. Wydrukuję go sama, zaniosę do jakiegoś introligatora i będę go mieć! A kiedy Zosia skończy osiemnastkę dam go Jej.
Pokażę kilka ilustracji z tekstem wierszy:
To okładka.
Wstęp:
Od autorki:
Wybrałam trzydzieści cztery wiersze
spośród ponad stu.
Jako deser dorzuciłam miniaturki i
haiku.
Myślę, że tyle wystarczy.
Po co zanudzać siebie i innych.
Pisałam je przez trzydzieści lat,
tylko wtedy, gdy była taka potrzeba.
Pewnego dnia postanowiłam „wydać” tomik sama, rysując ilustracje do
każdego wiersza, drukując na mojej drukarce i pomocy introligatora
złożyć tomik w
jedyny egzemplarz, jedyny tomik, do którego zajrzy
tylko ten, kto tego pragnie.
Marta Hanna Precht
Niech więc dmuchawiec - brat
wiatru,
poprowadzi Was przez moje wiersze.
Druga strona ciszy
Ucichłam trochę
za pomocą czasu
razem z jesienią
popłynęłam w ciszę
ku mgielnej bieli
z drzewem oniemiałym
nie płonę już tak silnie
przygasłam
jak jesienne słońce
grzejące tylko z
jednej strony
odwrócę się i
poczuję chłód
Posłuchaj
Posłuchaj mej prośby
zanim wszystkie kamienie pustyni
uraczą się winem
i tańczyć będą pijane
zanim jaszczurka spłoszona
przycupnie z boku
patrząc na ten bal
zanim słońce zdziwione
cienie w czerwień zamieni
kładąc kres tej zabawie
posłuchaj mej prośby
bo gdy to się stanie
nie będę już prosić
Zapachy
Wiosna pachniała ziemią
rozmrożona
budząc żaby
zapachem wody w stawie
cudownie pachniał
ołówek KOH I NOOR
jak już nic potem
miękkim grafitem
oddzielił gruba linią
ciężko upalny zapach floksów
i zdziwienie szarych oczu
potem już tylko szukasz
szczeliny w płocie lat
Cukrowe szczęście
To błąd
Flamenco
Beton i mgła
Rejs
Odbicie
Niewiedza
Konstatacja
W sieci
Przed burzą
Odsłona
Czasami kot
Przedwiosna
Krótko o aniołach
Nic sie nie stało
Nie opuszczaj mnie
Przedwieczorne opisanie
Bagno
Długa noc
Modlitwa
Razem jest 49 wierszy.
sobota, 3 października 2015
Dopóki widzę
Dopóki widzę jako tako, postanowiłam zrobić porządek w moich wierszach. Wybrałam 50. Do każdego postanowiłam narysować obrazek... tak jak to ktoś kiedyś mnie prosił, abym rysowała i nie przestawała... No to mam. Pięzćdziesiąt ilustracji i tyle samo wierszy. Jutro albo pojutrze cierpliwie je wstawię. Potem chcę to wszystko wydrukować w drukarce domowej i zrobić jedną jedyną książeczkę - tomik. Bo czy ktoś chciałby to czytać? Wystarczy jeden dla jedngo, jedynego czytelnika.
wtorek, 1 września 2015
Dla Bożki Nowak-Mazur
Popatrzcie co narysowałam chchory okiem... chciałam ozdobić jej książeczkę. Na ile potrafię oczywiście. A poza tym miałam zajęcie i nie myślałam za wiele o tym co mnie czeka.
Jej książeczka to "Błękitny domek nad strumykiem" - opowiada o jej i jej siostry wakacjach u Dziadków na wsi. Jest śliczna (książeczka), i to Bożkowy debiut prozy.
Uwielbiam czarno-biale ilustracje ołóweczkiem.
Jej książeczka to "Błękitny domek nad strumykiem" - opowiada o jej i jej siostry wakacjach u Dziadków na wsi. Jest śliczna (książeczka), i to Bożkowy debiut prozy.
Uwielbiam czarno-biale ilustracje ołóweczkiem.
czwartek, 27 sierpnia 2015
oczy
Nie chcę myśleć o tym co może się zdarzyć. Grozi mi ślepota. Jak żyć odbierając świat wechem, słuchem i dotykiem? Mam bardzo złe chwile. To wystarczy.
Następnego dnia. Szybko dochodzę do siebie choć strach i smutek wierci mi dziury w oczach. Może to coś pomoże mojemu wysiękowemu zwyrodnieniu plamki żółtej?
Następnego dnia. Szybko dochodzę do siebie choć strach i smutek wierci mi dziury w oczach. Może to coś pomoże mojemu wysiękowemu zwyrodnieniu plamki żółtej?
Kiedyś narysowałam w photoshopie za pomocą elektronicznego pędzelka takie oko.
Czarujmy więc, szamańmy, zaklinajmy, szeptujmy, może się uda!
niedziela, 23 sierpnia 2015
Subskrybuj:
Posty (Atom)











































