środa, 12 kwietnia 2017

KROPLA

Stoję z rękami opartymi o brzeg zlewu. Patrzę przez okno. Drzewo jak zwykle stoi w miejscu. Między gałęziami widoczne jest okno sąsiada. Ciemne. Puste. Bez życia, firanek, jakiegokolwiek odbicia w szybie. Martwe okno. Czuję jakąś więź z tym oknem. Tajemnicze partnerstwo tak, jak z przypadkowym pasażerem w pociągu. Można mu powiedzieć wszystko, co mi się zamarzy. Mroczny przyjaciel, akceptujący nawet najbardziej dziwne zwierzenia. Pustka w szybach, to tylko przejście dalej, poza dom, miasto, poza Ziemię.
W moim mieszkaniu też
jest ciemno, ale chyba moja twarz odbija się w szybie. Moje okno żyje, … a może nie.

Za to z pewnością żyje kran nad zlewem. Rytmicznie wypuszcza kroplę po kropli, w tym samym, równym tempie. Kap, kap, kap.
Jakby płakał, albo się ze mną przedrzeźniał, bo moje oczy pozostają suche.
Od chwili, kiedy otrzymałam list od Piotra, nie uroniłam ani jednej łzy. Zupełnie jakbym zmieniła się w beton. Coś zapadło się we mnie głęboko, przygniotło wszelkie emocje i tylko czekało na sygnał, znak, aby wybuchnąć. Na razie, to coś pozostawało ciche i ciężkie.

Marysia już śpi. Miała w przedszkolu próbę występu z okazji Dnia Matki. Bardzo chce być aktorką, dała więc z siebie wszystko, co w małej dziewczynce zmieścić się mogło. To była „mówiona rola” , jako jedna z pięciu dziewczynek powiedziała:
„- Kocham cię mamo jak lato i słońce...”
Druga dziewczynka mówiła następną frazę, ale już nie tak wyraźnie jak ona.
Niektóre mamy miały szklane oczy. Tak niewiele trzeba. Co się będzie działo, na premierze występu, wolę nie myśleć.

2
Dziwne, na próbie był tylko jeden jedyny mężczyzna. Zupełnie jakby dzieci powstawały w wyniku dzieworództwa.
Złapałam się na tym, że ja też jestem sama, i taką pozostanę dla Marysi, która tylko raz zapytała, gdzie jest jej tata. Jeszcze wtedy powiedziałam prawdę.
- Jest w innym kraju, Marysiu. Pracuje tam dla nas, abyśmy miały domek z ogródkiem i psa.
To było tak przekonywujące i barwne, że mała już zobaczyła swoją wyobraźnią zieloną trawę i białego pieska, który po niej biega. Dla niej to była tak radosna perspektywa, że przestała (na razie) pytać o Piotra. Teraz musiałabym jej jakoś powiedzieć to, co z pewnością się jej nie spodoba.
Myślę jakie będą tego skutki. Dziewczynka właściwie jest półsierotą. Ojciec nic nie chce o niej wiedzieć. Nie odezwał się od trzech lat.

To było w sierpniu. Z małą Marysią, śpiącą w wózeczku, szliśmy w kierunku dworca autobusowego. Dwa dni przedtem padał deszcz, a dzisiaj od rana świeciło ostre, świeże słońce. To był dobry znak.
- Musi się nam udać. Jemu i nam. Piotr to silny, zdrowy mężczyzna. Wielu kolegów od dawna pracuje w Wielkiej Brytanii.
Przysyłają pieniądze rodzinom. Będzie dobrze. Ja też pracuję, a to co zarobi Piotr, odłożymy na naszą przyszłość. Będzie dobrze.

Szłam, wspierając się tymi myślami. Piotr dźwigał ciężką torbę, bo oprócz swoich rzeczy, wiózł dla znajomych z miasteczka, jakieś słoiki z domowymi przetworami.
- To kawałki domu, rodzinnej miłości i pamięci, zamknięte szczelnie pokrywką – pomyślała.
Piotr milczał. Chyba liczył kroki do nowego życia, a może takie, które oddalają go od teraźniejszego?

3
Objęłam jego ramię tylko po to, aby się przytulić jeszcze raz, na chwilkę. Spojrzał na mnie tak smutno, że się przestraszyłam. Resztę drogi szłam przytulona, jakbym chciała wrosnąć w to
ramię i nie dać się od niego oderwać. Miałam tylko jego i malutką Marysię.
Kiedy już siedział w środku autobusu, byłam oddzielona od niego tylko szybą. Miał miejsce przy oknie. Kierowca zamknął drzwi i autobus ruszył.
Stałam tam, z wciąż śpiącą Marysią. Dworzec opustoszał. Żwir chrzęścił pod kółkami wózka. Obudzona Marysia rozglądała się dookoła swoimi wielkimi, niebieskimi oczami.
- A gdzie tata?
- Właśnie pojechał wielkim niebieskim autobusem, daleko, do innego kraju.
- Po pieska?- spytała klaszcząc w dłonie.
- Być może tak, ale i po piękne sukienki dla ciebie. Cieszysz się?
- Może tak… ale i żeby był tutaj też.
- Tak się nie da, obie czekamy na niego. Prawda?

I czekałyśmy na każdy zwyczajny list, bo jeszcze nie miałyśmy komputera. Listonosz przyniósł tylko pięć listów. W jednym z nich Piotr napisał:
„Mam szansę na dobrą pracę. Sam wyremontuje dom takiej jednej wdowie. Dobrze płaci. Dam radę sam albo wezmę do pomocy Jarka. Przyślę ci trochę grosza pod koniec miesiąca. Jak tam Marysia?”
- Ani słowa, że tęskni… może to z przepracowania. Gdzie mu tam w głowie serdeczności. To walka o byt, a każda wojna nie jest romantyczna - pomyślałam.
Potem przesłał list przez kumpla powracającego z Anglii, Pawełka - ”złotą rączkę” z naszego miasteczka. Krótki list.
- Może się spieszył, aby wykorzystać okazję.


4
„ Haruję jak wół, od rana do nocy. Remont idzie mi dobrze. Zobaczysz jak szybko się odkujemy! Uściskaj Marysię!”

Potem nastąpiła dwumiesięczna przerwa. Tłumaczyłam sobie to zmęczeniem, brakiem okazji aby pojechać na pocztę, bo dom wdowy był na przedmieściu Londynu.
Codziennie stałam tu, w tym samym miejscu przy zlewie i patrzyłam na drogę. Listonosz przyjeżdżał na rowerze do innych domów. Zatrzymywał się na chwilę, aby wrzucić list albo ulotkę.
Marysia zasypiała dopiero wtedy, gdy mówiłam jej, że tato tez ją kocha, tylko bardzo ciężko pracuje.
Tuliła do siebie zająca, którego podarował jej Piotr. Nie miał jednego oczka, przez co wyglądał jakby porozumiewawczo mrugał do mnie wiedząc, że oboje oszukujemy Marysię.

W pracy Dorota spytała, czy mam jakieś wieści od Piotra. Nie sądzę aby była naprawdę tym zainteresowana, bo jednocześnie zerkała w półotwarte drzwi dyrektora, ciekawa kogo ten ma w gabinecie.
Ja też się nie wysiliłam i powiedziałam:
- Wszystko w porządku. Pracuje.

Okłamałam nie tylko ją, ale i siebie. Od pewnego czasu zdarzało mi się to często. Nie mogłam przecież powiedzieć, że nie wiem.

Minęły jeszcze dwa miesiące i pewnego dnia, wracając z Marysią z przedszkola, zauważyłam przez dziurki w skrzynce pocztowej, białą kopertę.
- No, nareszcie! - odetchnęłam.
Rozebrałam małą, umyłyśmy rączki, dostała ode mnie banana i poszła do swojego pokoiku.
Koperta leżała na blacie kuchennym.
- Nie. Poczekam. Najpierw wyładuję zakupy. Potem zrobię sobie herbatę i spokojnie, nareszcie, przeczytam.

5
„ Martyna, nie wiem jak zacząć. Zbierałem się do tego listu od miesiąca. Boję się napisać to co muszę, bo muszę… Nie jestem sam. Mam kobietę. Tak, tą wdowę, której remontuję dom. Najpierw dojeżdżałem z drugiego końca Londynu, a potem ona zaproponowała, abym zamieszkał w pokoju gościnnym. No wiesz… zgodziłem się. To duża oszczędność na wynajmie mieszkania. Ale potem wszystko się przewaliło. Teraz jestem z nią, a ona jest w ciąży. Chyba ją kocham, tak… kocham ją. Nie wrócę.
Nie mogę. Proszę o rozwód. Załatwimy wszelkie formalności. Nie chcę aby Marysia się o tym dowiedziała. Ile ona już ma? Skończone pięć lat? Jeszcze jest mała, a ty na pewno ułożysz sobie życie. Ja już sobie ułożyłem. Wybacz. Piotr”

Od tej pory żyję jak w transie. Dobrze, że mam pracę i obowiązki. Mam Marysię. Jestem jak zombi, bez uczuć. Przerażona nagłą zmianą życia, zachowałam odruch poddania się codzienności, rytmowi dnia. Nocą patrzę w sufit i czekam na sen. Czasem przychodzi. Ciężka gruda spadła z gardła i opadła na piersi. Teraz walczy z nią serce. Jak długo musi walczyć? Kiedy to oczy przejmą żal i po prostu się rozpłaczą, tak po babsku, boleśnie? Czy to nastąpi?

Stoję przed kapiącym kranem nad zlewem. Przed pustym, ciemnym oknem sąsiada. Kap, kap, kap…
To nie ma sensu. Zakręcam niedokręcony kran. Woda milknie. W oknie zapala się światło.
A ja czuję jakieś drganie w gardle, jakąś nie do opanowania żałość i ściskanie w sercu. Płaczę najprawdziwszymi łzami. Dodaję do tego szloch, tłumiony ryk i opadam na kolana. W kuchni. Przed zlewem.


wtorek, 14 marca 2017

ŚLADEM ŻYCIA słowo schody

Herbata z cytryną była jeszcze zbyt gorąca, aby ją pić. Na dworze już drugi dzień padał deszcz. Siąpił i siąpił beznadziejnie, równomiernie, mocząc wszystko do cna, jakby chciał zamienić beton w gąbkę.
Stary człowiek siedział przy kuchennym stole, patrząc przez okno. Na przybrudzonym obrusie leżała deska do krojenia, na niej kawałek bagietki w otoczeniu mnóstwa okruchów.
- Hania już by na pewno dłonią zmiatała te okruchy. Nie lubiła nieporządku. – pomyślał.
Jemu nie chciało się sprzątać. Gdyby to robił, czułby na sobie uważne spojrzenia swojej żony, a tego nie chciał. Musiałby robić wszystko tak, jak ona chciała, i wtedy musiałby się kontrolować. Odeszła, umarła i teraz ma być sam ze sobą. Miał do niej żal, że go opuściła, skazując go na samotność.
Czasem przychodziła sąsiadka, koleżanka Hani od plotek i robótek ręcznych, gderając zupełnie jak Hania, sprzątała kuchnię. Wyrzucała zepsute jedzenie, robiła mu niezbędne zakupy, a było ich bardzo mało. Mleko, bułka, płatki kukurydziane, mógł to jeść „na okrągło”. Czasem przyniosła mu miseczkę zupy i wtedy była uczta, jak za czasów Hani.
Od czasu pogrzebu, nie dotknął niczego, co do niej należało,
a minął już rok. Stawał przed jej sekretarzykiem i patrzył na kartki pocztowe i fotografie od córki, które skrzętnie zbierała całymi latami. Grażynka wyjechała do Kanady z mężem Kanadyjczykiem. Mieli dwoje dzieci, ale nigdy nie odwiedzili rodziców w Polsce. Hania popłakiwała sobie od czasu do czasu, ale starała się jakoś trzymać, nie okazując bólu.
Zawsze taka była. Poważna i zabawna, mądra i dziecinna zarazem. Była jak pogoda, a Piotr nauczył się ją rozumieć w każdym z tych wcieleń. Chyba dlatego byli ze sobą czterdzieści osiem lat.
- Panie Piotrze pomogę panu, pozbyć się tych pamiątek po Hani. Najwyższa pora! – powiedziała pewnego dnia sąsiadka. – Tylko niech pan oddzieli to, co ważne od niepotrzebnych rzeczy. Nie wolno tak długo trzymać jej w tych przedmiotach! Niech pan pozwoli jej odlecieć!
- Łatwo jej mówić!
Krążył więc w te deszczowe dni po mieszkaniu i szukał jakiegoś bodźca, impulsu, który pozwoli mu na dotknięcie tego co po niej zostało.
W szafie wisiały jej ubrania. Już po jej otwarciu poczuł jej zapach. Zamknął ją, ale po chwili otworzył i wtulił twarz w wiszące sukienki. Poczuł przyjemną woń i to był właśnie ten impuls, który wyzwolił chęć poznania jej przez przedmioty, których dotykała. W szufladce biurka znalazł jej spinki do włosów, z jednym siwym, uwięzionym, włosem. Pogładził go palcem jakby gładził jej głowę.
Od dawna miał wrażenie, że ubyło przestrzeni razem z odejściem Hani. Chodził po mieszkaniu tak, aby jej nie szturchnąć w kuchni, fizycznie czując jej obecność. Może sąsiadka ma rację, pozwalając jej odlecieć?
Cały tydzień oglądał „skarby” Hani, a każdy z nich zawierał jej maleńką cząstkę.
 - Jeszcze kilka dni i odtworzę ją z tych rzeczy… - pomyślał, ale czuł się lepiej, to co robił miało sens.
W malutkim pudełeczku, w które pakowane są pierścionki, znalazł perłę barocco – kupił ją we Włoszech, podczas ich miodowego miesiąca. Niekształtną, a przez to inną od tych lubianych pereł, których  blasku można się spodziewać, a w tej światło odbija się inaczej. Perła ogrzana jego dłońmi ożyła.
Ożyły wspomnienia, bliskość, czułość, miłość.
Jakby na zamówienie, z przegródki na listy, wystawała fotografia z ich podróży poślubnej do Rzymu.
Ich dwoje, siedzących na słynnych Schodach Hiszpańskich, zrobione o świcie.
- Dlaczego wszyscy turyści, jak stadne barany, będąc w Rzymie muszą koniecznie usadzić się na Hiszpańskich schodach? – zapytał Piotr, patrząc na kolorowy tłum. Gdzieniegdzie widać było skrawki schodów między siedzącymi ludźmi.
Hania nie odpowiedziała. Pewnie myślała tak samo, ale przecież oni także siedzieli na tych schodach i patrzyli jak w dole połyskuje woda w fontannie. Łódeczka… rzeczywiście była. Teraz z marmuru a kiedyś w czasie powodzi, zwykłą drewnianą łódkę osadziła na tym miejscu powódź. Piękna nazwa: Barcaccia,  czyli właśnie łódeczka. Tyle wyczytała z przewodnika. Odgarnęła włosy z czoła. W tej sukience w kwiatki wyglądała prześlicznie.
- Wiesz… przyjdźmy tu o świcie. Nie będzie tylu ludzi, będzie chłodniej.
Tak, właśnie tak zrobili. To było ich miejsce. Chyba wszyscy ludzie na świecie mają takie swoje miejsca. Niektórzy ciągle w nich są, a inni o nich marzą.
Poprosili sprzątacza, aby zrobił im zdjęcie. Objęci i uśmiechnięci. Skondensowane szczęście, aureola miłości, i czegoś na co brakuje słów.
- Przecież nie muszę marzyć – pomyślał. – Mogę tam być. Sam, i nie sam. Przeżyć to jeszcze raz. To będzie wspaniałe zakończenie, a potem już „normalne”, zwykłe życie wdowca.
W biurze podróży kupił weekendową wycieczkę do Rzymu.
Było lato. Ubrał się podobnie jak wtedy, choć już nie w to samo. Starość jest paskudna i z całą pewnością gruba!
Już na Fiumicino poczuł się tak, jakby Hania szła za nim. Nie oglądał się za siebie, bo nie chciał zniszczyć to wrażenie.
Malutki hotelik, malutki pokoik i noc. Rzymska noc. Okno wychodziło tak jak wtedy na ciasną uliczkę, pełną stolików, turystów i restauracyjek. Pachniało pizzą, pomidorami i winem. Gwar aż do późnych godzin nocnych. Nareszcie trochę chłodu i głodu. Chłód był pożądany, głód nie. Tak łatwo go zaspokoić w Rzymie. Piotr zjadł kolację, napił się wina z okolicznych winnic i leżąc już w łóżku myślał o poranku, kiedy wstanie i pójdzie do Hiszpańskich Schodów. Siądzie w tym samym miejscu i poczuje ją obok.
Kiedy zadzwonił telefon, że już pora wstawać, tak jak wtedy, wziął prysznic i wyszedł. Rzym jeszcze spał, poza kilkoma niedobitkami, którzy też pewnie wkrótce padną.
Poranek jest błękitny. Błękitna jest łódeczka, z której dziobu płyną dwa błękitne strumienie wody. Turystów jeszcze nie ma. Słychać chlupot wody i czasem klakson samochodu. Tak jak wtedy sprzątacz zamiata okolice fontanny. Robi to codziennie, od lat. Może to syn sprzątacza, który wtedy zrobił im zdjęcie?
Piotr usiadł w tym samym miejscu. Nie czuł niczego szczególnego. Patrzył jak miotła rytmicznie szura po bruku. Zamknął oczy, aby pod powiekami poczuć tamtą chwilę. Nic się nie pojawiło.
Kiedy rozczarowany otworzył oczy, zobaczył ją.
Stała obok fontanny. Odgarnęła, tak jak wtedy, włosy z czoła. W tej samej sukience, tak samo młoda i piękna pomachała mu dłonią. Może nie pomachała, ale jakby kiwnęła na niego…
Tak, zapraszała go do siebie.
Piotr zerwał się na równe nogi. Zbyt szybko. Poczuł lekki zawrót głowy, ale wiedział, że musi zbiec ze schodów jak najszybciej, żeby jej nie stracić.
Wtedy nogi odmówiły współpracy, w klatce piersiowej odezwał się ból, jak rekin wpił się w jego serce i już nie puścił.

Sprzątacz rzucił miotłę i zaczął biec w jego kierunku. Piotr toczył się po schodach w dół, ale już nie czuł niczego. Tylko uśmiech zastygł mu na twarzy.

wtorek, 7 marca 2017

ZŁOTE GODY

Leon odszedł od okna. Za nim nic ciekawego się nie działo. Oparty na kuli, kuśtykał w stronę kuchni. Z  sypialni słychać było miarowe sapanie. To Grażyna, jego odwieczna żona, postanowiła odzyskać dawną, wątpliwą doskonałość formy. Na rozłożonej macie do yogi, właśnie była w pozycji psa z głową w dół.
- Żeby szlag nie trafił pani! – dowcipkował zaczepnie Leon. – Bo ciśnienie ci skoczy, wylew i po krzyku! – kontynuował.
- Martw się o siebie! Bo prędzej ciebie szlag trafi! Ja płakać nie będę!
Kiedyś przed wieloma laty, Leon nagle zapragnął jeszcze raz w życiu doświadczyć gorącej miłości. Pracował z panną Anną, do której ślinili się wszyscy panowie,
od kierownika Mazurka począwszy.
To było dość ryzykowne, bowiem od tegoż to Mazurka zależał jego awans w hierarchii urzędniczej, ale pomyślał, że jak sprytnie to urządzi, no i Ania się zgodzi to diabeł z kusą nogą się nie dowie.
Ania widocznie badała swoje i kandydatów możliwości, bo zakochiwała się często i nawet nieźle na tym wychodziła. Miała swoje malutkie mieszkanko, niezły biust i trzepoczące rzęsy, które potrafiły zdziałać cuda.
Leon zaczął podchody. Zajęło mu to tydzień. Być może  właśnie wstrzelił się w lukę towarzyską u panny Ani, bo w windzie zatrzepotała rzęsami, obdarzając Leona śmiechem wybłyszczykowanych usteczek.
- Pani Aniu służe parasolem i ramieniem, bo właśnie zaczęło padać! A może pozwoli się pani podwieźć do domu? Mam trochę wolnego czasu.
- A żona nie czeka z obiadem?- spytała przewrotnie.
- Och tam zaraz żona! Poczeka.
Tym samym zostały ustalone zasady i priorytety.
Romans trwał w najlepsze, do czasu kiedy w urzędzie, ktoś życzliwy mniej niż inni, odebrał telefon od Grażyny.
- Oj, pan Leon dzisiaj pracuje z panią Anią i robią inspekcję placówki. Będzie za jakieś dwie godziny.
Grażynie nie trzeba było dwa razy powtarzać. Włożyła palto i kapelusik i pognała niczym rącza klacz, do urzędu Leona. Usiadła w foteliku w recepcji i zza gazety obserwowała otoczenie. Po jakimś czasie pojawił się Leon, trzymając w talii pannę Anię. Drzwi windy właśnie się za nimi zamykały jak Grażyna zobaczyła ich pocałunek.
Od tej pory jego życie wykonało ostry zwrot. Zazwyczaj kłótliwa i zrzędliwa Grażyna stała się skąpa, złośliwa i jędzowata bardziej niż zwykle. Każdy dzień przypominał walkę dwóch jeżozwierzów. To ona by ła górą, wypominając mu zdradę i bezduszność.
Na Leona spadło jeszcze jedno nieszczęście, poza małżonką – konieczność wymiany stawu biodrowego. Nie ponosząc kosztów tej operacji musiał czekać dwa lata na jej przeprowadzenie. Wprawdzie ich oszczędności pozwalały na natychmiastowy zabieg, ale Grażyna nawet nie chciała o tym słyszeć. Chodził więc o kuli, starzejąc się w zastraszającym tempie. Klął pod nosem dzień, w którym ujrzał Grażynę po raz pierwszy, ale cóż to można wiedzieć jak będzie w przyszłości!
- Musisz cierpieć! Bo to kara boża za twoją zdradę! A może i za zdrady! Któż to wie, co jeszcze taka kreatura jak ty mogła zrobić!
- A ty taka święta byłaś? Pamiętam na wakacjach w Łebie tak kręciłaś tyłkiem do tego kaowca, że aż się inni śmiali! Skąd mogę wiedzieć, że się z nim nie przespałaś!?
Tak to mijały dni na wspomnieniach z przeszłości. Dzień za dniem, rok za rokiem, a oni jak dwa psy w osobnych, ale niedaleko usytuowanych od siebie budach, szczekali na siebie, zupełnie zatracając się we wzajemnym dokuczaniu sobie i jednoczesnym trwaniu w tym klinczu z braku możliwości rozstania się.
Jako emeryci, całe dnie przebywali ze sobą. Nie dało się uciec chyba, że po bułki, ale i tak zawsze to drugie zauważało natychmiast:
- Ileż to czasu można kupować bułki! Może gadasz z kimś bez sensu godzinę i zanudzasz innych swoimi sprawami!
Cichli tylko wtedy, gdy w telewizorze pojawiał się jej lub jego ulubiony serial. Ale nawet wtedy Grażyna skrupulatnie odnotowywała czas na jej i jego program, zarzucając mu, że przez niego nie może oglądać tego co lubi. Ponieważ pamięć ostatnio zaczęła ją zawodzić zapisywała wszystkie żale, statystyki w zeszyciku, do okładki którego przypinała długopis, aby szybko zanotować ważny fakt.
Perfekcyjność Grażyny sięgała nawet światła w łazience, czasu palenia się żarówek i zużycia wody.
- Ile można siedzieć w wannie! To wszystko kosztuje, woda, gaz i prąd!
- A odnotowałaś jak długo byłem? Może ja też zacznę notować, to ciekawe rzeczy z tego wyjdą!
Nawet wszystkie finansowe sprawy dzielili na pół, bowiem dysponowali oddzielnymi kontami. Niejednokrotnie Leon musiał oddać Grażynie sześć pięćdziesiąt, po rozliczeniu tygodniowym. Rzadziej ona oddawała jemu, bo nie przywiązywał tak wielkiej wagi do pieniędzy.
Pewnego dnia zadzwoniła do Grażyny sąsiadka Krystyna.
- Czy wy też w tym roku obchodzicie złote gody, tak jak my? Bo wiesz, trzeba pojechać do urzędu stanu cywilnego i zgłosić ten fakt. Przyjadą po was umundurowani urzędnicy Straży Miejskiej i zabiorą was ze sobą na uroczyste wręczenie dyplomu, kwiatków i szampana! My się zapisujemy. To może razem tam pojedziemy jutro?
Oczywiście Grażyna dostała skrzydeł. Razem z Krystyną pojechały załatwić formalności. Obaj mężowie siedzieli cichutko w domu, przeczuwając dramat.
Wyznaczono termin czerwcowy, aby pogoda była ładna, dla zorganizowania tej uroczystości dla czterdziestu dwóch par w gminie, które dożyły złotych godów. 
W domu Leona panowała cisza rozejmowa. Grażyna z Krystyną szukały jakiejś stosownej kreacji. Nawet garderoba Leona została przetrzepana i dostarczyła negatywnych wniosków. Kupiła mu w sieciówce granatowy garnitur.
- Przyda się na tą imprezę a nawet i na pogrzeb. Trzeba myśleć o wszystkim!
Dokupiła jeszcze buty i białą koszulę. Leon był zatem wyposażony. Sama w jakimś sklepie z używaną odzieżą kupiła sobie granatową sukienkę w białe groszki, która ostro mijała się z modą, ale przecież nie to było ważne! Cena - piętnaście złotych – wynagrodziła wątpliwości.
Właśnie zaczynał kwitnąć jaśmin przed ich drzwiami, kiedy listonosz przyniósł ozdobną kopertę z Urzędu Gminy.
- No proszę! Grażyna zatarła ręce z radości – na dwudziestego czerwca o czternastej będzie uroczyste wręczenie dyplomów! Słyszysz Leon?
- Słyszę, słyszę – cicho odpowiedział.
Tego dnia, rzeczywiście, przyjechali po nich jacyś dwaj urzędnicy, może nie w galowych mundurach, ale jakoś tak zwyczajnie i zawieźli ich do Urzędu Gminy.
W Sali Ślubów było już sporo osób. Siedzieli w krzesełkach dla świadków. Krystyna ze swoim wiecznie skwaszonym małżonkiem siedziała na pierwszych krzesłach.  Po kwadransie, jacyś dostojnicy weszli, i stanęli frontem do zgromadzonych. Za nimi weszła młoda dziewczyna z dyplomami i ułożyła je na stole. Obok w wielkiej donicy stał pęk kwiatów.
Zaczęto wyczytywać po nazwisku. Dawano dyplom, kilka słów, kwiatek i uścisk rąk.
Wreszcie wywołano Grażynę i Leona Krawczyków. Kiedy podeszli, panienka podała im dyplom a urzędnik z kwiatem w ręku uścisnął im dłonie i powiedział:
- Serdecznie gratuluję, tak długiego pożycia! To wielki sukces! Niech jeszcze ten sukces rozciągnie się na jak najwięcej lat!

Leon opuścił głowę, mruknął dziękuję i podreptał podpierając się kulą, do swojego krzesła.

środa, 18 stycznia 2017

TROPICIELKA




 słowo: ślady



Przez mgłę snu przedarł się jakiś dźwięk. Coś jak skrzypnięcie a potem stukanie drewnem o drewno. Majka otworzyła oczy i z przerażeniem stwierdziła, że jest w samym środku nocy. Była sama w pokoju.
Przez okno wpadał promień księżycowej poświaty, tworząc na podłodze jasny kwadrat okna.
To nieprzyjazna scenografia dla małej pięcioletniej dziewczynki z ogromną wyobraźnią i wrażliwością, jaką została obdarzona.

Z pokoju rodziców dobiegało rytmiczne sapanie taty. Głośno oddychał. Mama kiedyś wytłumaczyła jej, że tak oddychają ludzie, którzy ciężko pracują fizycznie. Ich sen jest tak ciężki jak ich praca. Nie wolno im przerywać, bo mogą umrzeć na zawał serca.
Majka przejęta tym, co mogłoby się zdarzyć, gdyby obudziła tatę, nocą starała się być cichutko jak myszka.
Księżyc świecił coraz jaśniej, albo oczy Majki otwierały się coraz szerzej, a sen gdzieś uleciał w tę zimową noc,
i ukrył się pewnie pod chmurką. Co robić wtedy, gdy powinno się spać, a w głowie myśli plączą się ze strachem?
Wsunęła pod kołdrę lewą stopę. Zawsze bała się, że z tej czerni pod łóżkiem jakaś łapa chwyci ją za piętę. To coś, znikało zawsze razem z zapaleniem światła. Włączyła więc dziecinną lampeczkę przy łóżku.
- Już lepiej. – powiedziała – Teraz nic się nie stanie. Oby tylko tata się nie obudził! Ale będę cichutko.

Rozejrzała się po swoim malutkim pokoju. Mama ładnie złożyła jej dzienne ubranie na stołeczku. Jutro nie idzie do przedszkola, więc będzie cały dzień z mamą i tatą.
- Zaraz, a gdzie jest miś i lalka? – spytała samą siebie. – Oj, zostawiłam je na sofie w dolnym pokoju!
Pewnie zostawiła je na dole, oglądając filmik dla dzieci przed pójściem spać. Zawsze spały razem z nią po obu stronach poduszki. Miś był kiedyś biały, teraz trochę się przybrudził.
Oczy lalki zamykały się plastikowymi powiekami, kiedy się ją kładło Miała prawdziwe włosy splecione w dwa warkoczyki. To była lalka jej mamy. Trochę staruszka, ale nie było tego widać po jej twarzy.  Miała takie śliczne usteczka i rzęsy na końcu powiek. Majka pokochała ją bardziej od tych rozlicznych Barbie, które dostały rolę służących dla Elizy. Tak ją nazwała, bo nie znała żadnej Elizy, a chciała aby jej królewna miała jedyne imię na świecie.
Miś miał śmiesznie skrzywiony pyszczek. Jednym kącikiem się uśmiechał a drugim płakał. Dostał imię Emil bo był milutki. Majka czasem zasypiała na jego miękkim brzuszku, dziwiąc się, że w nim nic nie burczy.
-No tak, przecież on je tylko miodzik, a miód jest zdrowy!
A teraz ich nie było razem z nią! Bez swoich nocnych towarzyszy poczuła się bardzo samotnie. Postanowiła, że cichutko, na paluszkach, zejdzie na dół i przyniesie je do swojego łóżka. Pewnie wtedy zaśnie bez problemów.

Wsunęła stopy w miękkie kapcie i krok za krokiem, pomalutku zeszła ze schodów. W salonie też rozgościł się księżyc oświetlając wszystko srebrnym światłem. Nie musiała włączać lampy, aby stwierdzić, że na sofie nie ma jej przyjaciół.
Nie ma ich na fotelach, ani na stoliku, nie spadły na podłogę. Nie ma ich na komodzie, ani w kuchni.

Chwilę stała zdziwiona odkryciem, kiedy za dużym tarasowym oknem, na białej poduszce śniegu zobaczyła parę śladów, oddalających się od okna w stronę ogrodu.
Podeszła bliżej szyby, i w księżycowym świetle zobaczyła wyraźnie ślady łapek misia i bosych stópek Elizy. Zdumiona swoim odkryciem, przez chwilę nie wiedziała co ma z tym zrobić, ale jako rezolutna dziewczynka, pomyślała, że musi ich odnaleźć i sprowadzić z powrotem do domu!
Włożyła swoją błękitną kurteczkę z kapturem, białe kalosze i czerwony szalik. W takim ubraniu z trudem otworzyła drzwi tarasowe i wyszła na zewnątrz. Powiew zimnego powietrza kazał jej owinąć się szczelniej szalikiem.
Szła obok śladów, brnąc w śniegu.

Ogród nie miał ogrodzenia, po prostu zlewał się trawnikiem z łąką i lasem. Ich ogród sięgał linii lasu, a więc płot nie miał większego sensu. Pozwalało to na odwiedziny saren i zajęcy, które podchodziły pod same okna domu. Ślady prowadziły chyba prosto do lasu. Majka zobaczyła światło na granicy lasu i łąki. Starała się iść szybciej, ale brnięcie w śniegu było dość wyczerpujące.
- Gdzie one poszły! I dlaczego poszły? Przecież nie było im źle! Byłam dla nich dobra.
Wreszcie dotarła na skraj łąki. Za krzakami, w głębi  lasu, paliło się małe ognisko. Jeszcze kilka kroków i dziewczynka ujrzała swoją lalkę i misia Emila, jak tańczą wesoło z… bałwankiem! Zając stukał patykiem w pień drzewa a wiewiórka piszczała jakąś melodię do tego rytmu.
- Hej! Co wy tu robicie! – krzyknęła Majka.
- To bałwanek zawołał nas do zabawy! Ty nie słyszałaś a my tak! Jutro jest koniec roku. Musimy się bawić, tańczyć i cieszyć się, że mamy jeszcze rok życia przed sobą!- odparła rezolutna Eliza.
- Taaak? a skąd wiecie, że macie jeszcze jeden rok życia?
- Wiemy. Bo jesteśmy wieczne, albo prawie wieczne. Czasem żyjemy przez wasze dwa życia! – ciągnęła Eliza przytupując bosą nóżką do rytmu.
- Co ty taka przemądrzała się zrobiłaś! Zimno działa ci dobrze na głowę, chyba. A teraz koniec. Ja nie chcę zamarznąć. Natychmiast wracać mi do domu!
- Jeszcze minutkę i wracamy. -prosił Emil. Wprawdzie ja mam futerko, ale Eliza może się przeziębić.
- Dobrze. Wrócimy, ale z bałwankiem!
Majka czuła, że za chwilę mokre stopy przymarzną jej do kaloszy. Zimno wdzierało się każdą szczeliną kurtki. Gołe ręce już traciły czucie.
- Dobrze. = Zgodziła się Eliza. Wracamy, ale szybciutko! Tylko, ja nie będę spać z bałwankiem! Niech śpi z wami na sofie!.

Mama Majki lubiła rano, zanim wszyscy wstaną, napić się kawy z mlekiem. Siadała sobie na sofie i obejmując kubek, patrzyła na zimowy ogród i ptaki uwijające się przy karmniku. Odsunęła leżące na sofie lalkę i misia i powoli, zadowolona ze swojego niezmąconego rytuału usiadła na sofie.
Nagle wyskoczyła do góry. Kawa wylała się jej z kubka.
- Co to?! Skąd tyle wody na kanapie! Oj cała jestem mokra!

Szklane oczka misia popatrzyły na lalkę, ale ta zamknęła oczy.

wtorek, 29 listopada 2016

PRZY WSPÓLNYM STOLE

PRZY WSPÓLNYM
STOLE


słowo: fotografia


Staruszek bardzo dokładnie wycierał ośnieżone buty w wycieraczkę przed pomalowanymi na brązowo drzwiami do mieszkania. Starał się wychodzić codziennie, tak jak zalecił mu lekarz. Bez względu na pogodę albo wrodzone ludzkie lenistwo.
Tego dnia pogoda zdawała się mieć mordercze instynkty w stosunku do ludzi. Listopad, miesiąc wszystkiego okropnego, co w pogodzie może się wydarzyć. Wiatr, drobny, siąpliwy, zimny deszcz, scenograficznie szaro-buro, jakby słońce miało właśnie coroczny urlop od dbania o ludzi.
Mężczyzna zdjął palto, usiadł w przedpokoju na krzesełku,  z trudem rozsznurował buty i ustawił je na plastikowej tacce.
Kiedy jeszcze żyła Emma, zawsze zwracała mu uwagę na to, aby nie wchodził do salonu z mokrymi butami. Wtedy był nawet zły, na to jej ciągłe przypominanie i zrzędzenie, ale teraz czasem mówił sam do siebie:
-Michael, pamiętaj, zdejmij buty w przedpokoju!
Usiadł w swoim ulubionym fotelu i włączył telewizor. Lubił, kiedy ktoś coś mówi. Cisza działała na niego przygnębiająco.
Polityka nie interesowała go zupełnie. Był przekonany, że politycy to ciągle te same osoby, choć różnili się nazwiskami, wiekiem albo owłosieniem. Wolał programy o przyrodzie albo samochodach. Jeszcze pięć lat temu prowadził swojego wiekowego Forda, ale kiedy jego żółta plamka coraz bardziej zniekształcała obraz, postanowił nie ryzykować. Potrzebował jedynie czegoś do jedzenia, kilku produktów do higieny swojej i mieszkania i to wszystko. Wszędzie chodził na piechotę, a to jedynie poprawiało jego kondycję.
Jego syn Charlie od dawna mieszkał w Chicago. Wprawdzie do Indianapolis było niedaleko jak na amerykańskie odległości, ale nie widział go już chyba trzy lata. Ostatnio był na pogrzebie Emmy. Potem zabrał ojca do siebie do Chicago, aby nie czuł się tak bardzo osamotniony, ale Dan wolał stare śmieci, nawet bez Emmy.
To już trzy lata.  Tak jak teraz, tuż przed świętami.
Miasto oszalało jak co roku. Już od końca listopada, wszędzie choinki, dzwoneczki, światełka, pchały się do sklepów. Nawet w jego stałym spożywczaku,  właściciel Willy zapytał:
- No co Michael, pojedziesz do syna?
- Jeszcze o tym nie pomyślałem, ale jakoś nie mam ochoty.
- Dlaczego? Masz tam dwie piękne wnuczki! Zobacz jak rosną!
Michael jednak nie wykazał nadmiernego entuzjazmu.
- Ja ich prawie nie znam. Nigdy nie zadzwoniły do mnie. Tak jakbym dla nich nie istniał. Po co więc mam się interesować ich wzrostem? To jak obce dziewczynki, nawet nie z sąsiedztwa.
- No co racja to racja – powiedział Willy. – Ale to smutne.

Michael wrócił do domu w innym nastroju niż wtedy gdy wychodził. Willy uświadomił mu, a może raczej upewnił go, że jest sam jak palec. Ponadto nie jest to już jego własne odczucie. Odezwała się w nim słaba chęć walki  o należne mu prawo bycia dziadkiem a nawet członkiem rodziny.
Postanowi, że wieczorem zadzwoni do Charliego.
Poczuł się pewniej. Nabrał ochoty aby wysprzątać mieszkanie, wstawił do zmywarki serwis obiadowy Emmy, aby lśnił czystością. Znalazł świece i wypolerował srebrny świecznik.
Kiedy stwierdził, że to już pora gdy Charlie jest  w domu, zadzwonił.
- Halo, dobry wieczór, tu Michael, czy jest już Charlie?
- Tato, jakiś pan do ciebie!
- Kto?
- Michael.
- To twój dziadek Amy! Nie poznałaś go?
- Halo tata? Tu  Charlie. Coś chciałeś?
- No tak, chciałem zapytać co będzie ze świętami. Czy moglibyście przyjechać do mnie? Dawno Was nie widziałem.
- Możliwe Tato, ale muszę to skonsultować z Dorothy i z moimi dziewczynkami. Dam odpowiedź jutro. A poza tym jak tam zdrowie?
- Stabilnie, jak na siedemdziesięciolatka, tylko musze uważać na serce. Sporo spaceruję i jakoś ciągnę!
- No to dobrze. – zakończył Charlie.
Michael odłożył słuchawkę. Popatrzył na fotografię Emilly, stojącą na kominku, wśród innych.
- No i widzisz, kochanie, nie jestem sam. Tylko ciebie tu brak. Bardzo.
Znów ogarnęła go tęsknota za tym co było. Włączył więc telewizor aby w programie Animal Planet popatrzeć jak ludzie ratują bezdomne, porzucone zwierzęta. To zawsze odbudowywało jego wiarę w szlachetność i dobro. Nawet ostatnio coraz częściej „chodziła” za nim myśl, aby adoptować psa lub kota. Wstrzymywała go jednak wizja, że kiedyś być może będzie musiał mieszkać z synem, a oni nie tolerowali zwierząt. Nie wyobrażał sobie, że musiałby oddać go z powrotem do schroniska.
Zabrał się za odkurzanie fotografii stojących na kominku. Pierwsza Emilly, oparta o białą balustradę jakiegoś mola. Uśmiechnięta. Śliczna jak anioł w białej rozwianej wiatrem sukience.
Charlie w stroju, w którym skończył studia prawnicze, z dyplomem w ręku.
Jego żona Dorothy, młoda ładna kobieta z pięknymi jasnymi włosami i wielkimi oczami.
Dwie dziewczynki: Amy i Jenny, bliźniaczki, obie na identycznych rowerach w identycznych pozach, jakby w lustrzanym odbiciu, z jedną nogą na pedale roweru, a drugą opartą na żwirowej ścieżce.
Jeszcze zdjęcie jego rodziców, z poważnymi minami, stojących na tle żywopłotu.  I wreszcie on sam. Jako żołnierz Marines w ciemno-granatowym, galowym mundurze ze złotymi zdobieniami i w biało czarnej czapce ze złotym znakiem Marines.
Miał wrażenie jakby ci wszyscy ludzie serdecznie go otoczyli. Ustawił je z powrotem, starannie, na gzymsie kominka. Potem zajął się samym kominkiem. Raz w roku, przy takiej okazji, ułożył misternie polana z podpałką, tak aby wystarczyła chwila, aby ogień zapłonął.  Choinki nie kupi ale taki stroik na stół już tak.
- Tyle uroku w planowaniu świąt. – pomyślał.
Kiedy do świąt zostały już tylko dwa dni, wieczorem zadzwonił telefon.
Dzwonił Charlie.
- Tato, nie wiesz jak nam przykro, ale dziewczynki chcą jechać na narty i to daleko, bo aż do Aspen. Musimy odłożyć wizytę u ciebie o jakieś dwa tygodnie. Przyjedziemy do ciebie w drodze powrotnej i wtedy urządzimy sobie święta. Co ty na to?
- No cóż, cieszyłem się…
- Ale to tylko dwa tygodnie, tato, chciałbyś aby nieszczęśliwe siedziały przy stole?
- Nnno nie… dobrze, jak chcecie. Do zobaczenia zatem za dwa tygodnie!
Chyba działał irracjonalnie, albo tak bardzo wpisał się w rolę gospodarza tych świąt, że mimo tego telefonu, zaczął nakrywać do stołu.
Wyciągnął biały obrus, haftowany we wzór richelieu jeszcze przez Emilly.  Ustawił siedem dużych talerzy, Siedem par sztućców, białe serwetki z koronkowym brzegiem. Na środku ustawił srebrny świecznik z białymi świecami, kilka gałązek świerkowych przybranych malutką srebrną bombeczką i kokardką.
Był jak w transie. Zdejmował z kominka poszczególne fotografie i ustawiał je na talerzach.
Swoją u szczytu stołu jako gospodarza. Potem Emilly, Charlie, Dorothy, przeciął nożyczkami zdjęcie dziewczynek i ustawił osobno Jenny i Amy. Jedno, siódme pozostało zwyczajowo puste, dla gościa.
Usiadł na fotelu, patrząc na swoje dzieło.
- W końcu niech to na nich poczeka te dwa tygodnie.- pomyślał.
Tego wieczoru, nie włączył telewizora. Nie zapalił lampy. Siedział długo w ciemności. Czuł się dziwnie, jakby uciekła z niego cała chęć życia. Jakby chciał tak się zamrozić i odmrozić, kiedy usłyszy dźwięk dzwonka u drzwi.
Usłyszał dzwonek, owszem, ale to była sąsiadka, dobra kobieta spytała, czy może mu w czymś pomóc. Chciał odpowiedzieć, ale usta przestały mu działać. Całe ciało zgięło się i już nie chciało się wyprostować. Sąsiadka wezwała karetkę pogotowia ratunkowego. Zamknęła jego mieszkanie i postanowiła zawiadomić syna.
- Co?!! Tato? O Boże! Jest w szpitalu… oczywiście przyjedziemy, za jakieś pięć godzin. Dobrze, znam adres szpitala… Dziękuję.
Sześć godzin później Charlie i jego żona, dowiedzieli się od smutnego lekarza, że jego ojciec Michael godzinę temu oddał duszę Bogu, i że to był rozległy wylew, nie dający szans na życie.
Byli bardzo zmęczeni, nie spali całą noc, podróż samochodem była okropna, padał deszcz ze śniegiem. Musieli odpocząć i jutro zacząć załatwiać ceremonię pogrzebową, a przy okazji zabrać szczątki matki aby wraz z ojcem pochować ich w Chicago. Nie chcieli już wracać do Indianapolis.
W strugach deszczu, zwiastujących ocieplenie na  święta, jechali do mieszkania ojca. Zapukali do sąsiadki, po klucz.
- Tak mi przykro! – powiedziała. To był taki miły starszy pan. Zawsze pytał co u mnie w rodzinie, a ja opowiadałam mu o synach i wnukach. Czasem o kłopotach, ale on mówił, że nie mam pojęcia co to jest samotność i że to chyba najgorsze co może spotkać człowieka.
Chciała jeszcze mówić dalej, ale Charlie pokazał wymownie na drzwi ojca.
- Ach tak, już proszę. – powiedziała dając klucz.
Od progu poczuli zapach jedliny. W jadalni Dorothy zapaliła światło.
Stół jakby czekał. Nie brakowało niczego, no chyba świece się nie paliły.
Patrzyli na fotografie chodząc dookoła stołu. Potem spojrzeli na siebie.
- A gdzie zdjęcie ojca? – spytał Charlie.

Talerz u szczytu stołu był pusty. 

sobota, 19 listopada 2016

PREMEDYKACJA

Powoli dochodziło do mnie, że już nie śpię. Zaraz zadzwoni budzik. Budziki powinny być rozstrzelane i zakopane na szczycie Kilimandżaro. Dlaczego Kilimandżaro? Nie wiem. To ładna góra, na dole Afryka a na górze alpejski śnieg. Lubię ją.
Wystawiłem nogę spod kołdry. Ciepła, wyspana… co ja dzisiaj robię! Noga, Kilimandżaro… stan zapalny mózgu? Auuu! Nie mózgu tylko zęba!
- Co mu się stało? Urósł? Auu, boli jak go uciskam i jak pulsuje! Koszmar!
Wyskoczyłem z łóżka i pobiegłem do łazienki.
- Co tam się dzieje! Nie widzę… złe światło.
Pobiegłem po latarkę.
- No tak to ósemka! Rany boskie, najgorszy ząb do rwania. Bo pewnie mi go będą chcieli wyrwać. Co dzisiaj mamy? No tak S O B O T A !!! Dlaczego zęby zaczynają boleć najczęściej w nocy z piątku na sobotę? Czy ktoś może temu zaprzeczyć? Nie. Bo to fakt. Tylko gdzie ja pójdę w sobotę?
Rzuciłem się do komputera. Wpisałem: „gabinet stomatologiczny czynny w sobotę”. Jest. Telefon. Jest.
Stomatologów, banków i aptek jest u nas dostatek. A ci, którzy pracują w sobotę są chyba bardziej zdesperowani niż inni. Ja też byłem zdesperowany i na tym właśnie stomatolodzy sobotni zbijają majątek.
- Do piętnastej? Dobrze będę za pół godziny.
Śniadanie nie wchodziło w rachubę. Mógłbym chyba tylko wypić kleik przez słomkę, bo jedzeniu nie mam mowy. Ząb nie dał o sobie zapomnieć, pulsując w rytmie tętna, tym bardziej, gdy schylałem się, aby zawiązać sznurowadła. Masakra!
Nie wiem, czy powinienem prowadzić w takim stanie, ale jazda autobusem albo wędrówka nie była do zaakceptowania.
Recepcyjka była malutka, z bufetem, zza którego wyglądała główka malutkiej blondyneczki. Ściana za nią była pomalowana na jasno fioletowo-bzowy odcień wiosny, z obrazkiem wiosennego krokusa. Jakoś mnie to nie uradowało.
- To pan do nas dzisiaj dzwonił?
- Tak. Niestety. Przepraszam, że w sobotę, ale to nie ja wybierałem dzień.
- A, proszę nie przepraszać! Dzieci też się rodzą w weekend, jakby w tygodniu były czymś bardzo zajęte! Proszę do gabinetu.
Wszystko było nowiuteńkie. Wygodny fotel zapraszał, końcówki wiertarki i innych narzędzi tortur, grzecznie czekały w szeregu. Dyskretne światło padające z okna, przesączało się przez jasno fioletowe żaluzje.
Do gabinetu weszła ta sama malutka blondyneczka, która pewnie jako lekarz i recepcjonistka pełniła jednoosobowy dyżur, dla zmniejszenia kosztów.
- Proszę otworzyć usta… szeroko… no tak ósemka, lewa dolna, górne na szczęście panu nie wyrosły… dobrze pan trafił, bo to trudne rwanie. Zaraz zrobię panu zdjęcie tego zęba.
Po chwili zdjęcie jakimś dziwnym sposobem znalazło się w jej komputerze. Nigdy bym nie przypuszczał, że komputer podgląda moje zęby, ale może mój tego nie robi.
- Widzi pan? Korzeń zagięty. Jestem chirurgiem szczękowym, więc nie będzie problemu z usunięciem – powiedziała blondyneczka wielkości kanarka… no, trochę większego kanarka, stukając malutkim paluszkiem w ekran komputera. – Tylko nie w tym stanie. Dostanie pan antybiotyk i przyjdzie do mnie… w środę – powiedziała wertując terminarz.
- Dzisiaj założę panu opatrunek i miejscowe znieczulenie, ale powinno być dobrze. Proszę brać coś przeciwbólowego i… do zobaczenia w środę.
Miłe. Do zobaczenia… a ja mam trzy dni żyć z perspektywą chirurgii szczękowej! Przeżyłem. Czego człowiek nie przeżyje? Chyba samego siebie, a może i kilku długowiecznych znajomych.
Wreszcie przyszła środa. Poranek był pod znakiem uzębienia, śniadanie również, bowiem jadłem tylko prawą stroną, higiena jamy ustnej tylko prawostronna, aby nie usunąć opatrunku, i świadomość, że już dzisiaj ten cholerny ząb przestanie mną rządzić.
Miła blondyneczka była na stanowisku. Na dodatek zauważyłem, że ma na imię Nel… a ja to chyba nosorożec z zagiętym korzeniem!
- Pani doktor, czy ja mógłbym prosić nie tylko o znieczulenie, bo to chyba oczywiste, ale o coś więcej… o króciutkie uśpienie mnie. Czy to możliwe?
- Szkoda, że pan nie powiedział tego na początku, ale możliwe. Poproszę kolegę, jest piętro niżej w przychodni. To anestezjolog. Takie są przepisy…
- No to zaczynamy – powiedział męski głos. Proszę…
Nagle okno otworzyło się w silnym podmuchu wiatru. Do pokoju wpadł suchy pustynny wiatr pełen piasku i jakiś śmieci. Ktoś krzyknął przeraźliwie, a ściany zafalowały jak w namiocie.
- To burza piaskowa! – krzyknął jakiś głos. Ja trzymałem się poręczy fotela a ostre światło słońca uderzyło mnie w oczy, aż musiałem mocno zacisnąć powieki.
Ściany zostały porwane przez wiatr, w którym przetaczały się tony piachu, słońce ledwo przebijało się przez rudy obłok burzy.
Zorientowałem się, że jestem sam wśród rachitycznych krzaków. Bałem się otworzyć oczy. Słyszałem oddalający się krzyk ludzi. Widocznie wiatr porwał ich w górę i można się domyśleć co z nimi będzie. Ja zawdzięczałem życie chyba temu fotelowi, w którym leżałem. Trzymałem się siedzenia z całych sił.
Burza zelżała bo zobaczyłem stado antylop. Stały zbite w jedną bryłę, aby się uchronić przed morderczym, duszącym piaskiem.
Powoli zaczynało  się przejaśniać. Nadal leżałem na fotelu, ściskając go kurczowo. Antylopy rozbiegły się we wszystkich kierunkach. Chyba wyczuły zagrożenie. Miały rację. Zobaczyłem trzy goniące je lwice.
Jedna z nich przemknęła prawie ocierając się o mnie, ale tak bardzo była wpatrzona w swój cel, że musiała mnie nie zauważyć. Pomyślałem, że skoro są lwice, muszą być i lwy. A ja nie mam żadnej broni. Nic co uchroniłoby mnie przed zjedzeniem. Jeszcze lwy, to kotowate, duszą ofiarę, śmierć jest szybka, ale hieny! To dopiero dramat! Jedzą żywcem!
Teraz zacząłem się bać. Skoro są antylopy, lwice i lwy, to muszą być hieny, sępy i szakale! Rany boskie! Muszę stąd uciekać. Może w stronę burzy. Wszystkie zwierzęta od niej uciekają! Będę bezpieczniejszy!
Wstałem i zacząłem biec. Trochę to irracjonalne – pomyślałem – bo niby gdzie biegnę? Usłyszałem jakiś tętent. Przykucnąłem, aby wydać się mniej widocznym i odwróciłem głowę w stronę dźwięku.
To pędził ogromny nosorożec. Poruszał się jak lokomotywa, z opuszczonym łbem, ogromnym rogiem i pancerną zbroją. Wyglądał nierealnie. Tylko ten łomot kopyt był realny. Kierunek, w którym biegł wskazywał, że za chwilę mnie stratuje. Rzuciłem się w bok, kiedy jego tylna noga kopnęła mnie w stopę. Brakowało centymetrów.
Leżałem twarzą w piasku, słuchając oddalającego się nosorożca. Musiałem przemyśleć swoją sytuację. Nie miałem żadnego pomysłu poza jednym, muszę się jakoś stąd wydostać! Muszę znaleźć ludzi. Jakąś pomoc.
Słońce już paliło skórę.
- Gdzie moja kurtka? Widocznie porwał ją wiatr. Trudno.
Wstałem i rozejrzałem się. Gdzieś na horyzoncie  zamajaczyła mi jakaś góra. Skoro jest góra to znaczy, że pustynia tam ma koniec. Postanowiłem iść w tym kierunku.
Burza była już daleko. Tylko pasmo brązowego nieba wskazywało jej miejsce. Szedłem i szedłem pochylony, spocony i wściekły. Tylko nie wiem, na co byłem tak bardzo zły. Bo nie na siebie. Przecież to wszystko, co się wydarzyło nie zależało od mojej dobrej albo złej decyzji.
Góra przybliżała się w miarę jak szedłem. Zauważyłem jej regularność stożka i … białą czapę na szczycie. Czyżby… to Kilimandżaro? Tak! Znam przecież tę górę! Tam są turyści, lekarze i woda! Skakałem jak szalony a radości.
Teraz już nie szedłem, biegłem jak pędziwiatr, szczęśliwy, że to koniec tego koszmaru.

- Panie Marku, budzimy się! – poczułem klepnięcia w policzek.

- Już po wszystkim, chce pan zobaczyć ząbek? – z bieli śniegu Kilimandżaro wynurzyła się główka blondyneczki.

nowy DYSONANS

Nad miską z naczyniami, opasana fartuchem stała kobieta, wycierając ścierką rondel. Robiła to starannie nie spiesząc się zbytnio. Czasem nieruchomiała, jakby gwałtowne nagromadzenie myśli zatrzymywało ruch mięśni. Kiedy myśli stawały się lżejsze, ruch ręki i ścierki przyśpieszał, aby nadrobić stracony czas.
Przyzwyczajona do samotności, mówiła półgłosem sama do siebie, pytając o coś i jednocześnie udzielając sobie odpowiedzi.
- Od kiedy jestem u Ravelów?
- No, będzie z pięćdziesiąt lat… tak miałam siedemnaście, a teraz mam już sześćdziesiąt osiem. Stara jestem.
- No popatrz, od pięćdziesięciu lat jestem gospodynią, służącą, pokojową, sprzątaczką i czym kto chce. Nawet pomagałam przy porodzie małego Maurice’a. Byłam wtedy młodziutka, ledwie coś koło dwudziestu a już musiałam tyle wiedzieć! Malutki Maurice, był jak moje dzieciątko.  Mieszkaliśmy w małym miasteczku, niedaleko mojej wsi. Dom Ravelów był jak dla mnie wtedy ogromny! A Madame bardzo spokojna, ale umiała prowadzić dom. Tylko Pan Ravel był jakiś dziwny. Jak posąg w ogrodzie. Chodził sztywno i godnie. Nigdy się nie cieszył, nawet synkiem. Patrzył na niego jak na  kogoś z rodziny, ale nie tak… serdecznie. Nigdy go nie przytulił, biedaczek malutki…
Znowu znieruchomiała, z wytartym do sucha rondlem w dłoni.
- Przecież nie byli tacy młodzi jak urodził im się synek. To ona modliła się o dziecko, bo Pan chyba nie był zbyt skory do zmian. Wreszcie udało się! Nie wiem jakim cudem!
- Co mnie dzisiaj naszło na te wspomnienia! Chyba mam za dużo czasu wolnego. No tak! Pan Maurice nie ma rodziny i całe dnie gdzieś się podziewa! Tylko jak pada albo jest zimno siedzi przy fortepianie i pisze, zapisuje muzykę co ja ma w sobie. Czasem coś brzdąka. Dzisiaj znowu gdzieś bywa, a obiad w piecyku.  I tak czekam i czekam na niego. Nawet dobrego słowa nie powie.

Dzień zbierał się do ustąpienia nocy. Cienie kamienic wydłużały się coraz bardziej kładąc się w końcu na bruku i zanikając w szarości ulic. Maurice Ravel jak zwykle spotykał się ze znajomymi w herbaciarni. W ich paryskim mieszkaniu panował półmrok, kot spał na fotelu czekając albo nie. To zależy od kota. Ten chyba lubił gosposię, ocierając się często o jej nogi albo układając się na jej podołku, kiedy chciała posiedzieć w fotelu. Kot w przeciwieństwie do Pana nigdy nie marudził.
Geraldine, bo tak miała na imię, znów zamyśliła się patrząc na dogasający żar w kuchni węglowej.
- Ależ to było słodkie dziecko! Miał ledwie siedem lat, jak już grał na fortepianie! Zawsze wesolutki i śliczny! Chyba matka nie kochała go bardziej ode mnie. I jestem z nim jak matka, a oni już pomarli. Tylko mnie ma mój śliczny chłopaczek…
- Tylko widać dużo ma z ojca. Nie potrafi podziękować, tak od serca! Jest jak jego ojciec, taki sztywny pedant. Ciągle marudzi, szuka pyłku na fortepianie albo zmarszczki na koszuli. Surdut ogląda przed wyjściem sto razy, czy nie ma na nim sierści kota, albo czy buty błyszczą… zupełnie jakby to było najważniejsze. Co za pedant! To chyba ciężko tak żyć!
- Żeby sobie jakąś panienkę znalazł! Ale on chyba nigdy nawet nie szukał! Dzieci by były, dom weselszy, a tak to smutek i czekanie. Tylko to mi zostało na starość.

Powoli zapadał zmierzch a Ravel zapodział się chyba na dobre. Geraldine dorzuciła węgla pod kuchnię, żeby jedzenie w piecyku nie wystygło. Upiekła królika z ziemniaczkami, jak lubił.
Geraldine usiadła w końcu przy kuchennym stole, spoglądając w okno, a kot natychmiast przeniósł się na jej kolana. Aby przerwać potęgującą się ciszę, znowu mruczała do siebie, a może do kota, który zdawał się wszystko rozumieć.
- No tak… Chyba znowu muszę odgrzewać jedzenie. Gdybyż on miał żonę! Może miałby do kogo wracać! A tak, to do kogo? Do mnie? Albo do kota? Ze mną nie musi się liczyć. Jestem tu, bo byłam z nim zawsze. Chyba umarłby z głodu i brudu, gdyby nie ja! Nawet myślałam, że może on… no z tych co nie lubią kobiet, ale nie! … no nie sądzę. Ma kolegów, też kompozytorów. Pan Debussy i Fauré byli nawet kiedyś na kolacji. Żartowali, nawet sobie trochę popili… było wesoło. Pan Debussy grał na fortepianie, potem Maurice. robili takie zawody – muzyka na temat. Nie wiem dlaczego nie zabrali swoich żon. Tylko męskie kolacje. Oni chyba tylko muzykę kochają…

Padające z okna światło zachodzącego słońca, ubarwiło jej pulchną twarz złotym cieniem. Takie kobiety nigdy nie starzeją się brzydko. Nie przypominają pomarszczonych gruszek ulęgałek. Są pełne ciepłego uroku babuni z siecią drobniutkich zmarszczek na zaróżowionej twarzy. Do tego srebrne włosy, upięte w koczek na czubku głowy i miła staruszka gotowa.

Chwila zamyślenia przedłużała się. Kot pozwalał się głaskać, mrucząc z zadowolenia.
- Kocham go jak matka. Tylko ja mu zostałam… Jest trochę męczący z tym swoim porządkiem. Ciągle muszę uważać, a przecież czasem mogę czegoś nie zauważyć, już nie te oczy co dawniej! Jak coś jest nie tak, woła mnie i pokazuje palcem jakby chciał to zastrzelić!
- A jak komponuje, cisza musi być całkowita! Jak ja wtedy muszę uważać! Nie stuknąć garnkiem, pilnować, żeby nic nie spadło! Żadnego hałasu!
- Kiedyś był inny, ale ta wojna i ten wypadek tak go zmieniły! Całe szczęście, że przeżył, bo żołnierz z niego żaden. Całe szczęście, że może grać, komponować, bo to tyko dla niego jest najważniejsze.

Słońce skryło się za dachy kamienic zapowiadając zmierzch. Szare światło padało na jej dłoń, która od czasu do czasu, przesuwała się po grzbiecie kota.
- No, kiedyż on wreszcie wróci! Już mnie to denerwuje! Znowu muszę odgrzewać. A odgrzewane to już nie to samo!...
- A jak już zje, to lubi podrzemać. I znowu ma być cisza! Chodzę na paluszkach. A już nie daj Boże jak od rana jest w domu. Po śniadaniu siada do fortepianu. Oj, jak ja muszę uważać! Żeby mi łyżka nie spadła jak gotuję dla niego obiad. Cichutko jak myszka muszę wszystko robić, bo kiedyś, coś  mi spadło, a on wpadł do kuchni, cały czerwony jak burak i był taki wściekły, że aż się jąkał ze złości.
- O, chyba wrócił! – powiedziała słysząc zgrzyt klucza w zamku. – Nareszcie.
Rzuciła się w stronę piecyka. Kot strącony z kolan, patrzył na nią zdziwiony. Maurice wetknął głowę do kuchni.
- Geraldine, obiad poproszę, strasznie jestem głodny!
- Już za chwileczkę podaję, ale muszę podgrzać, czekaliśmy na Pana.
- Idę  do fortepianu, jak podasz, zawołaj mnie – odpowiedział zamiast powitania.
Geraldine zaczęła wyciągać z kuchennego piecyka rondle z jedzeniem. Musiała zachować maksimum uwagi i ciszy. Po chwili dźwięk fortepianu wypełnił ciszę.
- Dziwne to granie. Tak jak by ciągle coś ćwiczył. Ciągle w kółko to samo. Ta sama melodia, na okrągło. Takie hiszpańskie, może po matce, w końcu Baskijka to prawie Hiszpanka.  – myślała.
         Ostatnio ciągle słyszała te same dźwięki, jakby się przeplatały ze sobą, w tym samym rytmie, ten sam temat w wielu odsłonach.
Podała obiad, zawołała swojego pana i stanęła z założonymi rękami na brzuchu, w kąciku przy drzwiach, gotowa na podanie czegoś brakującego.
Znów cisza towarzyszyła obiadowi, który jadł jeden człowiek przy dużym jadalnianym stole.
- Jaki on samotny! – pomyślała. – Nie wolno mu przerywać tej ciszy, bo może on nadal w głowie ma swoją muzykę.
Ogniki świec w stojącym na stole lichtarzu lekko drżały, miały w sobie chyba więcej życia, niż ten samotny człowiek jedzący swoją kolację.
Ravel wytarł usta serwetą i odsunął talerz.
- Proszę o ciszę, Geraldine, chyba dzisiaj skończę to bolero. Chcę go dać na konkurs.
Uśmiechnął się nawet leciutko, czego nie robił nigdy, a więc chyba był zadowolony ze swojej kompozycji.
Geraldine cichutko po kolei zbierała zastawę zanosząc je do kuchni. Tam, najpierw porcelanę a potem rondle myła w ciepłej wodzie w dużej misce stojącej na kuchennej ławie. Wszystko wstawiała do drugiej wielkiej misy z czystą wodą.
Z salonu dobiegało mozolne zapisywanie muzyki, czasem stukanie pałeczką w fortepian, chwile ciszy i znów muzyka. Pan tworzył.
Geraldine cicho krzątała się po kuchni, przez zamknięte drzwi Pan nie mógł nic usłyszeć. Zapomniała o kryształowym dzbanku z kompotem, podreptała wiec do jadalni.
I wtedy stało się najstraszniejsze!!!
Kot chcąc wskoczyć na stół, wymyślił sobie, że najpierw wskoczy na brzeg misy, a ponieważ był gruby i ciężki razem z wielką misą pełną rondli spadł na kamienną posadzkę i z niesłychanym kocim wrzaskiem schował się pod stołem. Po podłodze toczyły się garnki, rondle i talerze. Hałas był nieopisany! Pokrywka toczyła się najdłużej, aż wreszcie padła z głuchym dźwiękiem.
Geraldine chwyciła się rękami w okolice serca i zamarła. Nie wiadomo czy doznała zawału czy nie, czy kot umarł z przerażenia czy nie, co stało się z zakończeniem utworu…. ale  nie! to wiadomo!
Zamiast misternego zakończenia, pojawiło się zakończenie szybkie, drapieżne i ostateczne. Być może kuchenny fakt sprawił, że bolero Ravela urywa się nagle. Zakończenie trwa akurat tyle, ile hałas w kuchni. Nawet pokrywka dostąpiła zaszczytu zakończenia utworu.
Kompozytor, Geraldine i kot wszyscy przeżyli zdarzenie, a Bolero Ravela jest jedną z najbardziej znanych kompozycji na świecie.