niedziela, 21 września 2014

Nowe zadanie

Pora zająć się czymś nowym, albo starym ale zaniedbanym. "Bajki ze śniegu". Postanowiłam zrobić im korektę i ubrać w nowe rysunki - ilustracje. Od tygodnia siedzę i rysuję, rysuję , aż mnie czasem boli nadgarstek. Ktoś prosił mnie abym rysowała. Pamiętam. A oto parę skutków (mam ich już pięćdziesiąt):











środa, 27 sierpnia 2014

drugi wieczor

30 września mam drugi wieczór autorski w Piasecznie! Snuję scenariusz!

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Teraz "Bajki ze śniegu"

Tak. Teraz bajki. Będę je sama ilustrować. Posłałam do tego samego Wydawnictwa, może sie spodobają? Są dziwne. Inne. Trzy bajki o poszukiwaniu miłości i dobra. Umieszczę je w blogu jak jeszcze dopisze kilka fragmentów. Na razie kot krasnala na mnie warczy!

Książka przyszła na świat

Jest. Wreszcie. Druga moja wydana książka leży na stole w liczbie 25 egzemplarzy autorskich. Czy sie cieszę? Pewnie! Jest w Merlinie,  będzie w ksiegarniach, które mają normalne drzwi z klamką - mam nadzieję.

piątek, 8 sierpnia 2014

druk

Już się drukuje moja druga prawdziwa książka! Za chwilę będzie w sprzedaży. Tylko gdzie? tak jak poprzednia? Przynajmniej nie zapłaciłam wydawnictwu ani grosza za to, że osmieliłam się ją napisać!!!

środa, 4 czerwca 2014

Opowiadania

Najpierw była cisza, a teraz proszę! Opowiadania po korekcie poszły do "złamania"! Jeszcze tylko grafik i mam nadzieję jakaś umowa wydawnicza, bo nie sądzę aby wydawnictwo diecezjalne mnie oszukało! Czekam zatem na finał. To moja druga książka. Chyba czas pisać trzecią. Początek mam.

sobota, 3 maja 2014

Przemysełki

Nowa wiosna. Nowa nadzieja, tylko ja ta sama. Czekam na sygnał od korektorki . Diecezja Pelplińska. Ale zawędrowałam daleko. Podobno we wrześniu będzie książka. Dlaczego "Opowiadania z lumpeksu tak przymadły do gustu Księdzu?
Może dlatego, że w zależności od tego jak postanowimy działać, jaką drogę wybierzemy, co dla nas stanie się drogowskazem, co zobaczymy w oczach drugiego człowieka, jak bardzo staramy się pomóc i wreszcie czy dobro może boleć, tak potoczy sie nasze życie. To co jest teraźniejsze jest najważniejsze. Od tego zależy następna rzeczywistość.

środa, 9 kwietnia 2014

No tak! Nie zagladałam do bloga i Frederick jest bez odpowiedzi! Poprawiam się.
Trochę sie zmieniło z Opowiadaniami z lumpeksu - odezwał sie ksiadz - wydawca z bernardinum, który sam mi proponuje wydanie we wrześniu tego roku i nic nie mówi o moich kosztach! Czekam na korektorkę w kolejce, i myślę, że sie uda wydać! Dzieki zatem Fredericku za ofertę dla tej pozycji, Całkiem poważnie myślę o wydaniu moich wierszy. Mam już przygotowane cztery rozdziały do jednego tomu: Porwane słowa, Bez słów, Słowa na wiatr i Słowne igraszki. Obmyślam wspólny dla nich tytuł i chciałabym je sama zilustrować. Jedynie poproszę o przygotowanie fachowe do druku. Chciałabym je wydać w Frederickowym wydawnictwie, bardzo. Zgłoszę się w tej sprawie - ściskam baaardzo serdecznie!

sobota, 8 lutego 2014

Dla Fredericka

Kochany Fredericku, mam nadzieję, że zajrzałeś właśnie do mojego bloga. Stary i nudny. Ale może dzięki Tobie ożyje?
A tak przy okazji: chcę wydać "Opowiadania z lumpeksu". Chcą ode mnie 6.000 za 300 egzemplarzy to wypada po 20 zl za książkę, ale ja dostanę 3,50. Zrobią cenę okładkową jakieś 25 zl. To śmieszne. Kto zarabia resztę? A poza tym nie mam 6000. Może u Was?
Wszystko mi opadło.

niedziela, 12 stycznia 2014

Świąteczna magia

Po szczęśliwym przebrnieciu przez mityczne święta Bożego narodzenia, takie mi myśli przyszły do głowy:


Świąteczna magia

W małym miasteczku, nieliczni ludzie przemykali się w mroźny dzień, niosąc siatki z zakupami. Niektórzy wstępowali do budynku poczty, aby nadać już z pewnością spóźnione, kartki  świąteczne. Urzędnicy w granatowych fartuchach, siedzący pod portretami Bieruta i Stalina jeszcze mieli do przepracowania dwie godziny, aby potem zająć się przygotowaniami do świąt. 
Za oknem śnieg padał równo, wolno i dostojnie. Przypomniał mi się tamten klimat tych dni. Wiem, to sentyment do swojej młodości, tak mówią. Chociaż nie tylko. Widzę różnice, jakie istnieją w tym, co pamiętam a tym, co widzę teraz.

Przede wszystkim było cicho. Zimy były normalne, białe, czasem mroźne, śniegowo-tunelowe, skrzypiące szronem, kłujące bielą w oczy.
Na rynek zajeżdżały furmanki. Konie parskały parą z pobielonych szronem nozdrzy. Woźnice okutani baranicą sadzali obok siebie na koźle okutane w chusty żony. To był dojeżdżający do miasteczka „supermarket” świąteczny. W koszach, w otulonych sianem konwiach, czekały na sprzedaż: wiejski chleb, śmietana i masło, jajka, cielęcina i schab, bez pozwoleń, kontroli, systemów podatkowych i kar.

Miasteczkowe gospodynie, jeszcze w jesionkach z codziennymi chustkami na głowach, kupowały to, co jak mówiły: jest lepsze niż to w sklepie „Społem”. W tych sklepach kupowało się karpie, które potem beznadziejnie pływały „w kółko” w baliach do prania lub innych większych misach. Można było palcem pogłaskać je po zimnym i śliskim grzbiecie. Sprzedaż trwała do zmierzchu. Potem jak codziennie noc brała w posiadanie miasteczko, ludzi i śpiące wrony na drzewach. Furmanki już lżejsze zawracały do swoich domów, a zmarznięte konie jakby szybciej przebierały kopytami, wiedząc, że jadą do swoich ciepłych stajni.

Delikatnie odczuwało się jakieś podniecenie zbliżającymi się świętami.              
W oknach kuchni dłużej niż zwykle, paliło się światło. Dzieci zasypiały w piernikowym zapachu. Za oknem panowała noc i cisza.

Właściwie to Wigilia następowała gwałtownie. Jeszcze poprzedniego dnia zapachy z kuchni mieszały się z zapachem pasty do podłogi, a już następnego, koło południa nakrywano stół białym obrusem, ustawiano talerze, na których codziennie się nie jadło. Potem stawiano półmiski z karpiem w galarecie, sałatką jarzynową, chrzanem, masłem i chlebem.
Makaronów w sklepach jeszcze nie było. Gospodynie robiły je same wałkując ciasto do prawie przeźroczystej cienkości, a potem suszyły wielkie placki na stole przykrytym ściereczkami. Potem zwijały w długie rulony i cięły cienkie kluseczki do rosołu na pierwszy dzień świąt. Wtedy już można było jeść potrawy z mięsa. W piekarniku dochodziła gęś lub indyk. To było cudowne świąteczne „wypasione” jak powiedziałabym dzisiaj, jedzenie.
Odświętny stół czekał na sygnał. Dzieciom kazano wybiegać na dwór i patrzeć w niebo, wypatrując pierwszej gwiazdki.

- Jest! Jest! Jest gwiazdka! – wołały dzieci.

Wtedy magia osiągała swoje apogeum. Jako dziecko stawałam się kimś ważnym, do kogo podchodzą starsi, łamiemy się opłatkiem, i wszyscy po kolei życzą mi abym była grzeczna i nie chorowała.

Przyjmowałam te hołdy z powagą i radością, odurzona chwilą, zapachem jodłowej choinki i podniecona tym, co tam pod jej spodem widziałam. Jakieś paczuszki owinięte w pakowy szary papier i przewiązane wstążeczką.
Mieliśmy wtedy po kilka lat. Wierzyliśmy w Mikołaja, który nagradzał tylko grzeczne dzieci, a te, które nabroiły, bały się, że pod choinka znajdą rózgę. Mnie jakoś się udawało. Prezentem mogła być czekolada, albo kredki, czasem kapcie lub pończochy bawełniane w prążki. W wyjątkowych wypadkach, kiedy przyjechał ktoś bogatszy z rodziny dostawałam lalkę z celuloidu ze sztucznymi włosami i namalowanymi oczami.
Nie mogłam sobie wyobrazić, co stałoby się ze mną gdybym po rozpakowaniu paczuszki, znalazła tylko rózgę!  To byłaby wściekła rozpacz!
Co powiedziałabym koleżance, gdyby zapytała, co dostałam od Świętego Mikołaja! Tego bałam się najbardziej. Ale zazwyczaj już sam kształt pakunku zdradzał jego zawartość.

Wolno było nie spać aż do północy. Kiedy zmrożony śnieg chrupał pod butami, a wszystkie gwiazdy usadowiły sie na granatowym niebie, ta wigilijna noc stawała się magiczną, niepowtarzalną chwilą w roku.

Z sąsiednich domów słychać było kolędy. Niosły się w poświacie z okien, toczyły po białym śniegu, bo gdzieś tam, daleko w świecie urodziło się maleństwo, zbawiciel, król naszych dziecięcych duszy. Bardzo było mi go żal, że tylko pieluszką przykryty, w stajence, w drodze urodzony, leży i chyba mu zimno. Zawsze tak wyglądał w stajence, którą ustawiał ktoś w kościele. Miałam ochotę, aby przykryć go choćby moim szalikiem a na wyciągnięte rączki nałożyć rękawiczki.
Kolędy już nie snuły się delikatnie, a wybuchały gromko w kościele zwielokrotnione załomami murów, złotem rzeźb postaci, łukami sufitu, dźwiękami organów. Ludzie jakby natchnieni, niektórzy z wilgotnymi oczami, nie wiadomo czy ze wzruszenia czy zimna, śpiewali, jak kto potrafił. Staliśmy się jednym gardłem, jedną wolą, jednym sercem.
Czułam podniosłość tej chwili, bo nazajutrz wszyscy szarzeli, znowu byli jak zwykle. W Wigilię „dostawali” skrzydeł.
Następne dni, to było jedzenie, jedzenie, gadanie, nowi goście, odwiedzanie się wzajemne i jedzenie, gadanie, jedzenie… i tak przez dwa kolejne dni.

Choinka stała dumnie i pachniała, rozsiewała las, szyszki i żywicę, pyszniła się anielskimi włosami, kusiła cukierkami w kolorowym „sreberku”, błyszczała uśmiechami bombek i kusiła dzieci, które czasem kładły się pod nią by chwilkę pobyć w zaczarowanym lesie. Dzieci musiały bawić się swoją fantazją. Radio było dla nich zbyt poważne i niezrozumiałe, a nie istniały inne bodźce, które zajęłyby ich umysły. Można było porozmawiać z lalką lub kotem, a czasem samym z sobą patrząc na białe czyste podwórko przed oknem.
Za oknem śnieg ustępował wiośnie, całe lata trwał ten spektakl, niezmiennie, nieuchronnie. Wszystkim przybyło lat, tzw. życiowych doświadczeń, niektórym wzrok zmatowiał, niektórym się wyostrzył.
Właśnie ci zwrócili uwagę na to jak bardzo zmienił się ten magiczny dzień świąt. Zatarło się oczekiwanie, nagrodzone chwilą, kiedy udało się kupić karpia, szynkę albo, kiedy statek z cytrusami dopłynął do Gdyni, i już za kilka dni będą pomarańcze i cytryny…
Przede wszystkim jest głośno i jazgotliwie. „Przedświęta” zaczynają się w połowie listopada. Supermarkety stroją się w choinki, Mikołaje, Coca Cola śpiewa „Jingle bells” głośno, nachalnie.

Dzieci, z wyjątkiem tych najmniejszych, już wiedzą, że Mikołaj jest w każdym Mall’u, ma sztuczna brodę, więc chyba jest z nim coś nie w porządku. Nie wiedzą, że to robotnik, pocący się w czerwonym uniformie, który za pieniądze rozdaje prezenty i że pracuje do trzeciej a potem przyjdzie jego zmiennik. Przy kasach ustawia się kosze dla biednych, aby i oni mieli coś na święta. My czujemy się lepiej tego dnia. Nasza szczodrość koi nasze sumienie… tylko ci biedni, muszą na nią czekać znowu cały rok…
Panienki przebrane w anioły chodzą po sklepie sprzedając… opłatek! Po opłatek chodziło się do kościoła. Sprzedawała je zakonnica, były jakieś bardziej święte niż ten sztuczny od sztucznego anioła.
Półki uginają się pod ozdobami choinkowymi. Wszystkie wyprodukowano w Chinach. Sprzedaż, sprzedaż, zysk. Tylko to się liczy. Zysk i reklama. Reklama w sklepie, na billboardzie, w telewizji w Internecie, wszędzie, gdzie spojrzysz. Kup to! Zobacz to okazja! Świetny pod choinkę… a ta choinka to chyba dodatek do prezentu, który kupisz, a najlepiej kilka.

Zamykam oczy i na moment widzę tamten świat w zimowej ciszy, gdzie jedyną akcją reklamową jest wołanie sąsiadki, że przywieźli cytryny.
Dzieci trudno odciągnąć od komputera, aby poszły z nami na spacer do supermarketu, no chyba, żeby sobie wybrać nowego IPada, albo grę pod konsolę, bo to im się należy. Przecież muszą to mieć, aby się nie śmiali w szkole.
W samochodzie duży bagażnik pomieści wszystkie pragnienia.  Radio samochodowe nadaje „Jingle bell” w jakimś innym wykonaniu. Wieczorem w telewizji będą zapowiedzi programu na wigilijny wieczór. Wspomogą nas gwiazdy estrady, śpiewające za nas kolędy. Przyjemnie jest jak wraz z dźwiękiem sztućców o talerze, przedrze się „Lulajże Jezuniu”.
W lodówkach już czekają odebrane z restauracji brzydkie półmiski z rybami, śledzie ze słoika, reszta ze sklepu. Tylko sałatkę z rukoli zrobiła osobiście Pani domu. Jeszcze tylko ktoś akurat wolny w tej chwili, bo dzieci grają w gry komputerowe, ubierze choinkę i można zaczynać święta. Z telewizora mruczy kolęda, choinka czasem sztuczna, nie pachnie, chińskie ozdoby jakoś nie pasują do słowiańszczyzny, a prezenty? Każdy wie, co dostanie, wiec tylko rozrywamy ozdobne papiery, opakowania z wielkimi kokardami, i sztucznie zachwycamy się sztucznymi prezentami pod sztuczna choinką, ze sztucznymi kolędami w tle. Świat stał się sztuczny.

Przedsiębiorcy liczą kasę, bo teraz będzie zastój, do Walentynek, a zaraz po nich znowu Wielkanoc… jakoś się przeżyje. Tylko ta reklama taka droga, gdyby nie to można by się reklamować więcej, zwłaszcza w telewizji tak, aby programy stały się przerywnikami w blokach reklamowych. Posprzątają sklep z bombek, przygotują serduszka, a potem kurczaczki i baranki. Interes się kręci.

Tylko gwiazdka na niebie jakoś przybladła, niebo pojaśniało od reklam, które tę gwiazdkę reklamują, śnieg albo jest albo go nie ma, bez ładu i składu – płaczą Górale, bo szlag trafił świąteczne dutki. Powycinane choinki leżą w hałdach poświątecznych, ocalałe karpie wrzucą do stawu, niech podrosną do następnego roku!

Tylko ja, szczęśliwa, mam za oknem wierzbę, czekam spokojnie na śnieg i patrzę, jak sikorki z karmnika biorą w dziobek ziarno słonecznika i jedzą go na przystrojonym lampkami wiązie w moim ogródku. Dlaczego szczęśliwa? Bo mam w oczach tamten obraz, nastrój i nikt mi go nie odbierze.


A co będą miały w pamięci dzisiejsze dzieci?

środa, 20 listopada 2013

zniechęcenie

Wysłałam 60 listów do 60 wydawnictw. Mogę oczywiście wydać za swoje pieniadze. Za podwójną stawkę wydania ( drukarnia bierze mniej wiecej połowę) a reszta to zysk dla wydawnictwa... Nie stać mnie na ich opłacanie. Brak mi siły aby wydrukować samej swoją książkę. Mogę zdobyć bez problemów numer ISBN, a potem sprzedawać znajomym za niewiele większą cenę od kosztów wydania.... mogę, to takie upokarzające.
To ciekawe, że jedni moga wydać mi książkę za 10.000 a inni za 2.800 cud jakiś!
POpracuję nad korektą, narysuje obrazki do "Bajek ze śniegu" i do swoich trzech tomików wierszy( bo tyle sobie umyśliłam) i zobaczę co dalej będzie.

czwartek, 24 października 2013

Tak... zarobiłam za pół roku 228 złotych. Można przeżyć. Zerwałam z wydawnictwem. Im nie zależy na sprzedaży ale na wydaniu i cześć! Przy takiej promocji jak Teleekspres... książki nie ma w ksiegarniach! Jak ma sie sprzedać? Napchałam komuś kieszeń i tyle! Teraz już nic nie wydam, chyba, że mnie poproszą!

wtorek, 3 września 2013

Mamy wrzesień, z rozliczeń nici....

piątek, 30 sierpnia 2013

opóźnienie

Zamiast do końca lipca moje szanowne wydawnictwo obiecało rozliczenie do końca sierpnia (oczywiście z odsetkami - jakimi?). Czekam zatem na tę radosną nowinę: "Przekazaliśmy na Pani konto 3.000.-" Hahahahaha! Zobaczymy!

środa, 19 czerwca 2013

poczekam

Zobaczę ile dostanę za półroczną sprzedaż "Cienia ważki". Boję się, że dostanę zawrotu głowy i nie będę wiedzieć na co tę forsę wydać. Czy wydam "Opowiadania"? Nie wiem.

piątek, 8 marca 2013

nowe Wydawnictwo

Odezwało się Wydawnictwo Zysk i S-ka. Dobre wydawnictwo. Poprosili o wydruk.Wysyłam. Nie sprzedam Opowiadań tak bez sensu jak Ważkę.

sobota, 16 lutego 2013

wydawanie ksiązki

Byłam, byłam i co? Nie przełożyło się to na sprzedaż książki, choć to najcudowniejsza reklama dla autora! Temu wydawnictwu WFW nie zależy na jej sprzedawaniu. Podejrzewam, że chcieli tylko ją wydać za moje pieniądze w liczbie 300 egzemplarzy, a potem? Przecież nie będą ponosić kosztów dodruku i dystrybucji. Nigdzie tej książki już nie ma, a w ksiegarniach internetowych nakład jest wyczerpany!!! Moja ważko, chyba żle pofrunęłaś i ktoś ci skrócił skrzydełka. zukam poważnego Wydawnictwa.

piątek, 18 stycznia 2013

Byłam w Teleekspresie!

Niewiarygodne! Debiut, zaledwie 103 strony, właściwie to nowela i miałam swoja minutę w pierwszym programie TVP! Jak to nazwać? Oto link:

http://teleexpress.tvp.pl/9764538/cien-wazki


ale spróbuję wkleić filmik, jeśli mi się uda.




W każdą środę, od prawie ośmiu lat, zachęcamy do czytania i jesteśmy z tego dumni. Dziś też zachęcimy - w Teleexpressowym Przedziale Literackim Marta Precht i jej książka - "Cień ważki".

fot. TVP
fot. TVP
Opowieść rozgrywa się na dwóch planach czasowych. Jedna z głównych bohaterek, Nora, w domu spokojnej starości wspomina wydarzenia z życia swojego i swojej najbliższej przyjaciółki. Życia, które w pewnym momencie dramatycznie i nieodwracalnie zmieniło swój bieg. - Kiedy internet wkracza w nasze życie, bo się na to godzimy, nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo może być destrukcyjny. w mojej książce na pozór niewinna gra prowadzi do tragedii w życiu realnym, ale jednocześnie otwiera drzwi do nierealnego świata. Czy ten wirtualny zastąpi prawdziwy świat? - tym pytaniem do lektury książki zachęca Marta Precht.

Niestety nie umiem dodać tego filmiku bo chyba nie jest mój. Ale link powinien wystarczyć. 

poniedziałek, 7 stycznia 2013

MROWISKO

 To moja następna pozycja. Będzie to opowieść o sile zła, która niszczy wszystko co zechce zniszczyć, nawet samą siebie. Jej upostaciowieniem jest piękna dziewczyna Berta. To wiem od samego początku pisania, co będzie dalej? Muszę sięgnąć do moich snów i wyobraźni. Mogę przytoczyć jej początek:


PROLOG

Przybrałam postać mrówki. Zawsze chciałam obejrzeć świat z jej perspektywy, ale jakoś nie było czasu. Tam, gdzie przebywałam czas nie istniał a więc nie czułam jego braku. Tutaj Bytom inaczej. Ścieżka, którą szłam była wydeptana milionami mrówczych łapek. Ziarnka piasku mieniły się w słońcu jak diamenty. Co jakiś czas musiałam omijać leżące na drodze patyczki, szyszki, liście i kamienie. Szłam tam, gdzie szły inne mrówki ze zdobyczami w pyszczkach, czyli pewnie do mrowiska.
Zawsze dziwiła mnie ich budowa. Były złożone z trzech części połączonych cieniutkimi fragmentami, niepasującymi do tego, co łączyły. Wielka głowa z oczami z boku, aby zrobić miejsce na wiecznie poruszające się długie, załamane czułki, potem jakieś zdeformowane ciałko główne i wreszcie ten odwłok, ogromny, paskowany, trzymający się na cienkiej szypułce całej reszty. Mimo wszystko zadziwiały „zręcznością” łapek. Potrafiły lekko biec, nawet z ciężarem zdobyczy. Zawsze wiedziały gdzie jest ich dom.
Udawałam, ze coś niosę i szłam dalej z nimi. Nagle jedna z nich podbiegła do mnie i zaczęła mnie głaskać czułkami po głowie. To nie było przyjazne, ale też nie agresywne. Widocznie coś jej nie podobało. Wyglądałam tak samo, ale nie pachniałam tak jak one. Stałam spokojnie, choć wiedziałam, ze popełniłam błąd. Mogło mnie to kosztować życie.
Mrówka nie była chyba zbyt bystra. Pomacała mnie tu i ówdzie i odeszła. Pozostawiła na mnie odrobinę swojego zapachu, mogłam czuć się bezpieczniejsza.
Wiedziałam, co mam zrobić, kiedy dotrę do środka mrowiska. Muszę zniszczyć ten dom. Bez żadnych skrupułów, bezlitośnie. Tak jak zniszczono mój i mnie samą. Byłam królową zemsty. Bez niej moje istnienie nie miałoby sensu.
Kiedy dotarłam do mrowiska zaczął się mój dramat. Żołnierze nie byli tak głupi, aby mnie wpuścić do środka. Podbiegło do mnie kilku. Kiedy zobaczyłam ich wielkie kwadratowe łby i potężne żuwaczki, wiedziałam, że za chwilę mnie pokroją na części i wniosą oczywiście do środka, ale jako pożywienie dla reszty. Wykorzystałam chwilę, w której nie mogli się zdecydować, który zaatakuje pierwszy i uciekałam ile sił w łapkach. Gonili mnie! A Jakże! Byłam szybsza.
Na noc schowałam się w zwiniętym liściu, rozważając inne wcielenie. Już nic mi mądrego do głowy nie przychodziło. Byłam jastrzębiem, rekinem, lwem, za każdym razem ponosiłam porażkę. Domy ich ofiar były jednostkowe, zbyt małe. Pomyślałam, że mrówki budują społeczność i są stosunkowo łatwą zdobyczą. Na pszczoły albo termity nie mogłam się zdecydować. Były jak mi się wydawało inteligentniejsze od mrówek.
Musiałam jednak cos wymyśleć. Moja zemsta miała określony czas i jego przekroczenie spowoduje, że wrócę do świata zmarłych zawieszonych w próżni, że nie dopełni się sprawiedliwy wyrok za mój ból, upokorzenie i strach. To była moja zemsta, niezgodna z prawem świata umarłych, jakimkolwiek logicznym myśleniem, ale czułam, że muszę niszczyć każdy dom, każde szczęście i porządek, jakie napotkam na swej drodze.
***

Okładka do "Cień ważki"

Bardzo piękną okładka i cztery ilustracje są dziełem mojego syna Karola.


stopka redakcyjna wygląda tak:




Marta Precht
Cień ważki
© Marta Precht 2012
© Warszawska Firma Wydawnicza s.c. 2012
Warszawa 2012
ISBN 978-83-7805-318-7

Redakcja i korekta
Bartosz Szumowski

Skład i łamanie
Jacek Antoniuk

Ilustracje oraz projekt okładki
Karol Precht

Wydawca
Warszawska Firma Wydawnicza s.c.
ul. Chmielna 11/13
00-021 Warszawa
www.wfw.com.pl
Druk
Fabryka Druku Sp. z o.o.
ul. Staniewicka 18
03-310 Warszawa
www.fabrykadruku.pl


cztery ilustracje Karola:

To wszystko o tej książce. Mam nadzieję, że się spodoba i że się sprzeda! Literatura to biznes!