Niby nic...a może jednak coś w tym jest? Nawet jeśli jest to odrobina, to już dobrze, bo to znaczy, że warto było.
niedziela, 21 września 2014
Nowe zadanie
Pora zająć się czymś nowym, albo starym ale zaniedbanym. "Bajki ze śniegu". Postanowiłam zrobić im korektę i ubrać w nowe rysunki - ilustracje. Od tygodnia siedzę i rysuję, rysuję , aż mnie czasem boli nadgarstek. Ktoś prosił mnie abym rysowała. Pamiętam. A oto parę skutków (mam ich już pięćdziesiąt):
środa, 27 sierpnia 2014
poniedziałek, 25 sierpnia 2014
Teraz "Bajki ze śniegu"
Tak. Teraz bajki. Będę je sama ilustrować. Posłałam do tego samego Wydawnictwa, może sie spodobają? Są dziwne. Inne. Trzy bajki o poszukiwaniu miłości i dobra. Umieszczę je w blogu jak jeszcze dopisze kilka fragmentów. Na razie kot krasnala na mnie warczy!
Książka przyszła na świat
Jest. Wreszcie. Druga moja wydana książka leży na stole w liczbie 25 egzemplarzy autorskich. Czy sie cieszę? Pewnie! Jest w Merlinie, będzie w ksiegarniach, które mają normalne drzwi z klamką - mam nadzieję.
piątek, 8 sierpnia 2014
druk
Już się drukuje moja druga prawdziwa książka! Za chwilę będzie w sprzedaży. Tylko gdzie? tak jak poprzednia? Przynajmniej nie zapłaciłam wydawnictwu ani grosza za to, że osmieliłam się ją napisać!!!
środa, 4 czerwca 2014
Opowiadania
Najpierw była cisza, a teraz proszę! Opowiadania po korekcie poszły do "złamania"! Jeszcze tylko grafik i mam nadzieję jakaś umowa wydawnicza, bo nie sądzę aby wydawnictwo diecezjalne mnie oszukało! Czekam zatem na finał. To moja druga książka. Chyba czas pisać trzecią. Początek mam.
sobota, 3 maja 2014
Przemysełki
Nowa wiosna. Nowa nadzieja, tylko ja ta sama. Czekam na sygnał od korektorki . Diecezja Pelplińska. Ale zawędrowałam daleko. Podobno we wrześniu będzie książka. Dlaczego "Opowiadania z lumpeksu tak przymadły do gustu Księdzu?
Może dlatego, że w zależności od tego jak postanowimy działać, jaką drogę wybierzemy, co dla nas stanie się drogowskazem, co zobaczymy w oczach drugiego człowieka, jak bardzo staramy się pomóc i wreszcie czy dobro może boleć, tak potoczy sie nasze życie. To co jest teraźniejsze jest najważniejsze. Od tego zależy następna rzeczywistość.
Może dlatego, że w zależności od tego jak postanowimy działać, jaką drogę wybierzemy, co dla nas stanie się drogowskazem, co zobaczymy w oczach drugiego człowieka, jak bardzo staramy się pomóc i wreszcie czy dobro może boleć, tak potoczy sie nasze życie. To co jest teraźniejsze jest najważniejsze. Od tego zależy następna rzeczywistość.
środa, 9 kwietnia 2014
No tak! Nie zagladałam do bloga i Frederick jest bez odpowiedzi! Poprawiam się.
Trochę sie zmieniło z Opowiadaniami z lumpeksu - odezwał sie ksiadz - wydawca z bernardinum, który sam mi proponuje wydanie we wrześniu tego roku i nic nie mówi o moich kosztach! Czekam na korektorkę w kolejce, i myślę, że sie uda wydać! Dzieki zatem Fredericku za ofertę dla tej pozycji, Całkiem poważnie myślę o wydaniu moich wierszy. Mam już przygotowane cztery rozdziały do jednego tomu: Porwane słowa, Bez słów, Słowa na wiatr i Słowne igraszki. Obmyślam wspólny dla nich tytuł i chciałabym je sama zilustrować. Jedynie poproszę o przygotowanie fachowe do druku. Chciałabym je wydać w Frederickowym wydawnictwie, bardzo. Zgłoszę się w tej sprawie - ściskam baaardzo serdecznie!
Trochę sie zmieniło z Opowiadaniami z lumpeksu - odezwał sie ksiadz - wydawca z bernardinum, który sam mi proponuje wydanie we wrześniu tego roku i nic nie mówi o moich kosztach! Czekam na korektorkę w kolejce, i myślę, że sie uda wydać! Dzieki zatem Fredericku za ofertę dla tej pozycji, Całkiem poważnie myślę o wydaniu moich wierszy. Mam już przygotowane cztery rozdziały do jednego tomu: Porwane słowa, Bez słów, Słowa na wiatr i Słowne igraszki. Obmyślam wspólny dla nich tytuł i chciałabym je sama zilustrować. Jedynie poproszę o przygotowanie fachowe do druku. Chciałabym je wydać w Frederickowym wydawnictwie, bardzo. Zgłoszę się w tej sprawie - ściskam baaardzo serdecznie!
sobota, 8 lutego 2014
Dla Fredericka
Kochany Fredericku, mam nadzieję, że zajrzałeś właśnie do mojego bloga. Stary i nudny. Ale może dzięki Tobie ożyje?
A tak przy okazji: chcę wydać "Opowiadania z lumpeksu". Chcą ode mnie 6.000 za 300 egzemplarzy to wypada po 20 zl za książkę, ale ja dostanę 3,50. Zrobią cenę okładkową jakieś 25 zl. To śmieszne. Kto zarabia resztę? A poza tym nie mam 6000. Może u Was?
Wszystko mi opadło.
A tak przy okazji: chcę wydać "Opowiadania z lumpeksu". Chcą ode mnie 6.000 za 300 egzemplarzy to wypada po 20 zl za książkę, ale ja dostanę 3,50. Zrobią cenę okładkową jakieś 25 zl. To śmieszne. Kto zarabia resztę? A poza tym nie mam 6000. Może u Was?
Wszystko mi opadło.
niedziela, 12 stycznia 2014
Świąteczna magia
Po szczęśliwym przebrnieciu przez mityczne święta Bożego narodzenia, takie mi myśli przyszły do głowy:
Świąteczna
magia
W małym
miasteczku, nieliczni ludzie przemykali się w mroźny dzień, niosąc siatki z
zakupami. Niektórzy wstępowali do budynku poczty, aby nadać już z pewnością
spóźnione, kartki świąteczne. Urzędnicy
w granatowych fartuchach, siedzący pod portretami Bieruta i Stalina jeszcze
mieli do przepracowania dwie godziny, aby potem zająć się przygotowaniami do
świąt.
Za oknem śnieg padał równo, wolno i dostojnie. Przypomniał
mi się tamten klimat tych dni. Wiem, to sentyment do swojej młodości, tak
mówią. Chociaż nie tylko. Widzę różnice, jakie istnieją w tym, co pamiętam a
tym, co widzę teraz.
Przede
wszystkim było cicho. Zimy były normalne, białe, czasem mroźne,
śniegowo-tunelowe, skrzypiące szronem, kłujące bielą w oczy.
Na rynek
zajeżdżały furmanki. Konie parskały parą z pobielonych szronem nozdrzy. Woźnice
okutani baranicą sadzali obok siebie na koźle okutane w chusty żony. To był
dojeżdżający do miasteczka „supermarket” świąteczny. W koszach, w otulonych
sianem konwiach, czekały na sprzedaż: wiejski chleb, śmietana i masło, jajka,
cielęcina i schab, bez pozwoleń, kontroli, systemów podatkowych i kar.
Miasteczkowe
gospodynie, jeszcze w jesionkach z codziennymi chustkami na głowach, kupowały
to, co jak mówiły: jest lepsze niż to w sklepie „Społem”. W tych sklepach
kupowało się karpie, które potem beznadziejnie pływały „w kółko” w baliach do
prania lub innych większych misach. Można było palcem pogłaskać je po zimnym i
śliskim grzbiecie. Sprzedaż trwała do zmierzchu. Potem jak codziennie noc brała
w posiadanie miasteczko, ludzi i śpiące wrony na drzewach. Furmanki już lżejsze
zawracały do swoich domów, a zmarznięte konie jakby szybciej przebierały
kopytami, wiedząc, że jadą do swoich ciepłych stajni.
Delikatnie
odczuwało się jakieś podniecenie zbliżającymi się świętami.
W oknach kuchni dłużej niż zwykle,
paliło się światło. Dzieci zasypiały w piernikowym zapachu. Za oknem panowała
noc i cisza.
Właściwie to
Wigilia następowała gwałtownie. Jeszcze poprzedniego dnia zapachy z kuchni
mieszały się z zapachem pasty do podłogi, a już następnego, koło południa
nakrywano stół białym obrusem, ustawiano talerze, na których codziennie się nie
jadło. Potem stawiano półmiski z karpiem w galarecie, sałatką jarzynową,
chrzanem, masłem i chlebem.
Makaronów w
sklepach jeszcze nie było. Gospodynie robiły je same wałkując ciasto do prawie
przeźroczystej cienkości, a potem suszyły wielkie placki na stole przykrytym
ściereczkami. Potem zwijały w długie rulony i cięły cienkie kluseczki do rosołu
na pierwszy dzień świąt. Wtedy już można było jeść potrawy z mięsa. W
piekarniku dochodziła gęś lub indyk. To było cudowne świąteczne „wypasione” jak
powiedziałabym dzisiaj, jedzenie.
Odświętny
stół czekał na sygnał. Dzieciom kazano wybiegać na dwór i patrzeć w niebo,
wypatrując pierwszej gwiazdki.
- Jest!
Jest! Jest gwiazdka! – wołały dzieci.
Wtedy magia
osiągała swoje apogeum. Jako dziecko stawałam się kimś ważnym, do kogo
podchodzą starsi, łamiemy się opłatkiem, i wszyscy po kolei życzą mi abym była
grzeczna i nie chorowała.
Przyjmowałam
te hołdy z powagą i radością, odurzona chwilą, zapachem jodłowej choinki i
podniecona tym, co tam pod jej spodem widziałam. Jakieś paczuszki owinięte w
pakowy szary papier i przewiązane wstążeczką.
Mieliśmy
wtedy po kilka lat. Wierzyliśmy w Mikołaja, który nagradzał tylko grzeczne
dzieci, a te, które nabroiły, bały się, że pod choinka znajdą rózgę. Mnie jakoś
się udawało. Prezentem mogła być czekolada, albo kredki, czasem kapcie lub
pończochy bawełniane w prążki. W wyjątkowych wypadkach, kiedy przyjechał ktoś
bogatszy z rodziny dostawałam lalkę z celuloidu ze sztucznymi włosami i
namalowanymi oczami.
Nie mogłam
sobie wyobrazić, co stałoby się ze mną gdybym po rozpakowaniu paczuszki, znalazła
tylko rózgę! To byłaby wściekła rozpacz!
Co powiedziałabym koleżance, gdyby zapytała, co dostałam od Świętego Mikołaja! Tego bałam się najbardziej. Ale zazwyczaj już sam kształt pakunku zdradzał jego zawartość.
Co powiedziałabym koleżance, gdyby zapytała, co dostałam od Świętego Mikołaja! Tego bałam się najbardziej. Ale zazwyczaj już sam kształt pakunku zdradzał jego zawartość.
Wolno było
nie spać aż do północy. Kiedy zmrożony śnieg chrupał pod butami, a wszystkie
gwiazdy usadowiły sie na granatowym niebie, ta wigilijna noc stawała się
magiczną, niepowtarzalną chwilą w roku.
Z sąsiednich
domów słychać było kolędy. Niosły się w poświacie z okien, toczyły po białym
śniegu, bo gdzieś tam, daleko w świecie urodziło się maleństwo, zbawiciel, król
naszych dziecięcych duszy. Bardzo było mi go żal, że tylko pieluszką przykryty,
w stajence, w drodze urodzony, leży i chyba mu zimno. Zawsze tak wyglądał w
stajence, którą ustawiał ktoś w kościele. Miałam ochotę, aby przykryć go choćby
moim szalikiem a na wyciągnięte rączki nałożyć rękawiczki.
Kolędy już
nie snuły się delikatnie, a wybuchały gromko w kościele zwielokrotnione
załomami murów, złotem rzeźb postaci, łukami sufitu, dźwiękami organów. Ludzie
jakby natchnieni, niektórzy z wilgotnymi oczami, nie wiadomo czy ze wzruszenia
czy zimna, śpiewali, jak kto potrafił. Staliśmy się jednym gardłem, jedną wolą,
jednym sercem.
Czułam
podniosłość tej chwili, bo nazajutrz wszyscy szarzeli, znowu byli jak zwykle. W
Wigilię „dostawali” skrzydeł.
Następne
dni, to było jedzenie, jedzenie, gadanie, nowi goście, odwiedzanie się wzajemne
i jedzenie, gadanie, jedzenie… i tak przez dwa kolejne dni.
Choinka
stała dumnie i pachniała, rozsiewała las, szyszki i żywicę, pyszniła się
anielskimi włosami, kusiła cukierkami w kolorowym „sreberku”, błyszczała
uśmiechami bombek i kusiła dzieci, które czasem kładły się pod nią by chwilkę
pobyć w zaczarowanym lesie. Dzieci musiały bawić się swoją fantazją. Radio było
dla nich zbyt poważne i niezrozumiałe, a nie istniały inne bodźce, które
zajęłyby ich umysły. Można było porozmawiać z lalką lub kotem, a czasem samym z
sobą patrząc na białe czyste podwórko przed oknem.
Za oknem
śnieg ustępował wiośnie, całe lata trwał ten spektakl, niezmiennie,
nieuchronnie. Wszystkim przybyło lat, tzw. życiowych doświadczeń, niektórym
wzrok zmatowiał, niektórym się wyostrzył.
Właśnie ci
zwrócili uwagę na to jak bardzo zmienił się ten magiczny dzień świąt. Zatarło
się oczekiwanie, nagrodzone chwilą, kiedy udało się kupić karpia, szynkę albo,
kiedy statek z cytrusami dopłynął do Gdyni, i już za kilka dni będą pomarańcze
i cytryny…
Przede
wszystkim jest głośno i jazgotliwie. „Przedświęta” zaczynają się w połowie
listopada. Supermarkety stroją się w choinki, Mikołaje, Coca Cola śpiewa „Jingle
bells” głośno, nachalnie.
Dzieci, z
wyjątkiem tych najmniejszych, już wiedzą, że Mikołaj jest w każdym Mall’u, ma
sztuczna brodę, więc chyba jest z nim coś nie w porządku. Nie wiedzą, że to
robotnik, pocący się w czerwonym uniformie, który za pieniądze rozdaje prezenty
i że pracuje do trzeciej a potem przyjdzie jego zmiennik. Przy kasach ustawia
się kosze dla biednych, aby i oni mieli coś na święta. My czujemy się lepiej tego
dnia. Nasza szczodrość koi nasze sumienie… tylko ci biedni, muszą na nią czekać
znowu cały rok…
Panienki
przebrane w anioły chodzą po sklepie sprzedając… opłatek! Po opłatek chodziło
się do kościoła. Sprzedawała je zakonnica, były jakieś bardziej święte niż ten sztuczny
od sztucznego anioła.
Półki uginają się pod ozdobami choinkowymi. Wszystkie
wyprodukowano w Chinach. Sprzedaż, sprzedaż, zysk. Tylko to się liczy. Zysk i
reklama. Reklama w sklepie, na billboardzie, w telewizji w Internecie,
wszędzie, gdzie spojrzysz. Kup to! Zobacz to okazja! Świetny pod choinkę… a ta
choinka to chyba dodatek do prezentu, który kupisz, a najlepiej kilka.
Zamykam
oczy i na moment widzę tamten świat w zimowej ciszy, gdzie jedyną akcją
reklamową jest wołanie sąsiadki, że przywieźli cytryny.
Dzieci
trudno odciągnąć od komputera, aby poszły z nami na spacer do supermarketu, no
chyba, żeby sobie wybrać nowego IPada, albo grę pod konsolę, bo to im się
należy. Przecież muszą to mieć, aby się nie śmiali w szkole.
W
samochodzie duży bagażnik pomieści wszystkie pragnienia. Radio samochodowe nadaje „Jingle bell” w
jakimś innym wykonaniu. Wieczorem w telewizji będą zapowiedzi programu na
wigilijny wieczór. Wspomogą nas gwiazdy estrady, śpiewające za nas kolędy.
Przyjemnie jest jak wraz z dźwiękiem sztućców o talerze, przedrze się „Lulajże
Jezuniu”.
W lodówkach
już czekają odebrane z restauracji brzydkie półmiski z rybami, śledzie ze
słoika, reszta ze sklepu. Tylko sałatkę z rukoli zrobiła osobiście Pani domu.
Jeszcze tylko ktoś akurat wolny w tej chwili, bo dzieci grają w gry komputerowe,
ubierze choinkę i można zaczynać święta. Z telewizora mruczy kolęda, choinka
czasem sztuczna, nie pachnie, chińskie ozdoby jakoś nie pasują do
słowiańszczyzny, a prezenty? Każdy wie, co dostanie, wiec tylko rozrywamy
ozdobne papiery, opakowania z wielkimi kokardami, i sztucznie zachwycamy się
sztucznymi prezentami pod sztuczna choinką, ze sztucznymi kolędami w tle. Świat
stał się sztuczny.
Przedsiębiorcy
liczą kasę, bo teraz będzie zastój, do Walentynek, a zaraz po nich znowu
Wielkanoc… jakoś się przeżyje. Tylko ta reklama taka droga, gdyby nie to można
by się reklamować więcej, zwłaszcza w telewizji tak, aby programy stały się
przerywnikami w blokach reklamowych. Posprzątają sklep z bombek, przygotują
serduszka, a potem kurczaczki i baranki. Interes się kręci.
Tylko
gwiazdka na niebie jakoś przybladła, niebo pojaśniało od reklam, które tę
gwiazdkę reklamują, śnieg albo jest albo go nie ma, bez ładu i składu – płaczą
Górale, bo szlag trafił świąteczne dutki. Powycinane choinki leżą w hałdach
poświątecznych, ocalałe karpie wrzucą do stawu, niech podrosną do następnego
roku!
Tylko ja,
szczęśliwa, mam za oknem wierzbę, czekam spokojnie na śnieg i patrzę, jak
sikorki z karmnika biorą w dziobek ziarno słonecznika i jedzą go na
przystrojonym lampkami wiązie w moim ogródku. Dlaczego szczęśliwa? Bo mam w
oczach tamten obraz, nastrój i nikt mi go nie odbierze.
A co będą miały
w pamięci dzisiejsze dzieci?
środa, 20 listopada 2013
zniechęcenie
Wysłałam 60 listów do 60 wydawnictw. Mogę oczywiście wydać za swoje pieniadze. Za podwójną stawkę wydania ( drukarnia bierze mniej wiecej połowę) a reszta to zysk dla wydawnictwa... Nie stać mnie na ich opłacanie. Brak mi siły aby wydrukować samej swoją książkę. Mogę zdobyć bez problemów numer ISBN, a potem sprzedawać znajomym za niewiele większą cenę od kosztów wydania.... mogę, to takie upokarzające.
To ciekawe, że jedni moga wydać mi książkę za 10.000 a inni za 2.800 cud jakiś!
POpracuję nad korektą, narysuje obrazki do "Bajek ze śniegu" i do swoich trzech tomików wierszy( bo tyle sobie umyśliłam) i zobaczę co dalej będzie.
To ciekawe, że jedni moga wydać mi książkę za 10.000 a inni za 2.800 cud jakiś!
POpracuję nad korektą, narysuje obrazki do "Bajek ze śniegu" i do swoich trzech tomików wierszy( bo tyle sobie umyśliłam) i zobaczę co dalej będzie.
czwartek, 24 października 2013
Tak... zarobiłam za pół roku 228 złotych. Można przeżyć. Zerwałam z wydawnictwem. Im nie zależy na sprzedaży ale na wydaniu i cześć! Przy takiej promocji jak Teleekspres... książki nie ma w ksiegarniach! Jak ma sie sprzedać? Napchałam komuś kieszeń i tyle! Teraz już nic nie wydam, chyba, że mnie poproszą!
wtorek, 3 września 2013
piątek, 30 sierpnia 2013
opóźnienie
Zamiast do końca lipca moje szanowne wydawnictwo obiecało rozliczenie do końca sierpnia (oczywiście z odsetkami - jakimi?). Czekam zatem na tę radosną nowinę: "Przekazaliśmy na Pani konto 3.000.-" Hahahahaha! Zobaczymy!
środa, 19 czerwca 2013
poczekam
Zobaczę ile dostanę za półroczną sprzedaż "Cienia ważki". Boję się, że dostanę zawrotu głowy i nie będę wiedzieć na co tę forsę wydać. Czy wydam "Opowiadania"? Nie wiem.
piątek, 8 marca 2013
nowe Wydawnictwo
Odezwało się Wydawnictwo Zysk i S-ka. Dobre wydawnictwo. Poprosili o wydruk.Wysyłam. Nie sprzedam Opowiadań tak bez sensu jak Ważkę.
sobota, 16 lutego 2013
wydawanie ksiązki
Byłam, byłam i co? Nie przełożyło się to na sprzedaż książki, choć to najcudowniejsza reklama dla autora! Temu wydawnictwu WFW nie zależy na jej sprzedawaniu. Podejrzewam, że chcieli tylko ją wydać za moje pieniądze w liczbie 300 egzemplarzy, a potem? Przecież nie będą ponosić kosztów dodruku i dystrybucji. Nigdzie tej książki już nie ma, a w ksiegarniach internetowych nakład jest wyczerpany!!! Moja ważko, chyba żle pofrunęłaś i ktoś ci skrócił skrzydełka. zukam poważnego Wydawnictwa.
piątek, 18 stycznia 2013
Byłam w Teleekspresie!
Niewiarygodne! Debiut, zaledwie 103 strony, właściwie to nowela i miałam swoja minutę w pierwszym programie TVP! Jak to nazwać? Oto link:
http://teleexpress.tvp.pl/9764538/cien-wazki
ale spróbuję wkleić filmik, jeśli mi się uda.
http://teleexpress.tvp.pl/9764538/cien-wazki
ale spróbuję wkleić filmik, jeśli mi się uda.
W każdą środę, od prawie ośmiu lat, zachęcamy do czytania i jesteśmy z tego dumni. Dziś też zachęcimy - w Teleexpressowym Przedziale Literackim Marta Precht i jej książka - "Cień ważki".

fot. TVP
Opowieść rozgrywa się na dwóch planach czasowych. Jedna z głównych bohaterek, Nora, w domu spokojnej starości wspomina wydarzenia z życia swojego i swojej najbliższej przyjaciółki. Życia, które w pewnym momencie dramatycznie i nieodwracalnie zmieniło swój bieg. - Kiedy internet wkracza w nasze życie, bo się na to godzimy, nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo może być destrukcyjny. w mojej książce na pozór niewinna gra prowadzi do tragedii w życiu realnym, ale jednocześnie otwiera drzwi do nierealnego świata. Czy ten wirtualny zastąpi prawdziwy świat? - tym pytaniem do lektury książki zachęca Marta Precht.
Niestety nie umiem dodać tego filmiku bo chyba nie jest mój. Ale link powinien wystarczyć.
poniedziałek, 7 stycznia 2013
MROWISKO
To moja następna pozycja. Będzie to opowieść o sile zła, która niszczy wszystko co zechce zniszczyć, nawet samą siebie. Jej upostaciowieniem jest piękna dziewczyna Berta. To wiem od samego początku pisania, co będzie dalej? Muszę sięgnąć do moich snów i wyobraźni. Mogę przytoczyć jej początek:
PROLOG
Przybrałam postać mrówki. Zawsze chciałam
obejrzeć świat z jej perspektywy, ale jakoś nie było czasu. Tam, gdzie przebywałam
czas nie istniał a więc nie czułam jego braku. Tutaj Bytom inaczej. Ścieżka, którą
szłam była wydeptana milionami mrówczych łapek. Ziarnka piasku mieniły się w
słońcu jak diamenty. Co jakiś czas musiałam omijać leżące na drodze patyczki,
szyszki, liście i kamienie. Szłam tam, gdzie szły inne mrówki ze zdobyczami w
pyszczkach, czyli pewnie do mrowiska.
Zawsze dziwiła mnie ich budowa. Były
złożone z trzech części połączonych cieniutkimi fragmentami, niepasującymi do
tego, co łączyły. Wielka głowa z oczami z boku, aby zrobić miejsce na wiecznie
poruszające się długie, załamane czułki, potem jakieś zdeformowane ciałko
główne i wreszcie ten odwłok, ogromny, paskowany, trzymający się na cienkiej
szypułce całej reszty. Mimo wszystko zadziwiały „zręcznością” łapek. Potrafiły
lekko biec, nawet z ciężarem zdobyczy. Zawsze wiedziały gdzie jest ich dom.
Udawałam, ze coś niosę i szłam dalej z
nimi. Nagle jedna z nich podbiegła do mnie i zaczęła mnie głaskać czułkami po
głowie. To nie było przyjazne, ale też nie agresywne. Widocznie coś jej nie
podobało. Wyglądałam tak samo, ale nie pachniałam tak jak one. Stałam spokojnie,
choć wiedziałam, ze popełniłam błąd. Mogło mnie to kosztować życie.
Mrówka nie była chyba zbyt bystra.
Pomacała mnie tu i ówdzie i odeszła. Pozostawiła na mnie odrobinę swojego
zapachu, mogłam czuć się bezpieczniejsza.
Wiedziałam, co mam zrobić, kiedy dotrę do
środka mrowiska. Muszę zniszczyć ten dom. Bez żadnych skrupułów, bezlitośnie.
Tak jak zniszczono mój i mnie samą. Byłam królową zemsty. Bez niej moje
istnienie nie miałoby sensu.
Kiedy dotarłam do mrowiska zaczął się mój
dramat. Żołnierze nie byli tak głupi, aby mnie wpuścić do środka. Podbiegło do
mnie kilku. Kiedy zobaczyłam ich wielkie kwadratowe łby i potężne żuwaczki,
wiedziałam, że za chwilę mnie pokroją na części i wniosą oczywiście do środka,
ale jako pożywienie dla reszty. Wykorzystałam chwilę, w której nie mogli się
zdecydować, który zaatakuje pierwszy i uciekałam ile sił w łapkach. Gonili
mnie! A Jakże! Byłam szybsza.
Na noc schowałam się w zwiniętym liściu,
rozważając inne wcielenie. Już nic mi mądrego do głowy nie przychodziło. Byłam jastrzębiem,
rekinem, lwem, za każdym razem ponosiłam porażkę. Domy ich ofiar były
jednostkowe, zbyt małe. Pomyślałam, że mrówki budują społeczność i są
stosunkowo łatwą zdobyczą. Na pszczoły albo termity nie mogłam się zdecydować.
Były jak mi się wydawało inteligentniejsze od mrówek.
Musiałam jednak cos wymyśleć. Moja zemsta
miała określony czas i jego przekroczenie spowoduje, że wrócę do świata
zmarłych zawieszonych w próżni, że nie dopełni się sprawiedliwy wyrok za mój
ból, upokorzenie i strach. To była moja zemsta, niezgodna z prawem świata
umarłych, jakimkolwiek logicznym myśleniem, ale czułam, że muszę niszczyć każdy
dom, każde szczęście i porządek, jakie napotkam na swej drodze.
***
Okładka do "Cień ważki"
Bardzo piękną okładka i cztery ilustracje są dziełem mojego syna Karola.
stopka redakcyjna wygląda tak:
Marta Precht
Cień ważki
© Marta Precht 2012
© Warszawska Firma Wydawnicza s.c. 2012
Warszawa 2012
ISBN 978-83-7805-318-7
Redakcja i korekta
Bartosz Szumowski
Skład i łamanie
Jacek Antoniuk
Ilustracje oraz projekt okładki
Karol Precht
Wydawca
Warszawska Firma Wydawnicza s.c.
ul. Chmielna 11/13
00-021 Warszawa
www.wfw.com.pl
Druk
Fabryka Druku Sp. z o.o.
ul. Staniewicka 18
03-310 Warszawa
www.fabrykadruku.pl
cztery ilustracje Karola:
To wszystko o tej książce. Mam nadzieję, że się spodoba i że się sprzeda! Literatura to biznes!
stopka redakcyjna wygląda tak:
Marta Precht
Cień ważki
© Marta Precht 2012
© Warszawska Firma Wydawnicza s.c. 2012
Warszawa 2012
ISBN 978-83-7805-318-7
Redakcja i korekta
Bartosz Szumowski
Skład i łamanie
Jacek Antoniuk
Ilustracje oraz projekt okładki
Karol Precht
Wydawca
Warszawska Firma Wydawnicza s.c.
ul. Chmielna 11/13
00-021 Warszawa
www.wfw.com.pl
Druk
Fabryka Druku Sp. z o.o.
ul. Staniewicka 18
03-310 Warszawa
www.fabrykadruku.pl
cztery ilustracje Karola:
To wszystko o tej książce. Mam nadzieję, że się spodoba i że się sprzeda! Literatura to biznes!
Subskrybuj:
Posty (Atom)














