poniedziałek, 19 marca 2018

DROGOWSKAZ słowo: deszcz


Miałem dwanaście lat.
- Jureczku - mówili – nie bój się! To obóz harcerski dla wybranych, najfajniejszych chłopców! Poczujesz co to znaczy być w lesie. Nie na spacerze, albo grzybobraniu, ale noc w lesie. To jest coś! Słyszysz jak chrząszcze wyruszają na polowanie, drzewa mówią do siebie, opisując dzień! Zobaczysz, usłyszysz! No to jak? Jedziesz na obóz?
Czułem ciarki na plecach, ale ile można wytrzymać pod fartuchem mamy! Przecież jestem odważnym chłopakiem!
Dojechaliśmy na miejsce przed południem. No i zaczęło się! Oboźny zaczął wydawać polecenia. Obóz miał stanąć do zmierzchu. O zmierzchu obóz stał. Namioty, łóżka polowe, stoły, ławy i kuchnia polowa dzięki wsparciu jakiejś jednostki wojskowej. Wszystko było! Nawet ogrodzenia z pali wbitych w ziemię. Czuliśmy się u siebie. Na chwilę las przestał istnieć. Był obóz, zamknięte, nasze miejsce w lesie. Las jakby czekał na noc. Wtedy odzyskiwał władzę. Kiedy leżałeś na leżance, okryty szarym kocem, który okrywał wiele ciał, wsłuchiwałeś się w ciszę. Inną ciszę niż tę w domu. Długo leżałem, nasłuchując czegoś szczególnego, ale nic się nie przydarzyło. W końcu w ułamku sekundy zasnąłem.
Śniadanie nawet było lepsze niż w domu. Smakował wielki wiejski chleb z miejscowej piekarni. Masło też miało inny smak. Ale najfajniejsze było to, że pod nogami miałeś igliwie i jego zapach. Jajka miały wielkie pomarańczowe żółtka, a biały ser smakował jak niebo w gębie. Skórka chleba chrupała, wszyscy byliśmy zadowoleni. Słońce witało nas przyjaźnie. Czuliśmy to. Naprawdę!
Pomyślałem, że wuj Franek miał rację! Co to dla mnie jakiś obóz harcerski! Dam radę! Może trochę było mi żal tego:
- Jureczku, chodź na śniadanko, wstawaj syneczku, już późno!
Nie, to już zamknięty rozdział. Jestem harcerzem, a oni mają tylko siebie do towarzystwa. Tak!
Podobno każdy mężczyzna ma taki moment w życiu, kiedy zdaje sobie sprawę z tego, że już wystarczy, Mama owszem ale okazjonalnie! Muszę sam za siebie odpowiadać.
Codzienna obozowość właśnie rozwijała swoją działalność tak jak to bywa na każdym obozie harcerskim. Noce były najfajniejsze. Przewietrzone namioty nadal pachniały żywicą, brzuchy były pełne nieprzetworzonego specjalnie pożywienia: gulasz, grochówka, tłuczone ziemniaki, bez specjalnej frymuśności naszych domowych obiadów. Ale najlepszy był chleb. On zastępował wszystko czego się chciało. Biegaliśmy z tymi wielkimi kromami po obozie, a jeśli komuś upadła na ziemię, to wystarczyło ją otrzepać i wio! Smakowała jeszcze lepiej!
 Jak to bywa w harcerskiej braci, trzeba było mieć zdobyte różne sprawności.
Wychowawca zaproponował, aby zdobyć sprawność orientacji w terenie. Paru kolegów wolało jednak zdobyć inne, ale dla mnie oczywiście im trudniejsza tym lepsza! Muszę sam odnaleźć drogę do obozu. Znaki na drodze będą narysowane patykiem. W prawo albo w lewo albo prosto. Będą strzałki.
Zgłosiłem się jako pierwszy. Delikwenta z zawiązanymi oczami woziło się trochę jeepem po lesie a następnie wypuszczało się w leśnych ostępach.
Przyznam, że miałem lekkiego cykora, ale trudno idę.
Rzeczywiście wożono mnie jakieś piętnaście minut. Być może „w kółko”, ale kto ich tam wie!  Z początku starałem się zapamiętać – w lewo, prosto, w prawo… ale się pogubiłem i w końcu odpuściłem. Samochód zatrzymał się. Rozwiązali mi przepaskę i kazali wysiąść.
Las jak las. Jakieś ścieżynki, jałowce, sosny… i co?
Pojechali. Siadłem pod pniem i kombinuję. Zaraz, północ w obozie była tam. Drzewo ma mech. Ale co z tego? Czy ten mech jest przed obozem, czy za nim? To mi nic nie da. Postawiłem na swój nos. Ścieżynką szedłem przed siebie. W końcu gdzieś wyjdę. Może usłyszę jednostajny szum drogi do Ełku? Wtedy już będę wiedział, gdzie jestem.
Cisza zalewała mi uszy. Nic tylko szum sosen i jakieś pojedyncze ptasie piski. Nie miałem wyjścia. Szedłem wprost przed siebie. Nagle zrobiło się ciemno. Znalazłem pierwszą strzałkę: w lewo! Chmura chyba uwzięła się na  mój las. Stanęła nad nim i szykuje się na prysznic. No tak! Leje, wielkimi kroplami. Wali gdzie się da! Po wszystkim, po mnie też! Siadłem więc pod wykrotem otuliłem się plecakiem i czekam! Przestało!
Poszedłem dalej, aż do skrzyżowania.. na którym być może była strzałka, ale deszcz rozmył  ją zupełnie!
Badałem każde ułożenie igieł, ale wychodziło mi, że albo w prawo, albo prosto. Niewielka różnica!
Postanowiłem iść gdzie mnie oczy poniosą. Ścieżka coraz bardziej zarastała, aż wreszcie zanikła. Zobaczyłem prześwit między drzewami, i postanowiłem się tam skierować. Fakt. Polana. Piękna. Na środku czarne jeziorko, zapach nieznanego, czarownego lasu. Na gałązce ważka. Mieni się tęczowo, odpoczywa. Wyciągnąłem dłoń. Podleciała. Usiadła na dłoni i kiwała niebiesko-czarnym odwłokiem. Spokojnie. Jakby trafiła na lotnisko dla helikopterów. Patrzyłem na nią onieśmielony. Czułem nawet jej wagę. Była spora jak na ważkę. Potem odleciała i usiadła na pobliskim liściu dębu. Podszedłem, a ona odleciała troszkę dalej… Pomyślałem, że ona może mnie być drogowskazem. Zawierzyłem jej.
Kawałek po kawałku, odcinaliśmy trasę do obozu. W końcu zobaczyłem wschodnią flankę ogrodzenia obozowego. Już byłem u siebie. Wiedziałem, że mam tę sprawność choćby nie wiem co!
- Oj Jurek! Ale baliśmy się o ciebie! Ten deszcz zepsuł nam plany!  Ale dałeś radę!
- A jaki to problem! Spokojnie, dałem radę i należy mi si e odznaka! Prawda?

wtorek, 6 marca 2018

DWA BOCHENKI - słowo: chleb




Szedłem po chodniku uważając, aby nie nadepnąć na spojenie płyt. Podobno, kiedy się nie uważało i chodziło byle jak, można było popaść w straszne kłopoty. Jakie nigdy się nie dowiedziałem, ale na wszelki wypadek…

Mama dała mi jak zwykle w poniedziałek trzy monety, abym poszedł do piekarni po chleb. Lubiłem tam chodzić. Zimą było pachnąco i ciepło. Latem tylko pachnąco, bo ciepło było i tak.
Mama nazwała mnie „Chlebnik”, brata „Sprzątnik podwórkowy” a Julcię „Kuchenną księżniczką”. Każdy miał swoje zadanie do wykonania. A mama była ostra. Niby miła, jak byłem grzeczny, ale jak coś zbroiłem potrafiła nieźle przyłożyć.
Tato siedział zawsze przy stole i na coś czekał. Albo na obiad, albo na gazetę. Pracował jako murarz i miał bardzo zniszczone dłonie. Gdzieniegdzie były pomarańczowe od cegły. Nie dało się tego zmyć. Rzadko coś mówił. Chyba mama w tym go wyręczała. Całe dnie coś mówiła albo śpiewała. Czasem wrzeszczała na nas, wołając nas na obiad, albo do spania.

Ja raz w tygodniu szedłem do piekarza, który nazywał się Kusek, ale my nazwaliśmy go Klusek, bo był gruby i biały. Chyba nigdy się nie opalał. Nie miał nawet ławeczki przed domem jak u innych. Ciągle pewnie zagniatał ciasto, mieszał, piekł i wszędzie miał rozsypaną mąkę.
No więc szedłem, czasem podskakując z radości, bo było ładnie, kwitły jabłonie, wreszcie gdzieś odleciały te wstrętne kraczące gawrony, których troszeczkę się bałem.
Drzwi piekarni były zielone. Klamka mosiężna, jak w domu. Nad drzwiami przybito wielki szyld. Niebieski z białymi literami - „Piekarnia Kuska”. Każdy kamienny schodek miał wydeptany dołek po środku.

- Hej, Jędruś! Ależ ty jesteś punktualny! – powiedział Kusek, wycierając białe ręce w biały, długi fartuch. – No i jak tam? We wrześniu idziesz do szkoły? Ależ ten czas zleciał! 

Pamiętam jak twoja mama nosiła cię w chuście, kiedy przychodziła po chleb. A teraz ma pomocnika! Duży chłopiec z ciebie.
Wcale nie czułem się duży. Mój o rok starszy brat, to był wielgus. Chyba wdał się w tatę, a ja w mamę. Jego buty za małe dla niego, ciągle jeszcze były za duże dla mnie.
Położyłem na ladzie monety, ciepłe od ściskania w ręce, i zajrzałem do kosza pełnego wielkich bochnów chleba. Podobno w mieście były takie małe, białe, które pleśniały po trzech dniach.

Te, wielkie, prawie jak moja ręka, były brązowe, chrupiące i wytrzymywały tydzień, do ostatniej kromki. Dlatego następne dwa kupowałem zawsze w poniedziałek.
Lubiliśmy bawić się na podwórku z namoczoną wodą i posypaną cukrem kromką chleba. To było pyszne, a jeszcze pyszniejsze kiedy kromkę posmarowało się gęstą śmietaną i posypało cukrem. Niebo w gębie!
Kusek podawał mi pod pachy po jednym bochnie i zawsze życzył dobrej drogi do domu. Były dość ciężkie, więc nie szedłem już tak lekko. Nawet nie chciało mi się uważać na spojenia płyt.

Miałem jeszcze miesiąc do pójścia do szkoły. Trzeba było się zająć moją wyprawką. Dostałem nawet nowe trampki. W plecaku czekały zeszyty, ołówki i kolorowe sześć kredek. Te podobały mi się najbardziej.
W trzeci poniedziałek sierpnia, jak zwykle, wybrałem się po chleb, ściskając w ręce trzy monety. Jeszcze tylko raz i potem chyba mama będzie przychodzić po chleb, bo ja będę w szkole. Szkoda, bo lubiłem tu przychodzić.
I znów: wydeptane schodki, klamka, zapach ciepłego  chleba, który działał tak cudnie. Zaraz chciało się jeść.

Za ladą nikogo nie było. Położyłem więc monety, jak zwykle na ladzie. Obok stał ten sam kosz z wikliny, ale był pusty. Pomyślałem, że Klusek pewnie spóźnił się z chlebem i działa teraz przy piecu. Czekałem więc cierpliwie. Było cicho. Zbyt cicho. Skoro był przy piecu, musiał przecież szurać wielką drewnianą łopatą wyciągając chleb, albo hałasować w inny sposób. Postanowiłem zajrzeć na zaplecze.

W pierwszej chwili, pomyślałem, że Klusek śpi. A to leń! Zamiast wyciągać chleb śpi sobie w miękkiej rozsypanej na podłodze mące!
Ale zaraz… jak to śpi? Zawsze stał za ladą. Podszedłem troszkę bliżej. Nie spał. Miał otwarte oczy i dziwną twarz.
Jakby stężał w jakimś grymasie bólu. Te otwarte oczy, nie mrugały i były matowe, a skóra miała odcień popiołu z pieca. Nie rozumiałem z początku, co się stało.
Ale po chwili przypomniała mi się ciotka Klara, której ciało przed pogrzebem przechowywano w domu. Klusek był podobny, a ciotka przecież nie żyła! To Klusek też umarł!

Biegłem do domu nie dotykając prawie chodnika. Musiałem powiedzieć wszystkim, że to już koniec. Klusek nie żyje i chleba już nie będzie!
Rzeczywiście wypiek chleba się skończył. Po tygodniu całe miasteczko uczestniczyło w pogrzebie Kuska Kluska. Brat, Julka i ja baliśmy się, że będą nam dostarczać spleśniały, miejski chleb bez smaku i chrupkości. To tak, jakby skończył się jakiś okres w naszym życiu.

Żona Kuska już nie miała ochoty prowadzić piekarni. Pracować nocą aby w dzień, od rana pachnący chleb witał ludzi. Piec wygasł. Drzwi z mosiężną klamką zostały zamknięte.

Trzy razy w tygodniu, po szkole, musiałem czekać na drodze, aż przyjedzie miejska furgonetka z pieczywem. Płaciłem banknotem, który dawała mi mama. Chowałem resztę do kieszeni i wracałem do domu, z chlebem w plecaku. Bardzo brakowało mi Kluska i smaku tamtego, świeżego bochna.
Tak, to był dzień, w którym miałem czekać na furgonetkę. Wyszedłem z Piotrkiem ze szkoły, a on mi zaproponował pójście na papierocha do altanki Krzysia.
Nigdy nie próbowałem palić, ale byłem ciekawy. Do przyjazdu pieczywa miałem jeszcze godzinę, więc pobiegłem za Piotrkiem zobaczyć jak to się pali papierosy.

Ażurowa altanka, porośnięta winoroślą, buchała otworami dymem z papierosów. Chyba z siedmiu chłopaków kopciło i dmuchało dymem. Nie wszyscy się zaciągali, ale doskonale sprawdzali się w roli komina buchającego dymem. Ktoś z zewnątrz, gdyby zobaczył dymiącą altankę, pewnie wezwałby straż pożarną.
Nie miałem odwagi zapalić, ale ubaw mieliśmy po pachy, kiedy Zenek zrzygał się na podłogę. Było wesoło i grzesznie. Czas nieubłaganie sobie płynął, i w pewnej chwili zdałem sobie sprawę, że to już po furgonetce, po chlebie i matka mnie zabije, bo w domu już nie było ani kromki. No cóż! Wracałem, czekając na najgorsze.

Mamy jeszcze nie było. Julka siedziała przy stole rysując jakieś babskie obrazki. Ojciec jeszcze nie wrócił z pracy, a Bartek poszedł gdzieś sobie.
Postawiłem plecak na podłodze i wtedy spojrzałem na stół. Na białej lnianej serwecie, w pięknym koszyku leżały dwa wielkie bochny pachnącego chleba. 

środa, 3 stycznia 2018

ODWIEDZINY - opowiadanko




ODWIEDZINY













słowo: oczekiwanie


- Popatrz Leonie, wydawało się, że jest ciepły i cichy dzień, kiedy byliśmy wewnątrz. A tu wiatr. Może nie tak zimny, jak taki… dokuczliwy… wiesz taki co się wszędzie wkręci. – powiedziała, otrząsając się, aby te zabłąkane w kurtce kawałki wiatru wypadły na zewnątrz.
- Dobrze, że wzięłaś ten szal, Lusiu. A spacerować musimy codziennie. – Leon powtarzał tę zasadę codziennie, czasem w innej odmianie, np.- Nie ma złej pogody, jest tylko zły ubiór, trzeba się dotleniać!
- Wiem, wiem, choć niezbyt to lubię. Ale kolana to lubią. Od siedzenia sztywnieją, jak mówi nasza Klaudyna.
- Jej łatwo, bo ma koło czterdziestki a my dwa razy tyle.
- Ja się nie czuję na tyle, chyba, że ty!- stwierdziła Lusia i schowała brodę w owinięty na szyi szal.
- No fakt, nie wyglądasz, tylko, że ja wiem ile masz lat i wcale mnie to nie obchodzi! To tylko czas. Coś niewiadomego. Ty jesteś wiadoma i znam cię od tylu lat!
- Oj tam! raptem jesteśmy w tej przystani dla ludzkich wraków dopiero od pięciu lat, Leonie. Chyba tobie czas się dłuży!
Przez dwie alejki, pięć dużych drzew, jedną ławkę i dwa kopce zeschłych jesiennych liści, szli obok siebie. Szli to za dużo. Tak sobie dreptali ostrożnie, bo w ich wieku upadek może skończyć się źle.
Leon patrzył na swoje pojawiające się w zasięgu wzroku czubki wypastowanych butów. Krągłe noski wyglądały jak kasztany. Pasowały do tego małego parku przy Domu Szczęśliwego Pobytu - DSP. Amerykanie tak lubię wszystko ujmować w skróty. Okazuje się, że prawie wszystko można skondensować do skrótu. Nawet jedna z jego chorób – zwyrodnienie plamki żółtej – lepiej brzmi jako AMD czyli Age Macular Degeneration. Medycy prześcigają się w nazewnictwie skrótowym…
Większość pensjonariuszy DSP to wdowy. Tych jest więcej niż wdowców. Wniosek – mężczyźni żyją krócej!  A to przecież kobiety ponoszą większy wysiłek w zachowanie gatunku, pracy na dwie zmiany, miesiączkowaniu i tym podobne.
Leon tak sobie truchtał, obok truchtała Lusia, która w pewnym momencie chrząknęła znacząco.
- Jutro po śniadaniu odwiedzi mnie mój syn! To chciałam ci powiedzieć, ale chyba nie jesteś zainteresowany rozmową ze mną!
-Ależ jestem, przepraszam, tylko trochę się zamyśliłem! To fantastyczne! Cieszę się, bo chyba nie widziałaś go ze cztery lata!
- Trzy, słoneczko. Trzy lata. Był daleko, gdzieś w Azji Południowej. Jest kapitanem liniowca i pływa po morzach i oceanach. Zawsze o tym marzył.
- A co z jego rodziną?
- On nie ma rodziny. Świat jest jego domem… no i ja! Matkę się ma jedną i jedyną. Bardzo mnie kocha. Codziennie patrzę na jego fotografię, jest taki przystojny w tym kapitańskim mundurze!
- Ale masz z nim rzadki kontakt. Nie wiedziałem, że masz syna. Jak ma na imię?
- Al…  Ludwik.
- I jutro będzie u ciebie! To wspaniałe! Cieszę się. Opowiesz mi wszystko jak sobie pojedzie, tak?
- A komu miałabym to opowiedzieć jak nie tobie!- Lusia zamyśliła się, uśmiechając się w jakiś dziwny przekorny sposób.
Resztę drogi do ciężkich drzwi wejściowych, odbyli w ciszy. On pewnie był zdziwiony że przez lata Lusia nic nie wspomniała o swoim synu, a przecież pensjonariuszki tak bardzo lubią się chwalić swoimi bliskimi. Są albo zapracowani, którzy z braku czasu na opiekę, umieścili ich tutaj, albo mają dzieci i masę dodatkowych kłopotów, więc oni z własnej woli postanowili się usunąć.
Zdążyli akurat na podwieczorek, na który składał się twarożek i pieczonej jabłko. Leon bardzo lubił pieczone jabłka, ale niestety kuchnia przewidywała tylko jedno na głowę. Miał apetyt, a to przecież oznaka zdrowia, - pomyślał.
Lusia dziobała widelczykiem w jabłku, starannie oddzielając miąższ od skórki. Była zamyślona i wydawało się, że jest smutna. To dziwne, bo powinna tryskać szczęściem.
- Jaka ona delikatna! – pomyślał. - Jak dobrze, że jutro będzie tu jej syn. 
- Miałabyś ochotę na jeszcze jeden mały spacerek, Lusiu?
- Och nie! Muszę się przygotować! Przeprać moją wizytową bluzeczkę i takie inne szmatki! Jutro muszę być piękna!
- Zawsze jesteś piękna, Lusiu. - stwierdził zalotnie.
- Chyba nie zejdę na kolację. Zobaczymy się na śniadaniu!
Jeszcze przez chwilkę grzebała w swoim jabłku, a potem otarłszy usta serwetką, ukłoniła się obecnym przy stoliku i odeszła drepcząc w kierunku pokoi dla pensjonariuszy.
Leon został sam. Kuchenne zabrały brudne talerze, strzepnęły obrus i poustawiały krzesła, w tylko im znany układ. Nie zwracały uwagi na Leona. Czuł się samotny tym bardziej im bardziej pogrążał się w ciszy. To ona – cisza drażniła się z nim unikając odpowiedzi na jego pytania. Trwała przy nim wiernie od siedmiu lat, od kiedy zmarła jego żona. Tylko, kiedy był z Lusią, chowała się w kąt i czekała, wiedział, że czekała tam na niego. Za oknem zapanowała głęboka noc.
W końcu i on podniósł się z krzesełka i podreptał w cień korytarza. On też, w solidarności z Lusią, nie pojawił się na kolacji. Nie czuł się głodny fizycznie, raczej głodny bliskości z kimkolwiek. Nie miał szans na poprawę. Był sam, przeraźliwie sam. Nikogo, kto mógłby go odwiedzić. Wszyscy bliscy po prostu umarli, został tylko on,  jak czubek na choince opadłej z igliwia.
Tej nocy spał niespokojnie. Ciągle budził się z myślą, że jutro, tu pojawi się ktoś z zewnątrz, ktoś bliski Lusi. Chciałby być zaproszony do niej, choć na jedną filiżankę herbaty. Lubił jej towarzystwo i gdyby mógł, gdyby się odważył, prosiłby ja o rękę. Może to nawet zrobi, kto wie?
Na śniadaniu Lusia świeżutka jak szczypiorek, trajkotała mu do ucha, jak to będzie cudownie, kiedy synek, po tak długim oczekiwaniu, otworzy drzwi pokoiku z bukietem czerwonych róż i powie:
- Mama, kochana, to dla Ciebie moje serce!- powiedziała drepcząc do swojego pokoju. Leon pomyślał, że nie idzie radośnie, nie uskrzydla jej ta wizyta. Nadal była smutna.
Aż do podwieczorka, Leon nie widział Lusi. Do pokoju jadalnego przyszedł jako pierwszy. Patrzył jak kolejno zajmują miejsca Bożenka o kulach, siwy jak księżyc w pełni Antoni, Marianna tak otyła, że każdy krok powodował falowanie jej pośladków połączonych w dziwny sposób z brzuchem, aż wreszcie Lusia drobnymi kroczkami dosiadła się do jego stolika.
- No i jak? – zapytał.
- Cudownie, tak jak sobie wymarzyłam. Mam wielki bukiet róż. Chyba muszę je wystawić na korytarz, bo tak intensywnie pachną. Albert był kochany, czuły…
-Albert? Mówiłaś, że Ludwik…
- Och, tak, oczywiście Albert, to jego pierwsze imię. Ludwik po ojcu… był taki czuły! Przytulił mnie! Wyobrażasz sobie? Przytulił! – Lusia skuliła się tak jakby była przez kogoś tulona. Jej oczy zamgliły się, a usta złożyły się do pocałunku.
- Mam do Ciebie prośbę, bo jestem już bardzo zmęczona: - pójdź do kucharek i poproś je, aby nie sypały tyle cukru do herbaty, bo jest wtedy obrzydliwa. Dobrze?
- A jak myślisz, odmówię? Już lecę – powiedział, choć jego lot przypominał kroczenie czapli.
Po załatwieniu problemu, postanowił choć na moment zerknąć na te cudowne róże.  
Leon ruszył do pokoju 113. Uchylił drzwi, zobaczył mały korytarzyk, potem coś w rodzaju saloniku. Stanął na jego środku i szukał wzrokiem tych róż, pachnących, czerwonych… i nie znalazł. Pościelone łóżko, miało wygnieciony dołek. Musiała siedzieć długo. Obok leżała pomięta chusteczka do nosa. W tym pokoiku, jednym z szesnastu nic się nie stało.

Na nocnym stoliczku stała ślubna fotografia.  Wysoki blondyn, obejmował młodziutką Lusię w białej długiej sukni, w ręku trzymała bukiet chyba czerwonych róż, czego nie oddawała czarno-biała fotografia.

środa, 13 grudnia 2017

YESTERDAY

Yesterday


słowo: wczoraj

Siedziałem na ławce. Przede mną płynęła Tamiza. Po lewej wydłużał się Tower Bridge, kończąc swój bieg w Big Benie. Tyle razy siadałem w tym miejscu, patrząc ciągle na to samo, i za każdym razem wydawało mi się, że obraz jest nieco inny. Pewnie zależało to od oświetlenia albo pogody, tak jak zmieniała się katedra w Rouen Moneta.
Tego dnia obraz został wyprany z barw. Wszystko było szare, a przecież nawet we mgle zachowywały się strzępki koloru, choćby jadącego czerwonego autobusu.
Przyszedłem tutaj jak zwykle, bo chciałem, aby było jak zwykle. To jest zaklinanie rzeczywistości, wiem. Oparłem łokcie na kolanach i splotłem palce i patrzyłem na hipnotyzujący nurt rzeki. Z restauracyjki za moimi plecami słyszałem muzykę. Chillout, kawiarniana strawa dla uszu. Po chwili ktoś ją wyłączył. Szkoda, pomyślałem, bo z nią czułem się lepiej. Byłem przeraźliwie samotny.
Nie mogłem przewidzieć, że Diana odejdzie ode mnie. Dziś rano odkryłem pustkę w jej szafie. Z łazienki zniknęły jej kosmetyki, ale zaplątał się w ręcznik jej grzebień, z pasmem jasnych włosów. To wszystko co mi po niej zostało.
Nie rozumiem dlaczego odeszła. Jestem jak porzucony pies, albo zdjęta rękawiczka, w której pozostała odrobina ciepła dłoni. Zupełnie jakbym zgubił połowę własnego ciała.
W restauracji, pewnie zmiennik, znów włączył muzykę. Popłynęło „Yesterday”…
- All my troubles seemed so far away… tak, wszystkie zmartwienia wydawały się być tak odległe…
Diana przestała mnie kochać. Po prostu. Była do bólu uczciwa. Miała oczy dziecka i w nich od razu było widać to, co dzieje się w jej duszy. Nagle jej oczy uciekały w bok, aby nie kłamać. Czułem jak oddala się ode mnie. Nocą już nie wtulała się. Leżała na wznak patrząc w sufit, dopóki nie zasnęła. Kiedy chciałem ją do siebie przygarnąć, czułem wymuszoną uległość.
- Suddenly…
Tak, ubyło mnie nagle i nieodwołalnie. Kim teraz jestem? Połowa człowieka jest jeszcze człowiekiem? Nie umiem płakać. Podobno mężczyźni nie płaczą, nie wypada. Za to cierpią po stokroć ciężej… ale nie płaczą.
Cień zawisł nade mną. Cień zawisł nad rzeką, nad mostem.
- Why she had to go? I don’t know, she wouldn’t say..
Dlaczego, nie wiem, nie powiedziała mi… Mogę się jedynie domyślać, snuć hipotezy, bo przecież nie zrobiłem niczego złego. Może spotkała kogoś, spojrzeli na siebie i już wiedzieli. Podobno to się zdarza.
I co wtedy? Co zrobić ze swoim dotychczasowym życiem?
Tkwić w smutku niespełnionej miłości, czy wskoczyć w nurt wodospadu nie myśląc o konsekwencjach. Chyba właśnie ten skok wykonała dzisiaj rano moja Diana.
Nie zabrała mnie ze sobą. Znowu poczułem się jak pies wyrzucony z sań.
- Yesterday…
To był piękny dzień, miłość wydawała się taką prostą grą. Siedzieliśmy na trawie w parku. Zabrałem ze sobą butelkę wina i dwa kieliszki, aby uczcić jej urodziny. Wszystko wydawało się takie codzienne, normalne i pewne. Ale może właśnie wtedy powzięła decyzję?
-Powiedziałem coś nie tak? I said something wrong -  śpiewali The Beatles.
Jak ja tęsknię za tym wczorajszym dniem! Dałbym wszystko za jeszcze jedno popołudnie z nią. Nawet nie popołudnie, chwilę chociaż…
Wyobrażam sobie siebie na tej ławce. Jeśli ktoś mnie w tej chwili widzi, pewnie ma nadzieję, że zaraz skoczę do rzeki. Nie skoczę, najchętniej skamieniałbym w tym miejscu.
Diana, moja Diana, o delikatnej twarzy, błyszczących oczach i drobnym ciele. Dziewczyna, dla której poświęciłbym każdy dzień mojego życia. Moja wielka miłość. Dzisiaj zniknęła z mojego życia, i co ja mam z tym zrobić?
- Now I need a place to hide away…
Znalazłem schronienie tu nad rzeką, która przeczy wszystkiemu co teraz czuję. Nic nie stoi w miejscu. Nie wolno stać w miejscu, podobno.
Muzyka ucichła, a mnie jeszcze brzmiało w głowie słowo: YESTERDAY…
Robiło się coraz zimniej. Wstałem, kuląc ramiona i chowając dłonie w kieszeniach. Wilgoć oblepiła murek oddzielający mnie od rzeki. Asfalt ścieżki lśnił w światłach latarni.
Z restauracji sączyła się następna piosenka Beatlesów. Pewnie zmiennik miał jakieś sześćdziesiąt lat i to właśnie był jego ulubiony zespół. Zespół młodości. A może te piosenki przypominały mu coś z wczoraj? Coś dobrego, czy przeciwnie? Dziwne są wspomnienia, albo ranią albo cieszą, nic pośredniego.
Popatrzyłem na lśniącą, żywą wodę Tamizy. Iść. W którą stronę? Z biegiem rzeki czy pod prąd?
Wybrałem powrót ścieżką spacerową z nurtem. Może podświadomie chciałem wyjść z tego zamkniętego, pustego pokoju.

Obcasy moich butów głuchym dźwiękiem odmierzały dystans. Zapadał zmrok. Mgła gęstniała. Bezbarwność nabrała intensywności. Stopniowo zapadałem się w jej wnętrzu. Szedłem ku niewiadomej.

BEZ PRZESZŁOŚCI - esej

BEZ PRZESZŁOŚCI

Często oglądam programy telewizyjne o budowaniu domów, remontach i dekorowaniu mieszkań. Mieszkam w zagraconym trzema pokoleniami domu i nie mam odwagi niczego zmieniać. Czuję się spadkobierczynią historii rodziny. Kiedyś siadłam i napisałam „Szkice rodzinne”. Po co? A po to, aby ta historia nie została zapomniana przez tych, którzy nastąpią po mnie. Okazuje się, że to całkiem ciekawa saga rodzinna, z cesarzem i carami w tle. Przechowuję dokumenty z carskimi, papierowymi pieczęciami, wprasowanymi w dokument patentów otrzymania orderów. Z miniatury na ścianie spogląda na mnie Antoni Maksymilian Henryk von Precht. Ścieram kurze z ramek niezliczonych fotografii ludzi dawno zmarłych w sepii, w wymuszonych pozach, w pięknych tłach fotograficznego atelier.
Meble naprawiam, daję im nowe życie, jestem dumna, ze to ja zostałam wybrana przez los, aby się nimi opiekować.
Siedzę na sofie z lat dwudziestych i patrzę jak prześliczna zresztą blondynka, każe pomalować czyjś pokój na ulubioną szarość lub biel, do tego stworzyć przeurocze mebelki ze skrzynek po owocach, maźniętych co nieco białą farbą. Stoliczek kawowy można zrobić z opony samochodowej, okręconej liną, a lampę ze słoików po dżemie.
Myślę, skąd ten minimalizm? Przecież nie z biedy. Pan Adam Słodowy też tworzył cuda z puszek po konserwach, ale to było w czasach, kiedy nic nie było, a jeśli już, to trzeba było odstać całe godziny, lub zlecić stanie tzw. „staczom kolejkowym”. Podobno moda wraca. I dobrze. Niech wraca, bo zawsze ma troszkę inny charakter.
Dawniej kuchnia była miejscem wstydliwym. W niej był bałagan kucharek i zapach gotowanych potraw, nie zawsze miłych salonowi. Teraz przestrzeń ma być otwarta, a kuchnia ma przypominać laboratorium gastronomiczne. Sterylne i bez charakteru, pewnie jak potrawy z niej wychodzące. Albo po prostu, w kartoniku coś co ktoś przygotował, nie wiadomo z czego i w jakim smaku. Wystarczy kuchenka mikrofalowa.
Ale nie to mnie martwi. Jestem osobą młodą duchem i bardzo tolerancyjną. Mój dom to moje królestwo! Zgadzam się z tym w stu procentach. Ale kiedy zobaczyłam w TV panienkę, dekorującą tuż przed przybyciem szczęśliwych wybrańców ich mieszkanie, i wieszającą na ścianie puste ramki, pomyślałam, że coś jest nie tak. Z nią albo z ramkami. Ale patrzę dalej: nowi odnowieni od samego progu krzyczą sakramentalne: WOW! (najczęściej patrząc na sufit).
No nic. Oglądam inny program, a tam panienka albo uduchowiony dekorator, proponuje powiesić na ścianie obrazki ze ślubu (właścicieli lokum) albo kawałek tapety zgrabnie przycięty do formatu ramki.
Czasem jednak propozycja idzie dalej lub wstecz. Można powiesić swoje skarby z harcerstwa, albo piórko, które spadło z nieba po wyjściu pary z kościoła.
Zawsze jednak jest to coś SWOJEGO, nic obcego, albo rodzinnego. Ściany patrzą na nas pustymi oczami. Żadnego uczucia, pamięci, serca i wdzięczności za to, czym w tej chwili jesteśmy.
Co się stało z tradycją rodzinną? Odzywa się raz lub dwa razy w roku, kiedy siadamy do stołu w święta. Nie zawsze jest to przyjemne, bo koszt, bo przepracowanie, bo święty spokój, a tu jeszcze jakaś ciocia Gienia, wujek co ledwo chodzi, albo rodzinka pazerna.
Rozumiem, umarły domy pokoleniowe, gdzie umierająca babcia wołała do siebie swoje dzieci, wnuki i innych członków rodziny, aby się z nimi pożegnać. Na ścianie wisiała niejedna fotografia babci z dziadkiem, albo portret któregoś i wnuczęta pokazywały: O to moja babcia!
Co pokażą dzisiejsze wnuczęta? Czy w ogóle pomyślą o babci albo nie daj Bóg o prababci? Czy będą wiedziały kim były? Kim oni są? Wątpię.
Za to pierwszego listopada, wszyscy pędzą w koszmarnym tłoku na cmentarz. To jest dzień pamięci o tych, którzy odeszli. Obowiązkowy dzień. Chryzantemy są ciężkie, tłum na wąskich ścieżkach gęsty, raz dwa, kwiaty na grób, pacierz i z  głowy. Do następnego roku, bo przecież my nigdy się nie zestarzejemy, nas to nie dotyczy, a raz w roku można sobie o ich istnieniu przypomnieć.
Oczywiście nie generalizuję, bo w każdej regule są wyjątki, ale wierzcie mi, w większości tak to wygląda. Ja sama wolę zapalić znicz w szczerym polu. Stanąć i przypomnieć sobie tego dnia wszystkich, którzy moim zdaniem niepotrzebnie odeszli. A co dzień wycieram z kurzu fotografie moich i nie moich ludzi, bo chyba im miło, kiedy o nich dbam, choć są w tak dziwnej postaci.



Marta Precht

czwartek, 9 listopada 2017

WIECZÓR


WIECZÓR
 słowo: płomień


Na sofie drzemał kot. Chyba raczej udawał, że przysypia, bo zerkał na Mariannę, która w kuchni wolno wycierała ściereczką kieliszek do wina. Popatrzyła na niego pod światło
i widocznie zadowolona z efektu, postawiła go na stole.
Zrobiła to bardzo delikatnie, ale kot swoim perfekcyjnym słuchem wychwycił ten dźwięk i otworzywszy oczy, postawił uszy. Ponieważ nic podobnego się nie powtórzyło, przeciągnął się i ułożył w precelek, co oznaczało, że od tej chwili nic już go nie zainteresuje, poza pięknym snem o ptaszkach, które pogubiły skrzydełka.
Marianna stała, oparta dłońmi o blat stołu, wpatrywała się w kieliszek, a może w przestrzeń poza nim. Podobno jest to rodzaj medytacji, który trwa minutę, czasem krócej, niezależnie od woli człowieka. To tak, jakby organizm na moment zatrzymał się nie wiadomo  jakim celu.
Kiedy ten moment nastąpił, Marianna uświadomiła sobie znowu, że jutro będzie ten dzień. Dzień, który przekreśli kilka lat z jej życia, i będzie musiała zaczynać od nowa. Rozprawa rozwodowa. Z westchnieniem, sięgnęła po butelkę wina i nalała sobie pełny kieliszek. Z podwiniętymi nogami usiadła na sofie obok śpiącego kota.
- No tak, teraz jestem samotną kobietą z kotem. – Pomyślała, wyobraziwszy sobie samotną staruszkę z tuzinem kotów, o których mówi, że to jej rodzina, jej dzieci…
Nastrój miała gorzej niż podły. Do tego pięknie dopasował się listopad. Poczuła się bezbronna i słaba, jak liść, który spadł z drzewa. Kiedyś Paweł był dla niej wiarą, ciepłym kocem, tęsknotą i radością. To on podarował jej tego kociaka, aby nie czuła się bardzo samotna, gdy jego nie ma w domu. To na kota miała przelewać swoje niepodarowane czułości. Teraz już wie, że w tym samym czasie on podarowywał swoje, innej. 
Od rana czuła się fatalnie. Ciągle miała ściśnięte gardło. Oszukiwał ją prawie rok, aż pewnego wieczoru, na jakiejś imprezie u znajomych, zastała ich całujących się na tarasie.
Kieliszek z czerwonym winem wypadł jej z ręki plamiąc białą sukienkę. Wsiadła w samochód bez dokumentów i zaczęła się zastanawiać, gdzie pojechać. Do domu? Jakiego, czyjego, po co? Od tej pory, żyła, chodziła jak po silnym środku na uspokojenie. Tak silna była jej wola aby przemknąć jak najszybciej nad strefą zagrożenia. Przyjaciółka podziwiała jej spokój i opanowanie.
Wypiła duszkiem cały kieliszek i podreptała do kuchni po butelkę. Nalała sobie następny i rozpaliła ogień w kominku. Zawsze starała się mieć w nim gotowy zestaw do rozpalenia ognia.
Przez chwilę stała, wpatrując się w młodziutkie płomyki, które doroślejąc pożerały papier i cienkie gałązki. Ogień hipnotyzuje. Jak żywa istota rozpełza się, grzeje, świeci, drga i szumi.
Znowu Marianna wyłączyła się na moment. Popatrzyła na ogień przez kieliszek z winem. W jego środku pojawiło się drgające czerwienią światełko, jak serce. Ten moment, kiedy widzisz kogoś pierwszy raz i wiesz, że to ten człowiek.
- Właśnie. Jak to się stało?
Obok, w bibliotece, równo w szeregu stało siedem zeszytów „w kratkę”. Kawałek jej historii życia. Śmieszne zapiski szesnastolatki. Pamiętnik z prawie każdego dnia, zupełnie jakby te dni zasługiwały na upamiętnienie dla potomności.
To tam musi być ten dzień, kiedy zobaczyła Pawła. Wyciągnęła je z półki i ułożyła obok siebie na sofie. W tych kartkach aż kipiało od emocji, marzeń, łez zaschniętych w atramencie wiecznego pióra. Zawierały zamkniętą energię, która wraz z otwarciem kilku kartek, wysypały z siebie zaschnięte bratki, płatki czerwonej róży i traw z łąki dzieciństwa.
- Chyba niepotrzebnie je ruszam. Moje życie właśnie się kończy. Po co mi te wspomnienia. Wylądują w skupie makulatury, zmielone z gazetami. Nie chcę ich ciągnąć za sobą. Prawda kotku?
W otwarte drzwiczki kominka wrzuciła pierwszy zeszyt. Płomień polizał brzeg kartek:
- Dzisiaj była klasówa z francuskiego. Boże jak ja nie cierpię tej Francy francuskiej! Dała mi tróję. Będę miała kłopoty na koniec roku, tak powiedziała. A ja nie lubię tej ich cholernej gramatyki, można zwariować! U nich osiemdziesiąt pięć to cztery dwadzieścia pięć!!! Czy to normalne?
No cieszę się na zawody gimnastyczne w Płońsku za tydzień. Najbardziej boję się równoważni, a zawsze mam najlepsze oceny właśnie z niej. Czy to do zrozumienia?
Dalej już wszystkie słowa tego zeszytu zlały się w jedno płomienne wspomnienie. Przestały istnieć. Jeśli tak, to Marianna dorzuciła następne dwa. Ogień zajęty spalaniem poprzedniego nie od razu rzucił się na nową zdobycz. Pod wpływem ciepła zeszyt trzeci otworzył się, dając pretekst płomieniom:
10 lipca 1961
Byłam dzisiaj w parku. Poszłam sama, aby posiedzieć pod drzewami i poczytać książkę Czajki. Czytałam, ale jakoś nic mi nie pozostawało w głowie. Jakby wiaterek wywiewał treść uszami. Alejką szło dwóch chłopaków. Siedli obok mnie. Spytali co czytam. Podryw regularny. Ale ten drugi był piękny.  W moim czarno-hiszpańskim stylu.
Wróciliśmy już razem, z kolegą jako przyzwoitką. Witek, bo tak ma na imię, chodził z nami na randki. 
Marianna chwyciła za pogrzebacz. Chciała zwiększyć moc spalania, a tym samym skrócić jego czas. To było zbyt bolesne. Dorzuciła resztę zeszytów. Na chwilę ogień przygasł, zdezorientowany nadmiarem pokarmu.
Płomień pomieszał kolejność kartek i wspomnień:
Dzisiaj moje urodziny. 20 czerwca mam maturę i osiemnaście lat! Z matematyki były tematy… ale z polskiego bomba! Akurat to co lubię Reymont! Ale się rozpisałam! Dostałam piątkę! Alicja wybrała Witkacego.
Muszę złożyć papiery na studia. …. Spotykamy się z Pawłem w kawiarenkach. Tylko herbatka z cytryną….Tyle godzin męki! Chłopczyk 50 centymetrów… A w pracy? No cóż, najlepsza praca pod słońcem i jeszcze mi za tą przyjemność płacą!
Paweł dostał nagrodę… Jestem trochę chora, przeziębienie. Zimno. Synek nie lubi przedszkola…  to już drugi pogrzeb w tym roku… Jestem…Byłam…
Ogień zawładnął całą resztą.
Marianna jak zahipnotyzowana patrzyła w okno kominka. Obserwowała wszystkie przemiany swojego życia spisanego w żarzący się popiół. Jeszcze kilka iskier wędrowało po szarym, spalonym papierze, szukając drogi ucieczki w nowy wybuch ognia, ale nie było już nic. Skończyły się wspomnienia. Zabrakło tłustych, szczęśliwych lat.  Pozostał popielaty wytwór, z którego już nic nie powstanie. Zapadła cisza.
Marianna odstawiła kieliszek na stolik, owinęła się kocem i zwinięta prawie tak samo jak kot, zamknęła oczy. Trzeba spać.

Jutro też będzie dzień. Jakiś.

poniedziałek, 9 października 2017

SZANSA

SZANSA




słowo: kroki


Nie czekał aż zadzwoni budzik. Sięgnął po niego
i wyłączył. Agata jak zwykle spała zdrowym, dziecięcym snem. On natomiast zawsze spał czujnie.
To pewnie zaleta dziedziczna, bo na przykład matka, słyszała wszystko, co działo się w jego starym drewnianym domu. Wiedziała, że na strychu pewnie urzęduje kuna albo łasica, że w sadzie już spadają jabłka
i trzeba nadążyć z ich zbiorem, albo że ojciec kaszlał nocą, chociaż sobie tego  nie przypominał.
Tej nocy, musiał jeszcze przed brzaskiem, dotrzeć
na obrzeża lasów przylegających do rezerwatu, aby sfotografować byka, jelenia o wspaniałym porożu. Opowiadali o nim myśliwi, którzy ni jak nie mogli
go „położyć” a właściwie upolować albo jeszcze dosadniej zamordować. To dla nich charakterystyczne: o krwi mówią „jucha lub farba”, o sercu „komora”,  a o szukaniu rannego, krwawiącego, cierpiącego zwierzęcia – „ dochodzenie postrzałka” - ot postrzałek, brzmi wesoło.
 Jego broń to wysokiej klasy aparat cyfrowy Kanon
z obiektywem długoogniskowym. Do tego statyw, matę
i maskujący namiot. No i cierpliwość.
Wierzył, że prawdziwa cierpliwość jest nagradzana dobrym zdjęciem.
Miał ich w swoim dorobku całkiem sporo. Tysiące zdjęć, jakie zrobił, przekładało się na zaledwie kilka, które zdobywały nagrody na konkursach.
Agata przewróciła się na drugi bok zgarniając na siebie całą kołdrę. Jak zawsze. Ciągle musiał walczyć o kawałek swojej, ale ona nie chciała się zgodzić, aby mieli dwie oddzielne, bo jak twierdziła: - lubiła to wspólne ciepełko, dotyk śpiącego ciała, czyli pewność wspólnego snu, bezpieczeństwa i co tam jeszcze wymyśliła!
Po prostu chyba się jeszcze kochali, mimo lat spędzonych razem. Śpiąc razem pod jedną kołdrą nadal stanowili jedność.
Maciek wreszcie oprzytomniał i cicho poszedł
do łazienki, aby wziąć prysznic. Niepotrzebnie cicho,
bo Agatę zbudziło by chyba trzęsienie ziemi,
albo ponowny wybuch Krakatau, gdyby ten był
w pobliżu.
Spakował sprzęt wieczorem. Samochód stał
na podjeździe. Pierwszy raz tego roku na szybach osiadł szron. Był niezbyt dolegliwy, wystarczyło uruchomić wycieraczki.
Koniec września zapowiadał długą i solidną zimę,
a to odpowiadało jego zamiłowaniom dla czarno-białej fotografii. Jego zdaniem taka fotografia zostawiała pole do dopowiedzenia sobie barwy, bo nastrój zawsze
był bardziej wyrazisty w czerni i bieli.
Samochód jechał jak zwykle niezawodnie, obaj byli niezawodni w swoim działaniu, zaprzyjaźnieni ze sobą
od trzech lat. Maciek nigdy nie zamieniłby Skody Fabii na cokolwiek ze skośnymi reflektorami, albo o niemieckim akcencie, nie mówiąc już o francuskiej
lub włoskiej frymuśności.
W miejskiej, jeszcze śpiącej ciszy, dało się słyszeć szum bieżnika opon na asfalcie. Po ponad dwóch godzinach jazdy, Maciek dotarł do celu. Zaparkował na poboczu drogi i obładowany sprzętem ruszył na stanowisko.
Rozłożył namiot, okrył go gałęziami, ustawił statyw
i aparat z teleobiektywem w okrągłym otworze pokrycia namiotu. Usiadł na składanym krzesełku i wyciągnął śniadanie, które wieczorem przygotowała mu Agata.
W koszyczku znajdowała się jeszcze „piersióweczka” nalewki jej mamy, tylko po to aby się nie zaziębił. No dobrze, akurat to nie jest na przeziębienie, ale poprawia nastrój, a dobry nastrój to dobre zdrowie. Może to i prawda. Czego człowiek nie wymyśli w samotności!
Na wschodzie niebo zaczynało powoli bieleć.
Było około trzech stopni mrozu, trawy jeszcze wieczorem giętkie i soczyste, zamieniły się w dywan pokryty szronem.
Siedział na składanym krzesełku, otulony ciepłą kurtką, jadł bułkę z czymś co Agata uważała za niezbędne
i czekał. Wiadomo w czekaniu był niezawodny.
Kiedy był dzieckiem i mieszkał w drewnianym domu, lubił buszować w ogrodzie i podglądać owady.
Były jak klejnoty: różnorodne, kolorowe, takie, że chciało się je rysować. I robił to. Rysował, kolorował, liczył odnóża a nawet znał kilka nazw łacińskich. Polskie nazwy zawsze go rozśmieszały bo nadawały się na obelgi
dla kolegów. Na przykład: turkuć podjadek, odorek albo pędruś długoryjek.
O tej porze roku wszystkie, którym dane jest przeżyć
do wiosny pewnie znalazły już schronienie.
Na wschodzie niebo pozieleniało. Zaczynał się dzień. Maciek aby rozprostować kości  przed długim czekaniem na składanym krzesełku, wyszedł z namiotu.
 Trawa zachrzęściła pod butami. Szron posypał się
ze źdźbeł osiadając na czubkach butów.
Las zamykał szeroką polanę, na której spodziewał się rogacza. Wysokie badyle nawłoci, pokryte szronem doskonale maskowały namiot.
Niebo zaczynało się złocić. Nad polaną zawisła firanka mgły, która jak dym z papierosa delikatnie oplatała czubki traw i nielicznych krzewów. O tej porze dnia, latem ptaki zaczynają ćwiczyć śpiew. Teraz, zmrożona cisza otuliła ten kawałek Świata.
Maciek rozprostował ręce, wykonał kilka podskoków
i zniknął we wnętrzu namiotu. Usiadł na krzesełku,
okrył się dodatkowym kocem, przysunął do siebie koszyk z prowiantem i sprawdził kadr w obiektywie. Wybrał szeroki plan, aby we właściwym momencie móc użyć transfokatora. Teraz już wystarczyło patrzeć w okienko
i czekać, czekać, czekać.
Kiedy pojawiają się pierwsze promienie słońca, mgła zamienia się w złoty dym, jakby świeciła własnym,
a nie odbitym, światłem. To najpiękniejsza pora dnia.
O tej porze zwierz wychodzi z zimnego lasu aby ogrzać
w porannym słońcu.
Teraz szybko trzeba coś zjeść, popić i mieć nadzieję. Agata dała mu butelkę nalewki wiśniowej. Oparł się na podtrzymującym dach maszcie namiotu i wypił z butelki dwa łyki. Poczuł w gardle, cudownie rozlewający się, słodki strumień.
Pomyślał, że wygrał los na loterii życia. Piękny zawód, piękna żona, piękny dom, brak jakichkolwiek problemów, czyli wszystko o czym można marzyć.
Dodał to tych myśli jeszcze kilka łyków nalewki
 i przymknął oczy, delektując się swoim szczęściem. Błogość rozlała się po ciele, a oddech stał się miarowy.
Rogacz stał na brzegu lasu. W jego oczach odbijało się słońce. Z pyska, równo z oddechem, wydobywały się obłoczki pary.
Ostrożnie postawił lewą nogę w kępie trawy
i znieruchomiał. Coś przyciągnęło jego uwagę.
Powoli szedł przed siebie. Kopytka zagłębiały się
w trawie, strącając szadź. Był duży, a szedł jakby
nic nie ważył.
Przystawał co chwilę, strzygł uszami i znów podejmował wędrówkę. Teraz już cel był widoczny. W szkle obiektywu odbijało się słońce. Maciek nie założył osłony.
Jeleń podszedł na kilka metrów od namiotu. Słychać było jak węszy. Chwilę stał, a potem odwrócił się w lewo
i poszedł w kierunku słońca. Musiał zadzierać pysk do góry, tak ciężki był jego wieniec. Powoli znikał w rozświetlonej mgle. Szedł dumnie, pewnie stawiając kroki i znikał, aż w końcu stał się szarym maźnięciem pędzla w pomarańczowej poświacie.

Maciek otworzył oczy. Chyba się zdrzemnął chwilkę. Spojrzał przez okienko namiotu i  stracił na dzieję
na zdjęcie.
Przyjedzie tu jutro, też ma być ładna pogoda, a przede wszystkim słońce. 

środa, 19 lipca 2017

ZEZNANIE słowo: scena


ZEZNANIE




Podkomisarz Zieliński miał właśnie kończyć dyżur, gdy do jego pokoju zajrzała Magda, niedawno przyjęta aspirantka. Bardzo chciała udowodnić, że jest wspaniałą policjantką, bo nie znała terminu „koniec pracy”. 
Dla niej służba kończyła się wtedy, gdy(wbrew swojej woli) zasypiała w panieńskim pokoiku u rodziców. Wiedziała, że jest ładną dziewczyną i chyba dlatego, aby upodobnić się do chłopaków, nigdy się nie malowała, a włosy ścięła króciutko „na zapałkę”.
- Panie komisarzu, mam to zeznanie Styczka, o które pan prosił.
- Daj spokój z tym komisarzem. My tu mówimy sobie po imieniu, chyba, że chcemy kogoś ochrzanić to go tytułujemy. Wiesz jak mam na imię?
- Wiem panie… Jacku.
- No to załatwione. Pokaż ten papier, chociaż… właśnie miałem wychodzić. Trafiłaś w sam raz!
Kiedy zamknęły się drzwi Jacek sięgnął po dokument.
- Kuźwa jak ja tego nie lubię! Protokół z przesłuchania świadka…ble, ble, … Janusz Styczek, osoby uczestniczące w czynności, tak, tak, tak. Przebieg czynności będzie utrwalany za pomocą… Styczek, pesel, oświadczenie, tutu rutu, data i miejsce urodzenia… gdzie? Mój rodak!
Zajęcie, oczywiście, zajmował się jednym. Świadka uprzedzono (dobrze, że on się nie uprzedził i zaczął spiewać) art.182 k.p.k. Treść zeznania. No dawaj!

„Bo to było tak coś koło piętnastego czerwca,… chyba, nie pamiętam dokładnie, ale było już ciepło i można było iść ze ziomkami na piwo.
Był Marek Socha, Patryk Golek, Maniek Turecki no i ja.
A w budce była Violeta Maciągówna, bo jej ojciec zapił wieczorem i się do tej pory kiwał. No to my stali z kuflami bo ławka była obsrana przez ptaki a Violeta nie miała ścierki na to. Powiedziała, że czeka na deszcz to zmyje.
-Ha, ha! zaśmiał się Maniek i dodał, żeby dupę też wystawiła na deszcz to ją umyje.
No to Violeta się wku… rzyła i powiedziała mu, że jak nie zamknie mordy to mu piwa nie sprzeda.
- Ty Maniek, wyluzuj, albo sam se łeb wsadź do cebrzyka, to ci pała ostygnie.
No to Maniek się wkurzył i dawaj z łapami do Marka. Ledwośmy go odciągnęli. A on stał na tym wydeptanym, okrągłym placyku przed budką i darł mordę jeszcze głośniej. Jak w teatrze dla ubogich. Violeta wyleciała z budki i trzymała w ręce duży kufel.
 I tym kuflem jak nie przypieprzy Mańkowi w łeb!
A on się tak zakiwał ze dwa razy i padł na morde.
- Aleś mu przywaliła! Żyje?
- Nie jednemu po takiej scenie przypieprzyłam i żaden nie umarł!
Rzeczywiście Maniek się grzebał do wstania jak kret na betonie! Ze łba ciekła mu krew. Siedział nieruchomo na środku placyku jakby się w pomnik zamienił. Jakoś cicho się zrobiło. Nawet Violeta znieruchomiała patrząc na Mańka. Po chwili Maniek wstał, podniósł ręce do nieba i powiedział, albo i nie, bo to nie było słowami, ale wiedziałem co mówi:
-Pomoc, pomoc. Tu Secundor 212. Wzywam pomoc, jestem ranny. Tracę kontakt. Moja pozycja to 52’05’49N 21’03’23E.Czekam.
- Co jemu? - spytał Marek.
Maniek wysrebrzał. Tak, taki się srebrny zrobił, a krew była niebieska. Żeśmy zgłupieli. Violeta spieprzyła do budki. Ja,  Marek i Patryk staliśmy jak słupy przy drodze. A droga nagle się zakurzyła, niebo ściemniało. W tym kurzu było jakieś światło i buczący, jak u trzmiela, dźwięk. Taki buuu buuuu! Coś wylądowało na polu kurz opadł i zrobiło się tak cicho jak czasami w kościele. W pszenicy widać było taki płaski, metalowy balon.
Maniek, nie przebierając nogami sunął w kierunku tego balona, a potem zniknął w pszenicy.
Balon zabuczał, a pszenica zaczęła się układać w taki wir. Potem polatał jeszcze nad polem i robił różne wiry i placki, aż wzbił się i poleciał cha go wie gdzie!
- Oż, kuźwa, w moim polu urzędował! Zobacz co mi zrobił z zasiewem! Ja cię! – darł się Patryk.
- Co ty mi tu z polem chrzanisz! Co to było i gdzie jest Maniek!
- Nie wiesz? To kuźwa jakiś kosmita był! – wyjaśnił Marek.
Ale Patryk już wyrwał kołek z obsranej ławki i dawaj w pole pszenicy gonić, nie wiem co.
Nagle z budki rozległ się pisk wystraszonej Violety. Dopiero teraz zassała i zaczęła się bać.
- Zostaw ją! – zawołałem do Marka  - Niech się drze.
Co za sprawa, wylałem pól piwa na piasek, bo mi się już wszystkiego odechciało. Maniek… Maniek też nigdy bym nie pomyślał. Głupia Violeta. Rozwaliła cały plan kuflem po piwie. A to pipa nawalona!
Pisk z budki ucichł, Violeta oparta o bufet, stukała coś w telefonie.
- Policja? Tak, proszę przyjechać tu się cuda dzieją! Mańka szlag trafił. Nie piorun tylko UFO go trafiło! Co? Tak mówię! Fru i go nie ma! Poliiiiicja!
- Co ona robi, jaka policja, po co? – piszczał tym razem Marek, bo Patryk nadal szalał w pszenicy.
- Bo to głupia kobieta jest- wyjaśniłem, ale czułem, że stało się coś dziwnego, niecodziennego i że ja rozumiem tego Mańka
Czekaliśmy nie wiem na co, bo policja, wiadomo i za godzinę może przyjechać. I co im powiemy? Że był i go nie ma? A może poszedł się odpryskać?
Powoli zapadał zmierzch, a ja czułem, że coś się kończy, coś czego nie byłem w stanie zrozumieć. Nie było mi żal Mańka… głupie co?
- Violka uspokój się! Co widziałaś?
- Bzyk, pstryk i Mańka nie ma! Co za cholera?!
No i policja przyjechała i mnie zabrali. Marka i Patryka i Violettę też. Jużeśmy się potem nie widzieli. Nie wiem co oni zeznają. Ja zeznaję szczerze. To wszystko się zdarzyło.”

Czynność zakończono, godzina minuta rok…. przeczytał komisarz Jacek.
- Ale nie podpisał!.... to durnie jedne! Nie wzięli podpisu Styczka! To niepodobne do Magdy. Gdzie ona? Aaaa poszła.
Komisarz Jacek Zieliński wyszedł ze swojego kantorka i skierował się do pokoju przesłuchań. Był pusty.
- Co jest? Nie ma nikogo?

Pobiegł do dyżurki, gdzie na wpół siedział na wpół spał posterunkowy.
 - Macie zarejestrowane przesłuchanie Styczka?- spytał funkcjonariusza.
Kamera, która zapisała całe przesłuchanie nadal pracowała.
- Karol, pokaż mi ostatnie pół godziny.
Przesłuchanie kończyło się. Wszyscy obecni wstali i wyszli. 

Przy stole siedział Janusz Styczek. Naprzeciwko niego siedziała Magda.
- Tylko ona z nim została?
Magda zaczęła zbierać z biurka jakieś papiery. Potem wyszła.
Styczek siedział nieruchomo. Po chwili wstał i wyciągnął ręce do nieba. Chyba coś szeptał, bo poruszał ustami… i nagle go nie było! Zniknął.





wtorek, 6 czerwca 2017

GRAWITACJA - słowo "upadek"

Tak sobie myślę, że nic nie zastąpi tradycyjnych narzędzi grafika.
Te tablety do rysowania komputerem, gdzie patrzysz w ekran, a rysujesz gdzieś z boku. Mechanicznie wybierasz narzędzie, siłę i intensywność rysunku. Mechanicznie, czyli bez emocji, jakie towarzyszą pracy. Kiedyś ręka i oko stanowiły całość warsztatu rysownika. Nacisk na papier tworzył słabszą lub mocniejszą kreskę. Giętkość nadgarstka, sposób trzymania piórka, jakość papieru i zapach tuszu, to elementy nieznane grafikom komputerowym.
Owszem, czasem wspomagałem się tym wynalazkiem, ale raczej dla wykończenia gotowej pracy. Dokładałem barwne plamy, albo usuwałem brudy, ale zawsze traktowałem Photoshop jak narzędzie do wykończenia prawdziwego rysunku.
Wypiłem łyk wina, myśląc co mnie naszło na dywagacje twórcze i właśnie odstawiając kieliszek, potrąciłem leżące na blacie piórko.
Spadło na podłogę wbijając się malutką stalówką w drewno. Cenne piórko. Prawdziwe, jeszcze mojego ojca, z drewnianą obsadką i stalóweczką, która starła się z jednej strony od częstego rysowania, ale za to cudownie rysowała kaligraficzne zawijasy. Ten upadek mógł zakończyć jej żywot.
- Cholera! – syknąłem schylając się z nadzieją, że nic złego się nie stało.
- Cholera! – powtórzyłem, bowiem schylając się walnąłem łukiem brwiowym w podstawę przykręconej do blatu lampy. Między palcami poczułem coś ciepło-lepkiego.
- Basiu, ratuj! – krzyknąłem w kierunku sypialni.
- O Boże co ci się znowu stało?!
- Daj jakiś ręcznik albo co, bo rozwaliłem sobie chyba głowę!
Przyciskając ręcznik do twarzy, skierowałem się do łazienki, mając nadzieję, że krwawienie ustanie i skończy się tylko na przyklejeniu plastra i umyciu krwawego oblicza. Otóż nie!
Strąciłem z umywalki pojemnik z mydłem. Był nieszczelny i upadając na posadzkę chlusnął mydłem w kierunku drzwi, w które właśnie wchodziła Basia.
Ta, pojechała jak na łyżwach, do środka, podcinając mnie przy okazji. Teraz już oboje leżeliśmy na podłodze, patrząc na siebie z niedowierzaniem i przerażeniem jednocześnie. Siedzieliśmy w krwawej pianie, nie bardzo wiedząc co dalej robić. Basia po chwili skrzywiła się i prawie płacząc, pokazała swój nadgarstek. Wyglądał jakoś dziwnie.
- Co teraz zrobimy? – spytała.
-  Boli cię?
- Tak, coś mi się stało w nadgarstku… chyba musimy zadzwonić po karetkę. A ty krwawisz jak ranny łoś!
- To ja zadzwonię.
Wygrzebałem się spod Basi i na czworaka, przyciskając ręcznik do twarzy, wydostałem się z łazienki. Basia siedziała oparta o wannę pochlipując żałośnie.
- Halo, prozę przyjechać na ratunek mnie i mojej żonie. Mieliśmy taki domowy wypadek…
Tu musiałem podać dane, określenie obrażeń obojga i przyjąć do wiadomości, że czas oczekiwania może być dłuższy, bo mają wiele zgłoszeń.
Siedliśmy więc na kanapie, otworzywszy przedtem drzwi, w razie gdybyśmy oboje stracili przytomność, czekając  na wybawicieli. Milczeliśmy. Pewnie myśleliśmy to samo: jak to możliwe, że w ciągu jednej minuty nasze życie się wykoleiło i nie byliśmy w stanie przewidzieć co będzie dalej! Jak dzieci, uzależnieni od dwóch facetów z karetki, wylądujemy gdzieś, gdzie nas zawiozą. Będą traktować nas jak żyjące preparaty, podlegające procedurom. Nikt nie zapyta, czy nas coś boli, jak się czujemy psychicznie, albo pogładzi po ramieniu ze współczuciem.
Kiedy weszli pomarańczowo-czarni ratownicy, odczułem, że opowiadając im tę historię, byli prawie rozbawieni. Stwierdzili, że ja muszę mieć założone szwy, a Basia pewnie wyląduje na ortopedii. Teraz już wiedzieliśmy oboje, że nie wiadomo, kiedy się zobaczymy. Musimy zamknąć mieszkanie i wyruszyć na spotkanie ku nieznanemu.
Pierwszym przystankiem okazała się poczekalnia w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym. Miękkie kanapy zachęcały do długiego czekania, aż pani w białym fartuszku wywoła nas z nazwiska. Ciężej ranni oczywiście mają pierwszeństwo. Nigdy tego nie negowałem, ale kiedy się czeka, guz podpływa krwiakiem, jedno oko już schowało się pod siną poduchą, a drugie, oczywiście też próbuje zrobić to samo. Krew mimo opatrunku płynie sobie po policzku, człowiek zaczyna się zastanawiać ile tej krwi jeszcze mu zostało…
Basia ze zbolałą miną podtrzymywała zdrową ręką tę chorą. Opuchlizna miękko obejmowała jej dłoń, kolor już uzyskiwał sinawy odcień skóry, a w jej oczach, od samego początku zdarzenia, tkwiło niedowierzanie. Przytuliłem jej głowę do piersi.
- Nie bój Basieńko! wygrzebiemy się, zobaczysz.
W tym momencie recepcjonistka, najprawdopodobniej, wygrzebała nasze karty zgłoszeń, bo gromkim głosem wywołała nasze nazwisko, nie mogąc się zorientować czy to jeden czy dwóch pacjentów.
Oszczędzę opisu działań lekarskich.
Pytań, niekończących się numerów dowodów, ubezpieczeń, peseli czyli wszystkich gwarantów konieczności leczenia za darmo. Na szczęście byliśmy w gabinecie razem i, jako chodzący, zostaliśmy wysłani „na rentgen”, który znajdował się w podziemiach.
Podtrzymując się wzajemnie wyruszyliśmy w podróż, po korytarzach szpitalnych, w poszukiwaniu windy, która zawiezie nas na poziom minus jeden.
Wreszcie znaleźliśmy odpowiednią windę. Obok było duże okno wychodzące na park.
W oczekiwaniu na jej przybycie, wpatrzyliśmy się we wschodzące słońce, przebijające się przez świeżą zieleń drzew. Świt, jakby nigdy nic się nie stało, wykonywał swoje rutynowe czynności. Pomyślałem, że to niesprawiedliwe, bo jednak ten świt został zakłócony.
Z głośnym turkotem kółek podjechało do windy szpitalne łóżko. Leżała na nim ogromna, otyła kobieta. Pchała je równie wielka pielęgniarka, a na dodatek kroplówkę pacjentki trzymał potężnie zbudowany pielęgniarz.
Kiedy otworzyły się drzwi windy, w środku już znajdowało się inne łóżko z pacjentem i obsługą. Ci odsunęli się ze swoim trochę w bok, co umożliwiło wjazd łóżka z naszego piętra. Kiedy już wszyscy umiejscowili się w windzie, pielęgniarz niosący kroplówkę skinął na nas zachęcająco:
- Proszę, jeszcze się państwo zmieszczą…
- Nie, dziękujemy, poczekamy… - odparłem.
Metalowe drzwi zasunęły się, i winda ruszyła. Nagle rozległ się huk. Coś wielkiego uderzyło w szklane podłużne okno windy, potem rozległ się ni to wrzask ni pisk, potem wielki drugi huk i cisza.
Odsunęliśmy się pod ścianę, bo nagle zrobił się szalony ruch na schodach, krzyki i wołanie o pomoc, pogotowie, straż i policję!
Ze strzępków okrzyków zrozumiałem, że winda uległa zerwaniu.
Tak sobie pomyślałem, że ta moja zła passa właśnie się zakończyła. Wystarczy się nie poddać, powiedzieć – nie! A tak w ogóle to poruszać się wolniej, patrzeć pod nogi, przewidywać złe zakończenia, dbać o siebie i swoje jutro.

Piórko, które upadło na podłogę nie ucierpiało. Solidna robota przedwojennego rzemieślnika.