Niby nic...a może jednak coś w tym jest? Nawet jeśli jest to odrobina, to już dobrze, bo to znaczy, że warto było.
sobota, 8 listopada 2014
Mój występ w klubie Na dachu
Frederick zachwala moją książkę!
https://www.youtube.com/watch?v=G7rGUMqa4xQ
może trzeba przewinąć ale jest na youtube.
piątek, 7 listopada 2014
Nowiutkie świeżutkie opowiadanko.
SZKLANY
ANIOŁEK
Krystyna
oparta na parapecie, wyglądała przez okno. Nieprzyjemnie odczuwała jego zimno i
twardość. Nawet chciała sięgnąć i zabrać z fotela poduszkę, aby było wygodniej,
ale wtedy stanął jej w oczach obraz z młodości, kiedy to Ślązaczki oparte na
poduszkach, całymi godzinami potrafiły gapić się bezmyślnie, ciągle w ten sam
fragment ulicy. Z tego okresu życia zapamiętała również biedę i jakąś
zapyziałość, do których nie chciała wracać. Wyprostowała się i poprawiając
odsuniętą firankę, odeszła od okna.
Była dumna
ze swego obecnego statusu materialnego. Miała dwa futra i biżuterię, kilka
kapeluszy i męża, który jej nie przeszkadzał, ale też nie pomagał w niczym. Popatrzyła
na niego, siedzącego w fotelu. Spał z brodą opuszczoną nisko na gors flanelowej
koszuli. Starzał się w ekspresowym tempie.
Potargane, rzadkie, siwe włosy nie były czesane od rana, był to
przygnębiający widok. Mimo wszystko pogłaskała go troskliwie po głowie.
- Ej, nie
śpij w dzień, bo w nocy nie zaśniesz.
Małżonek, aż
podskoczył na fotelu. Pewnie wyrwała go z mocnego snu.
Był starym,
zmęczonym człowiekiem. Całe życie pracował, dorobił się własnej piekarni, w
której zatrudniał dwadzieścia osób. Teraz już tylko mógł spokojnie patrzeć jak
rośnie jego konto bankowe. Męczyło go mieszkanie w bloku. Wprawdzie tylko
trzypiętrowym, ale bez windy. Kiedy był młody nawet nie zauważał wysiłku, jaki
należało włożyć w pokonanie schodów.
Mieszkanie
pod nimi, zostało wynajęte chyba jakimś imprezowiczom, bo często musieli
zatykać uszy, aby zasnąć. Krystyna była coraz bardziej rozdrażniona i zmęczona
życiem w tych warunkach. Któregoś wieczoru to ona wymyśliła, że na starość
powinno się mieć wygody i spokój. Nawet nie konsultując tego z synem, którego
nie obchodziło ich życie, wyszukała agencję kupna-sprzedaży mieszkań w ich
rejonie.
- Ale po co
to wszystko – sarkał Małżonek – a co tu źle? Przeprowadzać się na starość? Ty
wiesz, jakie to zamieszanie? No cóż zrobisz jak zwykle, co chcesz!
- Żebyś
wiedział, że zrobię! – odpowiedziała Krystyna i podniosła słuchawkę telefonu.
- Halo, tu
Agencja Nieruchomości Szczęśliwy Kącik, Bartosz Krapik, czym możemy służyć?
- Dzień
dobry, proszę Pana mamy mieszkanie na Mokotowie, 85 metrów, chcielibyśmy je
albo zamienić albo sprzedać i kupić domek na przedmieściach, ale ze sklepem,
apteką, lekarzem, ogródkiem i kominkiem. Czy ma Pan takie oferty?
-
Oczywiście, proszę przyjechać, porozmawiamy, na pewno państwo coś znajdą. My
pośredniczymy we wszystkim, będziecie państwo zadowoleni.
Tu podał
adres, i jeszcze raz zapraszając rozłączył się.
- Mam
nadzieję, że pojedziesz ze mną – powiedziała Krystyna – żeby nie było, ze to
tylko ja wybrałam ofertę!
Po tygodniu
pojechali taksówką do Agencji. Krapik pokazał im domek szeregowy, w cichej,
ślepej uliczce, w osiedlu oddalonym o pół kilometra od granic Warszawy.
Sprzedaż ich mieszkania i kupno domku zostawiało im całkiem pokaźną kwotę na
koncie.
Po
załatwieniu wstępnych formalności, pojechali z agentem, zobaczyć nowy, nabytek.
Był początek
jesieni, ganek domu, skąpany w słońcu, przywitał ich kolorowym dywanem . Ciszę
przerywał jedynie szmer liści przesuwanych wiatrem po asfalcie i dalekie
szczekanie psa.
Krystyna już
wiedziała, że pierwsza ocena jest celująca. Wnętrze domu było proste,
niewyszukane. Drewno i kamień zawsze stanowią idealną parę. Kominek ogrzewał
salon, sypialnie i łazienkę na górze. Na parterze z salonu, przez duże szklane
drzwi, można było zobaczyć niewielki ogródek, ogrodzony kilkoma dużymi tujami,
przypominającymi cyprysy.
Od tego dnia
Krystyna już o niczym innym nie mówiła. Małżonek był trochę zmęczony tym
ciągłym gadaniem o zaletach nowego lokum, ale nie chciało mu się wdawać z nią w
dyskusję. Było to bezcelowe. Mogło tylko prowadzić do sprzeczki. Wiedział, że
będzie tak jak ona chce. Daremny wysiłek.
- Dobrze,
masz rację – powiedział – Ale to ty organizujesz wszystko, ja się źle czuję.
-
Naturalnie, że ja! Jak zwykle ja!
Małżonek
zamilkł i sięgnął po pilota do telewizora.
Po dwóch
tygodniach pod ich blok podjechał duży samochód firmy od przeprowadzek. Cały
domowy dorobek znikał w jego wnętrzu, jak w paszczy potwora, aż w końcu
pracownik zamknął tylne drzwi. Oboje zostali przygarnięci do samochodu Bartosza
Krapika, który wykazał się wielkim zrozumieniem dla dwojga starszych ludzi w
trakcie przeprowadzki.
Jechali za
ciężarówką, wiozącą ich cały ruchomy majątek. Małżonek czuł się nieswojo.
- Krystyna…
– zaczął nieśmiało – popatrz jesteśmy jak bezdomni, albo zawieszeni nad
miejscem naszego gniazdowania..
- Oj,
pleciesz jak zwykle! Jakiego gniazdowania! Jedziemy do domu! Dobrze się
czujesz?
- Dobrze,
ale mi smutno.
- Będzie ci
wesoło, zobaczysz. A teraz nie kracz!
Bartosz
Krapik towarzyszył im do samego domu. Firma przeprowadzkowa zaczęła wyładowywać
pudła i meble. Kiedy wniesiono pierwsze fotele, zaproponował gospodarzom, aby
usiedli i nic nie robili. Wszystko zrobi firma. Postawi meble i pudła tam,
gdzie sobie życzą.
- Mam dla państwa
prezent. Taki od siebie. Na szczęście w nowym domu.
Pogrzebał
chwilkę w teczce i wyjął małego szklanego aniołka, z kółeczkiem nad głową,
które umożliwiało powieszenie go na gwoździku.
- Proszę,
jak już wszystko będzie na swoim miejscu, powieście go państwo nad drzwiami
wejściowymi. Będzie was strzegł i przyniesie wam szczęście i spokój.
Krystyna
uniosła brwi i rozszerzyła usta w uśmiechu. Rzadko kto, dawał im jakiekolwiek prezenty.
Nawet od
syna nigdy nie dostali zwyczajnych życzeń imieninowych. Nie informowała go
zatem o zmianie adresu. Tylko notariusz wiedział o ich decyzji i zmianie
miejsca pobytu. Krystyna pożegnała się wylewnie z Bartoszem Krapikiem, życząc mu
powodzenia w pracy.
Wieczorem
zrobiła obojgu herbatę, zjedli kanapki zrobione na drogę i zmęczeni położyli
się spać. Ranek obudził ich słońcem i śpiewem ptaków. Chwilę leżeli
niedowierzając swemu szczęściu, a potem wstali, chodzili po domu jakby
sprawdzając, czy to ich nowy dom. Po południu wybrali się na spacer, aby
dokładniej obejrzeć otoczenie. Byli zadowoleni.
W takim
zadowoleniu minął im pierwszy rok. Sąsiedzi jakoś nie kwapili się do ich
poznania. Nikt na tej uliczce nie przyjaźnił się ze sobą. W dzień było pusto.
Wszyscy pracowali, tylko oni tkwili codziennie jak stróże osiedlowi.
Krystyna już
zamiast wyglądać przez okno, siadała w fotelu na ganku i obserwowała przede
wszystkim sroki i okoliczne koty. Dopiero wieczorem „zjeżdżali się” sąsiedzi.
Wtedy dopiero dowiadywała się, kto z kim, jakie dzieci, jakie zakupy.
Była późna
jesień, listopad. Małżonek zaczął nieładnie kaszleć. Kiedy pojawiła się wysoka
temperatura, Krystyna wezwała pogotowie.
Było
południe. Erka na tej małej uliczce wyglądała jak obce ciało. Małżonek okryty
kocem zniknął w jej wnętrzu, aby już nigdy nie wrócić na spokojną uliczkę z
szeregowym domkiem. Krystyna starała się nim opiekować jak umiała. Codziennie
jeździła do szpitala. Zawoziła mu rosół z kury w słoiku zawiniętym w kilka
gazet, aby był gorący. Rozmawiała z lekarzem, obiecywała honorarium za
uratowanie Małżonka, ale nic to nie dało. Pewnego ranka odebrała smutną
wiadomość ze szpitala.
Pogrzeb
odbył się w zimny, deszczowy i wietrzny dzień końca listopada. Syn nie mógł
przyjechać. Miał kontrakt za granicą. Za trumną szła Krystyna w norkach i
kapeluszu z woalem, oraz troje sąsiadów z bloku, w którym przedtem mieszkali.
Śnieg spadł
w połowie grudnia. W cichym domu Krystyna stwierdziła, że chyba traci głos od
jego nieużywania. Całymi dniami milczała, bo cóż! - mówić sama do siebie? To
głupie! Chrypka pogłębiała się, a więc tym bardziej Maria oszczędzała głos. Piła
mleko z miodem, syrop na kaszel, poszła nawet do lekarza pierwszego kontaktu.
Zajrzał do gardła, kazał powiedzieć AAA i przepisał… syrop.
Kiedy wypiła
już trzy syropy a chrypka jak trwała tak trwała, wybrała się prywatnie do
laryngologa.
- Dlaczego
Pani nie przyszła wcześniej? – zapytał. – Teraz to musi Pani być w szpitalu i
nie wiem, co tam postanowią. Daję Pani skierowanie do szpitala i proszę żeby
Pani tego nie zlekceważyła.
Krystyna
trafiła do szpitala. Tam dano jej chemię, potem drugą, a ponieważ była samotna,
zatrzymano ją odpłatnie na oddziale onkologicznym, z pełna opieką lekarską i
pielęgniarską.
Pół roku później, syn był zmuszony przyjechać
na pogrzeb matki, a przede wszystkim zakończyć sprawy spadkowe i majątkowe.
Postanowił sprzedać dom, a jego wyposażenie za grosze jakiemuś oszustowi
kupującemu antyki.
Było lato.
Ptaki śpiewały jak oszalałe. Wszystko rosło, pachniało, brzęczało i pyszniło
się letnia urodą. Ogródek czekał aż jego pani siądzie na foteliku wśród floksów
i wszystko będzie trwać tak jak zawsze, na zawsze. Ptaki były zdziwione, że w
poidełku ciągle panowała susza, więc aby ugasić pragnienie, leciały do pobliskiego
oczka wodnego u sąsiada.
Południową
ciszę uliczki przerwał dźwięk silnika samochodu. Syn podszedł do furtki,
otworzył ją, potem lekko wbiegł na ganek, otworzył drzwi wejściowe i wszedł do
środka. Chciał sprawdzić czy wszystko w porządku, bo po jutro mieli przyjść
chętni do kupna domu. Stwierdził, że Roksana posprzątała pusty dom, nawet umyła
okna i taras. Wychodząc, trochę zbyt mocno trzasnął drzwiami.
Szklany
aniołek podskoczył na gwoździu, chwilę zawisł w powietrzu, jakby chciał się czegoś
złapać, i spadł na posadzkę przedpokoju, rozbijając się w drobne diamenty,
odbijające zielone światło glicynii, rosnącej na ganku.
Wieczorem Bartosz
Krapik jako drugi, przyszedł do pustego domu, aby sprawdzić, czy jest
przygotowany do sprzedaży. W progu wdepnął w potłuczonego aniołka. Butem
zgarnął szkło w róg przedpokoju, aby nikt się nie pokaleczył.
- O! szkoda – powiedział – ale to nic, mam jeszcze dużo
takich aniołków, dla następnych transakcji. - Uśmiechnął się jakoś dziwnie.
środa, 5 listopada 2014
Bajki ze śniegu.
to moj projekt okadki, wymagający dopracowania.
Przygody
krasnala
Kapturka
Przygoda
pierwsza
Serce
krasnala
Noce w Laponii są smutne
i szare, zwłaszcza, gdy wpadamy do Rovaniemi podczas nocy polarnej. Jedyną
kolorową ozdobą są zorze, ale są bardzo rzadkie i niechętne ludziom, którzy z
zadartymi głowami starają się zapamiętać ich piękno.
Dziś, dzień i noc zlały
się w jedną drużynę atakującą wszystko, co bardziej kolorowe i ożywione. Ulice
zbiegające się w szarych punktach, starały się ukryć ruch aut i barwę reklam,
zmniejszając wszystko tym bardziej im bliżej było do horyzontu. Nawet cisza była
tu szara, wydawało się, że ludzie mówią szeptem, muzyka brzmi poważniej, a
kontrast światła i cienia zawarły małżeństwo doskonałe.
Jarmo siedział za dużym,
przeszklonym oknem, jakie mają pracownie grafików i popijając wino niechętnie
zabierał się do pracy. Na stole leżał papier, piórka, tusz, pędzelki –
wszystko, co niezbędne, aby stworzyć obrazek komiksu. Tchnąć weń akcję i
dźwięk. Stworzyć postaci, stroje i dać obrazkom powtarzalność osób, formę i
ogólny kształt opowiadań spod piórka. Było mu trochę zimno, a nie chciało mu
się sięgnąć po sweter, musiałby wstać. Patrzył, więc przez okno na niebo jak
szary koc rozciągnięty po horyzont i migocące światełka okien, które nieco
ożywiały tę szarość. Wydawnictwo, które zamówiło u niego tę pracę, było jednym
z najbardziej znanych w Finlandii. Niestety scenariusz, który napisał jego
przyjaciel był dość nudny i bez polotu. Zmagał się, więc z problemem: chcieć i
móc. Pijąc już drugi kieliszek, dochodził do wniosku, że tak to jest - jak
tworzywo nie to, to i produkt wymyka się i zaczyna żyć swoim kalekim życiem. Pomyślał
o domu dziadków i poczuł rozleniwiające ciepło pod powiekami.
Najpierw ołówkiem, potem piórkiem
narysował wnętrze domku, dodał kominek, ogień, położył poduszkę obok kominka,
postawił fotel, stół i krzesła. Zadowolony, dorysował dwa koty na poduszce,
dwie myszki wyglądające zza kominka i właściciela – malutkiego człowieczka, w
czerwonym kubraczku, który siedział jak król na malutkim fotelu w malutkim
domku.
W kieliszku został mu jeszcze łyk
wina, przechylił go pijąc i wtedy właśnie po raz pierwszy, poprzez szkło, miał
wrażenie, że ogień na kominku w domku lekko drgnął.
Odstawił niedopite wino i spojrzał
jeszcze raz... Tak! Ogień mrugał radośnie, istotka zeskoczyła z fotela, koty
obudziły się, a myszy umknęły do dziurki.
- Kim jestem?- spytała
istotka.
- Hmm... Jesteś
krasnoludkiem... Tak będzie najlepiej, bo ludzie będę cię wtedy znać. Masz na
imię Kapturek, jak bohater mojego komiksu.
- Po co jestem? - spytała
znowu.
-... Po to, abym wreszcie mógł
pójść spać i przestać odpowiadać na dziwne pytania! – powiedział trochę
przerażony Jarmo sądząc, że to efekt wina i braku snu.
- Żegnam Cię do rana,
siedź tu cichutko – dodał.
Krasnoludek posmutniał, pierwsze jego chwile w życiu, zabrał
mu sen stwórcy. Pierwsze pytania pozostaną bez odpowiedzi aż do rana. Spojrzał
na koty, które już uspokojone, wtuliły mordki we własne futerka i zaczęły dalej
śnić o motylach.
Kapturek postał chwilę, grzejąc się
przy kominku i pomyślał, że nie będzie marnować czasu stojąc na straży śpiących
kotów.
i tak dalej.....
Codzienność
Zabieram się za porządkowanie wierszy, Bajek i Mrowiska. Najpierw wybrałam 31 wierszy z całości mojego pisania i stworzyłam tomik p.t. "Słowa na wiatr". Chciałabym go zilustrować, i poszukać wydawcy.
Bajki ze śniegu mają już moją korektę i rysunki. Mrowisko przeszło ostre strzyżenie i teraz pracuję nad planem całości. Zmniejszyłam liczbę ludzi i mam niepewność co dalej?
Bajki ze śniegu mają już moją korektę i rysunki. Mrowisko przeszło ostre strzyżenie i teraz pracuję nad planem całości. Zmniejszyłam liczbę ludzi i mam niepewność co dalej?
środa, 22 października 2014
poniedziałek, 13 października 2014
niedziela, 21 września 2014
Nowe zadanie
Pora zająć się czymś nowym, albo starym ale zaniedbanym. "Bajki ze śniegu". Postanowiłam zrobić im korektę i ubrać w nowe rysunki - ilustracje. Od tygodnia siedzę i rysuję, rysuję , aż mnie czasem boli nadgarstek. Ktoś prosił mnie abym rysowała. Pamiętam. A oto parę skutków (mam ich już pięćdziesiąt):
środa, 27 sierpnia 2014
poniedziałek, 25 sierpnia 2014
Teraz "Bajki ze śniegu"
Tak. Teraz bajki. Będę je sama ilustrować. Posłałam do tego samego Wydawnictwa, może sie spodobają? Są dziwne. Inne. Trzy bajki o poszukiwaniu miłości i dobra. Umieszczę je w blogu jak jeszcze dopisze kilka fragmentów. Na razie kot krasnala na mnie warczy!
Książka przyszła na świat
Jest. Wreszcie. Druga moja wydana książka leży na stole w liczbie 25 egzemplarzy autorskich. Czy sie cieszę? Pewnie! Jest w Merlinie, będzie w ksiegarniach, które mają normalne drzwi z klamką - mam nadzieję.
piątek, 8 sierpnia 2014
druk
Już się drukuje moja druga prawdziwa książka! Za chwilę będzie w sprzedaży. Tylko gdzie? tak jak poprzednia? Przynajmniej nie zapłaciłam wydawnictwu ani grosza za to, że osmieliłam się ją napisać!!!
środa, 4 czerwca 2014
Opowiadania
Najpierw była cisza, a teraz proszę! Opowiadania po korekcie poszły do "złamania"! Jeszcze tylko grafik i mam nadzieję jakaś umowa wydawnicza, bo nie sądzę aby wydawnictwo diecezjalne mnie oszukało! Czekam zatem na finał. To moja druga książka. Chyba czas pisać trzecią. Początek mam.
sobota, 3 maja 2014
Przemysełki
Nowa wiosna. Nowa nadzieja, tylko ja ta sama. Czekam na sygnał od korektorki . Diecezja Pelplińska. Ale zawędrowałam daleko. Podobno we wrześniu będzie książka. Dlaczego "Opowiadania z lumpeksu tak przymadły do gustu Księdzu?
Może dlatego, że w zależności od tego jak postanowimy działać, jaką drogę wybierzemy, co dla nas stanie się drogowskazem, co zobaczymy w oczach drugiego człowieka, jak bardzo staramy się pomóc i wreszcie czy dobro może boleć, tak potoczy sie nasze życie. To co jest teraźniejsze jest najważniejsze. Od tego zależy następna rzeczywistość.
Może dlatego, że w zależności od tego jak postanowimy działać, jaką drogę wybierzemy, co dla nas stanie się drogowskazem, co zobaczymy w oczach drugiego człowieka, jak bardzo staramy się pomóc i wreszcie czy dobro może boleć, tak potoczy sie nasze życie. To co jest teraźniejsze jest najważniejsze. Od tego zależy następna rzeczywistość.
środa, 9 kwietnia 2014
No tak! Nie zagladałam do bloga i Frederick jest bez odpowiedzi! Poprawiam się.
Trochę sie zmieniło z Opowiadaniami z lumpeksu - odezwał sie ksiadz - wydawca z bernardinum, który sam mi proponuje wydanie we wrześniu tego roku i nic nie mówi o moich kosztach! Czekam na korektorkę w kolejce, i myślę, że sie uda wydać! Dzieki zatem Fredericku za ofertę dla tej pozycji, Całkiem poważnie myślę o wydaniu moich wierszy. Mam już przygotowane cztery rozdziały do jednego tomu: Porwane słowa, Bez słów, Słowa na wiatr i Słowne igraszki. Obmyślam wspólny dla nich tytuł i chciałabym je sama zilustrować. Jedynie poproszę o przygotowanie fachowe do druku. Chciałabym je wydać w Frederickowym wydawnictwie, bardzo. Zgłoszę się w tej sprawie - ściskam baaardzo serdecznie!
Trochę sie zmieniło z Opowiadaniami z lumpeksu - odezwał sie ksiadz - wydawca z bernardinum, który sam mi proponuje wydanie we wrześniu tego roku i nic nie mówi o moich kosztach! Czekam na korektorkę w kolejce, i myślę, że sie uda wydać! Dzieki zatem Fredericku za ofertę dla tej pozycji, Całkiem poważnie myślę o wydaniu moich wierszy. Mam już przygotowane cztery rozdziały do jednego tomu: Porwane słowa, Bez słów, Słowa na wiatr i Słowne igraszki. Obmyślam wspólny dla nich tytuł i chciałabym je sama zilustrować. Jedynie poproszę o przygotowanie fachowe do druku. Chciałabym je wydać w Frederickowym wydawnictwie, bardzo. Zgłoszę się w tej sprawie - ściskam baaardzo serdecznie!
sobota, 8 lutego 2014
Dla Fredericka
Kochany Fredericku, mam nadzieję, że zajrzałeś właśnie do mojego bloga. Stary i nudny. Ale może dzięki Tobie ożyje?
A tak przy okazji: chcę wydać "Opowiadania z lumpeksu". Chcą ode mnie 6.000 za 300 egzemplarzy to wypada po 20 zl za książkę, ale ja dostanę 3,50. Zrobią cenę okładkową jakieś 25 zl. To śmieszne. Kto zarabia resztę? A poza tym nie mam 6000. Może u Was?
Wszystko mi opadło.
A tak przy okazji: chcę wydać "Opowiadania z lumpeksu". Chcą ode mnie 6.000 za 300 egzemplarzy to wypada po 20 zl za książkę, ale ja dostanę 3,50. Zrobią cenę okładkową jakieś 25 zl. To śmieszne. Kto zarabia resztę? A poza tym nie mam 6000. Może u Was?
Wszystko mi opadło.
niedziela, 12 stycznia 2014
Świąteczna magia
Po szczęśliwym przebrnieciu przez mityczne święta Bożego narodzenia, takie mi myśli przyszły do głowy:
Świąteczna
magia
W małym
miasteczku, nieliczni ludzie przemykali się w mroźny dzień, niosąc siatki z
zakupami. Niektórzy wstępowali do budynku poczty, aby nadać już z pewnością
spóźnione, kartki świąteczne. Urzędnicy
w granatowych fartuchach, siedzący pod portretami Bieruta i Stalina jeszcze
mieli do przepracowania dwie godziny, aby potem zająć się przygotowaniami do
świąt.
Za oknem śnieg padał równo, wolno i dostojnie. Przypomniał
mi się tamten klimat tych dni. Wiem, to sentyment do swojej młodości, tak
mówią. Chociaż nie tylko. Widzę różnice, jakie istnieją w tym, co pamiętam a
tym, co widzę teraz.
Przede
wszystkim było cicho. Zimy były normalne, białe, czasem mroźne,
śniegowo-tunelowe, skrzypiące szronem, kłujące bielą w oczy.
Na rynek
zajeżdżały furmanki. Konie parskały parą z pobielonych szronem nozdrzy. Woźnice
okutani baranicą sadzali obok siebie na koźle okutane w chusty żony. To był
dojeżdżający do miasteczka „supermarket” świąteczny. W koszach, w otulonych
sianem konwiach, czekały na sprzedaż: wiejski chleb, śmietana i masło, jajka,
cielęcina i schab, bez pozwoleń, kontroli, systemów podatkowych i kar.
Miasteczkowe
gospodynie, jeszcze w jesionkach z codziennymi chustkami na głowach, kupowały
to, co jak mówiły: jest lepsze niż to w sklepie „Społem”. W tych sklepach
kupowało się karpie, które potem beznadziejnie pływały „w kółko” w baliach do
prania lub innych większych misach. Można było palcem pogłaskać je po zimnym i
śliskim grzbiecie. Sprzedaż trwała do zmierzchu. Potem jak codziennie noc brała
w posiadanie miasteczko, ludzi i śpiące wrony na drzewach. Furmanki już lżejsze
zawracały do swoich domów, a zmarznięte konie jakby szybciej przebierały
kopytami, wiedząc, że jadą do swoich ciepłych stajni.
Delikatnie
odczuwało się jakieś podniecenie zbliżającymi się świętami.
W oknach kuchni dłużej niż zwykle,
paliło się światło. Dzieci zasypiały w piernikowym zapachu. Za oknem panowała
noc i cisza.
Właściwie to
Wigilia następowała gwałtownie. Jeszcze poprzedniego dnia zapachy z kuchni
mieszały się z zapachem pasty do podłogi, a już następnego, koło południa
nakrywano stół białym obrusem, ustawiano talerze, na których codziennie się nie
jadło. Potem stawiano półmiski z karpiem w galarecie, sałatką jarzynową,
chrzanem, masłem i chlebem.
Makaronów w
sklepach jeszcze nie było. Gospodynie robiły je same wałkując ciasto do prawie
przeźroczystej cienkości, a potem suszyły wielkie placki na stole przykrytym
ściereczkami. Potem zwijały w długie rulony i cięły cienkie kluseczki do rosołu
na pierwszy dzień świąt. Wtedy już można było jeść potrawy z mięsa. W
piekarniku dochodziła gęś lub indyk. To było cudowne świąteczne „wypasione” jak
powiedziałabym dzisiaj, jedzenie.
Odświętny
stół czekał na sygnał. Dzieciom kazano wybiegać na dwór i patrzeć w niebo,
wypatrując pierwszej gwiazdki.
- Jest!
Jest! Jest gwiazdka! – wołały dzieci.
Wtedy magia
osiągała swoje apogeum. Jako dziecko stawałam się kimś ważnym, do kogo
podchodzą starsi, łamiemy się opłatkiem, i wszyscy po kolei życzą mi abym była
grzeczna i nie chorowała.
Przyjmowałam
te hołdy z powagą i radością, odurzona chwilą, zapachem jodłowej choinki i
podniecona tym, co tam pod jej spodem widziałam. Jakieś paczuszki owinięte w
pakowy szary papier i przewiązane wstążeczką.
Mieliśmy
wtedy po kilka lat. Wierzyliśmy w Mikołaja, który nagradzał tylko grzeczne
dzieci, a te, które nabroiły, bały się, że pod choinka znajdą rózgę. Mnie jakoś
się udawało. Prezentem mogła być czekolada, albo kredki, czasem kapcie lub
pończochy bawełniane w prążki. W wyjątkowych wypadkach, kiedy przyjechał ktoś
bogatszy z rodziny dostawałam lalkę z celuloidu ze sztucznymi włosami i
namalowanymi oczami.
Nie mogłam
sobie wyobrazić, co stałoby się ze mną gdybym po rozpakowaniu paczuszki, znalazła
tylko rózgę! To byłaby wściekła rozpacz!
Co powiedziałabym koleżance, gdyby zapytała, co dostałam od Świętego Mikołaja! Tego bałam się najbardziej. Ale zazwyczaj już sam kształt pakunku zdradzał jego zawartość.
Co powiedziałabym koleżance, gdyby zapytała, co dostałam od Świętego Mikołaja! Tego bałam się najbardziej. Ale zazwyczaj już sam kształt pakunku zdradzał jego zawartość.
Wolno było
nie spać aż do północy. Kiedy zmrożony śnieg chrupał pod butami, a wszystkie
gwiazdy usadowiły sie na granatowym niebie, ta wigilijna noc stawała się
magiczną, niepowtarzalną chwilą w roku.
Z sąsiednich
domów słychać było kolędy. Niosły się w poświacie z okien, toczyły po białym
śniegu, bo gdzieś tam, daleko w świecie urodziło się maleństwo, zbawiciel, król
naszych dziecięcych duszy. Bardzo było mi go żal, że tylko pieluszką przykryty,
w stajence, w drodze urodzony, leży i chyba mu zimno. Zawsze tak wyglądał w
stajence, którą ustawiał ktoś w kościele. Miałam ochotę, aby przykryć go choćby
moim szalikiem a na wyciągnięte rączki nałożyć rękawiczki.
Kolędy już
nie snuły się delikatnie, a wybuchały gromko w kościele zwielokrotnione
załomami murów, złotem rzeźb postaci, łukami sufitu, dźwiękami organów. Ludzie
jakby natchnieni, niektórzy z wilgotnymi oczami, nie wiadomo czy ze wzruszenia
czy zimna, śpiewali, jak kto potrafił. Staliśmy się jednym gardłem, jedną wolą,
jednym sercem.
Czułam
podniosłość tej chwili, bo nazajutrz wszyscy szarzeli, znowu byli jak zwykle. W
Wigilię „dostawali” skrzydeł.
Następne
dni, to było jedzenie, jedzenie, gadanie, nowi goście, odwiedzanie się wzajemne
i jedzenie, gadanie, jedzenie… i tak przez dwa kolejne dni.
Choinka
stała dumnie i pachniała, rozsiewała las, szyszki i żywicę, pyszniła się
anielskimi włosami, kusiła cukierkami w kolorowym „sreberku”, błyszczała
uśmiechami bombek i kusiła dzieci, które czasem kładły się pod nią by chwilkę
pobyć w zaczarowanym lesie. Dzieci musiały bawić się swoją fantazją. Radio było
dla nich zbyt poważne i niezrozumiałe, a nie istniały inne bodźce, które
zajęłyby ich umysły. Można było porozmawiać z lalką lub kotem, a czasem samym z
sobą patrząc na białe czyste podwórko przed oknem.
Za oknem
śnieg ustępował wiośnie, całe lata trwał ten spektakl, niezmiennie,
nieuchronnie. Wszystkim przybyło lat, tzw. życiowych doświadczeń, niektórym
wzrok zmatowiał, niektórym się wyostrzył.
Właśnie ci
zwrócili uwagę na to jak bardzo zmienił się ten magiczny dzień świąt. Zatarło
się oczekiwanie, nagrodzone chwilą, kiedy udało się kupić karpia, szynkę albo,
kiedy statek z cytrusami dopłynął do Gdyni, i już za kilka dni będą pomarańcze
i cytryny…
Przede
wszystkim jest głośno i jazgotliwie. „Przedświęta” zaczynają się w połowie
listopada. Supermarkety stroją się w choinki, Mikołaje, Coca Cola śpiewa „Jingle
bells” głośno, nachalnie.
Dzieci, z
wyjątkiem tych najmniejszych, już wiedzą, że Mikołaj jest w każdym Mall’u, ma
sztuczna brodę, więc chyba jest z nim coś nie w porządku. Nie wiedzą, że to
robotnik, pocący się w czerwonym uniformie, który za pieniądze rozdaje prezenty
i że pracuje do trzeciej a potem przyjdzie jego zmiennik. Przy kasach ustawia
się kosze dla biednych, aby i oni mieli coś na święta. My czujemy się lepiej tego
dnia. Nasza szczodrość koi nasze sumienie… tylko ci biedni, muszą na nią czekać
znowu cały rok…
Panienki
przebrane w anioły chodzą po sklepie sprzedając… opłatek! Po opłatek chodziło
się do kościoła. Sprzedawała je zakonnica, były jakieś bardziej święte niż ten sztuczny
od sztucznego anioła.
Półki uginają się pod ozdobami choinkowymi. Wszystkie
wyprodukowano w Chinach. Sprzedaż, sprzedaż, zysk. Tylko to się liczy. Zysk i
reklama. Reklama w sklepie, na billboardzie, w telewizji w Internecie,
wszędzie, gdzie spojrzysz. Kup to! Zobacz to okazja! Świetny pod choinkę… a ta
choinka to chyba dodatek do prezentu, który kupisz, a najlepiej kilka.
Zamykam
oczy i na moment widzę tamten świat w zimowej ciszy, gdzie jedyną akcją
reklamową jest wołanie sąsiadki, że przywieźli cytryny.
Dzieci
trudno odciągnąć od komputera, aby poszły z nami na spacer do supermarketu, no
chyba, żeby sobie wybrać nowego IPada, albo grę pod konsolę, bo to im się
należy. Przecież muszą to mieć, aby się nie śmiali w szkole.
W
samochodzie duży bagażnik pomieści wszystkie pragnienia. Radio samochodowe nadaje „Jingle bell” w
jakimś innym wykonaniu. Wieczorem w telewizji będą zapowiedzi programu na
wigilijny wieczór. Wspomogą nas gwiazdy estrady, śpiewające za nas kolędy.
Przyjemnie jest jak wraz z dźwiękiem sztućców o talerze, przedrze się „Lulajże
Jezuniu”.
W lodówkach
już czekają odebrane z restauracji brzydkie półmiski z rybami, śledzie ze
słoika, reszta ze sklepu. Tylko sałatkę z rukoli zrobiła osobiście Pani domu.
Jeszcze tylko ktoś akurat wolny w tej chwili, bo dzieci grają w gry komputerowe,
ubierze choinkę i można zaczynać święta. Z telewizora mruczy kolęda, choinka
czasem sztuczna, nie pachnie, chińskie ozdoby jakoś nie pasują do
słowiańszczyzny, a prezenty? Każdy wie, co dostanie, wiec tylko rozrywamy
ozdobne papiery, opakowania z wielkimi kokardami, i sztucznie zachwycamy się
sztucznymi prezentami pod sztuczna choinką, ze sztucznymi kolędami w tle. Świat
stał się sztuczny.
Przedsiębiorcy
liczą kasę, bo teraz będzie zastój, do Walentynek, a zaraz po nich znowu
Wielkanoc… jakoś się przeżyje. Tylko ta reklama taka droga, gdyby nie to można
by się reklamować więcej, zwłaszcza w telewizji tak, aby programy stały się
przerywnikami w blokach reklamowych. Posprzątają sklep z bombek, przygotują
serduszka, a potem kurczaczki i baranki. Interes się kręci.
Tylko
gwiazdka na niebie jakoś przybladła, niebo pojaśniało od reklam, które tę
gwiazdkę reklamują, śnieg albo jest albo go nie ma, bez ładu i składu – płaczą
Górale, bo szlag trafił świąteczne dutki. Powycinane choinki leżą w hałdach
poświątecznych, ocalałe karpie wrzucą do stawu, niech podrosną do następnego
roku!
Tylko ja,
szczęśliwa, mam za oknem wierzbę, czekam spokojnie na śnieg i patrzę, jak
sikorki z karmnika biorą w dziobek ziarno słonecznika i jedzą go na
przystrojonym lampkami wiązie w moim ogródku. Dlaczego szczęśliwa? Bo mam w
oczach tamten obraz, nastrój i nikt mi go nie odbierze.
A co będą miały
w pamięci dzisiejsze dzieci?
środa, 20 listopada 2013
zniechęcenie
Wysłałam 60 listów do 60 wydawnictw. Mogę oczywiście wydać za swoje pieniadze. Za podwójną stawkę wydania ( drukarnia bierze mniej wiecej połowę) a reszta to zysk dla wydawnictwa... Nie stać mnie na ich opłacanie. Brak mi siły aby wydrukować samej swoją książkę. Mogę zdobyć bez problemów numer ISBN, a potem sprzedawać znajomym za niewiele większą cenę od kosztów wydania.... mogę, to takie upokarzające.
To ciekawe, że jedni moga wydać mi książkę za 10.000 a inni za 2.800 cud jakiś!
POpracuję nad korektą, narysuje obrazki do "Bajek ze śniegu" i do swoich trzech tomików wierszy( bo tyle sobie umyśliłam) i zobaczę co dalej będzie.
To ciekawe, że jedni moga wydać mi książkę za 10.000 a inni za 2.800 cud jakiś!
POpracuję nad korektą, narysuje obrazki do "Bajek ze śniegu" i do swoich trzech tomików wierszy( bo tyle sobie umyśliłam) i zobaczę co dalej będzie.
czwartek, 24 października 2013
Tak... zarobiłam za pół roku 228 złotych. Można przeżyć. Zerwałam z wydawnictwem. Im nie zależy na sprzedaży ale na wydaniu i cześć! Przy takiej promocji jak Teleekspres... książki nie ma w ksiegarniach! Jak ma sie sprzedać? Napchałam komuś kieszeń i tyle! Teraz już nic nie wydam, chyba, że mnie poproszą!
wtorek, 3 września 2013
piątek, 30 sierpnia 2013
opóźnienie
Zamiast do końca lipca moje szanowne wydawnictwo obiecało rozliczenie do końca sierpnia (oczywiście z odsetkami - jakimi?). Czekam zatem na tę radosną nowinę: "Przekazaliśmy na Pani konto 3.000.-" Hahahahaha! Zobaczymy!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















