czwartek, 17 października 2019

Po długiej przerwie wymyśliłam parę wierszy. Nie mogę się otrząsnąć.


Listopad - Haiku
Za oknem ciemno.
Listopadowa noc
szybko zapada.

Na moście w Avignon
Najciekawsze jest to
czego nie widać
smak ciemności jest
tańczącą ciszą we mgle

Na moście w Avignon
cisza otwiera usta
bezgłośnie śpiewając
o drugim brzegu
mostem uciętym

Drugi brzeg czeka
na tańczących
wśród nich ja czekam
na swoją kolej
kiedyś pofrunę i spotkam
tych odważnych

(wrzesień 2018)


Chłodem

Listopadowy chłód
zatarł obraz gorącego lata
Pamięć drzew szpitalnych
podzielonych
żaluzjami na segmenty
i ludzkiego ciała
podzielonego między życie
i śmierć

Jednoczesne doświadczenie
niezrozumiałej
wielowymiarowości

Krew kapie w kroplówce
miarowo
sprawiając wrażenie skuteczności

Świetlówki odbijają się
w źrenicach
spojrzenie znika za żaluzjami łez
w nieodwracalny proces

październik 2018


Śmierć życzliwa

Jest delikatną damą
łaskawą
Zakręci się przez moment
tyle co zawrót głowy
muśnięciem zatrzyma życie

Obserwator zrozumie
prośbę ciała
życzliwie ją powita
i zamknie oczy delikatnie
bo ten obraz już nie dla niego

A ty prosisz
chodź miła weź co twoje
i odejdź daleko
Zapomnij o mnie
na jakiś czas

październik 2019


Sen

Był sen
zapodział się gdzieś
w drodze do innej głowy.
Wpadł do wiadra smutku
oszołomiony
a przecież miał w programie
taniec śmierci na jeziorze
Z wachlarza efektów
wybrał wiatr
zwołując nim umarłych.
Zdziwieni wiotko tańczyli
na lodowej tafli
w nokturnie lodowym
zrodzonym ze smutku.
Szuwary szeleszcząc rytmicznie
kołysały się płacząc
diamentami
staccato


listopad 2019

niedziela, 23 czerwca 2019


Spotkanie

Spostrzegłam właśnie postać
w załomku oka strukturze łzy
spytałam sama siebie
mylę się, czy to naprawdę ty?

Czasem przychodzą obrazy
jak wątki płótna osnowy dni
odwracasz wzrok i pytasz
to omam czy to jeszcze my?

Boisz się znikasz w osłonie pajęczyn
przed blaskiem dnia
zasypiasz znowu w kokonie
swych lęków zamkniętych bram

Ta głośna cisza przytłacza cię
Zamykasz oczy i słyszysz dźwięk
ze środka ciebie wijące się
zamknięte kręgi tonów, wiem

Że to ostatnie chwile razem
bez żalu 
przeprosin 
bólu 
łez
bez  bycia wspólnoty darem
bez szczęścia tez
bez …
bez …


Puste krzesło

Bardzo samotne porzucone
lekkie ciężarem utraconym
prostuje nogi
oddycha z ulgą
i nie rozumie
po co mu tak lekko
przecież
może było ciężko
lecz za to cieplej milej
i czuło się potrzebne
jak fajny mebel
miało kontakt z ciałem
miękkim życzliwym
a teraz czuje jak stygnie
zamiera
niepotrzebne nikomu
puste krzesło

poniedziałek, 10 czerwca 2019


15.08.2018

Waga ciszy

Ludzie jak drzewa zimowego lasu
tacy sami
idę szronem chrupko bezimiennie
przeźroczysta
pod rękę z ciszą
co ma swoją wagę
coraz cięższa
pyta
na ile sposobów umiesz zaakceptować żal

sięgam po słowa
i mam pustkę w dłoniach
cicho patrzę na opadły liść
proszę
aby pożegnał czas przeszły
by moja krew nie była tak blada



 Dni
Na ramieniu usiadł mi kruk
w dziobie trzymał
klucz do śmierci

dał mi już lekcje zamykania oczu umarłym
i świadomość że ta jest lekka
i trwa sekundę

w osamotnieniu czas płynie wolniej
bezsensownie i niepotrzebnie

boję się tych dni bliźniaczych
zastępujących wizję jutra

łzy dodają koloru dniom
czerni nocy
w rozdwojeniu już nie wiem kim jestem


Ławeczka

Pod drzewem zbyt
blisko stała ławeczka
aż wrosła w nie
a pień wyrwał ją z ziemi

teraz jest wyżej
ponad to co na ziemi
z nóżkami
sterczącymi w powietrzu

nikt na niej nie usiądzie
zarosła mchem niepamięci
kieruje się ku niebu
wraz z gościnnym drzewem

już nie do ruszenia
jak pamięć
padnie razem z drzewem
nigdy wcześniej


 Nowy dom 3

W nowym domu
łzy już nie wpadają przez okno
kłótnia zamknęła usta
milcząca uciekła
szukając nowego tematu

Ciszę przerywa otwarte okno
krzyk mew i kwakanie kaczek
na wodzie
a brzozy szumią pojednawczo
dla nich i dla mnie pogodzonej

Mam oczy z jadeitu
tak samo twarde bezkolorowe
jak kamień przydrożny
Jest dobrze choć
do pełni brakuje czegoś


Jaśminu kiść

Przygarniam ręką jaśminu kiść
za zapach słodki dziękując mu.
już nie ma sensu tak dalej iść
ku tamtej ciemnej stronie snu.

Wystarczy zboczyć w chmurny cień
policzkiem musnąć floksów woń
by zetrzeć wszystkie smutki zeń
i twarzą czystą przylgnąć doń.

I poczuć serca Twego bicie
w załomku liścia, barwie bzu.
z zapachem floksów pójść przez życie
tęsknotą wielką wtórować mu.

Kwiaty naszego niespotkania
roztoczą wonie z krainy snu,
eksplozją barw, co wzrok omamia
nadadzą sens nowemu dniu.


 Spotkanie

Spostrzegłam właśnie postać
w załomku oka strukturze łzy
spytałam sama siebie
mylę się, czy to naprawdę ty?

Czasem przychodzą obrazy
jak wątki płótna osnowy dni
odwracasz wzrok i pytasz
to omam czy to jeszcze my?

Boisz się zanikasz 
w osłonie pajęczyn przed blaskiem dnia
zasypiasz znowu w kokonie
swych lęków zamkniętych bram

Ta głośna cisza przytłacza cię
Zamykasz oczy i słyszysz dźwięk
ze środka ciebie wijące się
zamknięte kręgi tonów, wiem

Że to ostatnie chwile razem
bez żalu przeprosin bólu łez
bez  bycia wspólnoty darem
bez szczęścia tez
bez
bez


Puste krzesło

Bardzo samotne porzucone
lekkie ciężarem straconym
prostuje nogi
oddycha z ulgą
i nie rozumie
po co mu tak lekko
przecież
może i było ciężko
lecz za to cieplej milej
i czuło się potrzebne
jak fajny mebel
miało kontakt z ciałem
miękkim życzliwym
a teraz czuje 
jak stygnie
zamiera
niepotrzebne nikomu
puste krzesło

czwartek, 27 września 2018


Zadumanie

Lepiej jest nie zauważać
codziennej krzątaniny
poprawić komuś kołnierzyk
lub wypastować buty

Dobrze gdy możemy przerwać ciszę
nawet ostrym słowem
mieć kogoś do troski
bardziej niż o siebie

Cudownie gdy nie myślisz
że go stracisz bo znika część ciebie
jesteś kawałkiem całości

Źle gdy dowiadujesz się przypadkiem
że byłaś kochana
bo nigdy tego nie powiedział
i byłaś zakładnikiem tej miłości

Z niedowierzaniem stałaś nad nim
obejmowanym przez śmierć
a on dotknął cię z trudem
najczulej jak potrafił.

poniedziałek, 24 września 2018

Trzy nowe wiersza ...po czternastym sierpnia 2018 roku


wrzesień 2018 c.d. Nowe wiersze 2017

Waga ciszy

Ludzie jak drzewa zimowego lasu
tacy sami
idę szronem chrupko bezimiennie
przeźroczysta
pod rękę z ciszą
co ma swoją wagę
coraz cięższa pyta
na ile sposobów umiesz zaakceptować żal

sięgam po słowa
i mam pustkę w dłoniach
cicho patrzę na opadły liść
proszę
aby pożegnał czas przeszły
by moja krew nie była tak blada


Dni
Na ramieniu usiadł mi kruk
w dziobie trzymał klucz do śmierci

dał mi już lekcje zamykania oczu umarłym
i świadomość że ta jest lekka i trwa sekundę

w osamotnieniu czas płynie wolniej
bezsensownie i niepotrzebnie

boję się tych dni bliźniaczych
zastępujących wizję jutra

łzy dodają koloru dniom czerni nocy
w rozdwojeniu już nie wiem kim jestem




Ławeczka

Pod drzewem zbyt
blisko stała ławeczka
aż wrosła w nie
a pień wyrwał ją z ziemi

teraz jest wyżej
ponad to co na ziemi
z nóżkami
sterczącymi w powietrzu

nikt na niej nie usiądzie
zarosła mchem niepamięci
kieruje się ku niebu
wraz z gościnnym drzewem

już nie do ruszenia
jak pamięć
padnie razem z drzewem
nigdy wcześniej

niedziela, 29 kwietnia 2018

Villanella kwietniowa


Villanella kwietniowa



Kwiecień jest wciąż niezdecydowany.
Zimę, czy wiosnę ma trzymać za ręce.
Zmienny jest jak kobieta - malowany.

Niech każdy zagon będzie obsiany.
Dniu bezdeszczowemu dziękując w podzięce,
bo kwiecień wciąż niezdecydowany.

Każdy ogródek lubi być podlany,
choć ludzie moczą się w udręce.
Toż on tak jak kobieta – malowany.

Na hali wesoło biegają barany.
W liściach już słychać śpiewy ptaszęce,
lecz kwiecień – wciąż niezdecydowany.

Jesteśmy zatem nadzieją wezbrani.
Trwamy tak sobie w kwietniowej udręce!
Jak zmienny jest ten miesiąc malowany!

Proszę was zatem rolnicy kochani,
w niebo kierujcie spojrzenia cielęce!
Ten kwiecień, wciąż niezdecydowany,
zmienny jak kobieta pięknie malowany.

Villanella marcowa


Villanella marcowa


Marzec w ogrodzie jest miesiącem pracy.
Drzewka aż proszą się o fryzjera.
Wiemy – bez pracy nie ma kołaczy.

Drzewa stojące smutno – ponuracy,
każde gałęzią nagą spoziera.
Marzec wśród drzew jest miesiącem pracy.

I niech mi ktoś mądry to wytłumaczy,
skąd ta do pracy ciężka bariera!
Przecież bez pracy nie ma kołaczy.

Jesteśmy przecież tak wieloracy.
Wcale nie trudno znaleźć frajera.
Marzec jest przecież miesiącem pracy.

Kotki zachęca do współpracy,
a wie to nawet kocur – przechera,
że bez miłości nie ma kołaczy.

Więc niech mi marzec to wybaczy,
bo jestem leniem jak cholera!
Marzec jest przecież miesiącem pracy,
i wiem, że bez pracy nie ma kołaczy.

Villanella lutowa


Villanella lutowa



Luty, to ten najkrótszy z braci.
Raptem dwadzieścia osiem dni liczy,
Jakby celowo wcześniej się zbudził

Wrzośce zakwitły sobie na luzie,
spod śniegu wystawią oblicze.
Lecz luty to ten najmniejszy z braci.

Dzieciom zaróżowiło buzie,
kiedy biegają z psami na smyczy.
A luty? Jakby właśnie się zbudził.

Jakże daleko jeszcze ten grudzień.
Rok dni lutemu też nie pożyczy,
bo luty to ten najcichszy z braci.

Dni swe wykuwa w trudzie.
Nikt mu nie powie, że się nie liczy,
chociaż wygląda, jakby się zbudził.

Wszystko mu idzie jakby po grudzie,
choć nie wygląda żeby się byczył.
Luty to ten najkrótszy z braci,
bo on celowo wcześniej się zbudził.

Co to jest villanella

Villanellę cechuje kunsztowna konstrukcja, na którą składa się pięć trzy wersowych strof rymowanych w układzie aba. Szósta, ostatnia strofa, zbudowana jest z czterech wersów w sekwencji abaa. Układ wersów musi spełniać sztywne warunki. Pierwszy wers, lekko zmodyfikowany, musi się pojawić jako trzeci w drugiej, czwartej i szóstej strofie, a wers trzeci na końcu strof trzeciej, piątej i szóstej. Sens powtórzonych wersów może być zmieniony, natomiast rym, rytm i brzmienie powinny zostać zachowane. 
Dokładniejszy wzorzec jest poniżej -

I zwrotka - A1 b A2, 
II zwrotka - ab A1,
III zwrotka - ab A2 
IV zwrotka - ab A1 
V zwrotka - ab A2 
VI zwrotka - ab A1 A2

Villanella styczniowa





To styczeń niesie nadzieje.
Dzień dłuższy i ptaki czekają,
aż zalśnią nam słońcem aleje.

Pod powiekami mamy marzenia
o tych dniach co wiosną się stają,
bo styczeń uwalnia nadzieje.

A w oknie szyba się zmienia
i mroźne malunki powstają,
lecz w nich widzimy aleje.

Otuchą nas styczeń wypełnia,
że mrozy i śnieg w końcu mijają.
Ten miesiąc nam daje nadzieje.

Za oknem oczar się spełnia
kwitnący złotą koronką się staje.
W tym złocie zalśnią aleje.

A więc rozświetlmy spojrzenia,
niech myśli dobrze się mają.
Bo styczeń daje nadzieje,
by w blasku zakwitły aleje.

Villanella majowa




Maj nas czaruje, kusi, mami,
rosą zieloną się obmywa,
noce ubarwia słowikami.

Patrzymy w gwiazdy zachwyceni,
tak to czasami z nami bywa,
maj nas zniewala, kusi mami.

Gdy w niebo wciąż tak zapatrzeni,
nawet, gdy latek nam ubywa,
zawsze pragniemy brać garściami.

Świadomi masy gwiazd, przestrzeni,
widać jak maj swój czar dobywa,
jak nas co roku kusi, mami.

Tak młodzi duchem, postrzeleni,
gdy pąki wiśni wiatr rozrywa,
wiemy, że maj nas kusi, mami.

A więc co roku urzeczeni
nie wiemy co z nas się wydobywa,
co tak nas w maju kusi, mami?
Spytajmy drzewa  ze słowikami.

Dla Seniorów



Kiedy słonko nam przygrzewa,
wychodzimy na podwórze.
Niebo kreśli biała mewa,
pachną słodko białe róże.

A więc szybko na ławeczkę,
by kosteczki się nagrzały.
Złapmy promyk na chwileczkę (albo: weź zakąskę i wódeczkę)
Dziadek – duży, wnuczek – mały.

Radość życia – wielka sprawa!
Niechże każdy w to uwierzy!
Niechaj zniknie nutka łzawa!
Trzeba życie pięknie przeżyć!

poniedziałek, 19 marca 2018

DROGOWSKAZ słowo: deszcz


Miałem dwanaście lat.
- Jureczku - mówili – nie bój się! To obóz harcerski dla wybranych, najfajniejszych chłopców! Poczujesz co to znaczy być w lesie. Nie na spacerze, albo grzybobraniu, ale noc w lesie. To jest coś! Słyszysz jak chrząszcze wyruszają na polowanie, drzewa mówią do siebie, opisując dzień! Zobaczysz, usłyszysz! No to jak? Jedziesz na obóz?
Czułem ciarki na plecach, ale ile można wytrzymać pod fartuchem mamy! Przecież jestem odważnym chłopakiem!
Dojechaliśmy na miejsce przed południem. No i zaczęło się! Oboźny zaczął wydawać polecenia. Obóz miał stanąć do zmierzchu. O zmierzchu obóz stał. Namioty, łóżka polowe, stoły, ławy i kuchnia polowa dzięki wsparciu jakiejś jednostki wojskowej. Wszystko było! Nawet ogrodzenia z pali wbitych w ziemię. Czuliśmy się u siebie. Na chwilę las przestał istnieć. Był obóz, zamknięte, nasze miejsce w lesie. Las jakby czekał na noc. Wtedy odzyskiwał władzę. Kiedy leżałeś na leżance, okryty szarym kocem, który okrywał wiele ciał, wsłuchiwałeś się w ciszę. Inną ciszę niż tę w domu. Długo leżałem, nasłuchując czegoś szczególnego, ale nic się nie przydarzyło. W końcu w ułamku sekundy zasnąłem.
Śniadanie nawet było lepsze niż w domu. Smakował wielki wiejski chleb z miejscowej piekarni. Masło też miało inny smak. Ale najfajniejsze było to, że pod nogami miałeś igliwie i jego zapach. Jajka miały wielkie pomarańczowe żółtka, a biały ser smakował jak niebo w gębie. Skórka chleba chrupała, wszyscy byliśmy zadowoleni. Słońce witało nas przyjaźnie. Czuliśmy to. Naprawdę!
Pomyślałem, że wuj Franek miał rację! Co to dla mnie jakiś obóz harcerski! Dam radę! Może trochę było mi żal tego:
- Jureczku, chodź na śniadanko, wstawaj syneczku, już późno!
Nie, to już zamknięty rozdział. Jestem harcerzem, a oni mają tylko siebie do towarzystwa. Tak!
Podobno każdy mężczyzna ma taki moment w życiu, kiedy zdaje sobie sprawę z tego, że już wystarczy, Mama owszem ale okazjonalnie! Muszę sam za siebie odpowiadać.
Codzienna obozowość właśnie rozwijała swoją działalność tak jak to bywa na każdym obozie harcerskim. Noce były najfajniejsze. Przewietrzone namioty nadal pachniały żywicą, brzuchy były pełne nieprzetworzonego specjalnie pożywienia: gulasz, grochówka, tłuczone ziemniaki, bez specjalnej frymuśności naszych domowych obiadów. Ale najlepszy był chleb. On zastępował wszystko czego się chciało. Biegaliśmy z tymi wielkimi kromami po obozie, a jeśli komuś upadła na ziemię, to wystarczyło ją otrzepać i wio! Smakowała jeszcze lepiej!
 Jak to bywa w harcerskiej braci, trzeba było mieć zdobyte różne sprawności.
Wychowawca zaproponował, aby zdobyć sprawność orientacji w terenie. Paru kolegów wolało jednak zdobyć inne, ale dla mnie oczywiście im trudniejsza tym lepsza! Muszę sam odnaleźć drogę do obozu. Znaki na drodze będą narysowane patykiem. W prawo albo w lewo albo prosto. Będą strzałki.
Zgłosiłem się jako pierwszy. Delikwenta z zawiązanymi oczami woziło się trochę jeepem po lesie a następnie wypuszczało się w leśnych ostępach.
Przyznam, że miałem lekkiego cykora, ale trudno idę.
Rzeczywiście wożono mnie jakieś piętnaście minut. Być może „w kółko”, ale kto ich tam wie!  Z początku starałem się zapamiętać – w lewo, prosto, w prawo… ale się pogubiłem i w końcu odpuściłem. Samochód zatrzymał się. Rozwiązali mi przepaskę i kazali wysiąść.
Las jak las. Jakieś ścieżynki, jałowce, sosny… i co?
Pojechali. Siadłem pod pniem i kombinuję. Zaraz, północ w obozie była tam. Drzewo ma mech. Ale co z tego? Czy ten mech jest przed obozem, czy za nim? To mi nic nie da. Postawiłem na swój nos. Ścieżynką szedłem przed siebie. W końcu gdzieś wyjdę. Może usłyszę jednostajny szum drogi do Ełku? Wtedy już będę wiedział, gdzie jestem.
Cisza zalewała mi uszy. Nic tylko szum sosen i jakieś pojedyncze ptasie piski. Nie miałem wyjścia. Szedłem wprost przed siebie. Nagle zrobiło się ciemno. Znalazłem pierwszą strzałkę: w lewo! Chmura chyba uwzięła się na  mój las. Stanęła nad nim i szykuje się na prysznic. No tak! Leje, wielkimi kroplami. Wali gdzie się da! Po wszystkim, po mnie też! Siadłem więc pod wykrotem otuliłem się plecakiem i czekam! Przestało!
Poszedłem dalej, aż do skrzyżowania.. na którym być może była strzałka, ale deszcz rozmył  ją zupełnie!
Badałem każde ułożenie igieł, ale wychodziło mi, że albo w prawo, albo prosto. Niewielka różnica!
Postanowiłem iść gdzie mnie oczy poniosą. Ścieżka coraz bardziej zarastała, aż wreszcie zanikła. Zobaczyłem prześwit między drzewami, i postanowiłem się tam skierować. Fakt. Polana. Piękna. Na środku czarne jeziorko, zapach nieznanego, czarownego lasu. Na gałązce ważka. Mieni się tęczowo, odpoczywa. Wyciągnąłem dłoń. Podleciała. Usiadła na dłoni i kiwała niebiesko-czarnym odwłokiem. Spokojnie. Jakby trafiła na lotnisko dla helikopterów. Patrzyłem na nią onieśmielony. Czułem nawet jej wagę. Była spora jak na ważkę. Potem odleciała i usiadła na pobliskim liściu dębu. Podszedłem, a ona odleciała troszkę dalej… Pomyślałem, że ona może mnie być drogowskazem. Zawierzyłem jej.
Kawałek po kawałku, odcinaliśmy trasę do obozu. W końcu zobaczyłem wschodnią flankę ogrodzenia obozowego. Już byłem u siebie. Wiedziałem, że mam tę sprawność choćby nie wiem co!
- Oj Jurek! Ale baliśmy się o ciebie! Ten deszcz zepsuł nam plany!  Ale dałeś radę!
- A jaki to problem! Spokojnie, dałem radę i należy mi si e odznaka! Prawda?

wtorek, 6 marca 2018

DWA BOCHENKI - słowo: chleb




Szedłem po chodniku uważając, aby nie nadepnąć na spojenie płyt. Podobno, kiedy się nie uważało i chodziło byle jak, można było popaść w straszne kłopoty. Jakie nigdy się nie dowiedziałem, ale na wszelki wypadek…

Mama dała mi jak zwykle w poniedziałek trzy monety, abym poszedł do piekarni po chleb. Lubiłem tam chodzić. Zimą było pachnąco i ciepło. Latem tylko pachnąco, bo ciepło było i tak.
Mama nazwała mnie „Chlebnik”, brata „Sprzątnik podwórkowy” a Julcię „Kuchenną księżniczką”. Każdy miał swoje zadanie do wykonania. A mama była ostra. Niby miła, jak byłem grzeczny, ale jak coś zbroiłem potrafiła nieźle przyłożyć.
Tato siedział zawsze przy stole i na coś czekał. Albo na obiad, albo na gazetę. Pracował jako murarz i miał bardzo zniszczone dłonie. Gdzieniegdzie były pomarańczowe od cegły. Nie dało się tego zmyć. Rzadko coś mówił. Chyba mama w tym go wyręczała. Całe dnie coś mówiła albo śpiewała. Czasem wrzeszczała na nas, wołając nas na obiad, albo do spania.

Ja raz w tygodniu szedłem do piekarza, który nazywał się Kusek, ale my nazwaliśmy go Klusek, bo był gruby i biały. Chyba nigdy się nie opalał. Nie miał nawet ławeczki przed domem jak u innych. Ciągle pewnie zagniatał ciasto, mieszał, piekł i wszędzie miał rozsypaną mąkę.
No więc szedłem, czasem podskakując z radości, bo było ładnie, kwitły jabłonie, wreszcie gdzieś odleciały te wstrętne kraczące gawrony, których troszeczkę się bałem.
Drzwi piekarni były zielone. Klamka mosiężna, jak w domu. Nad drzwiami przybito wielki szyld. Niebieski z białymi literami - „Piekarnia Kuska”. Każdy kamienny schodek miał wydeptany dołek po środku.

- Hej, Jędruś! Ależ ty jesteś punktualny! – powiedział Kusek, wycierając białe ręce w biały, długi fartuch. – No i jak tam? We wrześniu idziesz do szkoły? Ależ ten czas zleciał! 

Pamiętam jak twoja mama nosiła cię w chuście, kiedy przychodziła po chleb. A teraz ma pomocnika! Duży chłopiec z ciebie.
Wcale nie czułem się duży. Mój o rok starszy brat, to był wielgus. Chyba wdał się w tatę, a ja w mamę. Jego buty za małe dla niego, ciągle jeszcze były za duże dla mnie.
Położyłem na ladzie monety, ciepłe od ściskania w ręce, i zajrzałem do kosza pełnego wielkich bochnów chleba. Podobno w mieście były takie małe, białe, które pleśniały po trzech dniach.

Te, wielkie, prawie jak moja ręka, były brązowe, chrupiące i wytrzymywały tydzień, do ostatniej kromki. Dlatego następne dwa kupowałem zawsze w poniedziałek.
Lubiliśmy bawić się na podwórku z namoczoną wodą i posypaną cukrem kromką chleba. To było pyszne, a jeszcze pyszniejsze kiedy kromkę posmarowało się gęstą śmietaną i posypało cukrem. Niebo w gębie!
Kusek podawał mi pod pachy po jednym bochnie i zawsze życzył dobrej drogi do domu. Były dość ciężkie, więc nie szedłem już tak lekko. Nawet nie chciało mi się uważać na spojenia płyt.

Miałem jeszcze miesiąc do pójścia do szkoły. Trzeba było się zająć moją wyprawką. Dostałem nawet nowe trampki. W plecaku czekały zeszyty, ołówki i kolorowe sześć kredek. Te podobały mi się najbardziej.
W trzeci poniedziałek sierpnia, jak zwykle, wybrałem się po chleb, ściskając w ręce trzy monety. Jeszcze tylko raz i potem chyba mama będzie przychodzić po chleb, bo ja będę w szkole. Szkoda, bo lubiłem tu przychodzić.
I znów: wydeptane schodki, klamka, zapach ciepłego  chleba, który działał tak cudnie. Zaraz chciało się jeść.

Za ladą nikogo nie było. Położyłem więc monety, jak zwykle na ladzie. Obok stał ten sam kosz z wikliny, ale był pusty. Pomyślałem, że Klusek pewnie spóźnił się z chlebem i działa teraz przy piecu. Czekałem więc cierpliwie. Było cicho. Zbyt cicho. Skoro był przy piecu, musiał przecież szurać wielką drewnianą łopatą wyciągając chleb, albo hałasować w inny sposób. Postanowiłem zajrzeć na zaplecze.

W pierwszej chwili, pomyślałem, że Klusek śpi. A to leń! Zamiast wyciągać chleb śpi sobie w miękkiej rozsypanej na podłodze mące!
Ale zaraz… jak to śpi? Zawsze stał za ladą. Podszedłem troszkę bliżej. Nie spał. Miał otwarte oczy i dziwną twarz.
Jakby stężał w jakimś grymasie bólu. Te otwarte oczy, nie mrugały i były matowe, a skóra miała odcień popiołu z pieca. Nie rozumiałem z początku, co się stało.
Ale po chwili przypomniała mi się ciotka Klara, której ciało przed pogrzebem przechowywano w domu. Klusek był podobny, a ciotka przecież nie żyła! To Klusek też umarł!

Biegłem do domu nie dotykając prawie chodnika. Musiałem powiedzieć wszystkim, że to już koniec. Klusek nie żyje i chleba już nie będzie!
Rzeczywiście wypiek chleba się skończył. Po tygodniu całe miasteczko uczestniczyło w pogrzebie Kuska Kluska. Brat, Julka i ja baliśmy się, że będą nam dostarczać spleśniały, miejski chleb bez smaku i chrupkości. To tak, jakby skończył się jakiś okres w naszym życiu.

Żona Kuska już nie miała ochoty prowadzić piekarni. Pracować nocą aby w dzień, od rana pachnący chleb witał ludzi. Piec wygasł. Drzwi z mosiężną klamką zostały zamknięte.

Trzy razy w tygodniu, po szkole, musiałem czekać na drodze, aż przyjedzie miejska furgonetka z pieczywem. Płaciłem banknotem, który dawała mi mama. Chowałem resztę do kieszeni i wracałem do domu, z chlebem w plecaku. Bardzo brakowało mi Kluska i smaku tamtego, świeżego bochna.
Tak, to był dzień, w którym miałem czekać na furgonetkę. Wyszedłem z Piotrkiem ze szkoły, a on mi zaproponował pójście na papierocha do altanki Krzysia.
Nigdy nie próbowałem palić, ale byłem ciekawy. Do przyjazdu pieczywa miałem jeszcze godzinę, więc pobiegłem za Piotrkiem zobaczyć jak to się pali papierosy.

Ażurowa altanka, porośnięta winoroślą, buchała otworami dymem z papierosów. Chyba z siedmiu chłopaków kopciło i dmuchało dymem. Nie wszyscy się zaciągali, ale doskonale sprawdzali się w roli komina buchającego dymem. Ktoś z zewnątrz, gdyby zobaczył dymiącą altankę, pewnie wezwałby straż pożarną.
Nie miałem odwagi zapalić, ale ubaw mieliśmy po pachy, kiedy Zenek zrzygał się na podłogę. Było wesoło i grzesznie. Czas nieubłaganie sobie płynął, i w pewnej chwili zdałem sobie sprawę, że to już po furgonetce, po chlebie i matka mnie zabije, bo w domu już nie było ani kromki. No cóż! Wracałem, czekając na najgorsze.

Mamy jeszcze nie było. Julka siedziała przy stole rysując jakieś babskie obrazki. Ojciec jeszcze nie wrócił z pracy, a Bartek poszedł gdzieś sobie.
Postawiłem plecak na podłodze i wtedy spojrzałem na stół. Na białej lnianej serwecie, w pięknym koszyku leżały dwa wielkie bochny pachnącego chleba.